Pięć minut Davida Silvy

W ostatnim meczu fazy grupowej (chronogicznie podobno zaczął się ciut później, niż Szwajcaria-Honduras), gdzieś koło 86 minuty del Bosque postanowił wpuścić na boisko Davida Silvę. Ten przygotowany stanął przy bocznej linii i czekał na sposobność do wejścia. Cóż, postał tam sobie biedak, bo przyjaciele z boiska utrzymywali taką płynność gry, że nie było okazji do wejścia. Trwał już bowiem w najlepsze mecz przyjaźni, zestaw wyników dawał obu drużynom awans, a podjęcie ryzyka, mogące zmienić status quo, mogło przy jednym przypadkowym strzale w drugim meczu całkowicie odmienić sytuację. Hiszpanie udawali więc, że rozgrywają akcję, szukając dziury w defensywie chilijskiej na wysokości linii środkowej, a Chilijczycy udawali, że stosują pressing na połowie boiska.

Nie był to zresztą jedyny taki mecz. Niezmiernie podobnie wyglądała końcówka meczu Brazylia-Portugalia (to też zresztą starcie kolonizatora z kolonią), przy czym tam krzywda Brazylii polegałaby jedynie na zajęciu drugiego miejsca, a Portugalia nawet przy porażce pozostawiałaby o kilka goli w tyle Wybrzeże Kości Słoniowej. Ba, nawet w meczu Niemcy-Ghana był taki moment, kiedy Ghanijczycy ewidentnie zaczęli szanować piłkę, bo już tylko dwa gole różnicy dzieliły Australię od awansu, a desperackie ataki na niemiecką bramkę równie dobrze mogły przynieść bezpieczne wyrównanie, co pogrążającą kontrę. Dopiero kiedy Serbowie zmienili wynik, gra przyjaźni zrobiła się niebezpieczna i nastąpiła próba powrotu do normalności.

David Silva nie wszedł na boisko. Nie mam pewności, czy całe pięć minut przestał przy linii, ale czekał długo.

 

Dziecko uczy ekopostawy

Kiedy Junior uczył się sam myć ręce, Rodzice nie bez rozpaczy patrzyli na rozmiar strumienia wody przezeń puszczanego. Ponieważ regulowanie tego strumienia przekraczalo wtedy jeszcze jego zdolności manualne (w umywalkach baterie mieszalnikowe), nakazano Juniorowi przyjęcie procedury „zamocz-zakręć-namydlij-odkręć-spłucz”. Przyzwyczaił się. Żeby nie było dysonansu, sami robimy identycznie.

I od tej pory nieraz nachodziły mnie myśli, dlaczego właściwie wcześniej na to nie wpadłem, oraz czy nie jest to rzecz oczywista. Moje wątpliwości rozwiały się, kiedy GW opublikowała jakiś miniporadnik postaw proekologicznie oszczędnościowych, wśród których znalazło się między innymi „Zamontuj fotokomórkę w kranie, przestaniesz myć zęby przy lejącej się wodzie”. Prawie mną wstrząsnęło, bo od dekad wodę na zęby mam zawsze w kubku. Zwyczaju golenia przy zakręconej wodzie nabrałem pod wpływem postulatów w hotelach z krajów gorącego klimatu. Wygląda więc na to, że mycie rąk z zakręcaniem wody to prawie ekologiczna awangarda.

Dzieci to przyszłość:)

Czy Brazylii opłaca się przegrać z Portugalią?

To oczywiście obraźliwa dla Brazylijczyków gdybanologia, o której canarinhos zapewne nawet nie pomyśleli, ale patrząc na rozkłady ćwiartek tak właśnie sobie pomyślałem i zacząłem na szybko liczyć. Oczywiście, Brazylii nie zaszkodzi porażka z Portugalią, awans mają pewny, pozostaje tylko kwestia miejsca, jeśli co najmniej zremisują, będą na pierwszym. Pytanie, z kim mogą zagrać z którym wariancie.

Sytuacja w grupie H jest pod pewnymi względami jasna. Faworyzowana Hiszpania musi walczyć o zwycięstwo w meczu z Chile albo liczyć na pomoc Hondurasu (musi osiągnąć wynik nie gorszy od Szwajcarii), acz też nie za wielką, bo Honduras ma teoretycznie szanse na wyjście. Jeśli tylko Hiszpanie wygrają z Chilijczykami, to wyprzedzą ich różnicą bramek. Przyjmijmy więc na chwilę założenie, że wygrają. Jeśli Szwajcaria nie wygra z Hondurasem, to drugie miejsce przypadnie wtedy na pewno Chile. Jeśli wygra, to losy kolejności w grupie rozstrzygnie różnica bramek. W tej chwili sytuacja bramkowa przedstawia się następująco:
CHI +2
ESP +1
SUI 0
Przy powyższych założeniach, Szwajcaria co najmniej zrówna się bramkami z Chile (przy minimalnych wygranych). Jeśli wygrane będą okazalsze, może decydować liczba strzelonych goli. (I znów każdy gol może być na wagę awansu), a jeśli zdeterminowani Szwajcarzy wygrzebią trochę skuteczności, to mogą zapewnić sobie i pierwsze miejsce. I teraz pytanie, z kim Brazylijczykom byłoby wygodniej zagrać na drodze do półfinału: z Holandią i Hiszpanią, czy ze Szwajcarią i Paragwajem? (Oczywiście, równie dobrze zamiast na Szwajcarię można trafić na Chile.. albo właśnie na Hiszpanię).

Europejski cynik powiedziałby w tej sytuacji: dobrze, że grupa G gra przed grupą H, i Brazyliczycy nie będą znać pełnego rozkładu rywali. Prawdziwy kibic futbolu, rzeknie: Brazylijczykom wszystko jedno, kogo mają do pokonania.

Niech wygra lepszy.

O wygranej w wyborach na wesoło

Już miałem napisać notkę o absurdalno-żenującej polityczno-medialnej zadymie rozpętanej wokół tematu zmian w służbie zdrowia przy okazji kampanii prezydenckiej (relacja z wczorajszego „okrągłego stołu” mocno mnie podkurzyła), ale czytając wieczorem GW znalazłem nowy wytwór Madame Mercredi, po którym nie miałem już nastroju agresywnego, tylko uchachany.

Cóż tym razem popełniła filozof etyk? Napisała tradycyjny felieton, tym razem powyborczy, w którym z dumą obwieściła, że „Wygrana X to pierwsza od lat wygrana przeciw Kościołowi”, i dalej w ten deseń, że to wygrana światopoglądowa, wygrana program odwołującego się do praw człowieka, wygrana stylu odwołującego się do argumentów, a nie symboli (proszę o wybaczenie pewnych skrótów, bo nie chce mi się wszystkiego przepisywać). Jeżeli komuś coś nie pasuje, zarówno w euforyzmie autorki, jak i do mniej więcej znanych wyników I tury wyborów, to wyjaśniam: X to nie zwycięzca I tury Bronisław Komorowski. X to Grzegorz Napieralski z jego circa 14 procentami (było nie było uplasował się na medalowej pozycji). Oto co znaczy wygrana, kiedy się jej potrzebuje. Doprawdy nie wiem, czy przypominać o wynikach pewnego lewicowego kandydata na prezydenta u schyłku XX wieku?

Z pozostałych uroczych śmieszności, łagodnie można potraktować proroctwo, że te 7,5% (licząc na okrągło) uprawnionych do głosowania, które oddały swój głos na Serfującego Grzegorza, reprezentuje elektorat, który zacznie mieć wkrótce decydujący głos (oczywiście wzmocnienie pozycji lewicy w parlamencie jest jak najbardziej możliwe, ale kategoryczny sposób formułowania tej tezy sugeruje wiedzę tajemną). Znacznie jednak lepsza jest myśl, że nie popierając refundacji in vitro,* kandydat (Kaczyński tym razem) ni mniej ni więcej, tylko skazuje kraj na wyludnienie. Czuję się doprawdy mamutem…

*jakby ktoś pytał, to ja też jestem przeciwko refundacji (uch, popieram Kaczyńskiego?), ale nie chce mi się tu i teraz rozwijać dlaczego, może innym razem

Dobry początek Wimbledonu

W cieniu mundialowych emocji, spokojnie i po angielsku rozpoczął się kolejny turniej na wimbledońskiej trawie. I co tu dużo ukrywać, początek jest znakomity dla polskich reprezentantów – na przekór oczekiwaniom, cała trójka singlistów awansowała do drugiej rundy, tracąc zaledwie jednego seta. W turnieju męskim to chyba osiągnięcie bez precedensu w historii polskiego tenisa (panie błysnęły już dwa lata temu, kiedy w II rundzie grały trzy nasze zawodniczki). Apetyt rośnie w miarę jedzenia, zobaczymy dokąd Kubot i Przysiężny będą w stanie zawędrować (co do Radwańskiej mamy oczywiście większe oczekiwania).

A jeszcze przecież zostały deble, których w tym roku startuje aż sześć (pięć międzynarodowych oraz Fyrstenberg z Matkowskim). Jakby tak i one w komplecie awansowały do drugiej rundy.. ee, no bez przesady. Ale na przesadę się oczywiście nie pogniewam. I tak zanosi się na najlepszy polski Wimbledon en masse. (Mikstów nie sprawdzałem).

I tylko proszę, nie zaczynajmy od razu udawać Wielkiej Tenisowej Potęgi.

I komu kibicować w tej fazie?

Lada moment zaczynają się decydujące mecze fazy grupowej, ledwie 3* drużyny odpadły definitywnie (licząc szanse nawet najbardziej teoretyczne), 15 z 16 meczów ma znaczenie dla awansu którejś z drużyn (ten szesnasty może decydować o pierwszym miejscu w grupie). Ależ emocje.

Zastanawiam się, jak te emocje skanalizować, za kogo w tej decydującej fazie trzymać?
W grupie A zapewne sympatycznym, choć nienajsilniejszym gospodarzom, a w konsekwencji także i Urugwajowi (aczkolwiek oprócz zwycięstw obu tych drużyn, Bafana Bafana potrzebują też zasypania pięciobramkowej straty w różnicy goli). W grupie B, chyba jednak Nigerii przed Koreą (dlaczego nasza głupia TVP nie pokazuje tego meczu???). W grupie C – Algierii, nawet jeśli im nie wróżę wielkiej kariery w fazie pucharowej, ale fantazja w grze jaką pokazywali zwłaszcza przeciwko Anglikom (Belhadj mnie fascynuje!), zasługuje na nagrodę. W grupie D chyba najchętniej Australii, choć raczej jako pechowcom niż błyskotliwym. W grupie E – Danii, która może jeszcze nie Dynamitem jest, ale Rommedahl na skrzydle poszalał jak za najlepszych czasów. W grupie F oczywiście Nowej Zelandii, której sił już wprawdzie nie starcza, ale determinacji zawsze. W grupie G jest mi naprawdę wszystko jedno, natomiast w grupie H zdecydowanie przeciw Szwajcarii – przykro mi, ale już wystarczy tego antyfutbolu.

I jeszcze szybkie spojrzenie na tabelę rywalizacji międzykontynentalnej. Prowadzi bezdyskusyjnie Ameryka Płd. (10 meczów bez porażki!), która zdobywa średnio 2,6 pkt na mecz i ma średnią różnicę bramek +1,4. Za nią stara poczciwa Europa, z 1,45 pkt na mecz, ale bramek zdobywając niemal tyle co tracąc, średnia różnica +0,45 gola (zawdzięczana głownie wielkiemu laniu sprawionemu KRLD). Zaszczytne trzecie miejsce dla Oceanii, która dzięki dwóm remisom Kiwi ma średnią 1 pkt i 0 goli różnicy. Za nimi w bliskim kontakcie CONCACAF i Azja, mający średnie odpowiednio 1 i 0,88 pkt oraz -0,17 i -1,63 różnicy goli (cóż, do drużyn azjatyckich należą wszystkie trzy przypadki straty w jednym meczu ponad trzech goli). Rolę czerwonej latarni pełnią zaś gospodarze (ledwie 1 zwycięstwo w 12 meczach!), ze średnią 0,58 pkt na mecz i średnią różnicą goli -0,75 (no ale jak ma być, jak sześć drużyn w dwóch rundach zdobywa ledwo sześć goli..)

To teraz można jeszcze chwilę popracować do szesnastej:)

*Dwie. Honduras jak najbardziej zachował teoretyczne szanse. Wrrr (dla mojego liczenia, nie dla Hondurasu).

Migawki majorkańskie

Niedawna dyskusja u Airborella o zniekształcaniu lokalnych nazw hiszpańskich zapisywanych przy użyciu lokalnych dialektów/języków przypomniała mi, że kiedy kilka lat temu wakacyjnie odwiedzałem Majorkę, to odnotowałem w pamięci, że na Majorce również stosuje się dialekt lokalny, będący de facto odmianą katalońskiego. Dla samej dyskusji znaczenia to już nie miało, ale uznałem, że to dobra okazja, żeby odświeżyć sobie zdjęcia z Majorki:)

katedra w Palma de Mallorca

Na początek coś sztandarowego, czyli katedra:)

Jardins d'Alfabia, Majorka

Potem pojechałem w góry..

widok z Mirador de Roca, Majorka

.. które sięgnęły aż do morza.

delfiny skaczące w Marineland Mallorca

I był to pierwszy raz, kiedy zabrałem ze sobą cyfrówkę. Nie wszystkie te zdjęcia były nią robione:)

Cristiano Ronaldo zepsuł mi mema

W meczu z Koreą Północną, Portugalia oddała 11 celnych strzałów. 4 strzały z tego oddał Cristiano Ronaldo. Z pozostałych 7 strzałów, padło 6 goli.

Ależ to by pięknie wyglądało, gdyby jeden ze strzałów Ronaldo też nie zakończył się golem. W 87 minucie.

A swoją drogą, nie wiem czy Wybrzeże Kości Słoniowej będzie w stanie przebić Portugalczyków, zwłaszcza że jeszcze mają tyły z meczu z Brazylią.

Fair game, czyli parę zalet

Oglądałem sobie nie tak dawno film, o którym w programie TV napisali, że ma dwie zalety: pierwsza to główna bohaterka, a druga – że zwalnia z myślenia. Moim zdaniem zapowiedź ta jest odrobinę dla filmu krzywdząca. O ile bowiem całkowicie podzielam pogląd, że film zwalniał z myślenia (sensu scenariusza nawet przy wytężonym myśleniu nie udałoby się odnaleźć), o tyle komentarz co do obsady stronniczo pomijał krótki, lecz smakowity epizod z Salmą Hayek z czasów Desperado (skądinąd miejsce, które Hayek zajmowała w czołówce, absolutnie nie odpowiadało rozmiarowi jej obecności na ekranie – nazwałbym to niemal oszustwem). O tyle można to jednak w sumie filmowi wybaczyć, że istotnie najważniejszą jego cechą (zaletą) i funkcją było pokazywanie głównej bohaterki.

salma hayek fair game

Główna bohaterka dla wszystkich chłopców wzrastających na początku lat 90-tych była kimś więcej, niż dzisiejsze celebrytki. W czasach sprzed Internetu na wyciągnięcie ręki, sprzed tabloidów i gazet plotkarskich (w Polsce), z raczkującym dopiero rynkiem reklamowym, była Zjawiskiem (każda gwiazda Hollywood osiągała poziom podobny, choć chyba nie tak spektakularny). W czasach, kiedy billboardy nie zaśmiecały przestrzeni publicznej w sposób wszechobecny, jej wizerunek na plakatach reklamowych Pepsi naprawdę przyciągał uwagę (podobno w Internetach jest wszystko, ale tego który pamiętam, teraz znaleźć nie mogę). Ach… ten pieprzyk…

cindy crawford fair game

Cindy Crawford. Aktorka żadna, lecz modelka wspaniała. Film nawet nie ukrywa, że chodzi w nim tylko o jej pokazywanie (podobno nakręciła go na złość mężowi, kiedy się okazało, że ją zdradzał), kamera niemal się od niej nie odlepia, cała czołówka sprowadza się do jej sylwetki biegającej po plaży o wschodzie słońca. Maniacy znajdą nawet ze dwa ujęcia, w których widać więcej, niż pokazywano w reklamach:) No i jest kolejny powód, żeby (jak ktoś potrzebuje) nienawidzić klan Baldwinów..

Naruszenia prawa wyborczego

Junior poszedł dziś na wybory i nie dość, że mimo swego wieku oddał głos, to jeszcze zrobil to dwa razy (raz za Matkę, drugi za Ojca). Jakby ktoś chciał podważyć wynik wyborów, mogę być świadkiem.

O tym, jak Rodzice głosowali, Juniorowi mówić nie wolno (cisza wyborcza), poza tym nie mam pewności, czy zdążył przeczytać napisy na kartach wyborczych, zwłaszcza te, przy których Rodzice postawili krzyżyki. Ojciec ma nadzieję, że Junior nie przeczytał także jego dopisków na kartach wyborczych, stanowiących jedyną formę wyrazu wewnętrznego sprzeciwu Ojca wobec tych wyborów, pożyczonych od Marcelego Szpaka.

marceli szpak ((c)tvp)

Aha: Junior jeszcze Marcelego Szpaka nie zna.