Imprezę tę śledzę od bez mała trzydziestu lat (nawet jeśli nic nie pamiętam z pierwszych edycji oglądanych w czarno-białym telewizorze i miałem parę lat przymusowej przerwy), i wywołuje we mnie nieprzerwanie wielkie emocje. Wygranie jej to jak wygranie turnieju wielkoszlemowego, a tylko raz w historii zdarzyło się, żeby ktoś w niej zaliczył pełnego Wielkiego Szlema.
Częste jest w tej imprezie, że murowany faworyt zawodzi, albo że znienacka błyska formą zawodnik „z drugiego szeregu”. Nie inaczej było i w tym roku – było dwóch „murowanych” faworytów, żaden z nich nie stanął nawet na podium, za to znalazł się tam zawodnik, który wrócił po rocznej przerwie.
Podoba się Wam nazwa? Poznałem ją, kiedy któregoś roku, zniesmaczony całkowicie polskimi komentatorami, i czując rosnący niesmak wobec komentatorów niemieckich, przypadkiem znalazłem transmisję na RAI. Z miejsca zakochałem się w tej nazwie, szkoda że później zarzucili transmisje. Chętnie pooglądałbym w telewizji szwedzkiej (Szwedzi pewnie transmitują, lecz nie mając od lat sukcesów, nie podniecaliby się nacjonalistycznie), chociaż nazwa Tysk-österrikiska backhopparveckan budzi raczej przestrach, niż zauroczenie.
Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen, Innsbruck, Bischofshofen. Znowu trzeba cały rok czekać.