Nie ma lekko selekcjoner narodowej reprezentacji futbolowej. Na razie testuje, selekcjonuje, sprawdza, selekcjonuje i testuje, żeby wybrańców nauczyć takiej gry, jakiej oczekuje od swojej drużyny – czyli ładnie, do przodu i bez kompleksów nawet wobec nominalnie silniejszego rywala. Wypada pamiętać, że tak drużyny grały zawsze (lub przynajmniej próbowały grać) i rezultaty btyły niezłe, przynajmniej optycznie. Można debatować, czy to realistyczne podejście, można się zżymać na wysokie porażki, można przypomnieć, że catenaccio w dzisiejszym futbolu rośnie w siłę – tak naprawdę zobaczymy za dwa lata, czy będziemy pić szampana, czy nerwosol.
Trafiłem wczoraj półprzypadkiem na transmisję z meczu koszykarskiego Polska-Bułgaria, kolejnego z serii meczów o wszystko (jakże znajome..). Zerkałem na drugą połowę, i chociaż ze mnie żaden koneser koszykówki (czasy hej-tu-enbiej dawno minęły), to momentami aż zęby bolały patrząc na indolencję w ataku* naszych gwiazdek, podobno lepszych od Bułgarów, z tytułowym MG13 na czele. Bułgarzy w ataku (przynajmniej na moje niefachowe oko) prezentowali się bardziej kreatywnie, i drugą połowę wygrali. (Koszykarzy czeka teraz pracowite liczenie szans, kto z kim musi teraz jaki wynik osiągnąć, żeby mieli szansę awansu – jakież to znowu znajome..)
I tak sobie pomyślałem: jak mam do wyboru grę na zasadzie „zero z tyłu, a z przodu może coś wpadnie” (co czasem wystarcza do pokonania mistrzów Europy i świata), czyli szczerze mówiąc coś podobnego właśnie do basketu, jaki oglądałem wczoraj, albo grę „mocno do przodu, i może strzelimy więcej niż przeciwnik”, czyli to, do czego chce doprowadzić Smuda – to jednak wolę widzieć naszych atakujących, i to jak najlepiej. I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata.
*nie było to jedyne pole indolencji – choćby słabość w zbiórkach była zatrważająca