Przewala się wokół nas burza wokół związków partnerskich, w wersji homo lub hetero, na świecie poza nami kręci się ona nie gorzej (choć tam już bardziej przechodzą od związków partnerskich do małżeństw homo). Junior póki co – tak się Rodzicom wydaje – wydarzeń ze świata bliższego i dalszego zbyt uważnie nie śledzi (czasem niebezpiecznie laptop czy gazetę podczyta, ale chyba nic więcej), więc temat mu chyba obojętny, zajmuje się wiedzą bliższą jego poziomowi rozwoju. Kiedy jednak z głupia frant zadaje pytanie:
– Matka, a Adam i Ewa to brali ślub?
to Matka przyjmuje wersję, że małżeństwa to wymysł późniejszy, a Ojciec (w duchu) komentuje, że na ich przykład nikt się współcześnie nie powołuje w tej dyskusji.
Kategoria: Junior
Trubadurek
Nie budzi niczyjego zaskoczenia, że dziecko słucha i powtarza zasłyszane piosenki, ba, wspominałem już, że Ojciec poważnie się niepokoił, że Junior będzie powtarzać takie fragmenty, których może byłoby wstyd wysłuchać poza domem. Cóż, już powtarza, na szczęście na razie nauczył się (poprawniej byłoby: nauczył się naśladować) Marinette Brassensa, w taki sposób, że Ojciec domyśla się, w którym miejscu piosenki jesteśmy akurat, a felerne j’avais l’air d’un con przybiera kształt niezrozumiały nawet dla francuskiego językoznawcy-kryptologa.
Bardziej Ojca ostatnio zaniepokoiło, że w dziecięcym repertuarze słyszy fragmenty z „Taty Kazika”. Cóż, na plejliście Matki znajdują się co prawda wyłącznie starannie wybrane kawałki, przez co cytatów z Balu kreślarzy czy pieśni o wędrownych damach negocjowalnego afektu ((c)squirk) na razie Ojciec się usłyszeć nie spodziewa, niemniej wewnętrzny niepokój pozostaje. Hmmm… tylko jakie piosenki ewentualnie zaproponować Juniorowi w zamian? (jak ma się nauczyć Ona tańczy dla mnie czy innej Dody, to już lepiej może od razu niech przejdzie do pieśni bardziej dla Rodziców strawnych)
Austriackie koligacje
Rozpoczynamy wczesnowieczorne obchody Nowego Roku dla młodzieży (młodzież w składzie domowym wyłącznie). Junior grzebie na podłodze w serpentynach i balonikach, a Matka poszerza mu horyzonty, cierpliwie opowiadając o tym i owym. Jako że z głośników płyną walce wiedeńskie, jednym z tematów opowieści jest walc („nie walec!” kontruje z boku Ojciec pomysły Juniora), koncert noworoczny filharmoników wiedeńskich oraz Straussowie. Junior się wsłuchuje w te opowieści, po czym upewnia się:
– To te walce pisali ojciec syna i jego syn?
Mumerman
Ojciec pyta Juniora:
– Co tam rysujesz?
– Mumermana – pada odpowiedź.
Ojciec czuje się zaintrygowany, zaczyna dopytywać i doglądać. Junior siedzi nad zeszycikiem z zestawem naklejek ze Spidermana, który dostał jako szkolny prezent podchoinkowy. Niektóre z nich ponaklejał tu i tam, potem je naklejone obrysował.
– To gdzie jest ten cały Mumerman? – pyta Ojciec.
– Tu, obok Spidermana – odpowiada Junior.
I pokazuje mniej więcej na taki obrazek:
Znaczy, tego czarnego ochrzcił.
Bałwanki i łosie
Rodzice udali się wspólnie na koncert charytatywny do szkoły Juniora. Koncert obejmował przeróżne rzeczy: występy wszystkich klas po kolei, gościnny występ przedszkolaków (chłopcy przebrani za łosie, pardon – renifery, imitujący machaniem Jingle Bells, a wokół nich tańczące Śnieżynki), nienastoletnie cheerleaderki, nauczycielkę-szansonistkę z zespołem, oraz gwiazdę jakiegoś telewizyjnego muzycznego show (personaliów Ojciec niestety dla notki, a na szczęście dla siebie, nie spamiętał). Gwiazda dała na siebie czekać, bo zabłądziła gdzieś w korytarzach szkoły, nie było to trudne, jakiejś trzyletniej dziewczynce też się udało, na scenie była nawet szybciej.
Podczas koncertu Matka robiła furorę wśród młodzieży szkolnopodstawowej, bo pracowicie przerabiała porozkładane na krzesłach ulotki na stateczki i czapeczki; nie chciała robić samolotów, żeby nie rozpoczęły po sali lotów, ale młodzież poczuła się wystarczająco zainspirowana, żeby składać je we własnym zakresie. Ojciec tymczasem skupiał się na obserwowaniu widza z sąsiedniego krzesła, który aż stawał na krześle z wrażenia i nie przeszkadzały reflektory od czasu do czasu błyskające w oczy; kiedy stał na krześle, był od siedzącego Ojca wyższy o całe pół głowy, podtrzymywała go na tym krześle rodzicielka, dla trzylatka taki koncert to wciąż atrakcyjna rzecz.
Junior wystąpił jako jeden z wielu w grupie, starannie zapamiętany przez Rodziców i pewnie nikogo więcej. Ojciec cały czas ma też w pamięci dziewczynkę z trzeciej klasy (integracyjnej), siedzącą na scenie na wózku inwalidzkim, która w wykonywaniu żywej i skocznej piosenki była w stanie uczestniczyć jedynie uśmiechami i lekkimi drgnięciami dłoni.
Antyfutbol
Korzystając z dość ładnej listopadowej niedzieli, Ojciec wyciągnął Juniora na zajęcia ruchowe na dworze (a bo to panie normalne że w listopadzie nie leje i nie wieje?). Wzięliśmy piłkę, poszliśmy na łąkę. Porzucaliśmy, zaczęliśmy kopać.
W futbolu zwykle jest tak, że jeden ma piłkę i stara się z nią gdzieś dostać, a drugi mu przeszkadza. W skrócie można to ująć: ten z piłką ucieka, ten bez piłki goni.
Cóż, utarte szlaki są nudne, więc Junior wymyślił, żeby Ojciec wziął piłkę i prowadząc ją, Juniora gonił. Ojcu kompletnie nie przychodziło do głowy, w jakiej sytuacji w futbolu takie coś jest możliwe, ale kto by się tam drobiazgami przejmował w zabawie z dzieckiem. W końcu byliśmy na łące, nie na boisku.
Salvator Coccinellarum
Pogodna październikowa sobota skłaniała do spędzania czasu na dworze. Ojciec postanowił poświęcić go na przedzimowe porządki w ogrodzie i wokół domu, a że Matka załatwiała jakieś sprawy na mieście, to Junior został zagonio.. zaproszony do pomocy w porządkach, w końcu sprzątanie liści to zadanie w sam raz dla siedmiolatka.
Przy okazji przegrzebywania liści Junior zaczął natrafiać na schowane w nich biedronki. Na dramatyczne pytanie „Ojciec jak żyć co zrobić z biedronką”, Ojciec kazał delikatnie odstawić owada na jakąś roślinę nie podlegającą sprzątnięciu. Junior skwapliwie się zastosował, Ojciec też się cieszył, że przynajmniej względem takiej gadziny dziecko jest przyjazne.
Junior naliczył ze sześć uratowanych biedronek jednego popołudnia.
Dzikie zaufanie
Niedzielny spacer w słoneczne popołudnie. Rodzice wchodzą z Juniorem do lasu. Junior ma nietęgą minę.
– Ojciec, a co będzie jak przyjdą dziki? [a bywają w szeroko rozumianej okolicy]
– Nie przyjdą.
– Ale jak jednak przyjdą?
– To zrobisz jak w wierszyku. [swoją drogą jak to być może że nikt tego wierszyka samodzielnie nie zamieszcza, tylko w całym stadzie]
– Ojciec, ale czy dziki lubią szyszki? [Junior znalazł i zabrał „śliczną szyszkę”]
– Nie wiem, zapytaj dzika jak przyjdzie. Może będzie chciał twoją szyszkę, jeśli lubi.
– Ale ja mu jej nie dam.
– A jak będzie chciał sam wziąć?
– To pomożesz…
Ojciec nie jest przekonany do wizji konfliktu zbrojnego z dzikiem o jedną szyszkę, ale docenia.
Nauka podstaw
Ojciec poszedł na pierwszą w życiu wywiadówkę Juniora. Na razie taką bardziej organizacyjno-odchudzającą (zeszczuplał o jakieś 140 zł), ale Pani Wychowawczyni w celach poglądowych zapewne, rozdała wszystkim kserówki z tzw. wymaganiami programowymi z trzech przedmiotów, a to z polskiego, matematyki i przyrody.
Wiedziony wrodzoną ciekawością (ehh, nie wchodźmy w szczegóły) Ojciec postanowił natychmiast zapoznać się z wymogami stawianymi przed Juniorem w pierwszej klasie (powiedzmy na jej koniec). „Rozumie sens kodowania oraz dekodowania” kojarzyło mu się wprawdzie bardziej z matematyką i jej stosowanymi formami, niż z językiem polskim, ale w połączeniu z „odczytywaniem piktogramów” nabrało pełnego znaczenia. Gdy jednak przyszło do matematyki, Ojciec zaczął odczuwać dziwne wrażenie, że chyba coś z nim jest nie tak. Zdecydowanie nie był bowiem przekonany, że potrafi „ustalić równoliczność, mimo obserwowanych zmian w układzie elementów w porównywalnych zbiorach”. W blady strach popadł zaś, kiedy przyszło do „posługiwania się liczbami naturalnymi w aspekcie kardynalnym”… Bezpieczny grunt poczuł – choć też nie bez zdziwienia – dopiero przy „zna pojęcie długu i konieczność spłacenia go”. Może nie będzie musiał oddawać świadectwa ukończenia pierwszej klasy (i wszystkich następnych)…
Odrobinę Ojca uspokajało, że Pani Wychowawczyni zapisała na tablicy adres strony internetowej Szkoły i powiedziała „tu mają Państwo adres mailowy”.
Powrót do szkoły
Wczoraj Rodzice powrócili do szkoły podstawowej. Tak, nadszedł ten… Dzień, Junior rozpoczyna edukację szkolną, jeszcze wtedy w licznej asyście rodzinnej, dziś do klasy już szedł grzecznie sam.
Szkoła przywitała Juniora obowiązkową mini-akademią przeprowadzoną na szkolnym boisku (w sali gimnastycznej trwa remont). Czuć było ten element improwizacji, między innymi w niewystarczalności nagłośnienia. Znacznie głośniejsze, mówiąc szczerze, były komunikaty puszczane z jeżdżącego w kółko uliczkami nieopodal szkoły samochodu ciągnącego wielką reklamę szkoły językowej. Juniorowi pewnie było wszystko jedno, i tak pewnie nie słyszał ani jednego, ani drugiego.
A potem był poranek zapoznawczy w klasie. Dzieciaki zaliczyły pierwsze poważne sprawdzanie obecności, pani nauczycielka każdego zgłaszającego się witała uprzejmym „miło mi”. Na tyle była w tym sugestywna, że jeden nieborak w krawatce na dźwięk swojego nazwiska poderwał się i rzekł grzecznie „miło mi”. Cóż, na szczęście nie był to Junior (Ojciec wiedział, że krawatka może dziecku zaszkodzić na głowę).