Faktem jest, że młode pokolenie dojrzewa pod każdym względem szybciej, niż dojrzewaliśmy my. Jeszcze kiedy miałem dziesięć lat, myślałem, że kurwa to jakiś termin stolarski, bo ojciec używał tego słowa przy robocie, gdy zamiast w gwóźdź trafił młotkiem we własny kciuk. A teraz nagminnie posługują się nim czterolatki.
Pod powyższym akapitem podpisałby się pewnie niejeden wychowany tak jak ja w wieku XX (w mrrrocznych czasach komuny zwłaszcza). Małe zaskoczenie: ten akapit, to nie moja myśl własna (choć też prawie bym się pod nią podpisał), tylko cytat z Henry’ego Wilta, a konkretnie z „Alternatywy według Wilta”, napisanej w roku – uwaga – 1979. Wulgaryzmy, choć w różnym wyborze, od dawien dawna stanowiły pewne tabu, którego przekroczenie było dozwolone sferom niższym (w mniemaniu wyższych) lub jeszcze niższym (w mniemaniu tych niższych), natomiast użycie ich w kulturze, w sposób publicznym, stanowiło zwykle pewną prowokację lub sztuczkę dla śmiechu (we wspomnianej „Alternatywie według Wilta” parę fantastycznie śmiesznych scen zawdzięczamy umiejętnie użytym wulgaryzmom, głównie za sprawą kontekstu sytuacyjnego). Sam z dużym zaskoczeniem wspominam sposób użycia wulgaryzmów w „Thin red line” Jamesa Jonesa („I guaran-fuck-tee you”, w polskim przekładzie chyba jako „ja ci to gwaran-kurwa-tuję”), ale to było zasadniczo w mowie żołnierskiej.
Piszę o tym wszystkim, bo być może bariera używania wulgaryzmów w obiegu publicznym zaczyna pękać. Tak sobie pomyślałem, kiedy przeczytałem w sobotniej GW tekst Pawła Smoleńskiego o teatrze w Akko (Izrael) (link). W reportażu tym Smoleński pisze „Moni wspomina, że dostał wtedy wkurwu” (słowo to pojawia się też w następnym zdaniu, opisując stosunek doń innej osoby). Smoleński nie mógł tego słowa użyć jako cytatu (w tym charakterze w reportażu jeszcze by się broniło, choć kiedyś zostałoby złagodzone lub wykropkowane), bo Moni to izraelski Żyd, bez znajomości polszczyzny. Krok po kroczku… (choć wcale by mnie to nie cieszyło)
Być może za parę lat spełni się marzenie Carlosa Marrodana Casasa i Memoria de mis putas tristes Garcii Marqueza ukaże się pod wiernym tłumaczeniem „Rzecz o mych smutnych kurwach” bez narażania się na zarzut naruszenia kodeksu wykroczeń. Lament Marrodana Casasa to ledwie pięć lat temu.
PS. Tych, którzy spodziewali się znaleźć pod tym tytułem refleksje o dzisiejszych wyborach prezydenckich, uprzejmie przepraszam. Ale mogą zamiast studia wyborczego włączyć na TVN „Seksmisję” i dowiedzieć się, jakie słowo było hasłem do windy na powierzchnię:-D (he, he, he, bo ktoś w Polsce tego jeszcze nie wie). Powinno być i tak po wieczornym meczu Brazylii:)