W ostatnim meczu fazy grupowej (chronogicznie podobno zaczął się ciut później, niż Szwajcaria-Honduras), gdzieś koło 86 minuty del Bosque postanowił wpuścić na boisko Davida Silvę. Ten przygotowany stanął przy bocznej linii i czekał na sposobność do wejścia. Cóż, postał tam sobie biedak, bo przyjaciele z boiska utrzymywali taką płynność gry, że nie było okazji do wejścia. Trwał już bowiem w najlepsze mecz przyjaźni, zestaw wyników dawał obu drużynom awans, a podjęcie ryzyka, mogące zmienić status quo, mogło przy jednym przypadkowym strzale w drugim meczu całkowicie odmienić sytuację. Hiszpanie udawali więc, że rozgrywają akcję, szukając dziury w defensywie chilijskiej na wysokości linii środkowej, a Chilijczycy udawali, że stosują pressing na połowie boiska.
Nie był to zresztą jedyny taki mecz. Niezmiernie podobnie wyglądała końcówka meczu Brazylia-Portugalia (to też zresztą starcie kolonizatora z kolonią), przy czym tam krzywda Brazylii polegałaby jedynie na zajęciu drugiego miejsca, a Portugalia nawet przy porażce pozostawiałaby o kilka goli w tyle Wybrzeże Kości Słoniowej. Ba, nawet w meczu Niemcy-Ghana był taki moment, kiedy Ghanijczycy ewidentnie zaczęli szanować piłkę, bo już tylko dwa gole różnicy dzieliły Australię od awansu, a desperackie ataki na niemiecką bramkę równie dobrze mogły przynieść bezpieczne wyrównanie, co pogrążającą kontrę. Dopiero kiedy Serbowie zmienili wynik, gra przyjaźni zrobiła się niebezpieczna i nastąpiła próba powrotu do normalności.
David Silva nie wszedł na boisko. Nie mam pewności, czy całe pięć minut przestał przy linii, ale czekał długo.






