Dzisiaj serwis internetowy „Rzeczypospolitej” podaje informację o wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nakazał wydawcy „Rzepy” podanie adresów prywatnych dwóch dziennikarzy, przeciwko którym bohater jakiegoś artykułu zamierza wytoczyć proces. Rzecz cała utrzymana jest w alarmistycznym tonie, że oto za sprawą tego wyroku (i stanowiących jego podstawę przepisów) dziennikarzom grozić będą różne niebezpieczeństwa, pojawia się nawet postulat zmiany przepisów procedury. Sekunduje dziennikarzom mec. Naumann, który sugeruje, że sądy mają w ręce przepis pozwalający na doręczanie korespondencji sądowej w miejscu pracy, tylko z niego nie chcą lub nie mogą korzystać.
No ręce mi opadły. Zacznijmy może od tego, co najbardziej niebezpieczne dla świadomości prawne, czyli od sprostowania wypowiedzi mec. Naumanna (ja bym się nie zdziwił swoją drogą, jakby on po fakcie sam zamieścił sprostowanie tego co powiedział). Otóż jak najbardziej istnieje (i dość słabo działa) przepis art. 135 par. 1 kpc pozwalający na doręczanie korespondencji nie tylko w mieszkaniu, ale także w miejscu pracy lub wszędzie indziej, gdzie się adresata zastanie. Sęk jednak w tym, że przepis ten nijak się ma do przedmiotowego przypadku. Dotyczy on bowiem sytuacji, w której postępowanie zostało już wszczęte. Żeby jednak pozew mógł zostać prawidłowo wniesiony, należy zgodnie z przepisem art. 126 par. 2 kpc podać miejsce zamieszkania stron – a brak tej informacji powoduje zwrot pozwu. I w żaden sposób obowiązek określony w tym przepisie nie może być sanowany przez podanie adresu miejsca pracy.
Ze swojej strony dodam, że problem ustalenia adresu zamieszkania często rodzi trudności dla tego, kto chce dochodzić swoich praw, i jakaś nowelizacja byłaby uzasadniona – np. przez możliwość wskazania „adres zamieszkania nieznany”, pod warunkiem wskazania właśnie adresu innego niż zamieszkania, gdzie będzie można dokonać doręczenia; klasycznym przykładem jest pozywanie osób fizycznych prowadzących działalnosć gospodarczą, gdzie powód zna adres prowadzenia działalności, natomiast adresu zamieszkania musi dopiero poszukiwać (nie żeby zawsze było to trudne, ale jednak). Należy jednak o tyle uważać, że warunkiem skutecznego prowadzenia postępowania jest doręczenie skuteczne, czyli w taki sposób, żeby druga strona mogłą się z korespondencją zapoznać – a niespełnienie tego warunku prowadzi do pozbawienia drugiej strony możliwości obrony. I tu pojawia się problem, że w razie kierowania korespondencji do „miejsca pracy”, doręczyciel musiałby albo znaleźć w instytucji konkretną osobę, albo pozostawiać jej w punkcie przeznaczonym do obsługi korespondencji awizo – albo pozostawić np. pozew o alimenty sekretarce. Pierwszy wariant może być niemożliwy do zrealizowania, dwa pozostałe – grożą tym, że z najbłahszego choćby powodu przesyłka może nie dotrzeć do adresata. Wyobraźmy sobie zresztą pozew doręczany na adres „Józef Nowak, Telekomunikacja Polska S.A.”.. A poza tym, w przypadku dziennikarzy wcale nie jest oczywiste, czy ten lub inny piszący na łamach w ogóle w redakcji bywa i jak często, przez co doręczanie na adres redakcji nawet nie spełniałoby kryteriów art. 135 kpc.
Pozostawiając jednak na uboczu potencjalne nowelizacje, przyjrzyjmy się jeszcze kwestii, jakież to zagrożenia pojawiają się dla biednych dziennikarzy. Otóż – żadne. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w przypadku bardziej znanych tytułów i autorów, ustalenie adresu na drodze prawnej jest banalnie proste i nie wymaga angażowania GIODO i sądów administracyjnych. Gdyby mi się chciało, jestem w stanie ustalić adresy Piotra Gursztyna, Wojciecha Orlińskiego, Rafała Kasprówa czy Janiny Paradowskiej za jedyne 31 zł od sztuki plus koszty korespondencji. Zajmie mi to kilka tygodni oczekiwania, może nawet miesięcy, ale nie będę musiał wychodzić dalej niż na pocztę, a zainteresowani nawet nie będą wiedzieli o tym, że te dane dostałem. Lamentowanie więc, że oto redakcja musi ujawnić te dane, które można uzyskać samemu, jest po prostu śmiechu warte. Osobną kwestią jest, że redakcja nie spowiednik, więc wcale nie musi wiedzieć, gdzie rzeczony dziennikarz faktycznie pomieszkuje – może mieć w aktach tylko adres, wg którego dokonuje rozliczeń podatkowych.
Bez względu jednak na to, skąd zainteresowany uzyska w końcu adres dziennikarza, pozostaje pytanie o zagrożenie płynące z tej wiedzy. Otóż przeciętny człowiek szanownemu redaktorowi będzie chciał co najwyżej obić mordę za to co napisał, co może zrobić zaczekawszy nań przed redakcją. Jeżeli natomiast pojawi się ktoś o bardziej przestępczych zamiarach, jakiś aferzysta, gangster czy agent służb specjalnych – to proszę serdecznie wybaczyć, ale twierdzenie, że takowy nie będzie w stanie namierzyć swojego obiektu w drodze obserwacji czy innych technik uznanych za niezgodne z porządkiem prawnym, to naiwność najwyższego lotu. I taki ktoś na pewno nie będzie oficjalnie pytał redakcji o adres zamieszkania swojego przedmiotu zainteresowania.
O cóż więc chodzi? Ano o to, że dziennikarze przyzwyczajają się coraz bardziej do myślenia o sobie w kategoriach władzy. Wypowiadając się o kimś w wielkonakładowym medium, władzę tę realizują. Kontra w postaci zatrudnienia trzeciej władzy boleśnie ich z poczucia władczości wytrąca. Bo przecież czym się różni dochodzenie swoich praw wobec anonimowego internauty, od dochodzenia praw wobec chowającego się za gardą prawa prasowego dziennikarza? Niczym, ale o tym pierwszym można się pogardliwie wyrazić z fotela redaktorskiego.