Paragwaj jest najlepszy

Znawcy na widok tego tytułu zapewne się zastanawiają, co to za wyznanie uczuć, albo jakie statystyki olejowe skłoniły mnie do postawienia takiego nieco ryzykownego wniosku. Otóż przeanalizowałem sobie w pewnej chwili aktualny stan mundialowej rywalizacji Europy z Ameryką Południową, w której reprezentanci Ameryki mają następujące rezultaty (alfabetycznie):

Argentyna: 2 mecze, 1 zwycięstwo-0 remisów-1 porażka, bramki 2-4
Brazylia: 2, 0-1-1, 1-2
Chile: 2, 1-0-1. 2-2
Paragwaj: 3, 1-1-1, 3-2
Urugwaj: 1, 0-1-0, 0-0.

Oczywiście ostateczny kształt tej tabelki poznamy dopiero pod koniec tygodnia, bo Urugwaj ma jeszcze dwa mecze z drużynami europejskimi. I może równie dobrze wspiąć się na szczyt, co spaść na dno.

Zakupczyłem głosem

Na karcie wyborczej dopisałem pod nazwiskami: 
A TERAZ OCZEKUJĘ OLIMPIADY NA ŚLĄSKU, MOŻE BYĆ ZIMOWA W 2022 LUB 2026:-)

W końcu jeden z kandydatów olimpiadę obiecywał.

W mojej wsi frekwencja prawie 66%, rozkład głosów 62,3% do 37,7%. Na korzyść wąsatego.

Frank Lampard a Jules Noel

W dyskusji o błędach sędziowskich i potrzebie ich korygowania powtórkami wideo napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc nie będę powtarzał wszystkich możliwych argumentów. Powtórzę tylko, że nie jestem entuzjastą wideo, i zwrócę uwagę na dwie kwestie. Pierwsza to ta, że technika nie dość że też nie jest niezawodna, to daje możliwość manipulacji (nawet niezamierzonej). W niejednej spornej sytuacji widzieliśmy wszak, że pomimo wielu powtórek nie dawało się ustalić jednoznacznie prawidłowego werdyktu (do tej pory nie wiadomo, czy Villa w meczu z Portugalią był na spalonym), a decyzja sędziego mogłaby w tej sytuacji być uzależniona od tego, jaką powtórkę akurat puści mu operator; wszak w meczu Paragwaju z Hiszpanią, w pierwszym ujęciu byłem przekonany że Valdez przyjmował piłkę ręką, później zobaczyłem, że jednak nie, natomiast zadaniem sędziego było ocenić, czy przed celnym strzałem Valdeza będący na ewidentnym spalonym Cardozo brał udział w akcji, czy też nie. Trudno zaś wyobrazić sobie, żeby sędzia domagał się powtórki z wszystkich możliwych kamer, bo a nuż któraś pokaże zdarzenie inaczej. Druga zaś – ściśle związana z pierwszą – jest taka, że decyzję ostateczną i tak musi podjąć sędzia, a nie cały stadion, który widział sytuację z odległości trybun, nawet na telebimie (ba, cały świat widzący sytuację na swoich TV HD czy 3D, zasugerowany jeszcze wypowiedzią komentatora; jakież głupoty potrafią wypowiadać sprawozdawcy, próbując dokonywać samodzielnych interpretacji tego, co widzą…), a jeśli potrzebuje technologii kosmiczno-rakietowej (tak jak badano po fakcie gola Luisa Garcii w półfinale Ligi Mistrzów), to tak naprawdę może decyzję podjąć na podstawie swojego wzroku i sumienia (ewentualnie wzroku sędziów mu pomagających). Ja raczej jestem zwolennikiem dopuszczenia sędziów bramkowych (w najbardziej spornych sytuacjach tego Mundialu powinni byli wystarczyć).

Nie da się bowiem ukryć, że kontrowersje sędziowskie na afrykańskim Mundialu bywają mniejsze i większe, ale najwięcej emocji budzą oczywiście błędne rozstrzygnięcia z 1/8 finału: spalony przy golu Teveza z Meksykiem oraz nieuznany gol Franka Lamparda w meczu z Niemcami. I akurat oba te przypadki są dowodem na to, że sędziowie się zwyczajnie zagapili. Niedopuszczalne, lecz ludzkie. Tutaj przywołam zdarzenie jakże podobne, a ileż bardziej niesprawiedliwe. 3 sierpnia 1932 roku, Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles, konkurs rzutu dyskiem. Rzuca Francuz Jules Noel, zawodnik niekoniecznie będący faworytem (siódme miejsce na Mistrzostwach Europy). Sędziowie patrzą nań kątem oka, przyglądając się trwającemu równolegle konkursowi skoku o tyczce. Tak bardzo kątem oka, że kiedy dysk dotyka ziemi, nie potrafią ustalić miejsca, w którym upadł; wiadomo jednak, że upadł poza linią 50 metrów, za znakiem lidera, poza linią rekordu olimpijskiego. Ten rzut dałby Noelowi laur mistrza olimpijskiego. Sędziowie decydują: proszę powtórzyć rzut.. Noel zajął w tym konkursie czwarte miejsce, 12 cm od medalu, za jedyną pociechę mając pokonanie rekordzisty świata Paula Jessupa.

Mr Lampard, would you like to have another shot?

Nieuniknione dylematy prawnika

Kiedy byłem młodym studentem prawa:) i rozważałem wybór dalszej ścieżki zawodowej, odrzucałem wybór zawodu adwokata, tak atrakcyjnie wyglądającego w literaturze, głównie z jednego powodu: bo chciałem uniknąć sytuacji, w której przypadłoby mi w obowiązku reprezentowanie (z urzędu zapewne) przestępcy, któremu sam życzyłbym źle i chciałbym oglądać z surowym wyrokiem – mając powinność zrobienia wszystkiego, aby go przed tym uchronić. Wylądowałem więc „na radcostwie”.

Przez ładnych parę lat się udawało, ale taki sam dylemat dopadł mnie ostatnio. Reprezentuję z urzędu więźnia, który wystąpił o odszkodowanie z powodu złych warunków odbywania kary. I teraz rzetelnosć zawodowa każe mi reprezentować go jak najlepiej, szukając wszelkich argumentów na poparcie jego żądania, podczas gdy wewnętrzne odczucia podpowiadają, że tę sprawę najlepiej byłoby przegrać (i nie tylko dlatego, że ewentualne odszkodowanie będzie płacone ze środków Skarbu Państwa, czyli moich między innymi podatków). Nie przeczę, kusząca jest myśl o potraktowaniu tej sprawy z letką tylko starannością.

Było zostać notariuszem?:)

Z klęski Maradony cieszy się Dunga

Nie, nie sądzę, żeby miał osobistą urazę, ani nawet nie chodzi o tradycyjną rywalizację albicelestes z canarinhos.

W stosunku do Dungi podstawowy zarzut brzmiał: jak śmiał zbudować drużynę zaczynając od obrony, o defensywnym nastawieniu, zostawiając w domu błyskotliwe gwiazdy napadu, skupiając się na taktyce, którą miażdżyli przeciwnika? Maradona zrobił dokładnie odwrotnie: zbudował drużynę zaczynając od ataku, zostawiając w domu supersolidnych defensorów, taktykę wrzucając do teczki z napisem „do załatwienia po powrocie do domu”.

Teraz Dunga może pokazać palcem na Diego i powiedzieć „on zrobił tak jak wy byście chcieli”. Nie wiem, czyja klęska zostanie przyjęta boleśniej.

Refleksje pomarańczowe

Byłem właściwie pewien, że Brazylijczycy wyrównają. Dobrze wyczułem, że w drugiej połowie Holandia strzeli, i sądziłem, że dojdzie do dogrywki. W sumie przecież wiele nie brakowało, ale przewaga liczebna Holendrów chyba zaważyła. O Melo nie będę pisał, bo w sumie wszystko zdążył już napisać Rafał Stec.

Sekret Holendrów chyba się odkrywa – to jest jednak niesamowicie ekonomiczna, wyrachowana gra, połączona z arogancją: oni wiedzą, że w drugiej połowie dadzą radę zmusić przeciwnika do błędu (pierwsz połowa to dla nich czas solidnego rozgrzania mięśni – oraz rozpoznania i podmęczenia przeciwnika), nawet joga bonita w ich wykonaniu jest tak nonszalancka, że jak sama nie wyjdzie, to nic to, może za chwilę. Jakże znamienna była ta akcja w doliczonym czasie gry, kiedy Huntelaar stał z piłką w polu karnym przy linii końcowej i zastanawiał się, co zrobić, by w końcu leniwie podać partnerowi na strzał, na tyle leniwie, że partnera dogonił obrońca. Na dodatek mają Robbena, który robi różnicę – nawet jeżeli sam nie strzela (bo wiąże dwóch-trzech-czterech rywali, jak Messi), to wykartkuje rywali, a potem i tak błyśnie; nawet jeżeli to był mecz Sneijdera.

I jeden smaczek zauważony, taki malutki ale kochany: w 81 minucie Ooijer (zaskakująco dobry, nawet mimo debilnej żółtej kartki) blokując dośrodkowanie z prawego skrzydła, jak wspaniale schował ręce za plecami.

Jak to miło chmurką być..

Późnym popołudniem, Junior siedzi zmęczony już u Babci na kolanach, a ta w celu utrzymania go w dobrym nastroju i zniechęcenia do zmęczeniopochodnych awantur, zajmuje go na różne sposoby (z niezłym zresztą skutkiem). Aż wreszcie w pewnej chwili Babcia postanawia znaleźć Juniorowi dodatkowy punkkt do skupienia na chwilę uwagi i pokazując na niebo mówi:
– Patrz, jaka ładna chmurka.

Junior podnosi na to głowę, patrzy zmęczonymi oczami i odpowiada:
– Cirrus..

Ojciec głęboko żałuje, że nie sfotografował miny Babci po usłyszeniu tej odpowiedzi ukochanego pięcioletniego wnuka:)

Obawiam się przekory

Za cztery dni wybory, part deux. Z gazety leje mi się od kilku dni rzeka deklaracji poparcia dla jednego kandydatów, co to on jednak od drugiego lepszy, i że nie wolno zostawić spraw swojemu losowi.

Znając przekorę Polaków (w tym własną), zastanawiam się, czy żarliwość tych apeli nie wywoła skutku odwrotnego – czyli nie wierząc w jakość kandydata, Polacy tym mocniej się na niego zeżlą i kreski mu nie dadzą (drugiemu też nie, lecz nie o jego elektorat chodzi).

Sam i tak mam kaca od pierwszej tury – i to z tych najgorszych, bo bez przyjemności – bo się złamałem i zagłosowałem. Kac potrwa co najmniej do niedzieli, więc zagłosuję po raz drugi. Tylko jeszcze nie mam pomysłu, co tym razem dopisać na karcie wyborczej.

Dostać w dziób i wzbudzić tym zachwyt

Nie, to nie będzie o sportach walki, tylko znów o Mundialu. Ja powiem szczerze: rozumiem sympatię do Jana Muchy, jako do najlepszego reprezentanta polskiej Ekstraklasy na mistrzostwach świata, jako do podmiotu niemal najważniejszego transferu z polskiej Ekstraklasy, ba, nawet do bohatera warszawocentrycznie nastawionej części dziennikarzy. W dzisiejszym meczu z Holandią też się nieźle pokazał – bo nawet jeśli sposób, w jaki ograł go Kuyt przy drugim golu, będzie przedmiotem chwały Kuyta i kpin konkurentów, to przy golu Robbena nie miał nic do powiedzenia, a przed drugim takim golem (i paroma innymi) na pewno Słowaków uchronił. Była jednak taka sytuacja w drugiej połowie, kiedy Robben przedarł się z lewej strony i wyłożył piłkę Kuytowi pod nos. Gol nie padł, komentatorzy zachwycali się instynktowną paradą Muchy. Prawda jest jednak taka, że Mucha nie kiwnął przy tym palcem ni inną częścią ciała – Kuyt po prostu mając całą bramkę do wyboru trafił Muchę idealnie w nos. Wiem, że bramkarz potrzebuje być czasem we właściwym miejscu we właściwym czasie (Schumacher mawiał, że może obronić i tyłkiem, jeśli trzeba, byle skutecznie), ale naprawdę nie mylmy tego z umiejętnościami.

A z Holandią to mam problem. Na razie grają, jakby im się nie chciało, i doprawdy nie wiem – czy jest to do granic posunięta strategia turniejowa, czy jest to gra z takim poczuciem wyższości, że na jednej nodze i tak dadzą radę (przeciwników mieli dotąd nienajsłabszych, choć niekoniecznie też tuzy), czy też może taka jest Holandia AD 2010? W tym ostatnim przypadku, jeśli faktycznie nie mają rezerw, to o medal może być ciężko.

Mają jednak Oranje jeden atut niezaprzeczalny, z numerem 11 na koszulce. Zagrał dzisiaj pierwszy raz od początku, i już pokazał Messiemu, że lider gole strzela. Wczoraj pytałem na Czadoblogu, czy na Złotą Piłkę zasłuży bardziej Mueller lub Schweinsteiger, czy jednak Robben. Po dzisiejszym nie mam wątpliwości (miłośnikom Messiego, Milito czy Maicona odpowiadam ponadto: jestem ortodoksyjnym zwolennikiem starej formuły Ballon d’Or).

 

Wyniki rywalizacji interkontynentalnej

Skończyła się faza grupowa Mundialu, można podsumować wyniki rywalizacji międzykontynentalnej (faza pucharowa rządzi się swoimi prawami i dlatego trudniej będzie dalsze mecze przekładać na takie wyliczanki). Zamierzałem to zrobić w szerszej notce, ale cóż, sprowokował mnie do przyspieszenia tekst Rafała Steca.

Zwycięzca rywalizacji jest oczywisty pod każdym względem, podobnie jak czerwona latarnia. A w szczegółach wygląda to tak:
1. Ameryka Płd: 5 drużyn, 5 awansuje (tylko jedna porażka), średnio 2,27 pkt na mecz, różnica średnia bramek +1,07 (zaledwie 6 straconych goli!);
2. Europa: 13 drużyn (29 meczów z innymi kontynentami), 6 awansuje, średnio 1,38 pkt na mecz, średnia różnica bramek +0,21;
3-4. Azja: 4 drużyny, 2 awansują, średnio 1,17 pkt na mecz, ale średnia różnica goli aż -1,08 gola na mecz (trzy porażki z co najmniej czterema straconymi golami)
CONCACAF: 3 drużyny, 2 awansują, średnio 1,11 pkt na mecz, średnia różnica goli -0,11
5. Oceania: 1 drużyna, 0 awansuje, średnia 1 pkt na mecz, różnica goli 0,0 (same remisy)
6. Afryka: 6 drużyn, 1 awansuje, średnia 0,78 pkt na mecz (aż 10 porażek), średnia różnica goli -0,44 na mecz

Oczywiście ustawienie wymaga małego komentarza. Jako wskaźnik podstawowy przyjąłem średnią punktową, ale na koniec fazy grupowej za celowe uznałem uwzględnienie także efektów, zwłaszcza że średnie liczone z różnej liczby spotkań są słabiej porównywalne. Dlatego zrównałem dwa kontynenty na miejscu 3-4, bo Azja miała nieco wyższy wskaźnik punktowy (ze znacznie większą liczbą porażek dla odmiany), ale z fatalnym bilansem bramkowym i procentowo gorszym wskaźnikiem drużyn awansujących. Co do Europy, co prawda mniej niż połowa drużyn gra dalej, ale też ilość przysyłanych ze Starego Kontynentu ekip sprawia, że ta reprezentacja kontynentalna jest nierówna, poza tym różnica wskaźnika punktowego i bramkowego jest wyraźna, a Europa poza liderem jako jedyna ma więcej zwycięstw, niż porażek.

Gdyby FIFA zamierzała zmieniać liczbę drużynna Mundialu, uwzględnienie tych liczb (lub podobnych) byłoby nie od rzeczy:) Ja osobiście byłbym jednak chyba za zmniejszeniem liczebności (ach, marzycielstwo), tyle ża 16 robi się mało, a 24 nie da się sensownie zorganizować systemu rozgrywek.

PS. Dla porównania: wyniki po I rundzie i po II rundzie.