Piąta strona świata Kutza

Przeczytałem podczas urlopu książkę reklamowaną jako pierwsza powieść Kazimierza Kutza. Kogoś, kto znak język pisany Kutza, nie zdziwi styl tej opowieści, choć sposób obrazowania słowem mimo wszystko może jednak zaskoczyć. Kutz maluje obraz swojego Śląska (ortodoksi powiedzą, że w języku poszedł na daleko idące kompromisy między godką, a klasyczną polszczyzną – poprzez zbytnie zbliżenie się do tej ostatniej), z jego zwyczajami, charakterami, przywołując cały rejestr sypiących się zewsząd krzywd. Czyta się to znakomicie.

Mam jednak ambiwalentny stosunek do dwóch rzeczy. Opisane to jest jako powieść, choć od początku czyta się to praktycznie jako autobiografię (w takim szerokim pojęciu, bo „auto-” nie ogranicza się do jednej tylko osoby, ale do całego własnego świata autora), aż w pewnej chwili przychodzi rodzaj otrzeźwienia „zaraz, to się przecież chyba Kutzowi nie zdarzyło!”. Kutz balansuje na linie pomiędzy autobiografią, a powieścią, a nazbyt naiwny czytelnik potraktuje wszystko, co opisane – serio. Ten zabieg to niemal esencja pisarstwa uprawianego przez Johna Irvinga (którego pseudoautobiografizmowi od dawna zamierzam poświęcić obszerną notkę, ale zawsze są ważniejsze rzeczy), ale u Irvinga jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ba! trochę tego nawet oczekujemy. U Kutza czujemy się trochę zrobieni w konia (a może ja po prostu nieopatrznie niedawno czytałem akurat biografię Kutza).

Przypuszczam, że Irving mocno skrytykowałby zakończenie (szczegółów, wybaczcie, nie zdradzę), sam uznałem je za dość wydumane, takie, które mogło się oczywiście zdarzyć, ale którego twórca winien się wystrzegać właśnie, jako zbyt mało prawdopodobnego. Ale historia Śląska jest tak porąbana, że naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby zdarzyło się to, co opisano.

 

Wejście smoka w jeżyny

Jeszcze w lipcu zauważyłem, że czerni się na jeżynowych krzakach. Z upodobania pospieszyłem więc sprawdzić szczegóły. Owoców było mnóstwo, choć zdecydowana większość w trakcie dojrzewania, a i te w obiecująco czarnym kolorze często były nieprzyjemnie twarde i szypułkę trzymające (co każdemu doświadczonemu jeżynozbieraczowi mówi, że w smaku będą raczej kwaśne). Żeby więc podjeść trochę przed wyjazdem na urlop, wdarłem się w głębsze zakamarki, i boleśnie przypomniałem sobie, jak należy się ubierać na takie eskapady; upał był, to poszedłem na letniaka, no i skończyłem z dziurami w koszulce oraz szramami a’la Bruce Lee.

Bruce Lee entered the dragon

Nic to, na języku się zrekompensowało.

A na urlopie miałem jeżyny w ogrodzie (o czym wcześniej nie wiedziałem), wielkie i prawie bez kolców – ale smakowały trochę jak wsad do jogurtu. Za to kiedy wróciłem – okazało się, że oprócz mnie, w okolicy korzystają z nich tylko ślimaki oraz wszelkie owady, jakie sobie można tam wyobrazić (potrzeba entomologa, żeby je prawidłowo wymienił). A jest wysyp, że hej. Dziś już za późno, ale jutro za dnia..

Benátky, Kodaň, Mníchov

Nazwy miast potrafią przybierać przeróżne formy w innych językach, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta stare, tak że bez mapy lub innych wskazówek trudno je czasem skojarzyć (i pomijam tu miasta, które w racji zawiłości historycznych miewały nazwy wyrażane w różnych językach, jak choćby Breslau czy Pressburg, czy które padały ofiarą szalonych eksperymentów nazewniczych, jak Stalinogród). Niekoniecznie łatwo jest bowiem Anglikowi zrozumieć, co Włoch rozumie przez Londra, Włochowi wpaść na to, co Niemiec rozumie pod Mailand, a Niemcowi – ustalić co Polak ma na myśli mówiąc Akwizgran.

Będąc na Słowacji, sprawdzałem na tamtejszym teletekście prognozę pogody dla Wiednia. Zauważyłem przy okazji trzy tytułowe nazwy i chwilę mi zajęło, zanim rozszyfrowałem, o jakie miasta europejskie chodzi. Dwie z tych nazw mają przy tym swoich „sobowtórów” w Czechach.

To nie jest trudna zagadeczka, prawda? Jeśli się wie, że to nazwy miast niesłowackich, bo inaczej pewnie by się na to nie wpadło.

Pułkownik Cargill w polskiej ekstraklasie

Kiedy czytam o transferach klubów ekstraklasy, z koronnym chyba przykładem zapłacenia miliona euro za Artura Sobiecha, to dochodzę do wniosku, że jedynym logicznym wytłumaczeniem tych szaleńczych manewrów jest konieczność wygenerowania strat podatkowych. Pułkownik Cargill znalazł sobie chyba nowe pole do rozwijania swoich talentów, i na razie żaden nieoczekiwany zastrzyk gotówki z UEFA nie zepsuł mu szyków.

Gdzie te ziemniaki?

Po którymś kolejnym denerwującym pytaniu Juniora, Matka ciężko wzdychając odwołuje się do starego powiedzenia:
– Od tych pytań to mi się normalnie ziemniaki w piwnicy tracą..

Junior przetrawił idiom i odrzekł:
– Chyba w garażu..

Istotnie – nie posiadamy piwnicy.

Jeżdżenie po ścianach, czyli mistrz kontra pomocnik

Ostatnie GP Węgier oglądałem tylko fragmentarycznie, powiedzmy że drugą połowę, więc nie widziałem momentów najbardziej traumatycznych dla kubicofanów, za to śledziłem zdarzenia z udziałem Rubensa Barrichello. Najpiew „walczył” z Pietrowem (który trochę zaczyna mi psuć plan zupełnie innej notki:)), po czym – po obowiązkowej zmianie opon – wyjechał za Schumacherem i zaczął go gonić. Zapowiadało się to od początku atrakcyjnie, bo Barrichello na świeżych gumach vs Schu na już nieco zużytych, no i do tego podteksty – stary mistrz kontra jego wierny pomocnik, powracający mistrz kontra walczący o tytuł w zeszłym sezonie, no i bolid zaliczany przed sezonem do Top 4 kontra bolid z drugiego rzędu.

Barrichello dogonił Schu. Spróbował raz, drugi, wreszcie przylepił się do Mercedesa na prostej startowej i skoczył po wewnętrznej. Wytrzymał do końca, choć Niemiec spychał go aż po centymetry od betonowej ściany; kiedy go wreszcie wyprzedzał, ciął linię wyjazdu z pitlane, bo inaczej się nie dało. I zajął ostatnie punktowane miejsce. Ten manewr przejdzie do historii F1.

A Schumacher po raz kolejny powinien przemyśleć kontynuowanie kariery. Niedawno w walce o punkty objechał go żółtodziób Pietrow, teraz przegrywa sromotnie z Williamsem, niepunktowane miejsca to już reguła. I jeszcze 10 miejsce w plecy na starcie kolejnego wyścigu.

PS. Byłbym zapomniał o gratulacjach dla Pedro de la Rosy. Punktując na Hungaroringu, opuścił niezby zacne grono zawodników o zerowym dorobku z sezonie, w którym teraz pozostali już tylko zawodnicy Lotusa, Virgin i HRT, którzy potrzebowaliby jakiegoś kataklizmu, żeby zapunktować, wyścigu takiego jako Monaco 1996.

 

Obrazki wiedeńskie

Podobno jeden obraz mówi więcej, niż tysiąc słów. Niech więc Wiedeń powie o sobie prawie sam.

no tanks allowed in Prater
Wiedeńskie tradycje pacyfistyczne wiecznie żywe.

dyskryminacja kobiet w  Wiedniu?
Ten obrazek mówi niejednoznacznie: Jedni widzą w tym oznakę dyskryminacji kobiet: na ścieżki dla pieszych mogą wejść z dziećmi tylko osoby w męskich kapeluszach! Drudzy mówią: uwaga, pedofil.

space invaders against homophobia

Ogłoszenie w sprawie zaproszenia

Parę tygodni temu ktoś zaprosił mnie do Goldenline (dane osobowe pozostawiam uprzejmie w rozumie). Poniewaz nazwisko mnie nic nie mówi, a nie dostałem odpowiedzi na mailowe pytanie o samoidentyfikację, zapytam uprzejmie jeszcze raz: skąd się znamy? Odpowiedź może być mailem na ten sam adres co poprzednio.

Ferrari-pidgin

Na 47 okrążeniu GP Niemiec, Felipe Massa usłyszał w słuchawkach (a miliony widzów w głośnikach telewizorów) głos swojego inżyniera wyścigowego: „Fernando-Is-Faster-Than-You! Potwierdź że usłyszałeś!” Jak to wszyscy zrozumieli, tak zrozumieli, zwłaszcza że wkrótce potem Massa tak wolno wychodził z zakrętu, że Alonso go objechał bez mydła. Nie wiem jeszcze, jak na to zareagują sędziowie (mogą to potraktować jako team order, ale też na kilku następnych okrążeniach Massa był wyraźnie wolniejszy zarówno od Alonso, jak i jadącego za nim Vettela, więc może inżynier widział w telemetrii coś, czego wyraźnie na głos nie powiedział; pewnie w ciągu kilku godzin usłyszymy jakies dalsze nowiny na ten temat, strona FIA na razie straszliwie oblężona), ale w sumie ja nie o tym.

Uderzył mnie sposób wypowiadania tych słów przez inżyniera – jakby mówił nie do swojego kierowcy wyścigowego, ale do chłopca z faveli, artykułując do przesady wyraźnie i wolno, jak obcokrajowiec, który stara się być dobrze zrozumiany (choć native speaker).

Ale na koniec wyścigu, kiedy zaczęły się zwyczajowe gratulacje, to chyba wszyscy w Ferrari brzmieli w radio tak, jak gdyby z angielskim spotykali się tylko od święta.

O zasłanianiu twarzy

We wczorajszym „Dużym Formacie”, w głęboko futurystycznym tekście („Koniec prywatności”, DF nr 28/ 887, s. 8-9) WO pisał między innymi o Azjatach , którzy wychodząc z domu starają się ochronić swoją prywatność przed wszechobecnymi kamerami, np. zakładając na twarz maseczki (i mniemam, że nie chodzi tu o panujące tam epidemie rozmaitych gryp).

Pewnie zdziwiliby się, gdyby zrobili to samo na wycieczce w Brukseli. Belgijskie prawo antyburkowe nie pozwala bowiem na zasłanianie twarzy w miejscu publicznym, honorując tego rodzaju zachowanie grzywną lub aresztem. W imię bezpieczeństwa, oczywiście.

Nie znam w szczegółach ani belgijskiej, ani francuskiej ustawy antyburkowej. Zawierają one niewątpliwie szereg wyjątków (przygotowując się do napisania tej notki sprawdzałem, czy we Francji też jest żywa tradycja noszenia masek karnawałowych – ale jest, bo ustawa francuska akurat maski karnawałowe wśród wyjątkow wymienia), które w zamyśle mają ograniczyć zakres stosowania ustawy wyłącznie do grupy docelowej, czyli niektórych kobiet muzułmańskich. Osobiście czuję odrazę do takiego pisania prawa, które udaje, że jest czymś zupełnie innym, niż w rzeczywistości, po to tylko, żeby osiągnąć cel wprost niedozwolony – jawne wprowadzenie zakazu noszenia zasłon twarzy byłoby oczywiście dyskryminujące, a zarazem trudno wykonalne, bo musiałoby definiować zakazane formy (a może i kroje?) zasłon, dając pole do popisu przeciwnikom regulacji. Ja w każdym razie nie widzę uzasadnienia dla zakazywania zasłaniania twarzy w imię prywatności motywowanej religijnie czy zwyczajowo, i zezwalania na zasłaniania w imię prywatności motywowanej indywidualistycznie czy wręcz zabawowo.

killer from Scream woman in burka

Nie oznacza to, że popieram tych, którzy zmuszają kobiety do noszenia burek. Ale akurat tego rodzaju prztyczek pod ich adresem, najmniej zmieni w sytuacji tych kobiet, nie zapobiegnie zabójstwom honorowym czy przymusowym obrzezaniom. Co najwyżej zamknie te kobiety w domu.

Ale ja może za dużo widziałem w życiu kobiet całych zawiniętych w prymitywne chusty, przytrzymywane zębami tak żeby zasłaniały i twarz.

PS. Puenta po czasie