Trzy, cztery..

W pierwszych dwóch meczach tegorocznego Australian Open, Agnieszka Radwańska oddała tylko trzy gemy. W następnym meczu wygrała tylko cztery. Plany przed turniejem celowały w okolice czwartej rundy, skończyło się na trzeciej. Przynajmniej w singlu, w deblu już też jest w trzeciej.

Do czwartej rundy awansował za to Łukasz Kubot. Szczęśliwie, ale dodajmy, że szczęściu trzeba umieć pomóc. Zagra w czwartej rundzie z trzecią rakietą świata. Ciekawe do której rundy dojdzie w deblu, też jest już w trzeciej.

A w ogóle to mam wrażenie, że miałem dobre przeczucie, dając Kubotowi kreskę na koniec zeszłego roku:)

Za co się płaci?

Przeczytałem dzisiaj w gazecie, że związkowcy w Fiacie domagają się podwyżki dla pracowników (co zresztą jest przejawem ogólnego trendu). Samo w sobie to nictakiego, ale zaciekawiło mnie uzasadnienie:
450 zł to proponowana przez nas podwyżka za dwa lata ciężkiej, pełnej wyrzeczeń, ale efektywnej pracy

Do tej pory myślałem, że za tę ciężką pracę pracownicy otrzymywali wynagrodzenie, i to niemałe. Ale być może z fotela związkowca zakładowego, który odbiera pensję za bycie związkowcem, jest to trudne do pojęcia. Przy takim myśleniu, to za rzeczywistą pracę powinna się należeć dodatkowa zapłata.

Pojawia się też argument, że pracodawca ma rekordową sprzedaż. Czy w razie zapaści sprzedaży (czego nie można nigdy wykluczyć), ewentualne obniżenie płac (nie mówiąc o zwolnieniach) będzie budziło wątpliwości związkowców? Pytanie oczywiście retoryczne..

Czerwona karteczka

Kiedy dzisiaj na chwilę włączyłem transmisję z Pucharu Narodów Afryki (na Eurosporcie), uświadomiłem sobie po chwili, że na ekranie jest coś, czego chyba być nie powinno. Skupiłem się trochę i odnotowałem regularną czerwoną plamkę nad skrótem nazwy Burkina Faso. Plamka się nie przesuwała po ekranie, więc była zamierzona, na wadę telewizora też nie wyglądało. Nieśmiało zacząłem przypuszczać, że może to informacja o pokazanej jakiemuś zawodnikowi czerwonej kartce, i po paru minutach okazało się, że się nie pomyliłem, Burkina Faso grało w dziesiątkę. Ciekawy pomysł, natychmiast zaczęła drążyć myśl, jak by wyglądał ekran w jakimś zaciętym i brutalnym meczu, tak po ze trzech czerwonych kartkach. Jeśli się ta konwencja przyjmie, pewnie zobaczymy.

A swoją drogą, mecz był na tyle nudny, że czerwona karteczka była z tego wszystkiego najciekawsza. Nie pamiętałem układu tabeli, a po obrazie gry nie mogłem odgadnąć, czy na zmianie wyniku zależy Ghanie, Burkina Faso – czy nikomu (jak we wczorajszym meczu Algierii z Angolą). Ale to Burkina Faso po prostu nie miało armat, a jedynie zbędne już barykady.

A Brawn nie ma KERS-u..

Znawców tematu być może zastanawia, dlaczego piszę o tym w środku zimy, długo po zakończeniu sezonu.
Pozostałych być może zastanawia, dlaczego taki dziwny tytuł w kategorii Junior:)
A Junior tak, ot, po prostu wypalił sobie ostatnio. Pewnie musiał zasłuchać, kiedy Ojciec oglądał transmisje na Polsacie, i mu się znienacka przypomniało:) Oczywiście potem padły pytania, jakie samochody mają KERS i co to w ogóle jest. Matka dyplomatycznie wskazała palcem na Ojca (w sumie ona się lepiej zna na samochodach oferowanych w salonach). Ojciec jakoś sobie poradził, chociaż koncepcja KERS w Skodach lekko nim wstrząsnęła:)

Poczucie wyższości nad Afrykanami

Popatruję sobie trochę na mecze piłkarskiego Pucharu Narodów Afryki. Przed turniejem pamiętam głosy, że czeka nas dawka futbolu radosnego, swobodnego i nietaktycznego (w opozycji do wyrachowania drużyn europejskich). No i po trosze się to sprawdza –  w końcu wyrównanie z 4:0 w ciągu końcowych 20 minut to jednak trochę kosmos (jakże blednie wyczyn Liverpoolu z finału Ligi Mistrzów). Zupełnie radosna bywa też gra bramkarzy – już po dwóch kolejkach zebrała się pokaźna kolekcja bramkarskich wyczynów aspirujących do DVD „Futbolowe jaja 2010”. Aż się nieraz ciśnie na usta jakaś złota myśl o poziomie rozwoju „tych z Czarnego Lądu”.

Ta refleksja oparta jest na meczach z niedzieli. W meczu Kamerunu z Zambią, wyrównujący gol dla Kamerunu na pewno znajdzie się we wspomnianej wyżej kolekcji błędów bramkarskich. Bo i szczerze mówiąc, padł po ratunkowym kopnięciu piłki przy linii bocznej (nazwanie tego strzałem to obraza dla normalnych strzałów) – inaczej piłka uciekłaby na aut, a tak doleciała do pola karnego i pod brzuchem bramkarza wpadła do siatki. Palce lizać. Ale nie umiałem się oprzeć wrażeniu, że już to widziałem. Bo i prawdę mówiąc, miejsce uderzenia piłki było porównywalne z kopnięciem Nayima na 20 sekund przed końcem finału Pucharu Zdobywców Pucharów AD 1995 w kierunku Davida Seamana. A  zachowanie bramkarza na piłce do złudzenia przypominało „interwencję” Luisa Arconady w finale Euro’84, dającą prowadzenie Francuzom i wieczną chwałę Platiniemu.

A wcześniej, był mecz Gabon-Tunezja. Kiedy się włączyłem, wyglądało to na dość niezdarną kopaninę. Na tyle niezdarną, że po paru minutach pomyślałem sobie zgryźliwie, że z każdym z uczestników poradziłaby sobie nawet reprezentacja Majewskiego. Ale z czasem dostrzegłem Gabon, nie atakując zbyt frontalnie, miał niesamowitą lekkość rozpędzania akcji do przodu dwoma podaniami. I wcale już nie byłem pewien, czy dałaby mu radę którakolwiek polska reprezentacja – Majewskiego, Beenhakkera czy Smudy. W końcu symbolicznie Gabon już nas pokonał.

Ech, to postkolonialne poczucie wyższości.

Izy rajder

Właściwie powinno być Easy rider (czyli pieszy jeździec), bo notka dotyczy piosenki, a w tej Krzysztof Daukszewicz użył formy oryginalnej. Odstępstwo jednak o tyle usprawiedliwione, że tekst piosenki otwiera książkę „Izy Rajder, czyli pieszy jeździec”. No i wersja „oryginalna” kojarzy się jednak z filmem. A w piosence Daukszewicz stworzył jeźdźca na miarę naszych możliwości, potrzeb i oczekiwań. Izy Rajder, to człowiek niezależny w myśleniu, i w tym nonkonformizmie wadzący każdemu.

Wersję oryginalną każdy znać powinien, więc nie ułatwiam. Usłyszałem natomiast dzisiaj w Trójce wersję, którą chyba przegapiłem trzy lata temu, kiedy Daukszewicz zaśpiewał i nagrał Izy Rajdera z metalowym zespołem Hunter. Klimat się bynajmniej nie gubi, a odrobina mocnego grania zwłaszcza w niektórych momentach dodaje piosence mocy. Całkiem udany eksperyment🙂

Niniejszą notkę dedykuję Zosi. Ostatnio nie odbiera maili, mam nadzieję, że zajrzy tu, kiedy wróci on-line. Pamiętam, jak parę lat temu pracowicie wklepała (chyba ze słuchu?) i podesłała mi tekst Izy Rajdera. Chociaż wcale o niego nie prosiłem, znając go na pamięć:) Wcześniej, rzeczywiście, prosiłem Ją o podesłanie tekstu „Źródła” Kleyffa, i jakoś tak po zatrąceniu o Daukszewicza, uznała, że z nim też mam problem; była potem, hmm, ciut niezadowolona:) W każdym razie, Zosiu, wiesz czego Ci życzę.

Wielobój narciarski

Blask triumfu Justyny Kowalczyk w Tour de Ski spowodował, że niezauważona przeszła fantastyczna pogoń Lukasa Bauera za Petterem Northugiem, zaczęta wczoraj i dokończona dzisiaj. Kiedy luźno się zastanawiałem nad przebiegiem Tour de Ski, zauważyłem, że w dobie rosnącej specjalizacji w narciarstwie klasycznym, ta impreza wymusza wszechstronność na uczestnikach (przynajmniej tych walczących do końca), jak żadna inna (i to z wcale niezłym skutkiem).  I tak sobie pomyślałem, że na MŚ i ZIO podobny efekt mogłoby dać wprowadzenie wieloboju narciarskiego (odpowiednie zliczenie poszczególnych konkurencji indywidualnych, czyli aktualnie sprintu, biegu łączonego, biegu średniego i maratonu). Wtedy w każdej konkurencji nawet słabsi z pozoru zawodnicy mieliby dodatkową motywację do walki o jak najlepszy wynik, a w końcowym biegu liczyłoby się nie tylko, kto byłby na mecie pierwszy-drugi-trzeci, ale także, kto dobiegł z jaką przewagą nad kim (co mogłoby zdynamizować maraton). Ale zasadniczy problem to wymyślenie, jak przeliczyć wyniki z poszczególnych konkurencji (w Tour de Ski sprowadza się to do bonifikat czasowych za miejsca w sprincie). Na razie nie mam pomysłu (poza tym nie nazywam się FIS:)), ale też wcześniej jak w Val di Fiemme za 3 lata to tego i tak by nie wprowadzili.

Odśnieżarka

Kiedy półtora roku temu do domu naprzeciwko Juniora i Rodziców wprowadzał się nowy sąsiad, szybko zaczął zatrącać w rozmowie o przydatność zakupu odśnieżarki. Wobec braku odzewu, pierwszą zimę jakoś przeżył przy łopacie, ale tej jesieni wymiękł – i nabył.

Dzisiaj popołudniu Junior z Rodzicami po przykładnym odśnieżeniu połowy podwórka (dla własnej wygody oraz dla fizkultury) pozostał jeszcze na dworze. I oto w domu naprzeciwko otwarła się brama, i Sąsiad wyprowadził swojego potwora. Towarzyszył Sąsiadowi jego Młodziak (ze dwa lata starszy od Juniora), który dzielnie asystował z szuflą w dłoniach. Śniegu napadało sporo, więc w trudniejszych momentach odśnieżarka – jesli nie była w porę cofnięta – zatykała się i gasła  (jeśli kosiliście wysoką trawę, to mniej więcej wiecie, o co chodzi). No i Młodziak Sąsiada w pewnej chwili wypalił znad swojej szufli:
– Widzisz, a ja tak często nie gasnę!

I tak oto Ojciec ma dodatkowy powód do niekupowania odśnieżarki (po pierwsze, bo to gadżeciarstwo, po drugie bo to lenistwo, po trzecie bo to ogranicza pożytedczny ruch na świeżym powietrzu..) – jak nie kupi, to nie da Juniorowi szansy na taki bonmot:)

A swoją drogą, obrodziła nam latoś zima śniegiem. Sterty już spokojnie przekraczają metr, zaniedługo ogródka braknie.

Quattro Trampolini

Imprezę tę śledzę od bez mała trzydziestu lat (nawet jeśli nic nie pamiętam z pierwszych edycji oglądanych w czarno-białym telewizorze i miałem parę lat przymusowej przerwy), i wywołuje we mnie nieprzerwanie wielkie emocje. Wygranie jej to jak wygranie turnieju wielkoszlemowego, a tylko raz w historii zdarzyło się, żeby ktoś w niej zaliczył pełnego Wielkiego Szlema.

Częste jest w tej imprezie, że murowany faworyt zawodzi, albo że znienacka błyska formą zawodnik „z drugiego szeregu”. Nie inaczej było i w tym roku – było dwóch „murowanych” faworytów, żaden z nich nie stanął nawet na podium, za to znalazł się tam zawodnik, który wrócił po rocznej przerwie.

Podoba się Wam nazwa? Poznałem ją, kiedy któregoś roku, zniesmaczony całkowicie polskimi komentatorami, i czując rosnący niesmak wobec komentatorów niemieckich, przypadkiem znalazłem transmisję na RAI. Z miejsca zakochałem się w tej nazwie, szkoda że później zarzucili transmisje. Chętnie pooglądałbym w telewizji szwedzkiej (Szwedzi pewnie transmitują, lecz nie mając od lat sukcesów, nie podniecaliby się nacjonalistycznie), chociaż nazwa Tysk-österrikiska backhopparveckan budzi raczej przestrach, niż zauroczenie.

Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen, Innsbruck, Bischofshofen. Znowu trzeba cały rok czekać.

Lodowica, tym razem prawdziwa

Aż jęknąłem, kiedy otworzyłem dzisiaj rano drzwi, zbierając się do wyprowadzenia psa. Tam, gdzie wieczorem odgarnąłem kolejne parę cm śniegu, leżała centymetrowa pokrywa lodu, który nazbierał się z padającego w nocy marznącego deszczu. Taka sama skorupa okrywała samochód. Sąsiad z naprzeciwka właśnie zapalił silnik w swoim aucie, żeby je odlodzić przed wyjazdem do pracy; kiedy wróciłem do domu trzy kwadranse później, już kończył:) A ja po raz pierwszy w życiu cieszyłem się, że na drodze do sklepu nie zdążyli odśnieżyć. Nawet jak się zapadałem na parę centymetrów (z uroczym chrzęstochrupnięciem załamującej się pokrywy), to przynajmniej nie groziło mi pośliznięcie. To była lodowica co się zowie, taka prawdziwa, a nie udawana🙂

Ale po paru godzinach się ociepliło (choć chyba nawet +1 nie było) i lód sam się zaczął rozpuszczać.