Kompromitacja Fundacji ePaństwo

Jednym z newsów dzisiejszego dnia było, że Fundacja ePaństwo uzyskała od Sądu Najwyższego umowę, na podstawie której tenże Sąd zlecił „przerobienie swojej strony internetowej” za jedyne pół miliona złotych (dokładnie 554.730 zł), jak również „ustaliła”, że przedmiot umowy można było wykonać „lepiej” (szczegóły odkryć Fundacji tutaj). Oczywiście cały Internet kipi oburzeniem, że jak tak można, że rządzący kradną, że zrobił to oczywiście znajomy pracownika sądu i że co drugi internauta ze szwagrem zrobiliby to 10 razy taniej. Jak wypowiedział się pewien zapytany przez media ekspert, za pół miliona złotych można zrobić „bardzo dopracowany portal wraz z systemem obiegu dokumentów i szkoleniem zespołu”.

Ponieważ mam w zwyczaju sprawdzać sensacyjne newsy w maksymalny możliwy sposób, jeszcze przed odwiedzeniem strony Fundacji zacząłem szukać informacji z zakresu zamówień publicznych, przyjmując, że w takim właśnie trybie umowa została zawarta (kwota wyraźnie na to wskazywała). Nie trwało długo, żeby Google odnalazło informację o wynikach postępowania, z podaniem nazwy firmy, która wygrała, jak i dane firm, które przegrały. Znacznie ciekawszą informacją było jednak, co właściwie było do wykonania za te pieniądze. A obejmowało, i owszem, modernizację serwisu internetowego (czyli witryny www), jak i modernizację serwisu intranetowego (czyli wewnętrznej sieci Sądu) oraz wdrożenie systemu elektronicznej zarządzania dokumentacją. Jeżeli komuś brzmi to podobnie do tego, o czym mówił ekspert cytowany w poprzednim akapicie…

Przyznam, że nie znalazłem specyfikacji istotnych warunków zamówienia (choć nie szukałem szczególnie zawzięcie), więc trudno było ustalić, jak dokładnie określono przedmiot zamówienia. Sięgnąłem więc do zdobytego przez Fundację tekstu. Przez chwilkę, nie ukrywam, nawet zmarszczyłem brwi, mając wrażenie, że zakres umowy nie jest zgodny z zakresem zamówienia (co jest grzechem ciężkim). Gruntowna lektura pozwoliła jednak odnaleźć „brakujący” element przedmiotu zamówienia, czyli system elektronicznego zarządzania dokumentacją, rozpisany jako element funkcjonalności serwisu intranetowego. Przy okazji zauważyłem też obowiązki wykonawcy związane z dostarczeniem odpowiedniego oprogramowania systemowego i sprzętu, przeniesienie praw autorskich, szkolenia.. Cóż, Fundacja dostrzegła jedynie „wyrównywanie do lewej strony” oraz że „orzeczenia nie będą dostępne w formacie HTML” (moja prywatna uwaga: plików długości standardowego orzeczenia nie ma sensu czytać w HTML-u). Refleksji o wadze prac nad serwisem internetowym oraz nad serwisem intranetowym nie było ani krztyny, bo wtedy szokujący nagłówek nadawałby się tylko do kosza…

Oczywiście, ośmieszenie się Fundacji nie rozgrzesza całkowicie dziennikarzy powtarzających ślepo opowieść o „pół miliona za stronę”, bez sprawdzenia i zrozumienia (zaczęli w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, ale powtórzyli już chyba wszyscy w polskim Internecie). Wina Fundacji jest jednak o tyle większa, że sama Fundacja – prezentując się jako obrońca jawności – jednocześnie zwyczajnie pozostaje w konflikcie z Sądem Najwyższym (nie wnikając, kto i ile ma w nim racji). Tym bardziej powinna więc dokładnie sprawdzić o czym pisze, a tak wyszło, że bzdury, które rozpowszechnili jako sensację, mogą być świadomą manipulacją, tym głupszą, że tak łatwą do wykrycia. Wyszło bowiem, że oto „zapłacono pół miliona za elewację!”, a w rzeczywistości pół miliona jest za elewację oraz remont i wyposażenie wnętrz…

 

Sąd 24-godzinny

Był taki czas, kiedy w ramach programu likwidacji chuligaństwa (proszę wybaczyć, jeśli szczegóły mi się zacierają, lata lecą, a genialnych programów przybywa), wymyślono, że w razie potrzeby Sąd będzie procedował o każdej porze dnia i nocy. Potrzeba była przewidywana głównie na mecze, manifestacje i inne zadymy, kiedy to można było się spodziewać wszystkiego najgorszego i w dużej ilości. Teoretycy zwykle powołują się na dogmat szybkości ukarania (stary poczciwy Beccaria skupiał się raczej na nieuchronności kary), tak żeby chuligan odczuł karzącą rękę sprawiedliwości rychło, a nie na święty nigdy.

Wpadłem ostatnio do sądu i dowiedziałem się, że koncept sądów 24-godzinnych ma się w najlepsze. Nie żebym odnotował jakieś wielkie burdy czy zamieszki, nic z tych rzeczy. Po prostu jak sąd raz zacznie procedować, to żadna pora mu niestraszna.

sądy 24-godzinne Katowice sąd rejonowy wokanda

Osobiście podejrzewam jednak (jeżeli wykluczyć banalny defekt systemu informatycznego), że prędzej jakiś sędzia nadganiał tyły przed urlopem, a na terminach robił coś, co i tak się robi na posiedzeniu niejawnym (w końcu to sąd gospodarczy). Albo nastąpiło jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni, w sądach się zdarza.

Łapówka co się zowie

Drążąc aferę Amber Gold, dziennkarze wykryli, że jeden z wcześniejszych wyroków wobec Marcina S.(P.) - ten najłagodniejszy, za sprawę Multikasy zdaje się, w każdym razie jedynie niezbyt wysoka grzywna – został wydany przez sędziego, który dziś sam jest oskarżony o korupcję

Czytam postawione temu sędziemu zarzuty i nie mogę nie rżeć ze śmiechu. Nie, zupełnie nie z powodu luźnego związku z AG (choć rzeczony sędzia może się już czuć ustygmatyzowany, a i sąd prowadzący jego sprawę znajdzie się pod dodatkową presją, że to „przez tego człowieka miliony straciły miliony”). Głęboko ośmieszające dla wszystkich: dla prokuratury, dla sądu, dla systemu, jest postawienie obok siebie zarzutów przyjęcia w sumie 140 tysięcy złotych oraz.. dwóch półmisków ryb w galarecie (pal sześć przejściowe korzystanie z samochodu). Oczywiście, sędzia nie jest od tego, żeby wchodzić w komitywę z podsądnym (a wręcz przeciwnie), ale podejrzenie że sprzedał się za miskę węgorza…

Oczywiście, to nie wina prokuratury że obowiązuje zasada legalizmu, nakazująca co do zasady ściganie wszystkiego na co trafią. Sprawa sędziego ze Słupska to kolejny argument za jej zniesieniem, nawet ryzykując, że prokuratorzy czy to z lenistwa, czy to z… innych pobudek, będą odstępować od prowadzenia postępowań w niektórych sprawach (choć nieraz walor czysto ekonomiczny przemawia przeciwko prowadzeniu sprawy „o 300 zł”, jeżeli kosztuje ona państwo de facto znacznie więcej).

Skazany za cokolwiek

Gdyby nie sprawa sędziego Milewskiego i jego rozmów telefonicznych w sprawie Amber Gold, to byłby to jak nic temat numer jeden rozważań publicystów, a tak spada na co najmniej drugie miejsce. Wczoraj sąd w Piotrkowie Trybunalskim (nawet kiedyś byłem, całkiem przyjemne miejsce, sąd mam na myśli) skazał twórcę portalu antykomor.pl, oskarżonego m.in. o znieważenie Prezydenta RP treściami zawartymi na tym portalu, na karę piętnastu miesięcy ograniczenia wolności przez wykonywanie nieodpłatnych prac społecznych.  

Już pojawiły się oczywiście przeróżne komentarze, że to Białoruś, że to „efekt mrożący„, że ogólnie nie godzi się karać za „coś takiego”. Odnoszę jednak wrażenie, że tradycyjnie mamy do czynienia z wypowiadaniem się bez wiedzy o szczegółach. Proces był prowadzony z wyłączeniem jawności, więc nie do końca wiadomo, za jakie formy znieważania sąd uznał oskarżonego winnym, wiadomo jednak, że za niektóre go od winy uwolnił (na podstawie migawkowych wzmianek o treści ustnego uzasadnienia wyroku powiedziałbym, że do znieważania doszło na pewno, pewnie bym się zastanawiał, czy traktować to jako znieważanie urzędu akurat, ale w sumie nie w tym rzecz). W powszechnym dyskursie znika prawie zupełnie fakt, że zarzut znieważenia nie był jedynym, że oprócz tego oskarżonego sądzono za pospolite przestępstwa fałszowania dokumentów (wg różnych relacji: legitymacji studenckiej lub dowodu osobistego, do tego jakichś zaświadczeń lekarskich). Czy zatem kara jest surowa? Gdyby oskarżony był sądzony oddzielnie za znieważenie, a oddzielnie za fałszowanie, to za fałszowanie zapewne dostałby – jak każdy tego rodzaju oskarżony – karę pozbawienia wolności mierzoną w miesiącach lub latach i miesiącach, w zawieszeniu na jakieś 3 lata. Przez to, że połączono mu różne przestępstwa, w tym takie, za które sąd nie chciał skazywać na więzienie choćby w zawieszeniu (jak to też w podobnych przypadkach bywa, przypomina mi się dość głośna kiedyś sprawa mysłowicka), paradoksalnie ma karę łagodniejszą niż wszyscy mu podobni. PAP (a za nią media) nie podała jaka była dokładna treść wyroku, czyli jaka kara za jaki zarzut, gotów jestem postawić dolara przeciw orzechowi, że gros kary jest za fałszowanie dokumentów właśnie. Ale w pamięci wszystkich zostanie, że „za wolność słowa dostaje się ponad rok”.

Przy tej okazji znów widać praktykę obejmowania aktem oskarżenia wszystkiego „jak leci”, z której już pokpiwałem. Owszem, można zrozumieć racje ekonomiczne, żeby nie prowadzić kilku osobnych procesów dotyczących tej samej osoby, ale nieodmiennie mam wrażenie, że raczej chodzi o to, aby mieć pewność, że w wyroku prokurator i tak usłyszy słowa „uznaje oskarżonego za winnego”, choćby jeden raz na dziesięć zarzutów. Inaczej nie byłoby poszukiwania w przypadku oskarżonych o dyskusyjne przestępstwa, jak łapownictwo czy molestowanie, zarzutów typu „posiadanie nielegalnego oprogramowania”, zupełnie niezwiązanych z głównymi zarzutami, za to łatwiejszych do wykazania. W statystyce sprawę prokurator ma wtedy wygraną.

Seremet się ośmiesza

Bum! Prokurator Generalny z wysokości swojego stanowiska zaczął grozić palcem i wytykać błędy prokuratorom, zapowiadać postępowania dyscyplinarne i odwołania ze stanowisk. Najwyraźniej presja na obronę dobrego imienia/stołka/czegoś jeszcze robi się coraz większa. Na tyle silna, że zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę.

Przyjrzyjmy się bowiem niektórym zarzutom (na podstawie tego tekstu), patrząc z punktu widzenia prokuratora prowadzącego sprawę i podejmującego decyzje w określonym momencie. Mamy więc takie kwiatki jak:
– nie uznano, że konieczny jest osobisty  udział prokuratora w dochodzeniu – choć brak takiego udziału jest w dochodzeniu zasadą; jednocześnie nie ma zarzutu, że należało prowadzić śledztwo (w którym udział prokuratora jest zasadą), a nie dochodzenie; a zatem zarzut sprowadza się do tego, że prokuratorzy nie byli jasnowidzami (co się wdzięcznie kamufluje pod określeniem „wykazali brak wyobraźni”),
– bez determinacji niezbędnej w tej sprawie gromadzono dokumenty spółki - i znów jest to zarzut braku zdolności profetycznych, niezbędnych do ustalenia, że jest to ta sprawa, sprawa największego oszustwa dekady, a nie tylko ewentualnego prowadzenia działalności bankowej bez zezwolenia,
– z naruszeniem procedury karnej, prokurator wydał decyzję o zawieszeniu tego postępowania – postępowaniami karnymi zajmuję się sporadycznie i z daleka, ale znam w kpk przepis, zgodnie z którym postępowanie karne się zawiesza w razie wystąpienia długotrwałej przeszkody; nie zamierzam się habilitować nad teoretyczną analizą co taką przeszkodą może być, ale widziałem postanowienia „z powodu konieczności oczekiwania na opinię biegłego grafologa, której przewidywany czas sporządzenia wynosi 3 lata z uwagi na natłok spraw”; być może pan Prokurator Generalny ma zawsze jakiegoś dodatkowego biegłego na podorędziu, który opinię w dowolnej sprawie sporządzi w ciągu trzech tygodni, szeregowi prokuratorzy takiego luksusu nie mają,
– nie wykorzystał procesowo informacji o niezłożeniu przez spółkę sprawozdania finansowego za lata 2010 i 2011, co mogło naruszać ustawę o rachunkowości – zaczynamy przecierać oczy; zgodnie z ustawą o rachunkowości właśnie, sprawozdania finansowe za te lata należało złożyć najpóźniej – odpowiednio – w lipcu 2011 i lipcu 2012; zakładając nawet, że ta informacja jakoś by do prokuratora dotarła (a zupełnie nie musiała, skoro nawet sąd przyjmujący te sprawozdania nie miał czasu się nad tym bardziej pochylić), to jaki miałaby wpływ na czynności dokonywane w latach 2009-2010? wygląda to na czepialstwo dla zasady, szukanie jakiegokolwiek haka, żeby ostatecznie z litanii „znieważył, okradł, pobił, zgwałcił i nielegalnie ściągnął z sieci dwie piosenki”, mieć rację przynajmniej w zakresie w zakresie ściągnięcia piosenek.

Ale najładniejsze wciąż przed nami. Mamy więc zarzut „nie przesłuchano żadnego z klientów spółki”. Po co – to pytanie krzyczy wielkimi wołami. Po to, żeby się w roku 2010 dowiedzieć, że spółka wypłaca im pieniądze w terminie? Po to, żeby się dowiedzieć, że faktycznie wpłacili do spółki pieniądze, tak jak spółka twierdzi? Po to żeby się dowiedzieć, że zgodnie z podpisaną umową nie dostawali do ręki żadnego złota? Po to, żeby tych klientów wystraszyć? Żaden przecież z klientów nie byłby w stanie powiedzieć ani czy spółka ma zamiar kogokolwiek w przyszłości oszukać (co pozostawało poza czyjąkolwiek wtedy świadomością, może poza niejakim Marcinem z domu Stefańskim), ani w jaki sposób zarządza powierzonymi im – jako ceną za sprzedane złoto – pieniędzmi, czy przypadkiem nie obciąża ich ryzykiem (co byłoby kluczowe dla ustalenia, czy faktycznie zachodzą przesłanki ustawowe przestępstwa) bo samo gromadzenie środków bez obciążania ich ryzykiem, przestępstwem nie jest i nie zanosi się, aby miało być.

Nie, nie chodzi mi o uznanie prokuratorów za anioły bez skazy w tej sprawie, zapewne można było zrobić więcej, bardziej się przyłożyć do wykonania zaleceń sądu; zwłaszcza kwestia nadzoru jest tu mocno niejasna (aczkolwiek tu zarzuty są zaskakująco tonowane wobec prokuratorów z wyższych szczebli), ale dla mnie cała organizacja prokuratury pod względem funkcjonalnym jest mocno niejasna. Oczekiwałbym jednak, aby pan Prokurator Generalny nie robił z siebie Katona, ale jednocześnie udzielił odpowiedzi na parę innych interesujących pytań:
– ile postępowań karnych średnio w danym okresie prowadziła/nadzorowała prokurator zajmująca się sprawą Amber Gold, 
– ile postępowań karnych średnio w danym okresie nadzorował prokurator rejonowy będący przełożonym pani prokurator j/w, 
– ile postępowań karnych w poważnych sprawach gospodarczych średnio w danym okresie prokurator okręgowy nadzorujący sprawę Amber Gold,
– do jakiego czasu można rozsądnie przedłużyć dochodzenie?

Przypuszczam, że na forach prokuratorskich te pytania są stawiane, razem z dobitnymi odpowiedziami.  Prokurator Generalny albo tych odpowiedzi nie chce znać, albo udaje, że go nie dotyczą. Znacznie lepiej wychodzi ciskanie gromów na konferencjach prasowych, dziennikarze są prawie zachwyceni. 

Rowery i radary

Temat (nieco wakacyjny) ostatnich dni, to pomysł władz Sopotu (proszę wybaczyć, piszę niedzielnie, to nie będę sprawdzał teraz na szybko, ani który z organów jest jego autorem, ani jaki jest etap jego wdrożenia), aby na ścieżkach rowerowych, zwanych „rekreacyjnymi”, ograniczyć dozwoloną prędkość do 10 km/h (czyli prędkości mocniejszego truchtu). Wśród zwolenników tego pomysłu pojawiły się już głosy (dyskusja jest burzliwa!), że ograniczenia takie to przejaw wyższości cywilizacyjnej co najmniej. Pogoda dzisiaj taka sobie, robota nie goni, to postanowiłem szybko sprawdzić co i jak, na szybko znalezionych przykładach z Nowego Świata. 

Najbliższe proponowanej wizji skoku cywilizacyjnego jest chyba Boulder w Colorado (skądinąd mające ponoć reputację przyjaznego rowerzystom, przynajmniej wcześniej). Niecały rok temu, pojawił się tam projekt wprowadzenia ograniczenia prędkości do 8 mil na godzinę (czyli prawie 13 km/h), nie sprawdzałem, jakie były jego dalsze losy. Z kolei w nieodległym, a uważanym przez lokalnych rowerzystów za nieprzyjazne, stołecznym (na miarę stanu) Denver obowiązuje limit szybkości prawie dwa razy wyższy, bo 15 mph (czyli 24 km/h). Całkowite niemal rozpasanie wykazali cykliści w leżącym o wiele dalej na północ kanadyjskim Calgary, bo zgłosili projekt podwyższenia obowiązującego tamże limitu prędkości, wynoszącego 20 km/h. Wreszcie w dbającym o porządek i bezpieczeństwo Nowym Jorku, w zeszłym roku zlikwidowano ograniczenia prędkości w Central Parku, wynoszące 15 mph. 

Być może ktoś rozwinie bardziej te poszukiwania, a nawet wynikami się podzieli, ja nie zamierzam się na tym doktoryzować. W każdym bądź razie, nie widzę, aby takie daleko idące ograniczenia prędkości na ścieżkach były powszechne (a twierdzenie, że jazda rowerem powyżej 10 km/h przestaje być rekreacją trącą ciężką śmiesznością, raczej bym sądził, że wtedy ona rekreacją być zaczyna). Nie mogę się jednak nie przychylić do wygłoszonego w dyskusji stwierdzenia – że skoro nie ma obowiązku posiadania w rowerze prędkościomierza (a nie ma i raczej Sopot sam go wprowadzić nie jest w stanie), to nikomu nie da się udowodnić, że świadomie jechał szybciej. Czyli zakaz i tak będzie martwy. Ale być może jakieś tam punkty w jakiejś części elektoratu ktoś zbierze, bo przecież o nic innego w tym chyba nie chodzi.

Wyroki Plichty lub Stefańskiego

Jak to zwykle w medialnych sprawach, wszyscy dostali werbalnego rozwolnienia i opowiadają bzdury od lewej do prawej (pomijam tu tych, którzy gorączkowo sprawdzają czy i dlaczego ktoś może im się do sempiterny dobrać). Postanowiłem więc – częściowo dla zaspokojenia własnej ciekawości, częściowo w imię zasad – uporządkować co wiemy o szefie Amber Goldów przed Amber Goldami, z prawnego punktu widzenia. 

Wiadomo, że skazywany był siedmiokrotnie, dla lepszego zobrazowania pożyczę sobie od redaktora Samcika dość przejrzystą tabelkę:
wyroki Plichty Amber Gold Maciej Samcik
Przyjrzyjmy się, na ile układa się to w całość. Mamy więc na początek samotny wyrok za incydentalne podrobienie zaświadczenia o zarobkach (dla klienta), dokonane prawdopodobnie w latach 2003-04 (nie znalazłem szczegółów, ale nie będę się przed nimi bronił). Potem mamy trzy mniejsze lub większe wyroki za Multikasę, potraktowaną jako wypadek przy pracy, a nie przestępczy od początku pomysł, czyli dotyczące działalności z okresu 2004-05. I wreszcie wyroki za wyłudzenia kredytów, dokonane „na słupa” w latach 2005-06. Dlaczego tak podkreślam te daty? Bo mają one kluczowe znaczenie dla zrozumienia, co działo się później. 

Zacznijmy teraz od stwierdzenia, które w świetle choćby wypowiedzi pewnego eksministra może się wydać dziwne: otóż Plichta nie jest recydywistą. Nie jest, bo recydywistą stać się może tylko ten, kto popełnia przestępstwo po odbyciu przynajmniej określonego czasu trwania kary, i musi zachodzić tzw. podobieństwo przestępstw. Jeżeli spojrzymy teraz na moment popełniania kolejnych przestępstw, to jedynie wyłudzenia ostatnich kredytów miały miejsce po wyroku (acz nie było to wykonywanie kary więzienia sensu stricto), aczkolwiek nie były to przestępstwa podobne (fałszerstwo, ew. przywłaszczenie versus wyłudzenie). Jest więc Plichta wielokrotnym przestępcą, ale nie recydywistą, przynajmniej na razie. 

Teraz wypada poruszyć kwestię, ile tych wyroków właściwie jest. Powyżej padła liczba siedem, bo tyle razy Plichta usłyszał „uznaje za winnego”, ale tu odzywa się nam instytucja zatarcia skazania. Zgodnie z kodeksem karnym, po określonym czasie skazanie ulega zatarciu, co oznacza fikcję, że nigdy go nie było (odzyskuje się „niekaralność”, o ile oczywiście nie ma się wyroków więcej). Co ważne, w przypadku zawieszenia kary pozbawienia wolności, zatarcie skazania następuje co do zasady po upływie sześciu miesięcy od zakończenia okresu zawieszenia (oczywiście jeśli w tym czasie nie wysłano skazanego do więzienia). W przypadku Plichty oznacza to, że już w 2009 roku „pozbył się” z kartoteki co najmniej dwóch wyroków, a do dziś co najmniej dwóch kolejnych (dwa mu na pewno pozostały, bo nie upłynął okres próby). 

Nie znamy szczegółowej treści wszystkich wyroków, więc nie wiemy, w których sądy nałożyły na Plichtę obowiązek naprawienia szkody. W wyroku wskazuje się wtedy termin do którego szkoda powinna być naprawiona, a jego niedotrzymanie może być podstawą zarządzenia wykonania kary pozbawienia wolności (choć w praktyce wystarcza, żeby obowiązek został spełniony, zanim sąd pochyli się nad sprawą). Nie znając terminów nie powinniśmy się wypowiadać, doniesienia są niejasne, ja ze swojej strony powiem tylko, że skoro Plichta (jak się ponoć deklarował) zarabiał 100 tys. miesięcznie i potrafił tyleż dać na kościół, to byłby niemądry, gdyby nie spłacił tych wyłudzonych kredytów (choćby dla uniknięcia wizji powrotu za kraty, znane mu z paru traumatycznych miesięcy w areszcie).

Przejdźmy wreszcie do kluczowego pytania: a czemu w zawieszeniu? Zacznę od przypomnienia rzeczy podstawowej: sądzi, orzeka, skazuje sąd (w rozumieniu konkretnego składu), a nie prezes, nadprezes, minister, kontroler, dziennikarz czy opinia publiczna. Kto chce sądzić, powinien był wybrać określoną ścieżkę kariery i wtedy mierzyć się ze sprawą na podstawie całości jej akt, i tyko na tej. Każdemu chętnemu proponuję na początek prosty test: niech oceni Plichtę nie jako przyszłego sprawcę przekrętu dekady (jak sądzę) tylko jako dość młodego chłopaka, który parę lat temu wyraźnie pobłądził, a w danym momencie gorliwie współpracuje, przyznaje się do winy i obiecuje wszystko naprawić (ja się zastanawiam, czy w tych sprawach o wyłudzenie kredytów Plichta ściemniał, że to na spłatę starych wyroków potrzebował, pieniądze na spłatę kredytów miał, tylko wykazywalnej zdolności kredytowej nie). Będziecie surowi (co z drugiej strony oznacza dla sądu uciążliwy proces) czy odpuścicie młodziakowi? A jak nie odpuścicie, to gdzie w przyszłości wyznaczycie granicę między zawieszaniem i niezawieszaniem, jak będzie się różnić wyrok skazujący za wyłudzenie 10 tys. od wyroku skazującego za zorganizowanie całego Amber Golda?

Dyskusyjną kwestią kuratorów zajmę się kiedy indziej, jak chociaż będę znał jakieś szczegóły, ale daleki jestem od zwalania wszystkiego na nich, nawet bardzo.

Jasno i zrozumiale

Kocham prawodawcę unijnego. Dba on o obywateli unijnych, jak może najlepiej, a kiedy widzi, że któreś z państw członkowskich dba mniej, to grozi palcem, żeby się dostosować do tego, co prawodawca unijny mądrze wymyślił. Dzięki takiemu grożeniu sięgnąłem dziś do jednego z przejawów prawodawczej troski, czyli do dyrektywy z 2009 roku (2009/136/WE) dotyczącej między innymi praw konsumentów telekomunikacyjnych (abonentów, chciałoby się rzec) i projektu ustawy mającej tę dyrektywę wdrożyć. Zachwyciło mnie bowiem, co przeczytałem o tym w prasie, i z przyjemnym zaskoczeniem odnotowałem, że w tym zakresie dziennikarze nieszczególnie zmyślali i przekręcali.

Cóż takiego miłego nam tym razem prawodawca podarował? Otóż doszedł do wniosku, że trzeba podciąć skrzydła niedobrym operatorom i providerom, wytrącić im z ręki gwiazdki i drobne druczki – i postanowił wprowadzić wskazówkę, jak należy odtąd pisać umowy. Od tej pory (to znaczy odkąd ustawa wejdzie w życie), umowy mają być pisane w sposób jasny, zrozumiały i łatwo dostępny (mam nadzieję, że to dla Was jasne i zrozumiałe). Dzięki temu znacznie łatwiej będzie zrozumieć w pełni treść umowy, która obowiązkowo zawierać musi (będzie musiała):
1) strony umowy, w tym nazwę (firmę), adres i siedzibę dostawcy usług;
2) świadczone usługi ze wskazaniem elementów składających się na opłatę abonamentową;
3) termin oczekiwania na przyłączenie do sieci lub termin rozpoczęcia świadczenia usług;
4) okres, na jaki została zawarta umowa, w tym minimalny okres wymagany do skorzystania z warunków promocyjnych;
5) pakiet taryfowy, jeżeli na świadczone usługi obowiązują różne pakiety taryfowe;
6) sposób składania zamówień na pakiety taryfowe oraz dodatkowe opcje usługi;
7) sposoby dokonywania płatności;
8) okres rozliczeniowy;
9) tryb i warunki dokonywania zmian umowy oraz warunki jej przedłużenia i rozwiązania;
10) ograniczenia w zakresie korzystania z udostępnionych abonentowi przez dostawcę usług urządzeń końcowych, o ile zostały one wprowadzone przez dostawcę usług lub na jego zlecenie;
11) dane dotyczące funkcjonalności świadczonej usługi obejmujące informacje:
a) czy zapewniane są połączenia z numerami alarmowymi, 
b) czy gromadzone są dane o lokalizacji urządzenia końcowego, z którego wykonywane jest połączenie,
c) o wszelkich ograniczeniach w kierowaniu połączeń do numerów alarmowych,
d) o wszelkich ograniczeniach w dostępie lub korzystaniu z usług i aplikacji,
e) o procedurach wprowadzonych przez dostawcę usług w celu pomiaru i organizacji ruchu w sieci, aby zapobiec osiągnięciu lub przekroczeniu pojemności łącza, wraz z informacją o ich wpływie na jakość świadczonych usług,
f) o działaniach, jakie dostawca usług jest uprawniony podejmować w związku z przypadkami naruszenia bezpieczeństwa lub integralności sieci i usług;
12) dane dotyczące jakości usług, w szczególności minimalne oferowane poziomy jakości usług, w tym czas wstępnego przyłączenia, a także inne parametry jakości usług jeżeli zostały określone przez Prezesa UKE na podstawie art. 63 ust. 2a;
13) sposoby informowania abonenta o wyczerpaniu pakietu transmisji danych w przypadku usługi dostępu do sieci Internet świadczonej w ruchomej publicznej sieci telekomunikacyjnej oraz o możliwości bieżącej kontroli stanu takiego pakietu przez abonenta;
14) zakres usług serwisowych oraz sposoby kontaktowania się z podmiotami, które je świadczą;
15) zakres odpowiedzialności z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania umowy, wysokość odszkodowania oraz zasady i terminy jego wypłaty, w szczególności w przypadku gdy nie został osiągnięty określony w umowie, poziom jakości świadczonej usługi;
16) zasady, tryb i terminy składania oraz rozpatrywania reklamacji;
17) informację o polubownych sposobach rozwiązywania sporów;
18) sposób uzyskania informacji o aktualnym cenniku usług oraz kosztach usług serwisowych;
19) zasady umieszczenia danych abonenta w spisie abonentów w przypadku umowy dotyczącej świadczenia usług głosowych;
20) sposób przekazywania abonentowi informacji o zagrożeniach związanych ze świadczoną usługą, w tym o sposobach ochrony bezpieczeństwa, prywatności i danych osobowych;
21) wszelkie opłaty należne w momencie rozwiązania umowy, w tym warunki zwrotu urządzeń końcowych ze wskazaniem, na czyj koszt zwrot ma nastąpić.

Uff. Prawda, że zaraz lepiej? Wreszcie kupując komórkę będziemy mogli zrelaksowani przeczytać jasną, zrozumiałą i krótką umowę.. wróć, tego, że będzie krótka, nikt nie obiecywał. Swoją drogą jestem ciekaw, czy koledzy prawnicy z firm telekomunikacyjnych przymierzają się już do napisania jasnych i zrozumiałych umów (podobno ma to dotyczyć także regulaminów i cenników, chociaż w ustawie takiego obowiązku już nie znalazłem, w dyrektywie też zresztą nie), które – co oczywiste – zarazem powinny być odpowiednio precyzyjne. Powodzenia życzę i oddycham z ulgą że nie na mnie padło, tym razem.

Przegrywanie z państwem

Wpadł mi dziś przypadkiem w oczy link do tekstu „Polacy przegrywają z państwem w sądach„. Statystyki jak statystyki, rozbawiło mnie jak zwykle, że dzielny dziennikarz do nich dotarł (zapewne je zamieszczono na stronie ministerstwa albo pojawiły się na jakiejś konferencji prasowej), zakłuł natomiast komentarz dyżurnego eksperta od biznesu, że niby:
 ta porażająca dysproporcja wynika z nastawienia sędziów.  Jako funkcjonariusze państwowi stoją po prostu na straży interesów budżetu państwa, zamiast na straży sprawiedliwości (…) Nawet jeśli sądy przyznają odszkodowania, to są one śmiesznie niskie

Cóż, zapewne honoru sędziów jako takiego lepiej będą bronić sami zainteresowani, ja się ograniczę do spojrzenia z pogranicza. Wg statystyk na blisko dwa tysiące spraw zakończonych w ubiegłym roku, „obywatele i firmy” wygrali tylko 156. Zastanawiam się, czy w tej liczbie mieści się już sprawa, którą prowadziłem z urzędu (wyrok był w zeszłym roku, ale formalnie uprawomocnił się dopiero w styczniu). Była to jedna z setek spraw wytaczanych państwu przez więźniów o zadośćuczynienie za krzywdy doznane na skutek złych warunków w areszcie czy więzieniu. Zazwyczaj sprawa taka oznacza żądanie liczone co najmniej w dziesiątkach tysięcy złotych, najwyższa mi znana dotąd to chyba pół miliona (mój klient łaskawie ograniczył się do niecałej setki); pozwy są pisane zbiorową mądrością celi, w miarę ich napływu rozwijają się w argumentacji, wnioskach i uzasadnieniach (nawet jak są długopisem na kartkach w kratkę). Sądy zasądzają – jeśli w ogóle – sumy liczone w setkach złotych, nawet jeśli do policzenia setek potrzeba wszystkich dostępnych palców, argumentując, że nie jest szczególnym cierpieniem, kiedy ustawowy limit trzech metrów kwadratowych na osobę jest przez miesiąc naruszony o cztery procent (Europejski Trybunał Praw Człowieka, do którego te sprawy na koniec często trafiają, przyznaje sumy podobne nominałem, choć wyrażone w euro). I jeśli teraz porównamy kwotę żądania z kwotą zasądzoną, to Skarb Państwa wygrywa takie sprawy w 99%. 

Nie znam, oczywiście, szczegółowego rozkładu tych spraw przegranych przez Skarb Państwa, struktury zasądzanych kwot ani ich podstawy. Mam jednak głębokie poczucie, że komentarz „eksperta” nie był niczym innym, jak ideologicznym wysysaniem z palca. Sądy oceniając wysokość odszkodowania, jako kwotę mającą naprawić realne wyrządzoną szkodę, nie uciekają się bowiem do dowolności, tylko w pocie czoła analizują każdą złotówkę. Co innego zadośćuczynienia, które mają charakter ocenny. Podzielam jednak pogląd Prokuratorii (nie mylić z Prokuraturą) Generalnej – i z powyższego widać dlaczego – że przede wszystkim mamy do czynienia z absurdalnie rozbuchanymi oczekiwaniami jak z sądów amerykańskich. Cóż, sprawa Harlan/Król powinna wszystkim uświadomić, że póki co u nas tak nie będzie. Choć z drugiej strony, patrząc na te statystyki widać też, że średnie odszkodowanie przyznane od Skarbu Państwa wynosi blisko milion złotych (zaraz, ekspert coś mówił o śmiesznie niskich…), ale nie wiadomo, na ile to wynika z paru faktycznie potężnych spraw. 

Aha, dla porządku pamiętajmy kto płaci te odszkodowania: pani płaci, pan płaci…

Errata do gwarancji

Kupiłem pewne urządzenie. Rozpakowałem, uruchomiłem we właściwym miejscu, zabrałem się do sprzątania. Wyjąłem wszystkie zignorowane kwitki z opakowania, włącznie z instrukcją obsługi i gwarancją. I pewną małą karteczką. 

Karteczka  zatytułowana była „ERRATA do gwarancji”. Nie zawierała jednak sprostowania błędów drukarskich (jak ktoś mógłby naiwnie pomyśleć), tylko dodatkowe postanowienia (które raczej nie wypadły w druku w pięciu wersjach językowych). Urzekło mnie w niej zdanie następujące:
sprzęt nie jest przeznaczony do użytkowania przez osoby o ograniczonej zdolności fizycznej, czuciowej lub psychicznej
Cały czas się zastanawiam, kogo autor erraty miał na myśli (z wyjątkiem dzieci, wymienionych wprost) i dlaczego. Z prawnego punktu widzenia, zastrzeżenie było właściwie bezprzedmiotowe.

Kupionym urządzeniem był filtr do akwarium. Dla żółwia. Przy czym gwarancja nie obejmowała odpowiedzialności za organizmy żywe (biedne bakterie i glony, które filtr wciągnie).