Co się sprzedaje w Bytomiu

Odwiedzałem znowu dzisiaj w sprawach prastare miasto Bytom. Szedłem jedną z uliczek w centrum i spojrzałem na kiedyś wypatrzony szyld. Nie zmienił się, odkąd po raz pierwszy przyciągnął moją uwagę.

śmieszny szyld sklepu komputerowego w Bytomiu

Chyba nie chciałbym kupować sprzętu elektronicznego w sklepie, któremu obojętne jest, czy sprzedaje palmtopy, czy plamtopy. A jeśli tylko nie stać go na zmianę szyldu, to niekoniecznie daje dobre rokowania co do swojej przyszłości.

Pseudozagrożenie czwartej władzy, czyli o problemie adresu w procesie

Dzisiaj serwis internetowy „Rzeczypospolitej” podaje informację o wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nakazał wydawcy „Rzepy” podanie adresów prywatnych dwóch dziennikarzy, przeciwko którym bohater jakiegoś artykułu zamierza wytoczyć proces. Rzecz cała utrzymana jest w alarmistycznym tonie, że oto za sprawą tego wyroku (i stanowiących jego podstawę przepisów) dziennikarzom grozić będą różne niebezpieczeństwa, pojawia się nawet postulat zmiany przepisów procedury. Sekunduje dziennikarzom mec. Naumann, który sugeruje, że sądy mają w ręce przepis pozwalający na doręczanie korespondencji sądowej w miejscu pracy, tylko z niego nie chcą lub nie mogą korzystać.

No ręce mi opadły. Zacznijmy może od tego, co najbardziej niebezpieczne dla świadomości prawne, czyli od sprostowania wypowiedzi mec. Naumanna (ja bym się nie zdziwił swoją drogą, jakby on po fakcie sam zamieścił sprostowanie tego co powiedział). Otóż jak najbardziej istnieje (i dość słabo działa) przepis art. 135 par. 1 kpc pozwalający na doręczanie korespondencji nie tylko w mieszkaniu, ale także w miejscu pracy lub wszędzie indziej, gdzie się adresata zastanie. Sęk jednak w tym, że przepis ten nijak się ma do przedmiotowego przypadku. Dotyczy on bowiem sytuacji, w której postępowanie zostało już wszczęte. Żeby jednak pozew mógł zostać prawidłowo wniesiony, należy zgodnie z przepisem art. 126 par. 2 kpc podać miejsce zamieszkania stron – a brak tej informacji powoduje zwrot pozwu. I w żaden sposób obowiązek określony w tym przepisie nie może być sanowany przez podanie adresu miejsca pracy.

Ze swojej strony dodam, że problem ustalenia adresu zamieszkania często rodzi trudności dla tego, kto chce dochodzić swoich praw, i jakaś nowelizacja byłaby uzasadniona – np. przez możliwość wskazania „adres zamieszkania nieznany”, pod warunkiem wskazania właśnie adresu innego niż zamieszkania, gdzie będzie można dokonać doręczenia; klasycznym przykładem jest pozywanie osób fizycznych prowadzących działalnosć gospodarczą, gdzie powód zna adres prowadzenia działalności, natomiast adresu zamieszkania musi dopiero poszukiwać (nie żeby zawsze było to trudne, ale jednak). Należy jednak o tyle uważać, że warunkiem skutecznego prowadzenia postępowania jest doręczenie skuteczne, czyli w taki sposób, żeby druga strona mogłą się z korespondencją zapoznać – a niespełnienie tego warunku prowadzi do pozbawienia drugiej strony możliwości obrony.  I tu pojawia się problem, że w razie kierowania korespondencji do „miejsca pracy”, doręczyciel musiałby albo znaleźć w instytucji konkretną osobę, albo pozostawiać jej w punkcie przeznaczonym do obsługi korespondencji awizo – albo pozostawić np. pozew o alimenty sekretarce. Pierwszy wariant może być niemożliwy do zrealizowania, dwa pozostałe – grożą tym, że z najbłahszego choćby powodu przesyłka może nie dotrzeć do adresata. Wyobraźmy sobie zresztą pozew doręczany na adres „Józef Nowak, Telekomunikacja Polska S.A.”.. A poza tym, w przypadku dziennikarzy wcale nie jest oczywiste, czy ten lub inny piszący na łamach w ogóle w redakcji bywa i jak często, przez co doręczanie na adres redakcji nawet nie spełniałoby kryteriów art. 135 kpc.

Pozostawiając jednak na uboczu potencjalne nowelizacje, przyjrzyjmy się jeszcze kwestii, jakież to zagrożenia pojawiają się dla biednych dziennikarzy. Otóż – żadne. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w przypadku bardziej znanych tytułów i autorów, ustalenie adresu na drodze prawnej jest banalnie proste i nie wymaga angażowania GIODO i sądów administracyjnych. Gdyby mi się chciało, jestem w stanie ustalić adresy Piotra Gursztyna, Wojciecha Orlińskiego, Rafała Kasprówa czy Janiny Paradowskiej za jedyne 31 zł od sztuki plus koszty korespondencji. Zajmie mi to kilka tygodni oczekiwania, może nawet miesięcy, ale nie będę musiał wychodzić dalej niż na pocztę, a zainteresowani nawet nie będą wiedzieli o tym, że te dane dostałem. Lamentowanie więc, że oto redakcja musi ujawnić te dane, które można uzyskać samemu, jest po prostu śmiechu warte. Osobną kwestią jest, że redakcja nie spowiednik, więc wcale nie musi wiedzieć, gdzie rzeczony dziennikarz faktycznie pomieszkuje – może mieć w aktach tylko adres, wg którego dokonuje rozliczeń podatkowych.

Bez względu jednak na to, skąd zainteresowany uzyska w końcu adres dziennikarza, pozostaje pytanie o zagrożenie płynące z tej wiedzy. Otóż przeciętny człowiek szanownemu redaktorowi będzie chciał co najwyżej obić mordę za to co napisał, co może zrobić zaczekawszy nań przed redakcją. Jeżeli natomiast pojawi się ktoś o bardziej przestępczych zamiarach, jakiś aferzysta, gangster czy agent służb specjalnych – to proszę serdecznie wybaczyć, ale twierdzenie, że takowy nie będzie w stanie namierzyć swojego obiektu w drodze obserwacji czy innych technik uznanych za niezgodne z porządkiem prawnym, to naiwność najwyższego lotu. I taki ktoś na pewno nie będzie oficjalnie pytał redakcji o adres zamieszkania swojego przedmiotu zainteresowania.

O cóż więc chodzi? Ano o to, że dziennikarze przyzwyczajają się coraz bardziej do myślenia o sobie w kategoriach władzy. Wypowiadając się o kimś w wielkonakładowym medium, władzę tę realizują. Kontra w postaci zatrudnienia trzeciej władzy boleśnie ich z poczucia władczości wytrąca. Bo przecież czym się różni dochodzenie swoich praw wobec anonimowego internauty, od dochodzenia praw wobec chowającego się za gardą prawa prasowego dziennikarza? Niczym, ale o tym pierwszym można się pogardliwie wyrazić z fotela redaktorskiego.

Katastrofa lotnicza w Trypolisie

Dzisiaj na lotnisku w Trypolisie rozbił się podchodzący do lądowania samolot ze 105 osobami na pokładzie. Nikt nie przeżył.

Pomiędzy dzisiejszą katastrofą a wypadkiem w Smoleńsku różnica wyraża się w liście pasażerów. Zapewne Kaddafi ogłosi żałobę narodową, ale mało prawdopodobne, aby przyłączyli się do niej choćby sąsiedzi.

Dla mnie jednak sprawa ma nieco inny wymiar, bo na tym lotnisku dobrych parę razy startowałem i lądowałem (choć w tym konkretnym locie na pewno nie byłoby mnie na pokładzie). Dlatego nie obejdzie się bez cichej żałoby.

PS. Pojawiła się informacja, że jedno 8-letnie dziecko przeżyło katastrofę. Allahu Akbar.

Za dobre opony

Jedną z największych niespodzianek tego sezonu jest jak na razie wytrzymałość opon. Okazuje się, że na suchej, gorącej nawierzchni, dociążone paliwem bolidy potrafią przejechać nawet i 75% dystansu na jednym komplecie opon.  W rezultacie przy takich warunkach atmosferycznych, wyścig wygląda następująco: wszyscy ruszają na miękkich oponach (wymóg zmiany mieszanki + startowania na oponach, na których uzyskano najlepszy czas, zwykle miękkich), po czym kiedy zaczynają się zużywać, niemal jednocześnie wymieniają gumy na twardsze i ciągną na tym do mety. Tak było – ku wielkiemu zdziwieniu – w Bahrajnie, tak było i w Barcelonie (przyzwyczajenie do innych strategii znowu spowodowało zdziwienie, że kierowcy się do boksów nie spieszą). Przyznam, że i ja – obserwując jak Jenson Button odpuszcza pogoń z Michaelem Schumacherem – sądziłem, że będzie próbował połknąć go przy zmianie opon, lub na świeżych gumach. Cóż, prawidłowa odpowiedź brzmiała: Button zrozumiał, że jeśli będzie dalej naciskał, to zbyt mocno zniszczy opony, by móc dojechać na nich do końca – a ewentualna zmiana opon na świeże będzie oznaczała stratę większą, niż będzie w stanie nadrobić dzięki lepszemu prowadzeniu się bolidu (jako jedyny z czołówki drugi raz opony zmienił Vettel, i – jeszcze przed awarią hamulców – nie wydawało się, aby miał szansę odrobić stratę pozycji do Alonso; może gdyby zrobił to wcześniej?).

I tu, jak się zdaje, tkwi sekret „pochodu ciężarnych słonic”. Nie w samym ciężarze (bo ten przy wilgotnej nawierzchni nie przeszkadza), ale w porównaniu zysków i na strat na zmianie opon. Jeżeli bowiem kierowcy zamierzają przejechać większość dystansu na jednym komplecie, to muszą bardziej o nie dbać – a to zmusza do ograniczenia efektownych manewrów. Pilnowanie własnej pozycji i liczenie na ewentualny defekt lub gruby błąd rywala, staje się imperatywem, aktywność się po prostu nie opłaca, bo można skończyć jak Hamilton.

Czy jest na to rada? Na wymuszanie deszczu trudno liczyć, więc zostaje chyba tylko jedna, kontrowersyjna opcja: wymuszenie dwukrotnej (co najmniej) zmiany opon w trakcie wyścigu. W moim odczuciu, wtedy kunktatorstwo przestanie się po prostu opłacać. Oczywiście, na swój sposób pokrzywdzeni będą zawodnicy, którzy dobrze dbają o opony, ale też czy naprawdę F1 to konkurs pielęgnacji ogumienia, czy może jednak wyścigi?

No i stało się

Dzisiaj popołudniu Obersturmbannfuehrer Ojciec, przy wykorzystaniu krzyku, szantażu i szeregu innych sprawdzonych metod z gestapowskiego podręcznika, doprowadził wreszcie do przełamania historycznie ugruntowanych oporów i rozpoczęcia przez Juniora regularnego kręcenia pedałami roweru. Jak już kręcenie pedałami się zaczęło, to trwało dobrych parę kilometrów. Będzie chyba chleb z tej mąki:)

Nie wiadomo, kto jest bardziej zadowolony – Junior czy Ojciec. Ojciec jest na pewno bardziej dumny, bo Junior nie zna jeszcze tego słowa:)

I tylko proszę nie pytać, się jak umiejętności Juniora plasują względem Kolegów z Podwórka.

PS. Jacyś złośliwcy mogliby w tym miejscu zapytać, czy Junior jeździ w kasku. Odpowiedź brzmi: bez. Ale to nie manifestacja, tylko pragmatyzm – nie było sensu myśleć o kupowaniu kasku, dopóki jazda na rowerze była zajęciem tylko hipotetycznym. A teraz – cóz, mus jest, więc pewnie.. [zgrzyt zębami]

Refleksje o hicie sezonu ligowego

Zauważyłem – nieomal przypadkiem – że publicznie dostępna TVP pokazuje dzisiaj „hit sezonu”, czyli mecz Legii z Wisłą. O samym meczu trudno napisać lepiej, niż zrobił to Rafał Stec, o kibicowaniu wielu też napisze lepiej niż ja (ja tylko moge powiedzieć, że trybuny mi się strasznie puste wydawały, ale nie przyglądałem się zbyt uważnie), więc tylko jedna zupełnie incydentalna refleksja.

Otóż w drugiej połowie trener Legii wpuścił na boisko młodego rezerwowego, 20-latka, dla którego był to drugi występ w ekstraklasie, a pierwszy tej wiosny. Młodziak zaraz po wejściu ruszył dziarsko do gry, pokazując serce, szybkość i ździebko talentu, jak jego ojciec za najlepszych lat. Ba, nawet niewiele brakowało, żeby bramkę sprokurował.

Patrzyłem tak na młodego Jakuba Koseckiego i przypomniał mi się „Piłkarski poker” [spoiler warning, gdyby jakiś młodziak jeszcze nie widział:)]. Ten ostatni, powtórzony mecz sezonu, kiedy Legia.. pardon, „Powiśle” Warszawa grała o tytuł. Na boisko wchodził wtedy w debiucie młody Olek Grom, syn byłego reprezentanta kraju. Wszedł – i strzelił dwa gole, dające zwycięstwo, tytuł i parę niespodzianek fabularnych:) Tak się zastanawiałem, czy i młody Kosecki równie zabłyśnie. Nie zabłysnął (choć dobrze się zapamiętał), ale też miał o tyle gorzej niż Olek Grom, że wchodził na boisko nie przy remisie, ale już przy stanie 0:3 (no i nie miał żadnego Laguny do wsparcia).

Mlecz fajna rzecz…

Lubię patrzeć, jak mlecze porosną jakiś kawałek trawy, i wiosenną porą tworzą żółte łany, szczególnie jeżeli taki kobierzec pojawia się wzdłuż drogi (a wiele jest takich miejsc). Tak się radośnie, kolorowo robi. Oczy wołają „więcej, więcej!” – ale też oczywiście jest wyjątek.

Tak od zeszłego roku staram się, żeby mlecze, jeśli już mają się plenić (a powstały z żółtego łana mleczy biały łan dmuchawców robi to z zastraszającą łatwością), to niech czynią to poza moim ogródkiem (oj bywało w nim żółciutko, bywało). W zeszłym sezonie prowadziłem z nimi dyskusję przy użyciu jakiegoś środka chemicznego, który miał powodować przymieranie na etapie wczesnego rozkwitania, ale chemia ma to do siebie, że może zaszkodzić wszystkim dokoła – a nie po to mam ogródek, żeby dziecko i pies przy ładnej pogodzie oglądali go tylko przez okno. W tym roku przyjęliśmy więc podejście bardziej tradycyjne – mechaniczne: z jednej strony usuwamy po prostu kwiatki, z drugiej staramy się pomału usuwać mlecze wraz z liścmi i korzeniami.

Jak ktoś nie umie sobie wyobrazić, czym była stugłowa hydra, niech pochyli się nad takim zagonem mleczy. Ledwo się powyszarpuje z ziemi wszystkie pędy z jednego korzenia (który notabene z radością urywa się tuż pod ziemią, zostawiając sobie sporo zapasu w głębi), zaraz dostrzega się, jak z sąsiednich kępek na to samo miejsce rozprostowują się inne pędy. Człwiek zaczyna się czuć trochę jako ten Syzyf.

Tak naprawdę to najlepszym sposobem byłaby wymiana calej ziemi i stworzenie trawnika od podstaw, ale na razie nam do tej decyzji daleko.

Internetowe sklepy z oponami lecą w gumę

Potrzebowałem po zimie kupić nowe opony letnie. Jeszcze w marcu przejrzałem szybko dostępne modele, wyrobiłem sobie pogląd na relację ceny do jakości i wybrałem określony model. Tak uzbrojony udałem się na zakupy, uznając e-sklepy za odpowiednie miejsce (ceny niższe, a za transport całego zestawu już się zwykle nie płaci).

Zacząłem – taką małą świecką tradycją – od Znanego Internetoweogo Dystrybutora. Z aprobatą zobaczyłem, że „mój” model jest dostępny w ciągłej sprzedaży, więc szybko zamówiłem i czekałem na realizację. Niestety, następnego dnia dostałem telefon, że moje opony system pokazuje jako dostepne na bieżąco, ale niestety chwilowo moich opon brak – i będą prawdopodobnie za dwa tygodnie (a na razie oferują mi zastępczo inny model, nic to że droższy, za to słabiej testowany). Uprzejmie się rozmyśliłem i zacząłem szukać alternatywnego dostawcy, wykorzystując strony internetowe jako jedynie źródło danych kontaktowych i preferując bardziej szybszy w efekcie kontakt telefoniczny. Następny sprzedawca okazał się mutacją Znanego Internetowego Dystrybutora, z tym samym problemem. Kolejny sprzedawca oświecił mnie, że chwilowo „mój” model jest w Polsce praktycznie niedostępny, bo cała produkcja idzie do krajów zachodnich, żeby tam obsłużyć wiosenną wymianę opon; ponieważ budził zaufanie (i był dodatkowo nieco tańszy), zamówiłem tam ze świadomością, że i tak trzeba zaczekać jakąś chwilkę.

No i czekałem. Po jakichś dwóch tygodniach (kwiecień już był w pełni) zadzwoniłem zapytać, co słychać – i ku swojej konsternacji dowiedziałem się, że spodziewany termin dostawy mojego modelu to koniec maja (termin dostawy może ulec zmianie), a poza tym nawet jeżeli dotrą, to i tak będą w innej cenie, niż w moim zamówieniu. Współpraca z tym sklepem zakończyła sie z szybkością światła, rozpoczęły się coraz bardziej gorączkowe poszukiwania (bo słońce przygrzewało, a ja się uparłem). Odnalazłem kolejny e-sklep z siedzibą w Warszawie, którego system pokazywał dostępność 8 sztuk poszukiwanych opon. Natychmiast zadzwoniłem się upewnić, że tych 8 sztuk nadal jest w magazynie i że 4 z tego mogą być przeznaczone dla mnie, a po pozytywnej odpowiedzi niezwłocznie dopełniłem zamówienia, z uruchomieniem karty kredytowej włącznie. Kto jeszcze jest zaskoczony, że następnego dnia rano dostałem smsa, iż owych 8 sztuk jest już nieaktualne?

Znalazłem jeszcze jeden sklepik, nie budzący zaufania na pierwszy rzut oka (w istocie nie podawał nawet swojego rzeczywistego adresu, numer telefonu był jedynie komórkowy i trudno się było dodzwonić). Kiedy uzyskałem połączenie, rozmówca lekko zdziwionym właściwie tonem potwierdził, że oferowane 4 sztuki nadal posiada, i że wyśle je wkrótce po otrzymaniu przelewu (brak opcji płatności kartą). Niby to tylko trochę pieniędzy i cztery kawałki gumy, ale przyznam, że następnych parę dni było dość stresujących – czy po wysłaniu pieniędzy znowu nie dostanę radosnego komunikatu, że zamówionych opon brak. Odetchnąłem z ulgą dopiero kiedy dostałem telefon z warsztatu, że kurier jest dostarczył.

Nazwy sklepów, które poleciały sobie w gumę, zachowam dla siebie. Pozwolę sobie natomiast wyrazić wdzięczność niewielkiemu sklepowi Superopona.pl z wielkopolskiej Opalenicy – za odrobinę normalności. Mała rzecz, a.. super.

Odgłosy wiosny

Nieopodal mojego osiedla, jakieś parę setek metrów, znaleźć można kilka niewielkich stawków. Spacerując z psem po zmroku, słuchałem, jak w tych stawkach zaczęły grać żaby.

Późno bo późno, ale rozkwitają drzewa owocowe: wiśnie, jabłonie, śliwy.. Siedziałem dzisiaj pod kwitnącą gruszą, a w uszach stale miałem brzęczenie pszczół uwijających się w kwiatach.

Bażanty mogą skrzeczeć przez rok cały, ale świergotanie większości ptaków najsilniejsze jest na wiosnę. Tylko trzeba się wybrać w ciche miejsce, najlepiej skoro świt.

I do tego szelest trawy poruszanej przez uciekającego zająca.

Wiosna – jak to brzmi!

To dlatego

Nigdy szczególnie nie przepadałem za szczypiorniakiem, nawet w okresie naszych przewag reprezentacyjnych. Zawsze bowiem miałem wrażenie okropnej schematyczności w tym rozgrywaniu piłki w poprzek boiska, z jednej strony na drugą, szukając pozycji, która pozwoli przebić się przez mur obrońców, i tak kilkadziesiąt razy w meczu.

Podobny schemat czasem obserwuje się w futbolu, kiedy jedna drużyna desperacko broni się, stawiając mniej lub bardziej udatnie autobus w polu karnym, a druga naciera, szukając drogi górą i dołem, bokiem lub środkiem, ale zawsze nadziewając się na ustawiony w polu karnym mur. Kiedy „nasza” drużyna osiąga dzięki temu sukces, nazywamy tę obronę heroiczną (lub „obroną Częstochowy”), kiedy wygrywa ktoś inny – mówimy o mordowaniu futbolu. Półfinał Barcelona-Inter był typowym przykładem takiego meczu, epitety każdy może dopisać sam; ja czułem się jak na meczu szczypiorniaka, i było to jednak rozczarowujące.

Aha, gdyby ktoś pytał: gola Krkicia należało uznać, a Pique był na spalonym.