Dziękujemy, Iranie?

To było ćwierć wieku temu: na meksykańskim mundialu Polska ciężko poległa z Linekerem, a mimo to udało się jej wyjść z grupy. Stało się tak za sprawą dziwacznego ówczesnego regulaminu, premiującego część drużyn zajmujących trzecie miejsca w czterodrużynowej grupie, oraz zwycięstwa Maroka nad Portugalią, co dało nam to właśnie trzecie miejsce (w porządku, remis z Marokiem i wygrana z Portugalią też trochę pomogły). Gazety pisały wtedy „Dziękujemy Maroko” (to znaczy wierzę że pisały, bo byłem wtedy z dala od nich, ale tak mi relacjonowano).

Dziś przed nami trzy ostatnie mecze w siatkarskim Pucharze Świata, na którym pozycja medalowa daje kwalifikację olimpijską. Kibice są pogrążeni w wyliczeniach, ile punktów z posiadanej przewagi możemy sobie pozwolić stracić w tych trzech meczach z najgroźniejszymi rywalami, żeby utrzymać się w czołowej trójce. Ba, niektórzy już nawet sformułowali teorie spiskowe o cichych układach między uczestnikami. A ja mam wrażenie, że w tych kalkulacjach zapominamy trochę o innych uczestnikach. Ci sami rywale, z którymi zostało nam grać, muszą jeszcze zagrać z japońskimi gospodarzami oraz z cichą rewelacją turnieju Iranem. I zwłaszcza w meczach z tym ostatnim mogą stracić punkty.

Czy za kilka dni napiszemy w nagłówkach „Dziękujemy Iranie”? Osobiście wolałbym, żeby to nie było potrzebne. Taki sukces lepiej smakuje. Poza tym, kiedy już podziękowaliśmy Maroku, to ciężko polegliśmy z Brazylią, i wolałbym tej analogii nie rozwijać. 

Statystyki, czyli miód życia (bez dziegciu)

Tak mnie jakoś naszło wieczorową porą, że zajrzeć do statystyk Google Analytics. Ustawiłem okres analityczny na równy rok wstecz i zacząłem patrzeć, kto i po co do mnie zagląda. Miło się uśmiechnąłem do gościa z Caracas, który jak już wpadł, to postanowił poczytać przez chwilę, podobnie jak do gościa z japońskiej Mitaki (i wszystkich innych, których musiałby żmudnie wyszukiwać od Wiednia przez Końskie, Pruszków, Grenoble i Cork aż po Miami i Fort McMurray). 

Z niemal niecierpliwością zajrzałem do statystyk słów kluczowych, które przywiodły do mnie gości (cóż, nie używam bogatej terminologii seksualnej, więc podnieceni pryszczaci raczej do mnie nie trafiają). Przyznam, że aż mi szczęka opadła jak zobaczyłem wyniki, i postanowiłem zrobić z tego Listę Przebojów Bloga.

Na miejscu trzecim teoretycznie wyskakiwała Marta Konarzewska, nie celebrytka lecz nieco znana z mediów, której faktycznie poświęciłem notkę i nawet użyłem personaliów w tytule. Jednakże, jak podliczyłem różne formy słowa kluczowego, to z podium zepchnęło ją ogłoszenie o sprzedawaniu Lexusa (na dodatek będące chyba najczęściej oglądaną notką na blogu, sądząc ze statystyki Top Content – być może jeszcze więcej chętnych przychodziło szukając zdjęcia, a nie treści). 

Na miejscu drugim – starzy i poczciwi Żwirek i Muchomorek. Napisałem starzy, ale jak widać się nie starzeją. Niestety, nie umiem tego samego powiedzieć o zwycięzcy, którym został – uwaga, uwaga, fanfary! – George Michael. Od mojego zdziwienia większa jest chyba tylko dzika radocha na myśl o zdjęciu, które wita poszukujących tego przystojniaka

Aha, nagroda specjalna za trzymanie formy dla liczby 27. Wciąż tajemnicza, wciąż pożądana, wciąż bez sensu.

Progi i mandaty, czyli czy zagłosować tym razem na PO

Jak wielu ludzi, zastanawiam się intensywnie, gdzie postawić krzyżyk na karcie w niedzielę (co na niej przy okazji dopisać, to akurat można swobodnie puścić wodze fantazji). Listy kandydatów są jakie są, raptem jeden kandydat znajomy na tyle, żeby można mieć do niego odrobinę zaufania (oczywiście całą masę sześciorzędnych polityczków z nazwiska też znam), aczkolwiek do jego ugrupowania wielkim entuzjazmem nie pałam (zresztą chyba od dekady nie ma już takiego, do którego mógłbym zapałać).

Przeprowadziłem małą analizę matematyczną. Sięgnąłem po wyniki ostatnich wyborów do sejmiku, uznajac je najbardziej miarodajne (sondaży dla poszczególnych okręgów się nie robi). Porównałem sobie granice okręgów – mój obecny okręg jest sumą dwóch okręgów sejmikowych, pomniejszoną o powiat pszczyński i miasto Zabrze. Podliczyłem więc sobie głosy w tych okręgach, przeliczyłem na mandaty – i wyszło mi, że gdyby ludzie głosowali tak samo jak przed rokiem, to na 12 mandatów 5 zgarnęłaby PO, 3 – PiS, a po 2 – SLD i RAŚ.

Wyniki te są oczywiście nie do powtórzenia, bo RAŚ nie startuje w wyborach do Sejmu. Część ich elektoratu prawdopodobnie zostanie w domu, część może poprzeć PO (jeden z kandydatow cieszy się nieformalnym poparciem), nie wykluczam też poparcia dla Palikota (ostatnio niektórzy dostrzegli w jego programie przychylność dla regionalizacji). Spodziewam się więc, że rozkład mandatów będzie w którejś z następujących kombinacji: 6-3-2-1, 6-4-1-1, 5-4-2-1, 5-3-2-2 (PO miała na tyle dużą przewagę, że nie bardzo widzę możliwość ich przegranej w tym okręgu). 

I w związku z tym mam dylemat – czy zagłosować:
a/ na kandydata, o którym już była mowa, za którego indywidualnie się wstydzić raczej nie będę – który jednakże z racji wysokiego dość miejsca, powinien zgarnąć mandat i tak (a ja nie będę uczestniczył w nakręcaniu dobrego samopoczucia partii rządzącej),
b/ na anonimowego łosia z ugrupowania absolutnie niebiorącego w moim okręgu (musiałoby być dwa razy tyle mandatów), które jednak ma szansę sporo zgarnąć w innych regionach, jeżeli tylko przekroczy próg – a jeśli polegnie na progu, to jego potencjalne mandaty trafią raczej w ręce PiS.

Mam jeszcze kilka dni do ostatecznego namysłu. 

A gdyby Vettela nie było

Tegoroczny sezon F1 zdaje się nudny, bo zdominowany przez jednego aktora. Doprawdy, tylko fantaści są w stanie rozważać, czy Jenson Button ma jeszcze szanse przegonienia aktualnego lidera – potrzebuje do tego ni mniej, nie więcej, tylko kompletu zwycięstw w ostatnich pięciu wyścigach i najlepiej do tego kontuzji Vettela, żeby przez przypadek nie zdobył ani punktu. Nieco tyko mniej pewny jest tytuł zespołowy dla RedBulla, bo żeby nawiązać jakąkolwiek walkę, to McLaren musiałby trzykrotnie ich ograć dubletem do zera, żeby w pozostałych dwóch wyścigach była jakaś szansa na rywalizację (Ferrari nie ma szans nawet teoretycznych). 

Dominacja Vettela przesłania nam zarazem sytuację za jego plecami, która jest równie ciekawa, jak walka o tytuł w ostatnich kilku sezonach. Oto bowiem między drugim a czwartym miejscem są ledwie trzy punkty różnicy, a piąty Hamilton, seryjnie gubiący ostatnio punkty, traci ich do drugiego miejsca raptem 17, czyli mniej niż za jedno drugie miejsce. I stąd tytułowe pytanie: a gdyby Vettela nie było, to jak bardzo fascynująca byłaby walka o tytuł? Wiedziony odruchem nawet chciałem zacząć przeliczać wyniki, żeby Vettela z list usunąć, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że to bez sensu: trzeba się sporo narobić, a jednocześnie zmieniając zawodnikom pozycje i odpowiednio przeliczając liczbę uzyskanych punktów, a doświadczenie uczy, że sposób przeliczania miejsc na punkty nie jest najważniejszy. Poza tym gdyby nawet wygumować Vettela niczym nieprawomyślnych komunistów ze zdjęć partyjnych w Sojuzie, to jednak przecież nachodzi człowieka myśl, że Red Bull jednoosobowo by nie jeździł, i gdyby tam do drugiego fotela wcisnąć choćby Ricciardo, to też kto wie jak by się sprawował (czy bardziej jako Badoer zastępujący Massę, czy jak Vettel zastępujący Kubicę). 

Gratulując więc obrony tytułu miestrzowskiego, będę spoglądał na tor tak jakby Vettela na nim nie było. A w ogóle to przecież o jazdę chodzi, nie o to kto wygra, przynajmniej w tym sezonie. 

Mam tsy latka..

W życiu bloga, tak samo jak w życiu czlowieka, wszystko jest możliwe: szybki rozwój, stabilizacja, stagnacja albo i nagły koniec (jak w przypadku „unijnego” bloga Konrada Niklewicza, który niniejszym serdecznie żegnamy na blogrollu).

W przypadku Zapisków przy trzecich już urodzinach można chyba mówić o pewnej stabilizacji – trzymają się równie mocno, jak niezasłużenie:) w drugiej pięćsetce najpopularniejszych na Bloksie i utrzymują mniej więcej stałe tempo bytowania. W porównaniu do poprzednich urodzin zarzuciły na razie pomysły jakichś poważniejszych zmian, najbardziej rewolucyjnym pomysłem była ostatnio ewentualna zmiana nazwy jednej kategorii, ale jak widać, na pomyśle się skończyło.

Wszystkim odwiedzającym, zarówno starym znajomym jak i incydentalnym przechodniom, serdecznie się dziękuje. Pozdrowienia dla czytelników z różnych stron, którzy jak już zajrzeli, to chwilę spędzili – losowo (nawet na Oscarach czas na podziękowania jest ograniczony) Zapiski pozdrawiają gości z Providence, Mitaki, Welvyn Garden City, s’Hertogenbosch, Metzingen, Ostrowca, Giessen, Eindhoven i Wolsztyna. Szczególne zaś pozdrowienia (sponsorowane przez Google Analytics) Zapiski mają dla gościa ze Stambułu, który jak zajrzał, to przeklikał się od razu przez 100 notek, oraz dla tajemniczego Don Pedro z Mountain View (kontrola z Google?), który jak wpadł 12 grudnia (ten ze Stambułu zresztą też), to nie mógł się oderwać od Zapisków przez całą dniówkę:) (był to nawiasem mówiąc dzień, kiedy jakiś wesoły człowiek wrzucił na pierwszą stronę portalu Gazeta.pl link do notki na Zapiskach).

A zatem – Zapiski życzą teraz sobie dalszej dynamicznej stabilizacji.

750

Tak policzyłem, że to jest okrągła 750-ta notka. Oznacza to, że mniej więcej trzymam tempo pisania jednej notki na czarny dzień. Jeśli je utrzymam, to gdzieś za rok stuknie tysięczna:) Więcej wywodów teraz nie będzie, bo wkrótce trzecie urodziny, to może mi się wtedy będzie chciało jakieś rozważania filozoficzno-statystyczne prowadzić.

Ćwierć kilometra, czyli refleksje lotnicze

Jak sięgam pamięcią, rekordowe osiągnięcia w długości lotu pochodziły z Planicy, ba! za ewenement uchodził zawodnik, który swoją życiówkę osiągał gdzie indziej niż na Velikance (nie licząc początkujących i ogólnych słabeuszy oczywiście). Od wczoraj ta reguła przestała się sprawdzać, bo wielkość skoczni w Vikersund (K195!) pozwala na osiąganie jeszcze lepszych wyników (oczywiście to tylko szansa, trzeba ją jeszcze umieć wykorzystać jak Evensen i Schlierenzauer).

Po dzisiejszych zawodach popołudniowych tym bardziej wypatruję jutrzejszych wczesnopopołudniowych, bo jestem ciekaw jaki wpływ na warunki będzie mieć słońce (dzisiaj już mocno zachodzące). W Planicy bowiem cała siła tkwiła w nagrzewaniu powietrza przez południowe (Adriatyk wszak tuż) słońce, co stwarzało fantastyczne noszenie w dolnej części zeskoku i pozwalało leeecieć.

Od kilku już lat jednak latało się ciut bliżej, niż Romoren w 2005 (czasem szczerze mówiąc po prostu słońca w Planicy brakowało), i wciąż choćby liczba „240” widniała tylko w kategorii „skoki nieustane„. W ciągu dwóch ostatnich dni wyników 240-metrowych przybyło pięć. Do magicznej (kiedyś uznawanej za nieosiągalną) długości ćwierć kilometra brakuje „tylko” 3,5 metra. Szansa na złamanie? Większa niż kilka miesięcy temu, tak naprawdę zdecyduje (oprócz noszenia, talentu etc.) przebieg konkursu, a w szczególności czy jury zdecyduje się obniżyć rozbieg tuż przed nosem tych, którzy mają szansę tak daleko dolecieć. Swoją drogą, Hoferowi za chwilę zwyczajnie braknie belek startowych, na które będzie mógł obniżać:)

Zagadka 10 procent

Śledząc cząstkowe wyniki wyborów, byłem powaznie zaskoczony ilością głosów nieważnych, znacząco wyższą niż w większości dotychczasowych głosowań, oscylującą około 10 procent. Póki wyniki były cząstkowe, podejrzewałem jakiś błąd w oprogramowaniu (były zresztą ku temu podstawy), jednak wyniki ostateczne niczeo w tym nie zmieniły (ba, wyszło nawet, że średnia dla całego kraju to około 12 procent).

Jedną z pierwszych myśli było, że mamy do czynienia z masowym protestem wyborczym, nad którym wielu ludzi poważnie się zastanawiało przy poprzednich wyborach (ja tym razem rozważałem tę opcję co najwyżej w wyborach na prezydenta miasta). Z ciekawości przejrzałem więc wyniki innych głosowań w moim okręgu (bo niestety nie mam dostępu do szczegółówych wyników w rozbiciu na obwody, przynajmniej na razie). I prawdę mówiąc, ta jakże kusząca teza wydaje się nie sprawdzać. Gdybyśmy bowiem – moim zdaniem – mieli do czynienia z protestem, to spodziewałbym się, że największą skalę osiągnąłby on w największych ośrodkach. Tymczasem analiza wyników głosowania na szczeblu powiatowym pokazuje inną prawidłowość: im większy ośrodek, tym mniejszy procent głosów nieważnych; w moim okręgu katowickim (niecałe 8% głosów nieważnych do sejmiku), w wyborach powiatowych (miejskich) mamy w powiecie bieruńsko-leszczyńskim prawie 7% głosów nieważnych, w pszczyńskim nieco ponad 6%, w mieście Tychy 4,5%, w mieście Mysłowice nieco ponad 3,5%, w Katowicach niecałe 2,5%. Dla porównania w okręgu bielskim (do sejmiku ponad 12% nieważnych): Bielsko-Biała 3,5%, powiat bielski powyżej 5,5%, powiat żywiecki  ponad 8%, powiat cieszyński ponad 7%.  Zazwyczaj w mieście w danym powiecie liczba głosów nieważnych jest niższa, niż w sąsiednich wsiach.

Jeżeli miałbym się więc pokusić o jakiekolwiek tłumaczenie: ludzie się po prostu pogubili przy płachcie do sejmiku (bo nie widzę powodu, dla którego wieś miałaby protestować w większym stopniu niż miasto, prędzej by ludzie po prostu nie przyszli). We własnej komisji sam byłem proszony przez kogoś o wyjaśnienie, jak się właściwie na tej płachcie głosuje. Szkoda.

Sposób liczenia niczego nie zmienia

Zostało pół godziny do kwalifikacji, doba do ostatniego wyścigu sezonu. Nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte, dziennikarze i statystycy podniecają się faktem, że czterech kierowców ma wciąż większe czy mniejsze szanse na tytuł mistrzowski i że to pierwszy taki przypadek w historii cyklu. Często w tym miejscu pada skojarzenie, że to wynik ostatniej zmiany sposobu liczenia punktów przed tym sezonem (w domyśle: pomysł się sprawdził).

Dwa lata temu prowadziłem alternatywne wyliczenia, w których między innymi stosowałem wymyślony przez siebie system, nieomal proroczo. Nie doprowadziłem ich zasadniczo do końca sezonu, bo już wcześniej okazało się, że sposób zliczania punktów jest mało istotny, ważniejsze jest to, jakie miejsca zajmują poszczególni zawodnicy. Postanowiłem więc dla porządku sprawdzić, jak wyglądałaby klasyfikacja tegorocznego cyklu, gdyby stosowany był ubiegłoroczny system punktacji 10-8-6-5-4-3-2-1. Wyniki są następujące:

1. Alonso 99 pkt
2. Webber 96 pkt
3. Vettel 94 pkt
4. Hamilton 92 pkt
5. Button 81 pkt
6. Massa 57 pkt
7. Rosberg 50 pkt
8. Kubica 48 pkt

Ciśnie się na usta drwina „znajdź 3 różnice wobec aktualnej klasyfikacji”. Tak samo 4 kierowców ma szansę na tytuł, piąte miejsce jest równie ustalone, do miejsca 6 też jest trzech pretendentów. To nie system przysparza emocji (tylko na papierze to ładnie wygląda, że są duże liczby i różnice)), tylko sezon jest rewelacyjny.

Nie dłubcie w systemie, pomyślcie jak technicznie ułatwić rywalizację na torze.

Kubica, Pietrow, Heidfeld

Kariera Roberta Kubicy w F1 przebiega prawie sinusoidalnie. Zaczynał w roku 2006 wrzucony do bolidu w trakcie sezonu i na dzień dobry omal nie zdobył punktów (dyskwalifikacja za niedowagę), a kilka wyścigów później już stał na podium. Później był nienajlepszy rok 2007, jakże emocjonujący 2008, mizerny 2009 i coraz bardziej obiecujący sezon bieżący.

W każdym z „pełnych” sezonów nie ustawały porównania z partnerem z zespołu. W tym roku jest to debiutant Witalij Pietrow (jak widzę w polskich tekstach transliterowaną formę tego nazwiska, to mam ochotę gryźć), który częściej ma problemy z bolidem (lub nie tylko), niż wspiera Kubicę w walce o jak najlepszą pozycję w klasyfikacji konstruktorów. Skrupulatni wyliczają, że różnica punktowa między kierowcami Renault jest największa w całej stawce (w domyśle: jaki ten Pietrow słaby..). Ostrożnie z takimi wyliczeniami: w roku 2007, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to tytuł kierowcy tracącego najwięcej do partnera z teamu, przypadał.. Robertowi Kubicy – gdyż Nick Heidfeld punktował wtedy bardzo regularnie, a Robert głównie zmagał się z samochodem i inżynierem pokładowym.

A żeby już całkiem pokazać ograniczone znaczenie różnicy punktowej mędzy partnerami z zespołu dla porównywania umiejętności i klasy kierowców – druga największa róznica punktów w tym sezonie jest pomiędzy kierowcami.. Mercedesa. I czy to naprawdę oznacza, że Michael Schumacher jest aż takim złym kierowcą?

Witalijowi życzymy więc chłodnej głowy. Dla dobra jego własnego, oraz Renault.