Niestety, po wczorajszym meczu wciąż podobno mamy jakieś szanse na awans na brazylijski Mundial (w trakcie meczu przyjąłem bez sprawdzania niepoprawny optymizm, że znikną całkowicie). Nienawidzę bowiem tego czasu, w którym pracowicie analizuje się warianty i wylicza prawdopodobieństwa, uzależnione od spełnienia kilku warunków (jeśli X wygra z Y i jednocześnie Z zremisuje z V…), oddycham z ulgą, kiedy nawet wyższa matematyka nie pozwala się łudzić. Nie chodzi tu przy tym o to, by skazać z góry na klęskę wszelkie wysiłki, po prostu zbytnią wiarę pokładamy w slogan „dopóki piłka w grze”, odrywając go od realiów (wszak teoretycznie na początek eliminacji szansę na awans miały i Mołdawia, i San Marino).
Niestety, sympatyczny trener (sympatyczny z urzędu, bo jakoś nie przypominam sobie sympatycznych przekazów z jego strony, może jest sympatyczny prywatnie, nie znamy się) niczym nie zaskoczył pozytywnie, w chwili powołania oceniałem go jako najlepszego kandydata wśród ogólnej mizerii, obawiając się jednak, czy sprawdzi się w pracy z reprezentacją, jakże odbiegającą od codziennej pracy w klubie.
Niestety, nawet komentatorzy telewizyjni dostosowują się do poziomu reprezentacji (a może odwrotnie?). Nawet nie chodzi mi o Dariusza Wiecznie Szpakowskiego, tylko o tego co z nim wczoraj siedział przy mikrofonie i nie potrafił się zorientować co się dzieje, zalecając w końcówce wspieranie defensywy siedzącemu już na ławce Polanskiemu.
Niestety, oglądałem ten mecz, co gorsza gdzieś od 30 minuty.