Sekrety jajecznicy

W ostatnich dniach zamieniliśmy parę słów z jednym przygodnie poznanym blogerem na temat blogów w ogólności, blogów kuchennych zwłaszcza (on nie jest blogerem kuchennym, tylko blogerem który będzie starał się przegonić w popularności blogerki kuchenne, używam rodzaju żeńskiego gdyż jednak większość blogujących o potrawach to panie). Pozwoliłem sobie przy tej okazji na żarcik, że na „poważnym” blogu kuchniarskim (analogia językowa od „szafiarski”) to nie wrzuca się byle jajecznicy, tylko jak już, to jajecznicę z curry i grillowaną cukinią, ze skwarkami z topinambura

Odpalam sobie do porannej kawy Bloksa, i cóż widzę na głównej stronie (muszę się wszak zalogować)? Ano w sekcji „Najnowsze wpisy” pojawia się: Roladki drobiowe z jajecznicą.

No i teraz będzie zagadka (czy nawet sonda) – czy oznacza to:
a/ roladki z drobiu z jeszcze niezniesionymi jajami
b/ roladki nadziewane jajecznicą
c/ jajecznicę z roladkami?

Nagród za prawidłowe odpowiedzi nie przewiduje się.

Canto nostalgiczne

Bóg dał nam Paryż, Wenecję
architekturę secesyjną, zegarki
i zegary art deco 

Kiedy w ostatnich tygodniach tekst ten zaczął krążyć po fejsbuku, wywołując niebezzasadne ochy i achy, ja… poczułem się niepewnie. Pod tekstem pojawiło się bowiem nazwisko Kotański (Andrzej), dotąd mi osobiście nieznane, tekst zaś był mi jak najbardziej znajomy…

dał nam poziomki
zamglone świty za oknem kawiarni
sklepy 

Zacząłem wtedy guglać intensywnie, znalazłem ten tekst oczywiście publikowany wielokrotnie w różnych zakątkach internetu dobrych kilka lat temu – ale cały czas nie umiałem się oprzeć przekonaniu, że dotarł do mnie dużo wcześniej, jeszcze w czasach powolnego internetu, kiedy wszystko co najfajniejsze chodziło w mailach (aczkolwiek nie były to już czasy, kiedy łatwiej było dostać płytę CD z zapisem „kompletnych interesujących stron internetowych” niż te strony załadować z sieci)

dał nam Tomasza Manna oraz Prousta
a także wrzosowiska Irlandii 

Dziś pojawił się znowu i aż – korzystając ze sprzyjających okoliczności – zapytałem (nieco podchwytliwie) o datę publikacji tego dzieła. A że Marceli bardziej jest ode mnie w internetsach biegły (a może też żyje w innym bąbelku Googla), to wynorał datę pierwotnej (?) publikacji prasowej: 1995. I zaraz uśmiechnąłem się, bo to znaczyło, że Szuwarek jak najbardziej mógł nam to przysyłać mailem w okolicach roku 2000.

oraz wymyślił bilard i nastolatki
i tysiąc innych rzeczy
jak wodospady, Boską Komedię,
fajki, wiersze Rilkego,
ulice wysadzane platanami
na południu,
amerykańskie samochody z lat czterdziestych,
pióra Mont Blanc, przewodnik
po Grenadzie oraz
Koniaki, Giny, Whisky i Bordeaux 

I tylko mam wrażenie, że na koniec dopisywano zwykle jakiś przymiotnik.

na pewno nie w tym celu
żebym siedział
przez osiem godzin dziennie
w pracy
jak jakiś chuj

/Andrzej Kotański, „Canto”/ 

Opłacona reklama zawsze na czasie

Wchodzę sobie rano na Bloksa. Loguję się, patrzę co nowego, wzrok prześlizguje mi się obojętnie po banerze reklamowym. Obojętnie, bo zobojętniałem co do zasady na internetowe reklamy, są prawie przezroczyste (bez adblocka), ale tym razem zwraca moją uwagę. Baner proponuje mi bowiem możliwość nabycia za wyjątkowo korzystną cenę prezentów walentynkowych. Zerkam w kalendarz, Dzień Świstaka się nie dzieje, przez rok mam te prezenty trzymać?

Z Bloksa przeskakuję sobie jeszcze na chwilę na forum. Tam dla odmiany zadziwia mnie reklama „magicznych ferii w kinie”. Junior właśnie zbiera się do szkoły po feriach… no dobra, rozumiem, w pięciu województwach ferie się dopiero zaczynają, czyli tylko skrypt jest bezmyślny i nie próbuje dostosować reklamy do mojej mniemanej lokalizacji (wprawdzie próbuje mnie lokalizować w Warszawie, ale tam ferie skończyły się dwa tygodnie temu).

Ciekawe co jeszcze mi dziś nieaktualnego zareklamują.

Anatomie nouvelle

Anatomia człowieka od paru tysięcy lat wydaje się nie ulegać istotniejszym zmianom (pomijając że może tu grubiej, a tu szczuplej), żaden nowy organ nam nie przybył (sprawdzić czy nie smartfon) ani nie nabył nowej funkcji, nie doszło też chyba do żadnych znaczących zaników. Tymczasem kiedy przyjrzymy się, co z ludzką anatomią robi współczesna mowa…

Klasykiem ostatnich lat była „twarz kremu do odbytu”. Fraza „twarz czegoś tam”, w reklamie oczywiście, jest zresztą już mocno oklepana, zapewne dlatego spotkałem niedawno nie tylko twarz, ale już i „ciało marki bieliźnianej”. Hitem ostatniej kampanii wyborczej było zaś skierowane do Leszka Millera pytanie „czy jest pan męskimi ustami [kandydatki] Magdaleny Ogórek?” I pomyśleć, że w tzw. minionym ustroju śmialiśmy się z innego kierunku ewolucji anatomicznej, a mianowicie z określenia „członek z ramienia na czoło”.

Tutaj na blogu nie będę szczególnie zbierał tego rodzaju zwrotów, gdyż temu właśnie poświęcony jest polecany od dawna na blogrollu blog Chomeland Polishizna. Brezly od czasu do czasu dokonuje tam syntezy rozmaitych potworków językowych w notki zbiorcze, natomiast bieżącym zapisywaniem takowych zajmuje się na Facebookowym fanpage ChP, który polecam równie serdecznie (jest dostępny dla wszystkich, bez konieczności zakładania konta na FB – a przynajmniej tak mi się wydaje).

Wietrzenie blogrolla

Odbyło się. Nie ma w tym żadnej tradycji, ot po prostu siedziałem leniwie przy komputerze, pomyślałem sobie Mrożkowsko „a może by tak coś dodać…”, potem pomyślałem „a gdzie to zmieścić…”, a potem zacząłem wietrzyć.

Bo to wisiały na blogrollu (czyli tak naprawdę w zakładce Staram się zaglądać) różne blogaski, niektóre od wieków nieaktualizowane, niektóre oficjalnie zarzucone, inne zaś takie, na które przestałem zwyczajnie zaglądać z przyczyn najróżniejszych. Nie jestem jakimś rygorystą, niektóre zostały na kolejne wietrzenie, czyli ad calendas graecas, także w cichej nadziei, że kiedyś coś się tam objawi. 

Powrzucałem zaś takie na które bym czasem pozaglądał, zwłaszcza jeśli trafię przez nie na inne takie co też bym chętnie pozaglądał (prościej byłoby pewnie wrzucić linki do wszystkich, ale taki nawyk oszczędzania miejsca mam, i już). I też nie twierdzę że to lista kompletna (tych co zaglądam), niektóre odwiedzam jak mi fejsbuk zamelduje „napisali”, a niektóre… sklerozę mam, no.

Czy "Obce ciało" jest filmem feministycznym?

Wszedł na ekrany nowy film polski znanego i cenionego reżysera Zanussiego. Wrzawa wokół niego (filmu) spora, nieszczególnie pozytywna, streszczać nie będę. Reżyser przewrotnie twierdzi, że filmem swoim obnaża praktyki złego feminizmu i że z tym złym feminizmem próbuje walczyć. Przewrotnie, bo stworzył dzieło, które wydaje się być głęboko feministyczne w swej istocie (ale może to dobry feminizm?). 

O czymże jest ten film, zatytułowany Obce ciało? Otóż bohaterką jego jest młoda kobieta, która postanawia – mimo posiadania kandydata na przyszłego męża – wstąpić do zakonu. Żadna to w gruncie rzeczy nowość, w Po tamtej stronie chmur Irene Jacob również wstępuje do zakonu – przy czym odmiennie niż Agata Buzek (która posługuje się liścikiem) informuje o tym zainteresowanego Vincenta Pereza u drzwi swego mieszkania, po długiej wędrówce po schodach, kończąc tym temat (i film). U Zanussiego absztyfikant postanawia jednak zmienić wolę kobiety, chcąc zdobyć inny niż zimny prysznic sposób na rozładowanie własnych napięć seksualnych, i w tym celu ściga ją, utrzymując się z pracy w korporacji. A w korporacji natrafia na kobiety, które pokazują mu na czym polega wymuszanie na innych swojej woli. Może sobie Riccardo Leonelli nie chcieć uprawiać z nimi seksu – żadna to nowość, wszak Kim Rossi Stuart już pokazał w Po tamtej stronie chmur, że nawet będąc nagim na prześcieradle, można się powstrzymać od seksu z Ines Sastre – ale to, że one chcą uprawiać seks z nim (normalna rzecz, w końcu John Malkovich w Po tamtej stronie chmur kochał się z napotkaną w Portofino Sophie Marceau, morderczynią swojego ojca) to dokładnie takie samo wymuszenie, jak próba wymuszenia swoją obecnością małżeństwa (i seksu małżeńskiego, bo tylko taki absztyfikant chce uprawiać) kosztem decyzji kobiety.

Istnieje w Internecie tzw. prawo nagłówków Betteridge’a, zgodnie z którym jeżeli tytuł (nagłówek) kończy się pytajnikiem, to odpowiedź na tytułowe pytanie jest przecząca. Nie odpowiem na pytanie, czy Obce ciało jest filmem feministycznym, gdyż go nie widziałem (bazuję na streszczeniach i recenzjach). Ale za to widziałem Po tamtej stronie chmur, co i reżyserowi Zanussiemu polecam.

(150)

Kubeł zimnej wody

Na informacje o akcji Ice Bucket Challenge patrzyłem zrazu jak na nieszkodliwe dziwactwo (cóż, nawet nie odróżniałem zbytnio od wcześniejszego splasha, o którym już w ogóle nie wiem o co chodziło). Dopiero kiedy zaczęło się pojawiać w kręgu (dalszych) znajomych, doczytałem, że ma to w gruncie rzeczy konotacje charytatywne, bo chodzi o zbieranie pieniędzy na poszukiwanie sposobu leczenia choroby Gehriga (ALS).

Pomijam tu kwestie, któremu każdemu się mogą nasunąć – takie jak czy pieniądze zebrane w wyniku akcji zostaną faktycznie przeznaczone na jej zadeklarowany cel, bądź w jakiej części zostaną zjedzone na koszta bieżące (organizacja, która rzecz zapoczątkowała, płaci swoim szefom jak profesjonalnym menedżerom, zupełnie inaczej niż w przypadku WOŚP coćby, choć może nie tak jak w Kidproteccie); u nas o tyle to mniejszy problem, że zbiórki idą na lokalne organizacje pomocowe, choć one oczywiście mniejszą odpowiednio mają możliwość dokonania faktycznych odkryć, zarówno z racji środków, jakimi w efekcie będą dysponować, jak i rozwoju naszej medycyny. Jest też naturalne pytanie, czy te środki zostaną wydane mądrze, już czytałem analizy, że dalsze ścieżki dla tych pieniędzy wiodą w zasadzie donikąd.

I teraz pojawia się problem zasadniczy. Akcja ma charakter dobroczynny, ale dobroczynnością nie da się załatwić wszystkich problemów. Skoro nie wszystkie problemy da się rozwiązać, to pora sobie uświadomić, że poszczególne problemy wymagające wsparcia de facto między sobą konkurują. Dlaczego miałbym wspierać leczenie stwardnienia zanikowego bocznego, skoro mam koleżankę chorującą na stwardnienie rozsiane (pisałem już zresztą o tym przy okazji dorocznego darowywania procenta podatkowego)? Głośna akcja wymusza w pewien sposób skierowanie środków na ten konkretny cel, po trosze zmniejszając szanse innych. I tak, wiem, tak samo poniekąd działa WOŚP, i Caritas, i PAH, i artyści malujący ustami i nogami…

Kto chce, niech wpłaca na ALS, z wylaniem sobie wiadra na wody z lodem na łeb albo bez; kto chce, niech wpłaca na inne cele dobroczynne, zamiast lub obok. Ja spuentuję obrazkiem znalezionym na fejsie, który stanowi moje oficjalne stanowisko w sprawie.

no ice bucket challenge necessary for charity

Fenomen blogów kuchennych

Tak, wiem. Tak naprawdę jestem malutkim zazdrosnym blogerkiem, któremu roją się pozycje w rankingach, tysiące odsłon i kokosy z reklam, dlatego czepiam się tych, którzy Pomysłem i Pracą doszli do Zasłużonej Pozycji, zamiast samemu się przyłożyć, pisać ciekawie, zamieszczać zdjęcia Tego, Co Ludzie Lubią.

Zerkam co jakiś czas na rankingi Bloxowe (Top 1000), od dłuższego już czasu fascynuje mnie w nich nadreprezentacja blogów kuchennych czy też kulinarnych. Zajrzałem dziś – blogowi kuchmistrze zajmują już nie tylko pierwsze miejsce czy pierwsze dwa miejsca, ale dziewięć (cyfrowo: 9) pierwszych miejsc, od pierwszego do dziewiątego, zamykający dziesiątkę blog Rafała Steca jawi się ciałem obcym na liście kucharzących (następny blog niekuchenny dopiero na miejscu siedemnastym), nie chce mi się prowadzić szczegółowych wyliczeń w której dziesiątce gotowanie i pieczenie nie zajmuje co najmniej połowy miejsc.

Dlaczego zajmuję się sprawą, która mnie w ogóle nie powinna obchodzić? Bo, mówiąc szczerze, za każdym razem, kiedy zdarzy mi się szukać w sieci jakiegoś przepisu, oczywiście wyrzuca mi dziesiątki wyników z blogów kulinarnych. I kiedy je otwieram, mam nieodparte wrażenie powtarzalności, że te same przepisy toczka w toczkę (lub z kosmetycznymi tylko zmianami) pojawiają się na kolejnych blogach. Kiedy przeglądam czasem te blogi po prostu, często widzę jak autorzy mówią skąd wzięli te przepisy, podają linki do innych blogów czy serwisów, niby jako inspiracja. Dla mnie osobiście jest to przedziwne, wręcz staram się unikać pisania tego, co już gdzieś przeczytałem – a kucharzący sprawiają wrażenie, jakby musieli sami wypróbować wszystkie najciekawsze czy najpopularniejsze przepisy i podzielić się z nich wrażeniami. Ba, niejeden raz miałem wrażenie, jakby kopiowanie następowało najzupełniej mechanicznie (skargi jednego blogera na drugiego o „kradzież przepisów” to też nic niespotykanego), wręcz się zastanawiałem, czy celem niektórych blogów nie jest pozycjonowanie w oparciu o przepisy (bo na pierwszy rzut oka nie widziałem kryptoreklamy).

W gruncie rzeczy – niech sobie pichcą, co chcą. Zastanawiam się tylko, czy znam jakiś blog kuchenny, który chciałbym polecić w Blog Day… okaże się za kilka dni, jeśli nie zapomnę.

Krakoł Sołszal Media Nindzia

Na Facebooku toczy się batalia o rząd dusz w sprawie projektowanych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie (gdzie indziej pewnie też się toczy, ale teraz to nieistotne). Obserwuję ją, niezupełnie bezstronnie, momentami bawię się nieźle. 

Zauważyłem dziś, że jedna ze stron popierających Igrzyska zamieściła „sondę” w formie grafiki z pytaniem „jesteś za czy przeciw„. Zainteresowani mieli wyrazić swoje zdanie – kto „za”, miał polubić (zalajkować, mówiąc po fejsbukowemu), kto przeciw – miał wpisać komentarz. Autorom wydawało się że są sprytni, prawie jak marketingowy geniusz Zmyślony*, który ustawił nadmuchiwaną bramę na głównym szlaku prowadzącym na krakowski rynek i ogłosił, że kto pod nią przechodzi ten Igrzyska popiera (na wszelki wypadek przejście obok bramy zatarasował własnym samochodem**). Udało im się… wzbudzić całą masę gniewnych pomruków na nieuczciwe podejście, bo w końcu lajk to jedno kliknięcie, a komentarz – no przecież trzeba pomyśleć itepe. Oraz… przegrać głosowanie z kretesem, na moment pisania tych słów 893 osoby polubiły, a komentarzy jest 1398…

Autorzy „sondy” najwyraźniej zapomnieli o jednym drobiazgu. Otóż polubić dany element można z definicji tylko raz, na więcej nie pozwala mechanizm Facebooka (jak ktoś chce przestać lubić i polubić jeszcze raz, wyjdzie na to samo). Skomentować natomiast można nieograniczoną ilość razy. Konia z rzędem, kto odsieje „głosy” oddane wielokrotnie przez jedną osobę. Tak to jest, jak ktoś po pierwszej lekcji „aktywności w mediach społecznościowych” czuje się w nich ekspertem.

*naprawdę tak się nazywa
**stało naprawdę, ale kto je tam postawił to już domysł 

Biedny niezapomniany Gonzalez

Wiadomością tygodnia był wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Google przeciwko Gonzalez (w skrócie), uznający Google za administratora danych osobowych wyszukiwanych w Internecie (i udostępnianych w wynikach wyszukiwania) w rozumieniu dyrektywy unijnej i – co jest dość logicznym następstwem – dopuszczający prawo poszczególnych jednostek do żądania usunięcia ich danych z wyników wyszukiwania (dla ciekawych tu jest w całości). W mediach przedstawiono to jako „Trybunał dał prawo do bycia zapomnianym” – o prawie do zapomnienia wciąż zamierzam napisać (ale że chcę się do tego przyzwoicie przygotować, to zaczeka to na moment, kiedy będę mieć wystarczająco dużo czasu i zapału), więc tylko nieco refleksji precyzujących.

Otóż… zapomnienie w tym przypadku jest daleko idącym słowem, sam fakt uznania operatora wyszukiwarki za administratora danych aktywuje potencjalny obowiązek każdego administratora usunięcia przetwarzanych danych. W szczegółach sprawa robi się mocno skomplikowana. Zacząć można od prostej uwagi, że nawet jeżeli wystąpimy do konkretnego operatora, aby usunął dane dotyczące konkretnej osoby, a ten się zgodzi, to nie działa to względem żadnego innego operatora (w końcu jak nasze dane znalazły się w bazie firm X i Y, to musimy osobno żądać ich usunięcia przez każdą z firm z osobna); i nawet jeżeli dziś „mówimy wyszukiwarka, myślimy Google”, to w przyszłości wcale tak być nie musi. Trudniej się robi kiedy się zastanowimy dlaczego Trybunał uznał Google za administratora – otóż w stosownym punkcie orzeczenia pojawiają się następujące czynności opisujące działalność wyszukiwarki: zlokalizowanie informacji, jej automatyczne zindeksowanie, czasowe przechowanie i udostępnianie w sposób uporządkowany. Natychmiast nasuwa się pytanie, co będzie jeżeli ten model ulegnie zmianie, w szczególności wskutek zaprzestania indeksowania konkretnego nazwiska (i przechowywania o nim danych na serwerach Google) – wyszukanie tych samych danych będzie znacznie trudniejsze (być może w sposób de facto uniemożliwiający ich odnalezienie), ale czy ich ponowne wyszukiwanie będzie ich przetwarzaniem, zwłaszcza jeżeli legalnie egzystują w Internecie (sprawę przeciwko redakcji, która na swojej stronie zamieściła informacje sprawiające panu Gonzalezowi przykrość, pan Gonzalez akurat przegrał), względnie czy będzie objęte dotychczasowym żądaniem usunięcia (wyrok zdaje się sugerować, że tak, ale póki nie ma konkretnej sprawy…)? 

Osobną kwestią (w sprawie Gonzaleza akurat rozstrzygniętą) jest, że sam fakt żądania usunięcia nie musi być wystarczający, każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie – o tyle też to prawo do „bycia zapomnianym” wydaje się iluzoryczne (i przesadne są napotkane już przeze mnie komentarze, że oto np. przestępca będzie mógł się „ukryć” w wynikach i bezkarnie planować nowe przestępstwa, przed którymi zwykli ludzie nie będą ostrzeżeni). 

Skończę myślą, która mnie w kontekście tego orzeczenia bawi. Otóż senor Gonzalez wszczął całą sprawę, ponieważ czuł się dyskomfortowo, że w wynikach wyszukiwania dotyczących jego nazwiska pojawiało się ogłoszenie sprzed wielu lat o licytacji należącego do niego nieruchomości na poczet jego długów publicznoprawnych. Samo ogłoszenie być może zniknie z wyników wyszukiwania Google, ale jednocześnie zostało unieśmiertelnione (i pan Gonzalez również), gdyż będzie wzmiankowane w każdym zbiorze orzeczeń ETS (w tym internetowej bazie orzeczeń) oraz we wszystkich tekstach prasowych traktujących o tym orzeczeniu. Ciekawe, czy Google będzie mogło wyszukując po nazwisku pana Gonzaleza podawać linki do tego orzeczenia?