Czas czystej jazdy

Miłośnicy analiz statystycznych mogą się nieźle wyżyć w biathlonie, bo w tej dyscyplinie zawody są rozkładane na czynniki pierwsze (i wszystkie dane są dostępne!). Szczególnie często spogląda się na tzw. czas czystego biegu, to jest odliczając czas spędzony na strzelnicy (ewentualnie także spędzony na karnych rundach), oceniając w ten sposób „czystą szybkość biegu”.

F1 jest dla fanów wczytywania się w liczby jeszcze lepszą gratką, niż biathlon:) Dzisiaj jednak zastanowiło mnie – przy tych wszystkich przetasowaniach związanych z wizytami w boksach i szaleńczej jeździe Hamiltona i Alonso – ile by wynosił w ich przypadku taki „czysty” czas jazdy, odliczając straty na czas spędzony na pit-lane. Z pozoru rzecz prosta, bo czasy poszczególnych przejazdów i postojów są zapewne do znalezienia (nie sprawdzałem, ale wierzę, że są), ale oczywiście jest haczyk: nikt mianowicie nie mierzy, ile wynosi czas przejazdu torem na odcinku pomiędzy początkiem, a końcem pit-lane. A bez dokładnego wyniku, ile trwałby przejazd tym fragmentem, nie da się wiarygodnie ustalić tego „czasu rzeczywistego”. Zawodnik jadący np. na 2 pitstopy, przejeżdża bowiem po torze inną drogę, niż jadący na 3 stopy (w biathlonie podstawowa droga jest zawsze stała). Nie wspomnę też o niemożności przeliczenia skutków pojawienia się na torze safety-caru na wyliczenie realnej szybkości zawodników.

Biethlon ma bowiem jedną zasadniczą różnicę w porównaniu do F1 – jest sportem dalece bardziej indywidualnym (i nie chodzi tu nawet o pracy całego zespołu przy przygotowaniu samochodu, kluczowym dla możliwości tego samochodu na torze, bo analogiczną funkcję – choć mniej skomplikowaną – odgrywają serwismeni). W biathlonie praktycznie wszystko zależy bowiem od samego zawodnika: jego biegu, jego oka i ręki, jego nerwów, inni nie mają praktycznie na niego wpływu. Na torze natomiast inni zawodnicy mogą znacząco wpłynąć na jazdę innych – nie dając się wyprzedzić, czy też powodując zdarzenia wyścigowe. I czasy natychmiast stają się nieporównywalne.

Nie ma prostego kalkowania schematów, ale oba sporty i tak są piękne:)

Jeden program

Za komuny mieliśmy w telewizorze (za mojej pamięci) dwa programy telewizyjne, później pojawiła się jeszcze TV lokalna. Mówiło się wtedy, że na wszystkich i tak jest to samo (co niekoniecznie oznaczało tę samą audycję w tym samym czasie).

Włączyłem dzisiaj telewizor przed 15-tą. Na pierwszych ośmiu kanałach miałem dokładnie ten sam program (na kilku dalszych jeszcze też, nie zliczę). Praktycznie wszystkie kanały telewizji publicznej oraz grupy TVN i grupy Polsatu nadawały zgodnie transmisję z uroczystości żałobnych w Warszawie. Takie łudzące wrażenie jedności narodowej (a przynajmniej medialnej).

Puenty nie będzie.

Transmisja stereo

Siedzę sobie w warsztacie, czekając na zmianę opon. Na lewo ode mnie transmisja uroczystości żałobnej w TVN. Na prawo ode mnie z hali warsztatu dobiega transmisja tegoż, chyba w radio. Między jedną a drugą relacją przesunięcie rzędu dwóch-trzech słów. Jakby ta druga nie była na żywo, lecz powtarzana przez herolda, jak w średniowieczu (przypomina mi się z „Krzyżowców” Kossak-Szczuckiej opis zgromadzenia w Clermont, na którym ogłoszono ideę wyprawy krzyżowej).

Energia z pedałów

Czytam na portalu, że pewien hotel w Danii zamierza prosić swoich klientów, aby nocując w hotelu, w czynie społecznym siadali na rowerki-generatorki i pedałowali, produkując prąd. Czyn ma być prawie społeczny, bo każdy zasłużony dawca energii, który wypedałuje 100 watów, ma otrzymać posiłek wart ok. 100 zł (słusznie, w końcu pracownik wykonujący ciężką fizyczną pracę otrzymuje posiłek regeneracyjny – np. taki górnik dołowy o wartości 12 zł dziennie).

Tak się zastanawiam: rowerków ma być słownie dwa (2), ale gdyby nawet wstawić je wszystkim gościom do pokoi, to przy pełnym obłożeniu daje – powiedzmy – 700 pedałujących osób. Przyjmijmy (za tekstem), że średnio każdy wytworzy 100 watów, pedałując godzinę. Zatem wszyscy goście razem wytworzą w ciągu tej godziny 70 tysięcy watów, czyli 70 kW. Ciekawe czy wystarczy na utrzymanie oświetlenia całego tego hotelu.

Nie mogę też nie dokonać małego oszacowania cenowego. Jeżeli 1W kosztuje 1 zł, to 1 kilowatogodzina* będzie warta tysiąca złotych. Cena wprost szokująca, nawet jak na Danię. Ale to luksusowy hotel, to goście mają to wliczone w cenę.

*Wszyscy ci, którym odrobina fizyki w głowie nie pozwala zrozumieć tego tekstu, mają rację: wyliczenia są bzdurne. Shit in, shit out. Prawidłowo zrozumiany tekst agencyjny prowadziłby do wersji, w której posiłek (o wartości 44 USD, choć inne źródło podaje 36 USD) przysługuje za wytworzenie 10 watogodzin, czyli 0,01 kWh. Co daje jeszcze bardziej szokującą cenę liczoną w tysiącach USD za w kWh. Skąd autor tekstu wziął podane szczegóły, wolę nie wiedzieć.

 

Świadomość młodzieży

Stoję w kolejce na poczcie. Gdzieś za mną stoi dwóch nastolatków, nie mam pewności, czy bardziej gimnazjalnych, czy już licealnych. Swobodnie sobie dyskutują o sprawach różnych, aż nagle jeden z nich pyta drugiego:
– A ty będziesz jechać do Warszawy na ten pogrzeb Papieża.. ee.. no wiesz czyj?

Głęboko nietaktownie

Lojalnie uprzedzam, że kto chce zachować powagę czasu żałoby, niech nie czyta dalej. Reklamacji nie uwzględnia się.

Jakby wszystkiego było mało, ogarnęła nas fala wymyślania na wyścigi sposobów uczczenia pamięci prezydenta (o innych ofiarach ciszej). Mamy więc mieć most w Bydgoszczy (ma już imię, choć nie ma projektu), mamy więc mieć Stadion Narodowy (projekt już jest, co do imienia na szczęście tylko pomysł), mamy mieć place i ulice (jest już podobno jedna w Odessie), a pewnie i pomniki.

I podobno jeden z klubów sportowych Wielkopolski też rozważa zmianę nazwy na „Lech Kaczyński Poznań”.

Wymagający czytelnik

Junior odwiedzał dzisiaj z Matką bibliotekę (nie pierwszą i nie po raz pierwszy). Gdy tylko przekroczył próg, popędził w kierunku działu z książkami dla dzieci. Dopadł tam Panią Bibliotekarkę i kategorycznie (nieznoszącą sprzeciwu wolą pięciolatka) zażądał:
– Będziemy wybierać książki!
Nieco zdezorientowana Pani Bibliotekarka uprzejmie pyta:
– A jakie?
Na co Junior udzielił zwięzłej merytorycznej odpowiedzi:
– Takie, jakich jeszcze nie miałem!

Egocentryzm współczucia

Żyjemy nadal w poczuciu straty, opadającym nas zewsząd, wśród zniczy, kwiatów i spływających kondolencji. Świat tymczasem żyje dalej.

W katastrofie kolejowej we Włoszech zginęło 7 osób, inne uratowały się cudem.
W kopalni w Zabrzu zasypało górników, 1 zginął.
Spadł samolot w Meksyku, zginęło 5 osób
W Tybecie miało miejsce silne trzęsienie ziemi, zginęło co najmniej 300 osób.

Wszystkie te informacje, przechodzą koło nas jakby nigdy nic, choć nie są ani trochę mniej tragiczne niż gdyby zdarzyły się o tydzień wcześniej. Herbert postawił kiedyś za temat do rozmyślania arytmetykę współczucia, ale proste przeliczanie liczb i odległości nie wystarczy, nawet i wyższa matematyka by nie pomogła. Chyba że uwzględniłaby w liczbach tę względną osobistość relacji między współczującym a opłakiwanym. Egocentryczną, bo osobistą.

Problemy z ewolucją

W ramach trudnego (dla Rodziców głównie) procesu poszerzania wiedzy, Junior dowiedział się jakoś niedawno, że psy pochodzą od wilków. Zjawisko „pochodzenia” zaczęło go intrygować, co zaowocowało dialogiem:
– A od czego pochodzi kot?
– Od dzikiego kota..
– A od czego pochodzi pies?
– Od wilka..
– A od czego pochodzi człowiek?
– Od małpy..
– A Junior nie chce od małpy..
– [w duchu: oho, kreacjonista rośnie..]
– ..Junior nie lubi małp, Junior woli pochodzić od wilka!

Kruchość

Nastrój żałoby pomału opada, coraz więcej będzie dywagacji politycznych, więc pomału należy się z melancholii otrząsać. Utwór, który zaczął dzisiaj za mną chodzić, tyle ma wspólnego z naszym stanem, że powstał na cześć śmierci pewnego człowieka. Nie zginął on wprawdzie w katastrofie ani nawet wypadku, lecz został zabity w 1987 roku w Nikaragui, gdzie pracował przy budowie elektrowni wodnej. Nie o podobieństwo sytuacji tu jednak chodzi, lecz o zawsze aktualny wers:

For all those born beneath an angry star
Lest we forget how fragile we are

Czyli w wolnym przekładzie: Urodzeni pod złą gwiazdą, pamiętajmy, jak kruchy jest każdy z nas.

Może banalne, może oklepane. Ale niech Sting śpiewa.