Noworoczny gender

Przy noworocznym śniadaniu (już parę godzin temu, żeby nie było) Junior patrzy na oliwkowo zakończone ręce Matki i pyta:
– Matko, czy tylko dziewczynki malują paznokcie?
na co pada gromkie Matki:
– TAK
oraz cichutkie pod nosem Ojca (z głową zwróconą w kierunku Matki)
– dżęder we wsi stoi…

Spokojnego Nowego Roku. 

Na głowie

Junior z Ojcem stoją przed monumentalnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Junior dla kunsztu rzeźbiarskiego jeszcze wiele zrozumienia nie ma (wolno mu, Ojca zdaniem), więc Ojciec w ramach zachęty podpowiada Juniorowi, żeby się rzeczonemu Mojżeszowi nieco staranniej przyjrzał, i powiedział co tam nietypowego widzi, coś czego Junior nie posiada. Junior patrzy bez przekonania i mówi:
– Flagę.
[Ojciec nie do końca chce się zastanawiać o jaki wyrób flagopodobny mogło chodzić, więc delikatnie kieruje uwagę Juniora w stronę głowy]
– Brodę – rzuca Junior.
[Brodę Mojżesz istotnie ma imponującą, ale Ojciec cierpliwie – wciąż – podsuwa, że może ten Mojżesz ma na głowie coś czego nikt inny nie ma..]
Junior spogląda i mówi;
– Łyżki.

Mojżesz rogaty Michał Anioł Rzym Włochy

Cóż, historycy sztuki widzą raczej rogi (i potwierdzają to źródłami), ale każdemu wolno mieć własne zdanie, w końcu rogi u człowieka występują na głowie równie rzadko jak łyżki. 

Skąd się biorą pająki

Junior czytuje ostatnio (niespiesznym tempem pierwszaka) rozmaite lektury, wśród których ostatnio znalazły się i mity greckie. Podczas wakacyjnych spacerów lubił się dzielić rozmaitymi wrażeniami z tych lektur, między innymi streszczał z przejęciem mit o Arachne i jej nieszczęsnym pojedynku z Ateną. Opowiadał więc i opowiadał, doszedł do momentu przemiany tkaczki w pająka, po czym skonstatował:

– A potem Arachne się rozmnożyła…

U żadnego Parandowskiego czegoś takiego nie pamiętam, rośnie więc młody zdolny interpretator.

Niestety

Niestety, po wczorajszym meczu wciąż podobno mamy jakieś szanse na awans na brazylijski Mundial (w trakcie meczu przyjąłem bez sprawdzania niepoprawny optymizm, że znikną całkowicie). Nienawidzę bowiem tego czasu, w którym pracowicie analizuje się warianty i wylicza prawdopodobieństwa, uzależnione od spełnienia kilku warunków (jeśli X wygra z Y i jednocześnie Z zremisuje z V…), oddycham z ulgą, kiedy nawet wyższa matematyka nie pozwala się łudzić. Nie chodzi tu przy tym o to, by skazać z góry na klęskę wszelkie wysiłki, po prostu zbytnią wiarę pokładamy w slogan „dopóki piłka w grze”, odrywając go od realiów (wszak teoretycznie na początek eliminacji szansę na awans miały i Mołdawia, i San Marino). 

Niestety, sympatyczny trener (sympatyczny z urzędu, bo jakoś nie przypominam sobie sympatycznych przekazów z jego strony, może jest sympatyczny prywatnie, nie znamy się) niczym nie zaskoczył pozytywnie, w chwili powołania oceniałem go jako najlepszego kandydata wśród ogólnej mizerii, obawiając się jednak, czy sprawdzi się w pracy z reprezentacją, jakże odbiegającą od codziennej pracy w klubie.

Niestety, nawet komentatorzy telewizyjni dostosowują się do poziomu reprezentacji (a może odwrotnie?). Nawet nie chodzi mi o Dariusza Wiecznie Szpakowskiego, tylko o tego co z nim wczoraj siedział przy mikrofonie i nie potrafił się zorientować co się dzieje, zalecając w końcówce wspieranie defensywy siedzącemu już na ławce Polanskiemu.

Niestety, oglądałem ten mecz, co gorsza gdzieś od 30 minuty.

Geografia stolarska

W związku z kilkudniowym długoweekendowym wyjazdem Junior zyskał wiele nowych informacji geograficznych i równie wiele sobie odświeżał. Między innymi uznał za właściwe przypomnienie sobie tego i owego o parkach narodowych (ma w pokoju mapę Polski, kiedyś potrafił tych parków narodowych wymienić większość), bo do tej pory w Polsce jakoś się koło nich prześlizgiwał mniej lub bardziej świadomie (kiedyś jechaliśmy skrajem Karkonoskiego, innym razem spacerowaliśmy nieopodal Ojcowskiego…). Zaczął więc wymieniać niektóre górskie parki narodowe… popadł w namysł.. w końcu powiedział:

– ..i Park Narodowy Nóg Stołowych…

(Wielkie litery w nazwie dopisał Ojciec)

Geografia kotletów

Dla ułatwienia sobie (i innym) życia Ojciec od czasu do czasu produkuje w kuchni większy zapas dań obiadowych, które następnie się zamraża i wyjmuje odpowiednią porcję we właściwym momencie (w tym średnio na co drugi obiad Juniora w dzień szkolny). Wszystko jest precyzyjnie opisane, więc w każdej chwili wiadomo co można wyjąć i rozmrozić (i ile czego jest, rzecz jasna). 

Dziś Ojciec powrócił do domu w porze obiadowej i zoczył na Juniorowym talerzu kotlety mielone. Produkował je ostatnio w kilku wersjach, różniących się zwykle składem, a czasem i technologią (smażone vs pieczone), więc jakoś tak zaczął się przyglądać, starając się rozpoznać swoje dzieło. Junior wejrzał nań wzrokiem dziwnym, więc Ojciec uprzejmie wyjaśnił, że zastanawia się co to za kotlety.

Junior postanowił być pomocny i odrzekł:
– Ten jest lewy, ten jest prawy, a tamten jest górny… 

Afrykańskie refleksje świąteczne

Przy śniadaniu Junior pokazuje na przepiórcze jajo i woła radośnie: O, patrzcie, tam jest Afryka! (istotnie plama przypominała).

Przy tymże śniadaniu Matka westchnęła, że właściwie to chętnie spróbowałaby kiedyś strusiego jaja (tu powinien być link do notki o wycieczce na strusią fermę, której raczej nie napisałem). Cóż… może przy okazji jakiejś dużej okazji rodzinnej.. na wesele Juniora albo coś…

Ojciec westchnął w duchu (zerkając na śnieżną pierzynę za oknem), że właściwie chętnie by powrócił do spędzania Wielkanocy na słonecznej plaży, jak to mu się w Afryce zdarzało. Pisanki na ciepłej plaży, to je ono.

Bliźniaki…

Zamiłowanie Juniora do spędzania czasu nad kalendarzem było już wspominane, choć teraz nie jest to już kalendarz „kartkowy” dzienny, tylko zwykły ścienny miesięczny. Postudiował go jednak (i to nie tylko tegoroczny) na tyle uważnie, by zastrzelić Ojca stwierdzeniem:
– Ojciec, a kwiecień i lipiec to są bliźniaki!

– ……..????

– Bo zaczynają się zawsze w ten sam dzień tygodnia?

(Istotnie, (30+31+30):7=13)

Nosił Ojciec razy kilka

Jak niewątpliwie wszyscy inteligentni czytelnicy tego bloga (są inni? raz, dwa, trzy… nie widzę:)) się domyślają, kiedy w Zapiskach pojawiają się opowieści o Juniorze, to wszelkie nazewnictwo jest umowne.

Ostatnio jednak Ojciec doznaje trudnego do opisania uczucia (profetyczność? złośliwość? cokolwiek), kiedy słyszy, jak Junior zaczyna się do niego zupełnie niestylistycznie zwracać per „Ojciec” („Ojciec, chodź”). Ojciec nie wie, czy to pod wpływem Juniorowych lektur*, ale nie ukrywa, że zdecydowanie woli formę typu „tato”. 

Ojca nieszczególnie pociesza, że Junior do Matki też się zwraca per „Matko”. 

*o ile Ojcu wiadomo, to Zapisków… Junior na razie nie czyta

Czosnek uzdrowiciel

Czosnek, bez względu na pochodzenie, ma reputację „samo zdrowie” – uodparnia, leczy, a że przy okazji zapach ma powalający, no trudno, czego to ludzie nie robią dla zdrowia. Co prawda jakieś Hamerykany testowały tenże czosnek pod kątem „komu i na co pomaga” i wyszło im, że jeśli ktoś nie wierzy w moc czosnku, to mu nie pomoże, a jak wierzy, to i wierzy że pomogło, ale z tymi Hamerykanami to już tak, że co zbadają, to im inny wynik wychodzi. 

Ponieważ Juniorowi przy śniadaniu solidnie w nosie grało (a wydmuchiwanie szło opornie), po zakończeniu śniadania Ojciec wziął do ręki na wpół starty (po smarowaniu tostów) ząbek czosnku. Kiedy przybliżył go do Juniorowego nosa (aby zapachem czosnku pobudzić nos), Junior uznał, że kategorycznie sobie tego nie życzy, odskoczył i zaczął smarkać na potęgę. I jak tu nie wierzyć w moc czosnku, ciężko to podciągnąć pod placebo. 

Ojciec nie wie jakiego pochodzenia był ten czosnek.