Formuła 1 to zasadniczo wyścigi, czyli przejedź najszybciej określoną liczbę okrążeń toru (wyścigi samochodowe z punktu A do punktu B chyba już wymarły), wyprzedzając swoich rywali. W tym celu ludzie i zespoły stają na głowie, wymyślając przeróżne nowe rozwiązania, które mogą dać poprawę o choćby parę setnych sekundy na kilometrze, zarówno w drobiazgach, jak i w koncepcjach. A koniec końców o wszystkim decydują lub mogą zdecydować przepisy. Historia Formuły 1 to także historia przepisów i rywalizacji z nimi – zarówno poprzez ordynarne oszukiwanie, jak i przez naginanie, czy też wreszcie przez wyszukiwanie w nich luk (przykładami tu sypał nie będę, bo na fascynującą książkę by wystarczyło). Zastosowanie różnych przepisów wielokrotnie wpływało na wyniki, dość będzie przypomnieć debiut Roberta Kubicy, gdzie zamiast punktów skończyło się dyskwalifikacją z powodu niedowagi samochodu, kilka notek już było inspirowanych przepisami i ich zastosowaniem, w sumie poprzednia na temat F1… też.
Dziś natomiast muszę, po prostu muszę, napisać o przepisie, który już się raz mimochodem przewinął, a wczoraj był prawie że bohaterem dnia. Kilka lat temu odkurzono starą regułę, zgodnie z którą do wyścigu mogą zostać dopuszczeni tylko kierowcy, którzy w kwalifikacjach osiągnęli czas nie gorszy niż 107% najlepszego czasu; reguła ta miała eliminować samochody zwyczajnie zbyt wolne, tak aby nie stanowiły one ruchomej przeszkody na torze (tu się nie ma co śmiać, historia zna przypadek kierowcy zdyskwalifikowanego za zbyt wolną jazdę, ale to był de facto amator startujący w zupełnie innej epoce), reaktywowano ją w czasie, kiedy dopuszczano do F1 nowe zespoły i była obawa, czy zbudują one bolidy na miarę najwyższej kategorii wyścigowej (w sumie przepis efektywnie zastosowano bodaj ze cztery razy). Ponieważ w tym czasie obowiązywał już format kwalifikacji dzielonych na trzy części, przepis napisano w taki sposób, że limit 107% liczono od najlepszego czasu uzyskanego w pierwszej części kwalifikacji (co było też lekkim ułatwieniem, bo czasy w dalszych częściach były zwykle jeszcze lepsze). Jednocześnie wprowadzono „bezpiecznik” dla kierowców, które z różnych względów nie mogli uzyskać czasu (wystarczającego lub jakiegokolwiek) w kwalifikacjach, pozwalając sędziom na dopuszczenie takich kierowców do wyścigu (co było de facto regułą), przy czym tacy kierowcy mieli obowiązek startować z końca stawki.
A wczoraj… przepis ten zatrząsł stawką w posadach. Kwalifikacje były pasjonujące same z siebie, najpierw ulewa spowodowała opóźnienie rozpoczęcia o 20 minut, później pierwsza część kwalifikacji były przerywana czterokrotnie (!), najpierw z powodu nawrotu ulewy, później z powodu wypadków (ostatnia przerwa na minutę przed końcem oznaczała przedwczesne zakończenie tej części, bo i tak nikt nie byłby w stanie rozpocząć okrążenia pomiarowego zgodnie z przepisami), przesychający szybko w letnim słońcu tor powodował gwałtowne wręcz poprawianie czasów okrążeń. Na koniec pierwszej części okazało się, że kierowcy z miejsc od 12 do 16 nie zdążyli nadgonić z poprawianiem czasów na tyle, by zmieścić się w limicie 107%.
Sędziowie byli w kropce (paradoks polegał na tym, że „zbyt wolni” byli między innymi kierowcy, którzy zajęli ostatecznie miejsce trzecie i czwarte, uzyskując w trzeciej części kwalifikacji odpowiednio wynik 100,39% i 100,74% czasu zwycięzcy). Prawnik powiedziałby, że mieliśmy prześliczny przykład rozbieżności pomiędzy celem przepisu a jego literą (wykładnię celowościową powinno się jednak stosować, jeżeli wykładnia literalna prowadzi do niejasności). Ostatecznie udało się im wykombinować rozwiązanie oparte na literze przepisów (a nie tylko zdrowym rozsądku) – skorzystano z przepisu mówiącego, że czołowa dziesiątka na starcie powinna składać się z samochodów, które uczestniczyły w trzeciej części kwalifikacji, uznając że wobec sprzeczności pomiędzy dwoma przepisami temu właśnie należy dać pierwszeństwo (i unikając rozważań na temat celu przepisu o 107%).
A samo ostateczne rozstrzygnięcie też oparło się o sędziów. Wydawało się, że Hamilton wygra w cuglach, ale kiedy pędził po najlepszy wynik, Alonso obrócił się w jednym z zakrętów i przyblokował połowę toru, zmuszając sędziów do wywieszenia podwójnych żółtych flag, a Anglika (i jadącego za nim Ricciardo) – do zwolnienia. Kiedy dojechał w to miejsce Rosberg, Alonso zjechał już poza tor, co w połączeniu z fantastycznym pościgiem pozwoliło Niemcowi na uzyskanie najlepszego czasu. Pojawiło się jednak pytanie, czy poszanowane zostały litera i cel przepisu, nakazujące „znaczące zwolnienie” pod podwójną żółtą flagą „na tyle, aby móc w każdej chwili zmienić kierunek lub się zatrzymać dla uniknięcia niebezpieczeństwa”, zwłaszcza że „wszyscy widzieli” w relacjach telewizyjnych jak Rosberg mknie po zwycięstwo, bijąc rekord sektora? Sędziowie przepatrzyli dane o prędkości samochodu (nie te z telewizji, tylko te z samochodu) i orzekli, że na odcinku, gdzie pokazywano podwójne żółte flagi (a nie w całym sektorze, dużo dłuższym), rzeczywiście nastąpiło „znaczące zmniejszenie prędkości” (choć nie napisali o ile)…
Przepraszam, że nic nie piszę o pasjonującej drugiej (środkowej) części kwalifikacji, ale nie działo się w niej nic szczególnego z punktu widzenia przepisów.