Powrót do zwykłości

Po prawie dwóch tygodniach przerwy sięgnąłem po gazetę i tak sobie czytam z uczuciem „wszystko po staremu”.

Wywiad z Robertem Lewandowskim. W jednym miejscu czytam „O wszystkim decydował trener. My robiliśmy to, co mówił”. Po czym cała seria opowieści o tym, jak to „chodziliśmy do trenera z inicjatywą rozmowy” i jak to „sami ustalaliśmy jak gramy i jak mamy się zachowywać na boisku”. Nie zamierzam bronić Smudy (choć nie zrobił nic, czego nie można się było spodziewać wtedy, kiedy mu powierzono reprezentację), ale może by tak odrobinę konsekwencji? Bo skoro samemu się ustalało co i jak grać, to dlaczego nie można było powiedzieć „Ludo, graj bliżej mnie”?

Reportaż o wyzysku w chińskiej fabryce w Polsce. Zatrudniona incognito działaczka związkowa mówi, że takie zakłady w ogóle nie powinny istnieć, bo „zabierają życie ludziom i naturze”. Co do natury się zgadzam, ale jeśli w innym miejscu się pisze, że ludzie godzą się pracować w tej fabryce, bo nie mogą znaleźć żadnej innej pracy, to ta fabryka jest dla nich bardziej śmiercią, czy wybawieniem? I znów – konsekwencji, proszę.

A na portalu gazeta.pl (przynajmniej w wersji komórkowej) Skarp Państwa walczy z wrogim przejęciem. I taka myśl powraca, ze starego dowcipu: a może tak jednak wrócić w Bieszczady?*

O czym ćwierkają jastrzębie

Dziś na turnieju wimbledońskim dzień przerwy, więc wiadomości sportowych brak – pustkę wypełnia się wiadomościami o niczym i opowieściami dziwnej treści.

Przeczytałem właśnie, że skradziono parę dni temu słynnego jastrzębia Rufusa, odpowiedzialnego za poranne przeganianie ptactwa znad kortów (żeby nie brudziło i nie niszczyło trawy). Do czasu odnalezienia Rufusa, zastępuje go jastrząb Hector. 

Najbardziej fascynująca była informacja zamieszczona na sam koniec tekstu – że profile Rufusa na Twitterze i Facebooku śledzi ponad 1600 osób. Nie podano, ile wśród nich jest ptaków. 

Pedro żegna kuzyna

Blog Majka Winiarza jest interesujący: dla poszukiwaczy szalonej rozrywki i dla socjologów badających tworzenie się sekt. Poświęciłem mu wcześniej trochę czasu, znajomy poświęcił go nawet ciut więcej, wieść gminna niesie, że jego autor to zwykły gimnazjalista – w każdym razie nie jest to ktoś, komu warto poświęcać wiele czasu (Mikołaj Sokół nazwał go wprost mitomanem). 

Zaglądam tam okazjonalnie zobaczyć, na co stać ślepo oddanych fanów wiadomości „z prawie pierwszej ręki” (czasami aż żal mi ich żarliwości). Teorie, jakie potrafią wymyślić (i uwierzyć) przekraczają możliwości racjonalnego rozumu, i aż prowokują do zmierzenia się z nimi, jeśli nie w formie dyskusji na argumenty (co mogłoby być utrudnione, bo gospodarz zatwierdza wszystkie komentarze i nieraz zdarzyło mu się nie przepuszczać moich), to w formie prowokacji co najmniej. Pomysł, że Ferrari zatrudniło byłego już kierowcę F1 Mikę Salo tylko po to, żeby Robert Kubica mógł potajemnie prowadzić testy w bolidzie udając, że uczestniczy w nich Mika Salo.. no cóż, w języku stewardów wyścigowych nosi to nazwę „self explanatory”. 

Podjąłem beznadziejną próbę wymyślenia czegoś przynajmniej równie sensacyjnego, a zarazem mogącego pretendować do wiarygodności. Stworzyłem postać młodego chłopaka używającego imienia Pedro (tak, miałem opracowaną dlań legendę rodzinną), pół-Hiszpana, którego kuzyn pracował jako budowlaniec w Hiszpanii. Tegoż kuzyna zatrudniłem przejściowo w tworzonej właśnie w Madrycie bazie zespołu Hispania Racing Team, i cóż – zacząłem zamieszczać na blogu Winiarza informacje, że tenże kuzyn ni mniej, nie więcej, tylko widział tam w bazie Roberta Kubicę na gościnnej wizycie u Toniego Cuquerelli, któy właśnie objął tam funkcję dyrektora technicznego. Wizyta była najpierw jedna, potem po jakimś czasie druga, i trzecia..

Starałem się jak mogłem zachować wiarygodność poprzez nienachalność i pewną prostotę umysłową mojego Pedro. Z czasem niektórzy mu chyba uwierzyli. Ale cóż, ja się trochę znudziłem, a poza tym popełniłem – można powiedzieć – błąd Agathy Christie, ograniczając żywot swojego „źródła” do czasu zakończenia prac budowlanych, a baza HRT jest właściwie gotowa. Dlatego Pedro zakończył swoją karierę dostarczyciela zaskakujących wiadomości – bo w końcu nie ma szans z ludźmi dopatrujących się (w komentarzach) w czerni tła zakamuflowanych flag mających być podprogowym sygnałem terminu powrotu Kubicy na tor..

Żegnaj, kuzynie z Madrytu. Jeśli ktoś wierzy w Twoje opowieści o wizytach Kubicy w HRT, to jego problem.

Twój Pedro.

Sznurówki i krawat

Przeczytałem właśnie, że podobno 19 procent dzieci w wielu od lat 2 do 5 wie jak uruchomić grę na smartfonie, ale jedynie 9 procent (takich, jak sądzę) dzieci potrafi zawiązać sznurowadła. 

Właściwie to wcale nie jestem zdziwiony. Grę na smartfonie potrafi zapewne uruchomić większość dorosłych facetów, ale umiejętność zawiązania przez nich krawata zdaje się być dla większości wiedzą tajemną. A krawat nie jest bardziej skomplikowany w obsłudze niż sznurówki. (Eh, moje dziecko na razie nie wiem czy potrafi zawiązać sznurówki, bo używa butów na rzepy i paski, za to według mojej wiedzy nigdy nie miało szansy uruchomić gry na smartfonie, bo nie daję do ręki).

A tekst zasadniczo był głównie o tym, czy rodzice pilnują swoich dzieci i że im włażą na konta na Facebooku. Czy moi rodzice włażą mi na konto.. ojca mam wśród znajomych nawet, ale on nawet nie chce tracić czasu na czytanie tego, co ja tam piszę. Ale chyba nie pasuję do profilu grupy badanej:-)

Wikipedia niejeden ma język

Potrzebowałem sprawdzić na szybko jakiś szczegół dotyczący kariery Messiego. Wpisałem w google frazę „lionel messi wiki” i po chwili spojrzałem na listę wyników. Na pierwszym miejscu jak zwykle link do artykułu w polskiej Wikipedii, ponieważ większe zaufanie mam zwykle do wersji angielskiej, więc spojrzałem na link wyświetlony jako drugi. I tu się serdecznie zdziwiłem, ponieważ widniał tam link do Wikipedii.. śląskiej.

Nie, nie byłem zdziwiony faktem jej istnienia, ale raczej tym, że tak mi ją wypromowało w wynikach. Zaraz też przyszła myśl, że mocno też popularny musi być ten futbolista wśród Ślązaków. Naturalną konsekwencją było posprawdzanie, jaki będzie efekt takiego wikiszukania dla innych takich haseł. 

Link do śląskiej wersji zaraz poniżej polskiej znalazł się w przypadku Usaina Bolta i Zinedine Zidane’a. David Beckham i Diego Maradona nie byli już tak popularni, podobnie jak Brad Pitt&Angelina Jolie, szukani z osobna, Metallica i Rolling Stones (od razu angielska). Bardzo interesująco zrobiło się za to przy Cristiano Ronaldo, przy którym aż wybałuszyłem gały, zastanawiając się jaka wersja językowa chowa się za kodem „so”; gratulacje dla tych, którzy od razu domyślili(by) się, że chodzi o somalijską. Interesująco było też przy haśle The Beatles, gdzie wyborem nr 2 była wersja.. bawarska.

Nie pokuszę się o żadne próby wnioskowania co do sposobu wyszukiwania i proponowania wyników przez Googla. Znacznie bardziej interesujące było, że właściwie miałem problem z dobraniem haseł do kwerendy – odruchowo wybierałem takie, które były dla mnie ważne kiedyś, a znacznie trudniej było mi wybrać takie, po których można by się dziś spodziewać największej popularności (a Wy kogo byście sprawdzali?).

PS Dla leniwych dodano linki do haseł:-)

Charoszyje druzja

Zajrzałem dzisiaj na jedno z moich kont pocztowych, co to na nim dawno nie byłem. Od nieprzeczytanych wiadomości aż kipiało (też chyba dlatego, że któryś program pocztowy ich nie kasował z serwera mimo ściągnięcia, tak to z tymi programami bywa), więc wiedziony niezdrową ciekawością postanowiłem zajrzeć na początek do foldera ze spamem (tylko 45 nieprzeczytanych wiadomości). Kliknąłem i zdziwiłem się. 

Większość maili miała nagłówki i adresy nadawców po rosyjsku. Było ich na tyle dużo, że Google Chrome obejrzawszy całość, doszedł do wniosku, że wszedłem na jakąś rosyjską stronę, i zaoferował przetłumaczenie jej w całości. Nie skorzystałem, bukwy z ośmiu lat nauki jeszcze pamiętam wystarczająco dobrze, na tyle dobrze żeby docenić urodę reklamy firmy oferującej sprzedaż dyplomów (może tu mi momentami słownictwa brakuje, więc nie jestem pewien, czy to po naszemu dyplomy magisterskie, licencjackie czy inne). W każdym razie nie przeczytałem wszystkich tych spamowych maili.

Tagda, mai charoszyje druzja, jes’li kto-nibud’ pisał ka mnie na etu adriesu – izwinitie, szto ja k’wam nie atpisał, paetamu szto ja nie pracitał (u mienia niet druziej, katoryje by ka mnie pisali pa-russki). Привет!

Prima aprilis

Minął tego roku dość nietypowo, bo właściwie nikogo nie próbowałem nabrać. Jeżeli nawet robiłem sobie żarty, to raczej były to żarty z żartów, niż klasyczne próby nabierania. Ale też, prawdę mówiąc, kiedy wszyscy dokoła próbują nabierać, z całym Internetem włącznie, to człowiek odruchowo włącza blokadę na wszystko, co choć odrobinę zaskakujące. W takiej sytuacji najłatwiej jest nabrać kogoś metodą odwrotną – sprzedać prawdziwą zupełnie informację i liczyć na to, że odbiorca potraktuje ją jako nabieranie. 

W dalszym ciągu się zastanawiam, czy jedna informacja z wczoraj nie okaże się jednak prawdziwa. Będzie to zresztą raczej smutny fakt, niż wesoły, ale nie powiem o co chodzi. 

Pseudo-zdjęcie Roberta Kubicy, czyli bloger Mike i jego prawda inaczej

Jest sobie taki blog, prowadzony przez człowieka kreującego się na Wielkiego Fana Roberta Kubicy (pozostawmy na uboczu jego wiarygodność w przedstawianiu własnej osoby, wiele wątpliwości na ten temat się pojawiało, w sumie nieistotne w tej chwili). Opublikował dziś notkę zatytułowaną „Czy Robert Kubica ponownie testuje na Mugello?„, opartą w całości o fotografię otrzymaną od anonimowego Włocha, mieszkającego ponoć w sąsiedztwie toru – mającą rzekomo przedstawiać Polaka na prywatnych testach bolidu z roku 2010.

rzekomy Robert Kubica w Mugello

Lepiej zorientowani internauci bez trudu ustalili, że oczywiście jest to bolid z roku 2010, ale w ramach zupełnie innych testów – odbywanych w listopadzie 2010 roku pierwszych przejazdach na oponach Pirelli, na torze w Abu Dhabi. Udało się nawet szybko odnaleźć to samo zdjęcie:

Abu Dhabi tests 2010

I teraz co najbardziej interesujące: bloger Mike konsekwentnie odrzuca wszelkie komentarze, które wyjaśniają, co naprawdę przedstawia zdjęcie (łącznie z właściwym linkiem), a jednocześnie prosi o poważne wpisy i informacje…

Nie wiem, co stoi za zachowaniem blogera Mike: strach przed utratą reputacji, ślepa wiara granicząca z sekciarstwem, zobowiązania wobec sponsorów? W każdym razie, na podawaniu prawdziwych informacji zależy mu najmniej, przynajmniej dopóki za prawdziwe uznajemy zgodne z obiektywnym stanem rzeczy, a nie jedynie z własną wizją. 

Imagine…

Wyobraź sobie… że po latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń, dzięki modlitwie /medytacji /nanotechnologii /czarnej magii, udało Ci się wyprodukować cudowną butelkę wódki. Jej niesamowitość polega na tym, że jeżeli tylko nie opróżnimy jej do dna, to poziom płynu wraca do stanu pierwotnego, dzięki czemu można z niej właściwie korzystać w nieskończoność.

Wyobraź sobie… co mógłbyś zrobić z taką magiczną butelką.  Mógłbyś mieć zapas na całe życie. Mógłbyś urządzić niekończącą się imprezę (póki starczy ogórków), dla siebie samego lub ze znajomymi. Mógłbyś odkuć się za lata wyrzeczeń, otwierając knajpę z bezkosztowym alkoholem (doprowadzając do szału urzędników skarbowych, którzy kontrolowaliby Cię na okrągło, podejrzewając, że pędzisz lub kupujesz wódkę na lewo i dolewasz do butelki). Wszystko, co zapragniesz.

Wyobraź sobie… że przy jakiejś okazji ktoś wziął Twoją butelkę do ręki i zaczął sam polewać. Nie powiem, zachowuje zasadę, żeby nie opróżnić na raz, i polewa wszystkim, którym Ty chcesz polać. Ale nie masz już kontroli nad tym, co właściwie chcesz z tą wódką robić. Kiedy prosisz, żeby Ci oddał, odpowiada, że przecież nic nie tracisz na tym, że on tak polewa, bo i tak by u Ciebie lufy nie kupił, ani nikt z jego znajomych.

Wyobraź sobie… że tak działa darmowe dzielenie się kontentem w internecie. Ale przecież nie musisz sobie wyobrażać, przecież właśnie tak to działa.

W domu, w polu i w zagrodzie

Jeden z operatorów telekomunikacyjnych prowadzi ostatnio intensywną kampanię reklamową opartą na utworach słowno-muzycznych, rymowanych zwykle, wykonywanych w formie melorecytacji przez nieoczekiwanych odtwórców, reprezentujących rozmaite grupy społeczne (ze wskazaniem na niższe). Niektóre pomysły pozostawiają wiele do życzenia, o poczuciu smaku za bardzo mówić nie można, ale przyznam szczerze, że daję plusa (z małej litery) za tekst:
nawet gdy obrządzam, smartfona oglądam

Kiedyś to książki miały zbłądzić pod strzechy, teraz telefony i internety.