Pokój z atrakcjami

Przyjemnym, relaksującym zajęciem jest przeglądanie zupełnie bez celu katalogów turystycznych, drukowanych nie wiadomo dla kogo, więc zbieranych w biurach bez większego żalu. Czy patrzy się na ofertę narciarską na Słowacji, czy na obóz survivalowy w Giżycku, czy też na objazdówkę po Ukrainie, czy wreszcie na tropikalny relaks w Kenii – zawsze może się trafić jakaś perełka (a nawet jak nie, to przynajmniej zostają ładne zdjęcia).

Przeglądałem właśnie ofertę wycieczek objazdowych jakiegoś nieznanego mi dotąd biura. Przy wycieczce do jednej ze stolic europejskich zerknąłem z zaciekawieniem (znając realia i stolicy, i takich wycieczek) na szczegóły zakwaterowania. Oferta sama w sobie była obiektywnie ciekawa, a nadto zawierała zupełnie nieprzewidzianą odrobiną atrakcji. Zakwaterowanie przewidziano bowiem w „hotelu na obrzeżach miasta z dobrym dostępem do komunikacji miejskiej w pokojach 2-osobowych„.

I już wiedziałem, skąd wzięła się nieśmiertelna fraza „Tramwaj przejechał mi przez śniadanie…„. Składnia bywa zwodnicza.

Dwudziestojednomilioner

Bycie milionerem to może być dość miłe uczucie (sam nie byłem od czasów denominacji, wtedy to wszyscy byli). Zapewne jeszcze przyjemniejsze jest bycie multimilionerem.

Polszczyzna zasadniczo nie zna więcej tego rodzaju słów z rdzeniem „milioner”, chociaż nic by nie stało na przeszkodzie, żeby je stworzyć. Skoro mamy dwupaki czy ośmiotysięczniki (nie wspominając o wielomianach czy stonogach), to nic by nie stało na przeszkodzie, żeby mówić także o dwumilionerach czy pięciomilionerach.

W dzisiejszym losowaniu Lotto (i komu panie przeszkadzał stary poczciwy Duży Lotek) pula ma sięgnąć „oczka”, czyli 21 milionów. Jak trafi to jedna osoba, zostanie tytułowym dwudziestojednomilionerem.

Pozostawiam innym analizę, jak nazwać kogoś, komu spełniono by to życzenie🙂

Benátky, Kodaň, Mníchov

Nazwy miast potrafią przybierać przeróżne formy w innych językach, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta stare, tak że bez mapy lub innych wskazówek trudno je czasem skojarzyć (i pomijam tu miasta, które w racji zawiłości historycznych miewały nazwy wyrażane w różnych językach, jak choćby Breslau czy Pressburg, czy które padały ofiarą szalonych eksperymentów nazewniczych, jak Stalinogród). Niekoniecznie łatwo jest bowiem Anglikowi zrozumieć, co Włoch rozumie przez Londra, Włochowi wpaść na to, co Niemiec rozumie pod Mailand, a Niemcowi – ustalić co Polak ma na myśli mówiąc Akwizgran.

Będąc na Słowacji, sprawdzałem na tamtejszym teletekście prognozę pogody dla Wiednia. Zauważyłem przy okazji trzy tytułowe nazwy i chwilę mi zajęło, zanim rozszyfrowałem, o jakie miasta europejskie chodzi. Dwie z tych nazw mają przy tym swoich „sobowtórów” w Czechach.

To nie jest trudna zagadeczka, prawda? Jeśli się wie, że to nazwy miast niesłowackich, bo inaczej pewnie by się na to nie wpadło.

O, kurwa

Faktem jest, że młode pokolenie dojrzewa pod każdym względem szybciej, niż dojrzewaliśmy my. Jeszcze kiedy miałem dziesięć lat, myślałem, że kurwa to jakiś termin stolarski, bo ojciec używał tego słowa przy robocie, gdy zamiast w gwóźdź trafił młotkiem we własny kciuk. A teraz nagminnie posługują się nim czterolatki.

Pod powyższym akapitem podpisałby się pewnie niejeden wychowany tak jak ja w wieku XX (w mrrrocznych czasach komuny zwłaszcza). Małe zaskoczenie: ten akapit, to nie moja myśl własna (choć też prawie bym się pod nią podpisał), tylko cytat z Henry’ego Wilta, a konkretnie z „Alternatywy według Wilta”, napisanej w roku – uwaga – 1979. Wulgaryzmy, choć w różnym wyborze, od dawien dawna stanowiły pewne tabu, którego przekroczenie było dozwolone sferom niższym (w mniemaniu wyższych) lub jeszcze niższym (w mniemaniu tych niższych), natomiast użycie ich w kulturze, w sposób publicznym, stanowiło zwykle pewną prowokację lub sztuczkę dla śmiechu (we wspomnianej „Alternatywie według Wilta” parę fantastycznie śmiesznych scen zawdzięczamy umiejętnie użytym wulgaryzmom, głównie za sprawą kontekstu sytuacyjnego). Sam z dużym zaskoczeniem wspominam sposób użycia wulgaryzmów w „Thin red line” Jamesa Jonesa („I guaran-fuck-tee you”, w polskim przekładzie chyba jako „ja ci to gwaran-kurwa-tuję”), ale to było zasadniczo w mowie żołnierskiej.

Piszę o tym wszystkim, bo być może bariera używania wulgaryzmów w obiegu publicznym zaczyna pękać. Tak sobie pomyślałem, kiedy przeczytałem w sobotniej GW tekst Pawła Smoleńskiego o teatrze w Akko (Izrael) (link). W reportażu tym Smoleński pisze „Moni wspomina, że dostał wtedy wkurwu” (słowo to pojawia się też w następnym zdaniu, opisując stosunek doń innej osoby). Smoleński nie mógł tego słowa użyć jako cytatu (w tym charakterze w reportażu jeszcze by się broniło, choć kiedyś zostałoby złagodzone lub wykropkowane), bo Moni to izraelski Żyd, bez znajomości polszczyzny. Krok po kroczku… (choć wcale by mnie to nie cieszyło)

Być może za parę lat spełni się marzenie Carlosa Marrodana Casasa i Memoria de mis putas tristes Garcii Marqueza ukaże się pod wiernym tłumaczeniem „Rzecz o mych smutnych kurwach” bez narażania się na zarzut naruszenia kodeksu wykroczeń. Lament Marrodana Casasa to ledwie pięć lat temu.

PS. Tych, którzy spodziewali się znaleźć pod tym tytułem refleksje o dzisiejszych wyborach prezydenckich, uprzejmie przepraszam. Ale mogą zamiast studia wyborczego włączyć na TVN „Seksmisję” i dowiedzieć się, jakie słowo było hasłem do windy na powierzchnię:-D (he, he, he, bo ktoś w Polsce tego jeszcze nie wie). Powinno być i tak po wieczornym meczu Brazylii:)

 

O normalności języka

Rozmawiam dzisiaj z przyjacielem-prawnikiem na temat pewnej sprawy. Rozmowa się toczy, aż w pewnej chwili kolega stwierdza:
– Muszę zaczekać, aż przyślą mi wreszcie umowę napisaną normalnym językiem, a nie jakimś potocznym..

Uśmiałem się szczerze, kolega później też. Tak to jest, że używając języka zawodowego, popadamy w żargonowość, tak że codzienna mowa zdaje się nam czymś nie-normalnym.

Wojciech Młynarski, w innym wprawdzie kontekście, pisał w jednej ze swoich piosenek:
Bo kochani – kto na co dzień żyje w cyrku,
Temu cyrkiem zdaje się normalne życie
.

Usenko, czyli pułapki transliteracji

Jedną z rzeczy, która mnie w ostatnich latach wkurza (i chyba nie jestem w tym odosobniony), jest spotykany w mediach sposób zapisywania nazw własnych i nazwisk pochodzących z regionów, gdzie używa się cyrylicy (we wszelkich odmianach), i tym alfabetem pierwotnie zapisywanych. Z jakiegoś powodu – nie wiem, czy to snobizacja na „zachodnią modłę”, czy też chęć ideologicznego odcięcia się od tego, co było za poprzedniego ustroju, czy może przekonanie o potrzebie reformowania pisowni (ujednolicania ze światową) – często spotkać można cyryliczne nazwiska zapisane, jakby uczynił to redaktor medium angielskiego (w praktyce tak to wygląda). Mamy więc Vitaly Petrova, mamy Petra Tchaikovsky’ego, także Dimitara Berbatova i wiele, wiele innych, których nie zliczę. A wszystko to bierze się z błędnego stosowania zasady transliteracji.

Transliteracja nazw obcych to zabieg sam w sobie oczywiście poprawny, zwłaszcza że oparty jest na Polskiej Normie. Co jednak bywa przeoczane, to fakt, że klasyczna forma transliteracji, zmierzająca do zapisania alfabetem łacińskim znaków pochodzących z cyrylicy (że do tego się ograniczmy), stosowana jest zgodnie z tąże Polską Normą przede wszystkim do tekstów naukowych oraz w bibliotekach naukowych. W codziennym zaś użyciu, powinna być w piśmie stosowana transkrypcja, czyli zapis fonetyczny obcego słowa. A więc piszmy Witalij Pietrow, Piotr Czajkowski i Dimityr Berbatow (przy tym ostatnim mamy dodatkowo szczególny problem z bułgarską głoską przed „r”, która i fonetycznie nie jest łatwa do oddania, i kiedyś bywała zapisywana jako „a’, lecz aktualnie w języku polskim zapisuje się ją jako ‚y). Tym bardziej, że zdarzało mi się widzieć teksty, w których to samo nazwisko zapisywano raz wg zasad transkrypcji, a raz – transliteracji. A nie poprawia sytuacji fakt, że nawet przepisy prawa właściwie mylą te pojęcia, i wprowadzając zasady transliteracji nazwisk, faktycznie uczyniły to przy pomocy transkrypcji (patrz rozporządzenie wykonawcze do ustawy o mniejszościach narodowych).

Serdeczne podziękowanie dla dr Katarzyny Kłosińskiej, która czyniąc w Trójce krótki wykład w tej kwestii, natchnęła mnie do napisania tej notki:) Od niej też pochodzi znakomity przykład zawarty w tytule – otóż gdyby stosować w codziennym obrocie zasady transliteracji, to pewna znana postać z bratniej Ukrainy, tak właśnie mniej więcej winna być pisana: Usenko (z małymi, łatwymi do zgubienia daszkami nad dwoma pierwszymi znakami, czyli Ûŝenko). Któż taki? Przez ostatnich parę lat znaliśmy go lepiej pod nazwiskiem Juszczenko:) To już chyba szybciej byśmy się domyślili, gdyby zapisać cyrylicą (Ющенко). (Pardon: ja trochę zapominam, że młodzież dzisiaj nie miewa już z tym alfabetem kontaktu, nie to co moja generacja).

Stuttgart, tylko Stuttgart

Zeszłej zimy dowiedziałem się, że na lotnisku Okęcie mają interesujący zwyczaj pisania nazwy stolicy Badenii-Wirtembergii per „Sztutgart”. Dałem wyraz swoim odczuciom🙂 a że w komentarzach pojawiła się teza o tradycji takiego fonetycznego pisania, to po namyśle uderzyłem w tej sprawie do dr Katarzyny Kłosińskiej, postanawiając: albo zatriumfuję, albo odszczekam i przeproszę. No i po roku czekania, w zeszłym tygodniu (ech, co te Igrzyska Olimpijskie robiły z człowiekiem..) zapadł werdykt: piszemy Stuttgart.

I tylko nie wiem, czy na Okęciu słuchali tej audycji, bo nie otwiera mi się ich strona:)

Euro-English

The European Commission has just announced an agreement whereby English will be the official language of the European Union rather than German, which was the other possibility.

As part of the negotiations, the British Government conceded that English spelling had some room for improvement and has accepted a 5-year phase-in plan that would become known as „Euro-English”.

In the first year, „s” will replace the soft „c”. Sertainly, this will make the sivil servants jump with joy. The hard „c” will be dropped in favour of „k”. This should klear up konfusion, and keyboards kan have one less letter There will be growing publik enthusiasm in the sekond
year when the troublesome „ph” will be replaced with „f”. This will make words like fotograf 20% shorter.

In the 3rd year, publik akseptanse of the new spelling kan be expekted to reach the stage where more komplikated changes are possible.

Governments will enkourage the removal of double letters which have always ben a deterent to akurate speling.

Also, al wil agre that the horibl mes of the silent „e” in the languag is disgrasful and it should go away.

By the 4th yer people wil be reseptiv to steps such as replasing „th” with „z” and „w” with „v”.

During ze fifz yer, ze unesesary „o” kan be dropd from vords kontaining „ou” and after ziz fifz yer, ve vil hav a reil sensibl riten styl.

Zer vil be no mor trubl or difikultis and evrivun vil find it ezi tu understand ech oza. Ze drem of a united urop vil finali kum tru.

Und efter ze fifz yer, ve vil al be speking German like zey vunted in ze forst plas.

Ta notka cytuje wygrzebany z maila stary joke sprzed 3 lat, który mi się przypomniał po zobaczeniu nowej notki u WO🙂

Wrzut

Fascynuje mnie bogactwo form pochodnych czasownika „rzucać”. Mamy bowiem czasowniki: wrzucać, wyrzucać, zrzucać, zarzucać, dorzucać, przyrzucać, podrzucać, nadrzucać (choć ten wariant nie cieszy się jeszcze uznaniem słownika PWN), przyrzucać, nawrzucać, odrzucać, przerzucać.. Nie mniej jest i innych części mowy, takich jak rzut (zarzut, wyrzut, podrzut, przerzut), rzutnia (wyrzutnia), rzutowy (odrzutowy)..

Od dziesięcioleci (!) niepokoi mnie przy tym słowo „wrzut”. Jest ono utworzone analogicznie do „zrzutu” i powinno oznaczać czynność „umieszczenia czegoś gdzieś poprzez rzucanie”. Mamy wszak „otwór wrzutowy” czy „wrzutnię” (to w bankach takie ustrojstwa do samodzielnego zostawiania pieniędzy, sporych pieniędzy). W języku potocznym raczej się go jednak nie słyszy. Słownik Języka Polskiego dopuszcza istnienie takiego słowa:) ograniczając je jednak do sfery sportowej, i to tylko jako wrzut z autu.

Źródłem moich niepokojów jest pewne dyktando ze szkoły podstawowej:) Pamiętam, że – nie mając nigdy problemów z ortografią – jak zwykle byłem na nim mało skoncentrowany. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy po odczytaniu wyników okazało się, że zrobiłem dwa błędy. Kiedy poprosiłem o pokazanie kartki, na czerwono podkreślone było słowo „wrzut”. Cóż, słowem dyktowanym przez nauczycielkę w tym miejscu był „wrzód”. No i do dzisiaj się zastanawiam, czy prawidłowo dostałem gorszą ocenę. Uważni czytelnicy bloga Rafała Steca powinni skojarzyć, co mnie natchnęło do tego wspomnienia:)