Porównania, nie wiadomo po co

W myślach nieustająco poszukuję porównań wczorajszej katastrofy do innych zdarzeń historycznych. W wymiarze – powiedziałbym – międzyludzkim, na pewno przypomina się niedawna wciąż jeszcze trauma po śmierci JP2. W aspekcie politycznym krajowym, chyba nie było podobnego zdarzenia od czasu śmierci Piłsudskiego.  Gdyby zaś próbować komukolwiek za granicą wytłumaczyć sens tego co się stało, to trzeba by chyba odwołać się do fikcyjnej sytuacji, gdyby Air Force One rozbił się lecąc na obchody rocznicy 11 września.

To tylko umysł walczy w ten sposób z tym, z czym sobie poradzić niełatwo.

A na dworze deszcz pada, jakby też chciał coś powiedzieć.

97?

Według podawanej listy pasażerów samolotu prezydenckiego (PDF), na pokładzie miało się znajdować 96 osób. Natomiast według wypowiedzi rosyjskiego ministra, na miejscu katastrofy znaleziono 97 ciał.

Może gdzieś jest przekłamanie, pomyłka, błędna identyfikacja, w tym szumie informacyjnym wszystko jest możliwe. Ale doprawdy nie chcę myśleć, że ten tragiczny lot zabrał ze sobą także kogoś, kto akurat znajdował się na ziemi w niewłaściwym miejscu.

Bo wystarczy tragizmu, bez względu na dokładną liczbę.

Usenko, czyli pułapki transliteracji

Jedną z rzeczy, która mnie w ostatnich latach wkurza (i chyba nie jestem w tym odosobniony), jest spotykany w mediach sposób zapisywania nazw własnych i nazwisk pochodzących z regionów, gdzie używa się cyrylicy (we wszelkich odmianach), i tym alfabetem pierwotnie zapisywanych. Z jakiegoś powodu – nie wiem, czy to snobizacja na „zachodnią modłę”, czy też chęć ideologicznego odcięcia się od tego, co było za poprzedniego ustroju, czy może przekonanie o potrzebie reformowania pisowni (ujednolicania ze światową) – często spotkać można cyryliczne nazwiska zapisane, jakby uczynił to redaktor medium angielskiego (w praktyce tak to wygląda). Mamy więc Vitaly Petrova, mamy Petra Tchaikovsky’ego, także Dimitara Berbatova i wiele, wiele innych, których nie zliczę. A wszystko to bierze się z błędnego stosowania zasady transliteracji.

Transliteracja nazw obcych to zabieg sam w sobie oczywiście poprawny, zwłaszcza że oparty jest na Polskiej Normie. Co jednak bywa przeoczane, to fakt, że klasyczna forma transliteracji, zmierzająca do zapisania alfabetem łacińskim znaków pochodzących z cyrylicy (że do tego się ograniczmy), stosowana jest zgodnie z tąże Polską Normą przede wszystkim do tekstów naukowych oraz w bibliotekach naukowych. W codziennym zaś użyciu, powinna być w piśmie stosowana transkrypcja, czyli zapis fonetyczny obcego słowa. A więc piszmy Witalij Pietrow, Piotr Czajkowski i Dimityr Berbatow (przy tym ostatnim mamy dodatkowo szczególny problem z bułgarską głoską przed „r”, która i fonetycznie nie jest łatwa do oddania, i kiedyś bywała zapisywana jako „a’, lecz aktualnie w języku polskim zapisuje się ją jako ‚y). Tym bardziej, że zdarzało mi się widzieć teksty, w których to samo nazwisko zapisywano raz wg zasad transkrypcji, a raz – transliteracji. A nie poprawia sytuacji fakt, że nawet przepisy prawa właściwie mylą te pojęcia, i wprowadzając zasady transliteracji nazwisk, faktycznie uczyniły to przy pomocy transkrypcji (patrz rozporządzenie wykonawcze do ustawy o mniejszościach narodowych).

Serdeczne podziękowanie dla dr Katarzyny Kłosińskiej, która czyniąc w Trójce krótki wykład w tej kwestii, natchnęła mnie do napisania tej notki:) Od niej też pochodzi znakomity przykład zawarty w tytule – otóż gdyby stosować w codziennym obrocie zasady transliteracji, to pewna znana postać z bratniej Ukrainy, tak właśnie mniej więcej winna być pisana: Usenko (z małymi, łatwymi do zgubienia daszkami nad dwoma pierwszymi znakami, czyli Ûŝenko). Któż taki? Przez ostatnich parę lat znaliśmy go lepiej pod nazwiskiem Juszczenko:) To już chyba szybciej byśmy się domyślili, gdyby zapisać cyrylicą (Ющенко). (Pardon: ja trochę zapominam, że młodzież dzisiaj nie miewa już z tym alfabetem kontaktu, nie to co moja generacja).

Święta pieczęci kochanej Ojczyzny..

Jednym z niewątpliwie zadziwiających zjawisk w naszej rzeczywistości, proszącym się o głęboką analizę socjologiczną, jest sprawa pieczątek. Uważane są one za rodzaj atrybutu ważności, dającego Człowiekowi z Pieczątką przewagę nad szarym człowiekiem bez pieczątki. W swojej praktyce zawodowej natrafiłem już parę razy na takie kwiatki, że brzuch właściwie od śmiechu bolał. Wspominam z rozrzewnieniem pewnego komornika, który na pismo podpisane „radca prawny” (podpis złożony na wydrukowanych od razu na piśmie danych pełnomocnika) zażądał przesłania pisma opatrzonego pieczątką imienną; na telefoniczną prośbę o wyjaśnienie obruszył się, że „z komputera to każdy sobie może wydrukować!”. Pewiem członek zarządu banku, Czech z pochodzenia, urodzenia i poczucia, opowiadał mi w przerwie rozmów handlowych, że kiedy przybył do Polski objąć funkcję, to też właśnie się poczuł zaskoczony, kiedy zaraz w pierwszym dniu pracy wręczono mu imienną pieczątkę – pierwszą w jego karierze zawodowej, trwającej w Czechach lat 20. Zdarzyło mi się wreszcie najzupełniej poważnie i brutalnie potraktować pewien sąd wieczystoksięgowy krótkim wykładem, że imienna pieczątka na dokumencie jest tylko i wyłącznie uproszczoną formą zidentyfikowania osoby, która złożyła na tym dokumencie podpis, w związku z czym żądanie przedstawienia dokumentu opatrzonego taką pieczątką jest wzięte z księżyca (tych słów już przez resztkę szacunku nie użyłem); dotarło i podziałało.

Kult pieczątki wydaje się być spadkiem po czasach dawniejszych, lecz nie próbuję stwierdzić, czy tylko to relikt tzw. minionego ustroju, czy też fenomen znacznie głębiej zakorzeniony w przeszłości. W ostatnich latach trochę słabnie, czego najlepszym dowodem, że fundamentalna dla działalności wszelkich firm ustawa o swobodzie działalności gospodarczej (wbrew powszechnemu mniemaniu) nie nakazuje przedsiębiorcy (podobnie jak kodeks spółek handlowych) posiadania pieczątki firmowej! Ba, mnie nawet w moim banku (reklamy nie będzie) udało się doprowadzić do sytuacji, w której na karcie wzorów podpisów pieczątka nie jest przystawiona i nie jest wymagana do jakiejkolwiek operacji (i nieważne, że ponad 95% operacji wykonuję przez Internet, gdzie pieczątka jest mi potrzebna jak umarłemu kadzidło). Dlatego pomysł zlikwidowania pieczątek traktuję raczej jako potwierdzenie trendu, przełamanie bariery myślowej – no i uporządkowanie sytuacji, w której pomimo braku generalnego obowiązku posiadania pieczątki, wiele przepisów szczegółowych takowej wymaga.

Bo powiedzmy sobie szczerze – pomimo ustawy pieczątki nie znikną. Pisałem powyżej, że zasadniczo – wobec braku obowiązku – mógłbym się formalnie bez jakiejkolwiek pieczątki obejść, a mimo to posiadam trzy i stale używam: firmowej, imiennej i jeszcze jednej. Powód? Prosty jak konstrukcja cepa i też już tu wspomniany: jeżeli miałbym ręcznie wypisywać nazwę na kopercie i dowodzie nadania każdego listu, względnie wpisywać imię, nazwisko, tytuł i formułę „za zgodność z oryginałem” na każdym uwierzytelnianym dokumencie, to musiałbym być nie lada maniakiem. Pieczątka załatwia wypisywanie tego rodzaju standardowych tekstów w sposób absolutnie niezastąpiony. Aczkolwiek mam przy tym świadomość, że mogę prychnąć w nos każdemu, kto zażądałby ode mnie pieczątki jako czegoś lepszego od napisu sporządzonego inną techniką.

The Great Manchester Robbery

Bayern Monachium bywa ostatnimi czasy uważany za drużynę drugiego sortu wśród europejskiej czołówki (lub przynajmniej wśród tych drużyn, które do tego miana pretendują). Aktualnie Bawarczycy mają jednak atut, którego pozazdrościć im może niemal każdy – kapitalną parę klasycznych skrzydłowych. Arjen Robben, Franck Ribery. Mecz z Man Utd nie był Ich Wielkim Spotkaniem – Robben na prawym skrzydle zachowywał się, jakby uparł się używac wyłącznie lewej nogi, schodząc w praktycznie każdej akcji do środka lub wycofując piłkę, Ribery zaś w pierwszej połowie sprawiał wrażenie, jakby dopiero wtedy zaplanował przeprowadzenie rozgrzewki – ale to do nich należały decydujące akcje. Najpierw rajd rozkręcającego się Ribery’ego został zatrzymany faulem taktycznym przez (skądinąd znakomitego wcześniej) Rafaela – który chyba zapomniał, że wcześniej zobaczył już żółtą kartkę – co dało Bayernowi przewagę liczebną. A potem fantastyczne rozegranie rzutu rożnego – miękkie dogranie Ribery’ego wprost na nogę ustawionego na linii pola karnego Robbena, i fantastyczny wolej nie do obrony, śmiało pretendujący do tytułu gola meczu, tym ważniejszy, że odbierający zabawki całemu MU.

A konkurencja była solidna. Pierwszy gol Naniego to maestria zarówno w podaniu pomiędzy całą linią defensywną, jak i w strzale tyłem. Gol Olicia to co prawda na początek solidna przepychanka w walce o piłkę, ale koniec końców uderzenie miękkie i precyzyjne wzdłuż całej linii bramkowej. Drugi gol Naniego to już praktycznie uderzenie z czystej pozycji (choć wielu mogłoby się uczyć, jak z 15 metrów trafić pod poprzeczkę, kiedy nie dają rady zrobić tego z 5 metrów). Ostatni zaś (choć chronologicznie pierwszy) gol wyróżniał się jedynie indolencją bramkarską.

Tutaj wypada mi się przyznać do porażki z emocjami. Kiedy tak słuchałem, jak komentatorzy Polsatu rozpływali się nad tym golem Gibsona w 3 minucie meczu, nad umiejętnościami technicznymi strzelca, siedziałem jak osłupiały. Oddając bowiem, że strzał poszedł z 20 metrów w krótki róg blisko słupka (acz nie było w tym nic z kunsztu choćby Wielkiej Małej Stopy), nie można było nie widzieć, że całą zasługę należało zapisać bramkarzowi Bayernu, który zachował się w sposób, jakiego nie spodziewalibyśmy się nawet po juniorze, i właściwie nie zareagował wcale (mój komentarz brzmiał „przecież to był strzał to pustej bramki!”). I wtedy – w reakcji na te puste zachwyty, trącące anglofilią – przypomniało mi się często używane przez paru znajomych z blogosfery pojęcie dżentelmenelia, nierozerwalnie związane z piłką angielską. Przypomniało mi się, i jakoś nie chciało się od języka odlepić. I zacząłem kibicować Bayernowi:)

Każdy punkt się liczyć może

Mamy za sobą trzy wyścigi tegorocznego sezonu. Sebastian Vettel i jego redbull wyglądają na niesamowicie silnych, ale na razie prowadzi Felipe Massa z 39 punktami, mając zaledwie 15 punktów przewagi na ósmym (!) Markiem Webberem (przy 25 punktach za zwycięstwo, kolejność może się bardzo łatwo zmieniać); nie chce mi się przeliczać na stary system punktacji, ale dość będzie powiedzieć, że w tych trzech wyścigach, na podium stało aż ośmiu kierowców (jedyny który znalazł się tam dwukrotnie, jest liderem). Dlatego też bardzo mnie zdziwiła napotkana na portalu myśl, że sezon może być już rozstrzygnięty. Stare przysłowie pszczół mówi „nie chwal dnia przed zachodem słońca..” (ciąg dalszy pozostawmy w niedomówieniu). Dość wspomnieć, że w zeszłym sezonie, też się po kilku wyścigach wydawało, że Jenson Button zdobędzie tytuł, choćby w trakcie wyścigu zatrzymywał się na hamburgera – a pod koniec sezonu emocji było co niemiara. Tym niemniej, o ileż ciekawiej było jeszcze, gdyby w pierwszym wyścigu zeszłego sezonu, Vettel nie zaliczył kolizji z Robertem Kubicą, starając się obronić drugie miejsce. Wtedy psioczyliśmy, że na skutek tej kolizji może Robertowi na koniec sezonu braknąć punktów w walce o najwyższe laury (wtedy wielu naprawdę w to wierzyło). A brakło – Vettelowi (gdyby nie wypadek, miałby o sześć punktów więcej i do końca szansę walki o tytuł). Dlatego na koniec sezonu może się okazać, że każdy jeden punkcik wywalczony czy oddany może mieć znaczenie, nawet jeśli zdobyty nie w walce o podium wyścigu, lecz o odległe miejsce.

Dlaczego bażant przekroczył ulicę?

Z podobnym pytaniem w odniesieniu do kury zetknął się pewnie każdy, i każdy na nowo może wymyślać kolejną odpowiedź. W przypadku bażanta, odpowiedź jest dużo prostsza i jednoznaczna: ponieważ wybudowano mu ulicę tam, gdzie zwykł był chadzać. Przynajmniej jeżeli idzie o bażanta (jednego z wielu), którego spotykam w okolicy (niejednego mijałem na ulicy, także samochodem).

Lubię tych swoich sąsiadów. Nie są wielkimi lotnikami (mam wrażenie, że raczej podfruwają, niż latają, i tylko wtedy gdy im to potrzebne). Potrafią długo siedzieć w ukryciu i czekać na to, czy intruz przejdzie, ale kiedy już nie czują się bezpiecznie i znienacka zerwą się w powietrze, to naprawdę można się wystraszyć – bo to jednak spore ptaki; nieoczekiwany furgot o kilka metrów od człowieka, widok wielkiego przedmiotu lecącego koło głowy i ewentualnie na dokładkę ten niepowtarzalny skrzek, to robi wrażenie.

A do tego te ich kolory. W pełni barw mogłyby zawstydzić niejednego pawia. Nie mam niestety żadnego zdjęcia zrobionego po sąsiedzku (a nie chcę do tej notki wrzucać żadnego anonima); mam tylko w domu całkiem pokaźną kolekcję piór pogubionych tu i ówdzie, prezentujących szeroką paletę brązów, czerni i szarości, poukładanych w rozmaite plamki, cętki, paski i inne wzorki. Cieszę się za każdym razem, kiedy widzę tych swoich wciąż jeszcze sąsiadów na łące, polu czy w lasku (ostatnio dziś rano), bo nowi ludzcy sąsiedzi rok za rokiem zajmują coraz to nowe miejsca do gniazdowania czy popasania, budując zupełnie zwyczajne i nieefektowne domy.

 

Wesołego jajka

Święta Wielkanocne jajami stoją. Tradycyjnie (bo tradycyjnie najprościej kupić) używamy jaj kurzych jako symbolu nowego życia (ciekawe jaki procent świętujących ma świadomość tej symboliki..), ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jaja były przepiórcze czy strusie, jak ktoś lubi. Dzieci i tak pewnie najchętniej sięgną po czekoladowe:)  chyba że akurat wzorem amerykańskich dzieci będa się bawić w szukanie wielkanocnych jaj w ogrodzie (wtedy są zwykłe).

Jajcarska świąteczna atmosfera udziela się wszystkim. Mój żółw dzisiaj rano zniósł dwa, pewnie żeby nam nie brakło:) Nie pierwszy to raz, kiedy nas tak obdarza, bywało w większych ilościach, ale podziwiam to wyczucie chwili.

Wesołych Świąt, już bez dalszych kalamburów.

Felerna Marion Bartoli

Trafiłem w ostatnich dniach na powtórkę (skrót) półfinałowego meczu w turnieju WTA w Miami pomiędzy Venus Williams a (nigdy wcześniej przeze mnie niewidzianą) Marion Bartoli. Cóż, zasadniczo nieelegancko jest wypowiadać się powierzchowności bliźnich, zwłaszcza kobiet płci odmiennej, ale świat czyni to nieustannie, zwłaszcza jeśli chodzi o bardziej udane okazy. Sam do tej pory nie rozważałem na blogu o wyższości wyglądu Danieli Hantuchovej nad Marią Kirilenko lub odwrotnie (zostawiam to mimo wszystko chłopakom z Widelca lub/i Z czuba), ale refleksja, jaka mnie nawiedziła podczas patrzenia na ten pojedynek, była równie silna, co niewymuszona. Otóż ilekroć przenosiłem wzrok z Bartoli na Williams (w meczu tenisowym to jakby normalne), to miałem wrażenie, że – prawem kontrastu – Williams wydaje się szczupła, ba! wręcz zgrabna (może zresztą trochę zrzuciła, albo już mi się siostry mylą). Bartoli miała – nawet można powiedzieć – wręcz mało sportową posturę, dziwną nieco jak na kogoś wysoko aspirującego.

No dobra: darowałbym jej, gdyby przy okazji nie zrobiła jeszcze dodatkowo czegoś spektakularnego (nie twierdzę, że miało to związek z wyglądem czy posturą). Kiedy włączyłem relację, Bartoli przy swoim serwisie prowadziła w gemie (pierwszy set, 2:3) 15-0. Przegrała tego gema do 30, zdarza się. Ale cztery podwójne błędy serwisowe w jednym gemie (jeśli dobrze pamiętam, siedem zepsutych podań z rzędu), to jednak jest wyczyn.