Znajdź różnice

W pierwszych zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 6 miejsce, zawodnik B – 8 miejsce, zawodnik C – 2 miejsce, zawodnik D – 3 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

W drugich zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 10 miejsce, zawodnik B – 1 miejsce, zawodnik C – 13 miejsce, zawodnik D – 4 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

Zagadka: która drużyna osiągnęła sukces, a która składała się z lidera i trzech par nart?

Odpowiedź: oczywiście sukces osiągnęłą drużyna w drugich zawodach, a trzy pary nart to zawodnicy, którzy zajęli miejsca 2, 6 i 8. Przynajmniej zdaniem fachoffców z Gazety.

Klęska? Porażka? Brak szczęścia..?

Nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytam wypowiedzi po drużynowym konkursie skoków. Pewnie, że szóste miejsce nie jest powodem do skakania z radości, ale używanie słów takich jak kompromitacja czy twierdzenie, że jeden Małysz ciągnął drużynę, to gruba przesada.

Popatrzmy bowiem na wyniki osiągnięte w poszczególnych seriach:
Stefan Hula – 4 w pierwszej serii, 6 w drugiej;
Łukasz Rutkowski – 11 i 8;
Kamil Stoch – 6 i 2;
Adam Małysz – 3 i 5.

Zaskoczeni? A właśnie. Ten nieudany skok Stocha był szóstym w serii,  a znakomite skoki Małysza nie miażdżyły konkurencji. 
Patrząc na indywidualne noty: Małysz zająłby miejsce czwarte, Stoch dwudzieste, Hula 24., a Rutkowski 29. Małysz zdobył o 13 punktów więcej niż w konkursie indywidualnym, Stoch o prawie 25 więcej, Hula o 23 więcej, a Rutkowski w pierwszym skoku o 14 więcej niż Miętus.

Pomału dochodzimy do sedna problemu. Po pierwsze, sędziowie i warunki pozwolili wczoraj skoczkom na dobrą zabawę (dali im pofruwać). Nie od dzisiaj wiadomo, że przy dłuższym rozbiegu, nasi trochę tracą, bo nie potrafią tego wykorzystać, a przynajmniej stworzyć różnicy (i Małysza to wbrew pozorom też dotyczy). Po drugie, skoki drużynowe to zawody, w których trzeba liczyć na czyjeś błędy – a tych rywale zbyt wiele nie popełniali, zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi wielkimi imprezami (tak naprawdę ciut emocji dawały tylko babol Schmitta, słabość Bardala i pojedyncze nieco gorsze skoki Hautamaekiego, Hilde oraz Keituri).

Czy ten wynik to porażka? To porażka naszych wybujałych oczekiwań. Oraz porażka trenerska – jednak – Łukasza Kruczka, któremu nie udało się doprowadzić do Igrzysk czwartego zawodnika na w miarę równym poziomie (ani Miętusowie, ani Rutkowski, ani nikt z wcześniej próbowanych). I indywidualne porażki poszczególnych zawodników, bo chyba jednak mogli z siebie dać ciut więcej (zwłaszcza Rutkowski, oczywiście).

Czy mogło być lepiej? Pewnie, Stoch w pierwszym skoku, Hula w drugim, a Rutkowski w obu, mogli dołożyć po parę metrów, tak samo jak mogli w Libercu, ale tam nie mówiliśmy o porażce, tylko o prawie sukcesie. Mogli się rywale poprzewracać, albo spalić psychicznie, a jednak tego nie zrobili. No i w Libercu zajmując czwarte miejsce, drużyna miała o 24 pkt mniej, niż w Whistler. Więc jednak będę utrzymywał, że długi najazd też nie pomógł, tak jak Justynie Kowalczyk łagodne podbiegi. Po prostu nie było nam pisane, bez względu na to, co będzie opowiadał Prezes Tajner.

A mnie swoją drogą rozczarowali Słoweńcy.

 

Impresje arabskie okołoolimpijskie

Transmisje z Igrzysk zajmują na Eurosporcie prawie całą dobę, ale przez pół dnia (w godzinach dziennych) lecą już tylko powtórki (a ileż razy można oglądać skrót z bobslejów). Dlatego i przy Igrzyskach zdarza się mały zapping pilotem. I tak sobie przelatując po kanałach, trafiłem na Abu Dhabi Sport (zdziwilibyście się czasem, co można tam obejrzeć – ja mam to na stałe, odkąd przed laty była to jedyna stacja pokazująca któryś mecz Polaków w siatkarskiej LŚ). A tam.. wyścigi wielbłądów:) Pamiętałem, że kiedyś na takich wyścigach dżokejami były niemal wyłącznie dzieci, ale odpowiednio długimi i głośnymi protestami udało się doprowadzić do zaniechania tej praktyki. A że im większy dżokej, tym zwierzęciu trudniej (i mniejsze ma szanse przez to), to w pokazywanych zawodach znaleziono na to całkiem interesujące rozwiązanie. Dżokeje byli.. zdalni. To znaczy, każdy z wielbłądów niósł na garbie niewielką skrzyneczkę, wyglądającą jak odbiornik. Nie wiem, jak sygnały z tej skrzyneczki były komunikowane wielbłądowi (mam nadzieję, że w sposób niebolesny), ale generalnie wszystkie biegły we właściwym kierunku, jedne szybciej, inne wolniej, zupełnie jak nasza olimpijska reprezentacja w biegach.

A w przerwach między olimpijskimi transmisjami, pokazują różne reklamy. W tym taką, w której skoczek jedzie na rozbiegu, wybija się i.. leci nad piramidę. A lektor mówi: „Egipt. Tam się wszystko zaczęło”. Słyszałem o egipskim narciarzu-olimpijczyku, ale skoczka sobie nie przypominam:)

Wiej, wietrze, wiej..

Za niespełna godzinę rozpoczyna się pierwsza konkurencja medalowa Igrzysk w Vancouver – konkurs skoków na średniej skoczni (z telewizora już słyszę odgłosy serii próbnej). Z tego co czytałem i słyszałem, to zdaniem Hannu Lepistoe w skokach Małysza nie ma już praktycznie nic do poprawiania, a z kolei sam Małysz coś wzdycha do wiatru, że od niego (i jakości lądowań) wiele może zależeć. Małysz istotnie pokazuje znakomitą formę, pytanie tylko (niezależne od niego) czy najgroźniejsi rywale nie mają formy jeszcze wyższej.

Więc westchnijmy emocjonalnie: wietrze, wiej komu trzeba, a dziury w śniegu niech podkładają się pod narty innych. Bo Małysz na ten złoty medal zasługuje, jak mało kto (Ahonenowi wystarczy wszak jakikolwiek indywidualny).

Pozostali nasi skoczkowie muszą wybaczyć, że mniej im się uwagi poświęca, nawet jeśli Stefan Hula był nieoficjalnym rekordzistą skoczni:) Dla porządku przypomnijmy, że cztery lata temu na średniej skoczni pozostali nasi reprezentanci zajęli miejsca: 16, 25 i 29 – i to dla nich cel minimum.

Spady w Klingenthal

Istnieje wiele czynników, które mogą zepsuć konkurs skoków. Może to być więc kiepska pogoda, osłabiona stawka zawodników (zwłaszcza powodująca większy rozrzut poziomu uczestników), wreszcie przyjęcie zbyt krótkiego rozbiegu (często jest to powiązane z przyczynami wymieninymi wcześniej).

Dzisiaj w Klingenthal pogoda była względnie stabilna, ale brak wielu zawodników ze ścisłej i szerszej czołówki, przy jednoczesnej obecności liderów PŚ, wydał się chyba organizatorom zbyt ryzykowny, żeby ich puścić z nieco wyższej bramki. W rezultacie przeważały wyniki słabe – zaledwie pięciu zawodników miało notę wskazującą na „dwa dobre skoki”, a jedynie siedemnastu uzyskało wynik na poziomie minimum przyzwoitości, zaś najlepsze skoki i tak nie zbliżyły się nawet do HS.

W takim nierównym konkursie, to aż się prosi o zastosowanie tego wciąż testowanego wynalazku zmiany belki w toku serii, z dodanem/odjęciem zawodnikowi odpowiedniej liczby punktów odpowiednio do różnicy długości najazdu. Pardon: akurat w Klingenthal go zastosowali. Jak widać, albo nie pomaga, albo trzeba się nauczyć go używać..

Wielobój narciarski

Blask triumfu Justyny Kowalczyk w Tour de Ski spowodował, że niezauważona przeszła fantastyczna pogoń Lukasa Bauera za Petterem Northugiem, zaczęta wczoraj i dokończona dzisiaj. Kiedy luźno się zastanawiałem nad przebiegiem Tour de Ski, zauważyłem, że w dobie rosnącej specjalizacji w narciarstwie klasycznym, ta impreza wymusza wszechstronność na uczestnikach (przynajmniej tych walczących do końca), jak żadna inna (i to z wcale niezłym skutkiem).  I tak sobie pomyślałem, że na MŚ i ZIO podobny efekt mogłoby dać wprowadzenie wieloboju narciarskiego (odpowiednie zliczenie poszczególnych konkurencji indywidualnych, czyli aktualnie sprintu, biegu łączonego, biegu średniego i maratonu). Wtedy w każdej konkurencji nawet słabsi z pozoru zawodnicy mieliby dodatkową motywację do walki o jak najlepszy wynik, a w końcowym biegu liczyłoby się nie tylko, kto byłby na mecie pierwszy-drugi-trzeci, ale także, kto dobiegł z jaką przewagą nad kim (co mogłoby zdynamizować maraton). Ale zasadniczy problem to wymyślenie, jak przeliczyć wyniki z poszczególnych konkurencji (w Tour de Ski sprowadza się to do bonifikat czasowych za miejsca w sprincie). Na razie nie mam pomysłu (poza tym nie nazywam się FIS:)), ale też wcześniej jak w Val di Fiemme za 3 lata to tego i tak by nie wprowadzili.

Quattro Trampolini

Imprezę tę śledzę od bez mała trzydziestu lat (nawet jeśli nic nie pamiętam z pierwszych edycji oglądanych w czarno-białym telewizorze i miałem parę lat przymusowej przerwy), i wywołuje we mnie nieprzerwanie wielkie emocje. Wygranie jej to jak wygranie turnieju wielkoszlemowego, a tylko raz w historii zdarzyło się, żeby ktoś w niej zaliczył pełnego Wielkiego Szlema.

Częste jest w tej imprezie, że murowany faworyt zawodzi, albo że znienacka błyska formą zawodnik „z drugiego szeregu”. Nie inaczej było i w tym roku – było dwóch „murowanych” faworytów, żaden z nich nie stanął nawet na podium, za to znalazł się tam zawodnik, który wrócił po rocznej przerwie.

Podoba się Wam nazwa? Poznałem ją, kiedy któregoś roku, zniesmaczony całkowicie polskimi komentatorami, i czując rosnący niesmak wobec komentatorów niemieckich, przypadkiem znalazłem transmisję na RAI. Z miejsca zakochałem się w tej nazwie, szkoda że później zarzucili transmisje. Chętnie pooglądałbym w telewizji szwedzkiej (Szwedzi pewnie transmitują, lecz nie mając od lat sukcesów, nie podniecaliby się nacjonalistycznie), chociaż nazwa Tysk-österrikiska backhopparveckan budzi raczej przestrach, niż zauroczenie.

Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen, Innsbruck, Bischofshofen. Znowu trzeba cały rok czekać.