Przeczytałem podczas urlopu książkę reklamowaną jako pierwsza powieść Kazimierza Kutza. Kogoś, kto znak język pisany Kutza, nie zdziwi styl tej opowieści, choć sposób obrazowania słowem mimo wszystko może jednak zaskoczyć. Kutz maluje obraz swojego Śląska (ortodoksi powiedzą, że w języku poszedł na daleko idące kompromisy między godką, a klasyczną polszczyzną – poprzez zbytnie zbliżenie się do tej ostatniej), z jego zwyczajami, charakterami, przywołując cały rejestr sypiących się zewsząd krzywd. Czyta się to znakomicie.
Mam jednak ambiwalentny stosunek do dwóch rzeczy. Opisane to jest jako powieść, choć od początku czyta się to praktycznie jako autobiografię (w takim szerokim pojęciu, bo „auto-” nie ogranicza się do jednej tylko osoby, ale do całego własnego świata autora), aż w pewnej chwili przychodzi rodzaj otrzeźwienia „zaraz, to się przecież chyba Kutzowi nie zdarzyło!”. Kutz balansuje na linie pomiędzy autobiografią, a powieścią, a nazbyt naiwny czytelnik potraktuje wszystko, co opisane – serio. Ten zabieg to niemal esencja pisarstwa uprawianego przez Johna Irvinga (którego pseudoautobiografizmowi od dawna zamierzam poświęcić obszerną notkę, ale zawsze są ważniejsze rzeczy), ale u Irvinga jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ba! trochę tego nawet oczekujemy. U Kutza czujemy się trochę zrobieni w konia (a może ja po prostu nieopatrznie niedawno czytałem akurat biografię Kutza).
Przypuszczam, że Irving mocno skrytykowałby zakończenie (szczegółów, wybaczcie, nie zdradzę), sam uznałem je za dość wydumane, takie, które mogło się oczywiście zdarzyć, ale którego twórca winien się wystrzegać właśnie, jako zbyt mało prawdopodobnego. Ale historia Śląska jest tak porąbana, że naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby zdarzyło się to, co opisano.





