Maaa-ja!

Żaden fan nie może takiego wydarzenia pominąć. Maja Włoszczowska została mistrzynią świata!

Maja Włoszczowska z medalem (fot. Maciej Smiarowski – za stroną bohaterki)

Zdjęcie znalezione na chybcika, więc widoczny na nim medal jest z Pekinu – jak się pojawią zdjęcia z flagą w ręce, na linii mety i z szampanem na podium, niechybnie uzupełnię:)

A swoją drogą, muszę sprawdzić gdzie dokładnie będą rozgrywane zawody na IO w Londynie.

Oszukiwanie w Czarnym Piotrusiu

Za sprawą jakiejś przypadkowo otrzymanej promocyjnej talii kart, Junior przyswoił i polubił grę w Czarnego Piotrusia. Nie byłby oczywiście sobą (nawet jeśli to tylko cecha pięciolatkowości), gdyby po pewnym czasie nie zaczął wymyślać własnych dodatków do reguł w stylu „a to jest moja ulubiona karta, to umówimy się, że tę tylko ja mogę brać?” czy „a tej karty ci nie dam”. Czasem mu się udaje, a czasem nie:) w zależności od stopnia kaprysu i aktualnego poziomu tolerancji u Rodziców.

Kiedy jednak Junior niedawno grał z Ojcem, Ojcu coś się wydało być nie tak (ale traktując grę jakby lekce, nie skupiał się na śledzeniu szczegółów). Wyjaśniło się, kiedy zbliżała się końcowa faza gry, i Ojciec zauważył, że Junior ma więcej kart, niż powinien mieć. Junior zaczął mianowicie udawać, że nie dostrzega w kartach posiadanej pary, a w konsekwencji – nie wykładać jej.

Z pozoru to zachowanie na własną szkodę, bo nie dość, że ma się więcej kart do trzymania:) to jeszcze można dać sobie taką parę rozbić. Ale Ojciec jak się tak właściwie zastanawia z matematycznego punktu widzenia: jak się w końcówce ma Czarnego Piotrusia i jeszcze jedną kartę, to się ma 50% szans na to, że się z nim zostanie i przegra, kiedy inny gracz wyciągnie do pary, a jak ten drugi rozbije parę, to gra się toczy dalej. Oczywiście, jednocześnie maleje o połowę szansa, że ten drugi akurat Piotrusia wyciągnie:) No jak kto woli. Ojciec się w każdym razie uczy nie denerwować się tym chowaniem pary (bo złość.. na nerwy szkodzi).

Jak wygląda zeszyt do..

Zboczyłem dzisiaj w markecie do półek z artykułami papierniczymi i wpadłem w sam środek początkoszkołowego szału. Jako ojciec dziecka jeszcze nieszkolnego (a zarazem osoba o sporym już odstępie od czasów nauczania szkolnego) nie miałem do tej pory orientacji, jak wygląda wspólczesny rynek dla ucznia (nie liczę wszelkich modnych gadżetów z serii SpiderMontana etc.)

Nie ukrywam, zaskoczył mnie wybór zeszytów. Wychowany w PRL na standardowych zeszycikach ze zgrzebnymi kartonowymi okładkami (ikomu to panie przeszkadzało:)), pamiętam jeszcze czas, kiedy pojawienie się okładek wielobrawnych pozwalało na niemal zamanifestowanie indywidualności. Nie spodziewałem się jednak, że seryjnie tłucze się zeszyty opatrzone z góry adnotacją, do jakiego przedmiotu są przeznaczone, tak jakby nastolatek nie potrafił sam tego napisać na okładce (well, na kolorowych okładkach to właściwie może być ciężko cokolwiek napisać..); komicznie jednak może wyglądać, kiedy z braku odpowiedniego zeszytu w sklepie, notatki z chemii trzeba prowadzić w zeszycie z napisem „geografia”. Pozytywnie odebrałem natomiast zeszyty już bardziej wyspecjalizowane, zawierające na marginesach pomoce naukowe do odpowiedniego przedmiotu, z całkiem pokaźnymi słowniczkami włącznie – a przy okazji nie bez nostalgii stwierdziłem, że język rosyjski jeszcze w szkołach nie zamarł, o skoro w sklepach jest podaż specjalnie znaczonych zeszytów do russkawo jazyka (bukw mi się nie chce na klawiaturze szukać), to w dzisiejszych czasach praktycznie dowodzi istnienia popytu.

Jednej zagadki jednak nie udało mi się rozwiązać, a nie ukrywam, że to ona przyciągnęła moją uwagę do asortymentu zeszytów. Nad jednym z regałów zobaczyłem bowiem napis „Zeszyty czyste, do nut, do religii„. Przekopałem półki, próbując się dowiedzieć, na czym polega specjalny zeszyt do religii – i nie znalazłem, naród musiał wykupić (tym bardziej że parę osób nieopodal szukało takich zeszytów nie z ciekawości, lecz z wyraźnej potrzeby nabycia). Wyobraźnia podpowiada mi rozmaite koncepcje, lecz obawiam się, że może ona nie dorównac pomysłowości twórców takiego asortymentu – więc wolę swych wyonrażeń ne rozwijać ni konkretyzować.

Jak wyrobić normę na Blog Day 2010

Tak mi jakoś chodziło po głowie, że to w tej okolicy, zaguglałem, i stało się: to dzisiaj Blog Day. Polecajmy więc, a nuże (kolejność przypadkowa).

1. Blog mojego podwójnie byłego prawie-jak szefa (podwójnie, bo najpierw ja przestałem podwładnić, a potem on przestał szefować; prawie, bo to była tyko podległość w obrębie funkcji społecznej na portalu), czyli Ad Absurdum. Mniej pisze, bo szczęśliwie zajęty:)

2. Polite dissent, czyli blog (serwis prawie) o popkulturze i medycynie. Krzyżówka popkultury i medycyny? Tak, House (właściwie nic tam innego nie czytam poza krytyczną analizą poszczególnych odcinków z punktu widzenia medyka).

3. Podróż na Południe, czyli o Ameryce Łacińskiej słów niemało. Jak zaglądam, to na tradycyjną wersję blogową, choć to też wypączkowało serwisem poważniejszym.

4. Z tym facetem się zwykle nie zgadzam, ale zawsze dobrze jest poszerzać perspektywę.

5. No i tradycyjnie poleca się całą aktualną zawartość blogrolla.

Disclaimer jak w zeszłym roku (po odejściu od Zapisków reklamacji nie uwzględnia się).

Kubica, Pietrow, Heidfeld

Kariera Roberta Kubicy w F1 przebiega prawie sinusoidalnie. Zaczynał w roku 2006 wrzucony do bolidu w trakcie sezonu i na dzień dobry omal nie zdobył punktów (dyskwalifikacja za niedowagę), a kilka wyścigów później już stał na podium. Później był nienajlepszy rok 2007, jakże emocjonujący 2008, mizerny 2009 i coraz bardziej obiecujący sezon bieżący.

W każdym z „pełnych” sezonów nie ustawały porównania z partnerem z zespołu. W tym roku jest to debiutant Witalij Pietrow (jak widzę w polskich tekstach transliterowaną formę tego nazwiska, to mam ochotę gryźć), który częściej ma problemy z bolidem (lub nie tylko), niż wspiera Kubicę w walce o jak najlepszą pozycję w klasyfikacji konstruktorów. Skrupulatni wyliczają, że różnica punktowa między kierowcami Renault jest największa w całej stawce (w domyśle: jaki ten Pietrow słaby..). Ostrożnie z takimi wyliczeniami: w roku 2007, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to tytuł kierowcy tracącego najwięcej do partnera z teamu, przypadał.. Robertowi Kubicy – gdyż Nick Heidfeld punktował wtedy bardzo regularnie, a Robert głównie zmagał się z samochodem i inżynierem pokładowym.

A żeby już całkiem pokazać ograniczone znaczenie różnicy punktowej mędzy partnerami z zespołu dla porównywania umiejętności i klasy kierowców – druga największa róznica punktów w tym sezonie jest pomiędzy kierowcami.. Mercedesa. I czy to naprawdę oznacza, że Michael Schumacher jest aż takim złym kierowcą?

Witalijowi życzymy więc chłodnej głowy. Dla dobra jego własnego, oraz Renault.

 

Idzie zimne

Patrzę na prognozę pogody na noc i prawie oczy przecieram: +7. Jak wyprowadzałem psa, faktycznie jakoś chłodnawo było, bardziej niż przywykłem. I tak sobie myślę – jedna, druga taka noc, i ludzie zaczną się dopytywać, kiedy rozpocznie się sezon grzewczy i kaloryfery zrobią się ciepłe. Kiedyś (na czasowym pograniczu komuny) sezon zaczynał się 15 października, chyba że wcześniej o 21.00 przez 3 dni z rzędu temperatura była poniżej +10. Czyli tyle, ile właśnie pokazuje mój termometr zaokienny.

Ja sobie w domu sam sezonem grzewczym, ale jakoś jeszcze nie mam ochoty odpalać pieca..

Refleksje słonecznikowe

Zobaczyłem je w markecie na zakupach. Wielkie, czarne talerze, pierwsze takie ładne w tym roku. I pogryzam, pogryzam, pogryzam pestki.

Wiosną posadziliśmy słonecznika w ogródku. Wyrósł ładnie, miał kilka kwiatów (choć raczej wielkości talerzyków deserowych). Z kwiatów jednak nie utworzyły się jadalne pestki, może to nie ta odmiana była. W końcu żaden ze mnie hodowca słoneczników.

A kiedy byłem na Słowacji, to wiele widziałem pól słoneczników. Aż się zastanawiałem, czy to na pestki, na olej czy może na dopłaty unijne. W każdym razie wyglądały uroczo, nawet jeżeli nie jak z Arles.

słoneczniki van gogha

Smuda i Gortat

Nie ma lekko selekcjoner narodowej reprezentacji futbolowej. Na razie testuje, selekcjonuje, sprawdza, selekcjonuje i testuje, żeby wybrańców nauczyć takiej gry, jakiej oczekuje od swojej drużyny – czyli ładnie, do przodu i bez kompleksów nawet wobec nominalnie silniejszego rywala. Wypada pamiętać, że tak drużyny grały zawsze (lub przynajmniej próbowały grać) i rezultaty btyły niezłe, przynajmniej optycznie. Można debatować, czy to realistyczne podejście, można się zżymać na wysokie porażki, można przypomnieć, że catenaccio w dzisiejszym futbolu rośnie w siłę – tak naprawdę zobaczymy za dwa lata, czy będziemy pić szampana, czy nerwosol.

Trafiłem wczoraj półprzypadkiem na transmisję z meczu koszykarskiego Polska-Bułgaria, kolejnego z serii meczów o wszystko (jakże znajome..). Zerkałem na drugą połowę, i chociaż ze mnie żaden koneser koszykówki (czasy hej-tu-enbiej dawno minęły), to momentami aż zęby bolały patrząc na indolencję w ataku* naszych gwiazdek, podobno lepszych od Bułgarów, z tytułowym MG13 na czele. Bułgarzy w ataku (przynajmniej na moje niefachowe oko) prezentowali się bardziej kreatywnie, i drugą połowę wygrali. (Koszykarzy czeka teraz pracowite liczenie szans, kto z kim musi teraz jaki wynik osiągnąć, żeby mieli szansę awansu – jakież to znowu znajome..)

I tak sobie pomyślałem: jak mam do wyboru grę na zasadzie „zero z tyłu, a z przodu może coś wpadnie” (co czasem wystarcza do pokonania mistrzów Europy i świata), czyli szczerze mówiąc coś podobnego właśnie do basketu, jaki oglądałem wczoraj, albo grę „mocno do przodu, i może strzelimy więcej niż przeciwnik”, czyli to, do czego chce doprowadzić Smuda – to jednak wolę widzieć naszych atakujących, i to jak najlepiej. I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata.

*nie było to jedyne pole indolencji – choćby słabość w zbiórkach była zatrważająca

Ostatnie dni bocianów

Tytuł brzmi strasznie alarmistycznie, ale po prostu za kilka dni św. Bartłomieja, czas bocianich sejmików i wielkiego odlotu („na Bartłomieja Apostoła bocian do drogi dzieci woła”). Tak mi się przypomniało po tym, jak w ciągu dwóch dni spotykałem przy spacerze bociana spacerującego po łące.

Bon voyage i wróćcie szczęśliwie na wiosnę.

Nowej fotki niestety nie mam..