Dissowanie Orłosia, czyli o kim jest Spotlight

Furorę robią ostatnio żarty z redaktora Macieja Orłosia, który informując w Teleekspresie o przyznaniu Oscarów określił zwycięski film jako film o „aferze pedofilskiej w Bostonie” (tak czytałem, bo nie oglądam). Aż się roi od innych lakonicznych opisów typu „Obcy – film o negatywnych skutkach zapłodnienia in vitro”. Gdyby ktoś nie czuł powodu żartów, chodzi o brak nawiązania w tym opisie do Kościoła katolickiego – afera dotyczyła wszak księży (zaczynając od bostońskich), ich występków i tuszowania tych występków przez lokalny episkopat.

A o czym jest film? Jestem w o tyle może niezręcznej sytuacji, że go nie widziałem (wiem, kiedyś pisałem o filmie i bez tego, ale tu poważnie), tylko czytałem to, co napisali o nim inni. Odnotowałem między innymi tekst (chyba WO zresztą) skupiający się na tym, jak doniosłe znaczenie dla demokracji mają zespoły dziennikarzy śledczych (bez których nie byłoby odkrycia afery, filmu i Oscara, choć na to ostatnie mieli najmniejszy wpływ). Sięgnąłem więc do źródeł niezależnych. W serwisie IMDB piszą tak:
The true story of how the Boston Globe uncovered the massive scandal of child molestation and cover-up within the local Catholic Archdiocese, shaking the entire Catholic Church to its core
Wikipedia w wersji angielskiej podaje tak:
The film follows The Boston Globe’s „Spotlight” team, the oldest continuously operating newspaper investigative journalist unit in the United States,[6] and its investigation into cases of widespread and systemic child sex abuse in the Boston area by numerous Roman Catholic priests
natomiast w niemieckiej tak
Der Film basiert auf wahren Ereignissen und handelt von einem Team von Journalisten der Tageszeitung The Boston Globe, das den sexuellen Missbrauch in der römisch-katholischen Kirche in Boston aufdeckt 
Mamy więc trzy elementy definiujące: (1) zespół dziennikarski z Bostonu odkrywa i rozpracowuje (2) aferę z molestowaniem dzieci w Bostonie i okolicy (szeroko rozumianej) (3) przez księży katolickich, których czyny były tuszowane przez przełożonych.

Więc o kim jest ten film: o śledczych, o ofiarach czy o sprawcach? Czy to zależy od tego, o kim chcielibyśmy, żeby był?

Redaktor Orłoś przyznał się, że filmu nie widział tak samo jak ja. 

Poezja podpowiedzi Google

Wyszukiwarka Google stara się jak może być inteligentną (tak ją programują). Jednym z przejawów tego jest próba odgadnięcia, czego chce użytkownik, zanim do końca swoją myśl przekaże – można to obserwować w formie tzw. podpowiedzi, które pojawiają się w trakcie wpisywania hasła do wyszukiwarki. Podpowiedzi te dają zaskakujące rezultaty (po części mówią o tym, co ludzie w tę wyszukiwarkę wpisują), i powstał już niemalże gatunek literacki zwany poezją Google. 

Dziś zerknąłem na jeden z takich przykładów opublikowany na Facebooku i dla rozrywki postanowiłem zobaczyć co Google podpowie mnie samemu (tzw. efekt bąbelka). Wyniki były zaskakujące, zanim wpisałem całą – nieskomplikowaną w końcu – frazę „czy w Polsce”. Zapisałem podpowiedzi pojawiające się znak po znaku, od „czy „.

czy naprawdę wierzysz
czy wątróbka jest zdrowa
czy w ciąży można jeść grzyby
czy w pendolino jest wifi
czy w polsce są obowiązkowe opony zimowe
czy w polsce da sie zyc

Pytanie prawno-filozoficzne: kto jest autorem tego wierszyka? Ja, Google, czy ci co wpisywali pytania?

 

Tortury jąder

Aj. To było straszne przeżycie. Wszedłem sobie z głupia frant wczoraj do statystyk bloksowych, zobaczyć co tam ciekawego słychać. Interesuje mnie to bardziej w kategoriach, powiedziałbym, jakościowych niż ilościowych, bo mniejsze znaczenie ma ilość wejść (z której i tak nic mi nie wynika, i która – podejrzewam – jest na różne sposoby zafałszowana, ale mniejsza z tym, bo i tak z tego nic nie wynika), za to ciekawsze jest, skąd czasem ktoś zagląda. Przypomina to różne stare tematy i dyskusje, czasem przypomina o dawno niewidzianych (także: nieodwiedzanych) znajomych, przynajmniej internetowych, czasem pozwala zbłądzić w jakiś interesujący zakątek internetu, a czasem informuje, że jakaś Zapiskowa myśl zdobyła gdzieś popularność (została zalinkowana), zwykle w ten sposób dowiadywałem się, że administracja zrobiła mi kawał i podlinkowała Zapiski.. gdzieś na głównej stronie. Czasem też widzę, czego ludzie szukają w internecie czy na samym tylko Bloksie, w tym miesiącu na samym tylko Bloksie znaleziono mnie po hasłach „księgi wieczyste”, „kurator sądowy”czy „wniosek do komornika”.

No i właśnie. We wczorajszych statystykach jak byk widniało, że ktoś wyszukiwał na Bloksie hasła „tortury jąder” (nawet nie potrafię napisać tej frazy bez pomyłki, bo mi palce drżą). Przeraziłem się: jakim cudem wyszukiwarka u mnie coś takiego znalazła? Aż przeszedłem  do tej wyszukiwarki, wpisałem frazę – i nie było Zapisków.. w wynikach wyszukiwania. Co znalazłem, nie będę za bardzo relacjonował, ale jeden z wyników mnie bardzo zaskoczył, gdyż była to… recenzja filmu Gwiezdne Wojny – Zemsta Sithów, i nie chodziło o jakąś specjalną wersję reżyserską dostępną wyłącznie w trzecim obiegu, zawierającą ściśle tajną scenę 18+, tylko wyszukiwarka odnotowała występowanie obu słów kluczowych, choć w różnych zdaniach. 

Ten ostatni fakt doprowadził mnie w końcu do ustalenia, w jaki sposób komuś innemu wyszukiwarka mogła podpowiedzieć akurat Zapiski.. – oba słowa kluczowe faktycznie występują w jednej niewinnej w zasadzie notce (chyba muszę być w przyszłości ostrożniejszy w poetyce czy co). Ale skoro już można w taki sposób Zapiski.. znaleźć w wyszukiwarce, to właściwie co szkodzi, niech teraz po wieczne czasy różne gugle prowadzą do nich prosto (skoro i tak wynik jest nie na temat). W zasadzie już coś podobnego kiedyś robiłem 😉

Aczkolwiek rozglądam się za jakimś ochraniaczem, na wszelki wypadek.

Czasem nie rozumiem ludzi na Facebooku

Bo nie rozumiem. To znaczy mogę się domyślać różnych mniej lub bardziej podstępnych i niegodziwych motywacji, ale nie rozumiem. 

Chodzi mi o proponowanie znajomości. Ni stąd, ni zowąd ktoś się pojawia i proponuje mi znajomość. Mogę zrozumieć, kiedy przeglądając informacje o takim apsztyfikancie (nie, to nie błąd tylko celowa pisownia) zaczynam się domyślać, że czyta wiadomości/komentarze na takiej czy innej stronie i może mu się spodobało coś co napisałem. Mogę zrozumieć, kiedy taki zainteresowany ma ze mną wspólnego znajomego (wiem skąd się mógł wziąć) – aczkolwiek kojarzę taką jedną, o którą zapytałem wspólnego znajomego, a ten podrapał się w głowę i wyznał, że nie ma pojęcia kto to jest, ot zaprosiła go do znajomych… Obiło mi się o uszy, że niektórzy zwyczajnie „kolekcjonują” znajomych, a im wyższa ilość, tym lepiej (paru takich mógłbym, jak sądzę, wymienić, i śmiało ze znajomych wywalić, ale zwyczajnie mi się nie chce). W pewnej chwili napisałem nawet obszerne ostrzeżenie dla kolekcjonerów, kogo i na jakiej zasadzie do znajomych przyjmuję (zgadliście: nie pomogło). 

Przypadek który skłonił mnie do napisania tej notki był jednak jeszcze bardziej specyficzny. Objawiła się z zaproszeniem jakaś panienka, której ja dotąd widu ni słychu, ani jej historia, ani zainteresowania, ani znajomości niczego zupełnie nie pokazywały (nawet pachniało to świeżo założonym kontem). Adnotacja o przebiegu nauki sugerowała co najmniej studentkę, choć zdjęciu dałbym najwyżej liceum. Użyłem magicznej formuły „znajdź obraz w Google”, parę mylnych tropów doprowadziło mnie w końcu do tego samego zdjęcia (zacnego, nie zaprzeczę) zamieszczonego cztery lata wcześniej na jakimś niemieckim profilu ze zdjęciami (co, oczywiście, nie przesądza czy pożyczyła sobie zdjęcie z internetu, czy internet pożyczył sobie przed laty jej zdjęcie). Moje podejrzenia krążyły wokół „fałszywy profil wycelowany w męską próżność, który później będzie służył do uwiarygadniania moim nazwiskiem jakichś gównianych ofert sprzedaży”. Z ciekawości zajrzałem ponownie do listy jej znajomych – i zdębiałem. Moje „facebookowe” personalia są po części dość pospolite, choć zarazem nie nader popularne. Na jej liście potencjalnych znajomych były też cztery inne osoby o tym samym imieniu i nazwisku… Kolekcjonowała też osoby o tym samym imieniu, lecz nieco odmiennym nazwisku. Cóż… 

Ja po prostu nie rozumiem ludzi. Stary jestem, czy co.

O tym jak przez brak zaufania do technologii zmarnowałem kartkę papieru

Wybierałem się do kina. Jako że seans wypadał późną nocą, a nie wiedziałem jaka jest dostępność biletów, zachowałem się jak człowiek XXI-wieczny, wszedłem na stronę kina, przeklikałem całą procedurę zakupu biletu, łącznie z płatnością kartą kredytową (wiedzieliście, swoją drogą, że niektóre kina pobierają 1 zł tytułem „kosztu dostawy biletów”?). Dostałem maila z potwierdzeniem…

I tu oczywiście pojawia się kwestia, że mail z potwierdzeniem to jeszcze nie bilet. Oczywiście, mogłem przyjąć, że stanę do kasy i podam tylko numerek zamówienia, ale przecież nie po to kupuję przez internet (i płacę złotówkę za koszt dostarczenia maila), żeby stać w kolejce do kasy. Mogłem też – teoretycznie – wprowadzić sobie na smartfona fotokod biletu (QR, jak sądzę), ale tak się składa, że w zasadzie smartfona nie używam (to znaczy używam takiego, który ma większość funkcjonalności smartfona, ale bez wielkiego ekranu po którym się maże paluchem, tylko z normalną oldskulową klawiaturą komórki). Mogłem też zapisać w telefonie przesłanego mi PDFa z QR (czytnik PDF w telefonie mam), ale obawiałem się, czy na ekraniku dwuipółcalowym zostanie on właściwie odczytany. Zamyśliłem się…

Wyciągnąłem phablet, którego używam jako tablecik. Przerzuciłem nań PDFa po Bluetoothu, upewniłem się, że otwiera prawidłowo („zawsze sprawdzaj”). Po czym włączyłem drukarkę i wydrukowałem bilet, tak na wszelki wypadek (po części dlatego, że nie miałem zaufania, czy w jakiś sposób nie będą weryfikować biletu po numerze telefonu, z którym phablet nie ma nic wspólnego).

W kinie pokazałem PDFa z phableta i wszedłem. Kartka złożona w czworo czekała w kieszeni i tam pozostała. A dzięki phabletowi czas przed seansem – aż do rozpoczęcia filmu – spędziłem na czytaniu, gdyż czytanie współczesnej polskiej prozy jest jednakowoż lepsze niż oglądanie trailerów współczesnych polskich komedii.

W 2016, moi drodzy, bądźcie eko i nie marnujcie papieru. I ogólnie niech się Wam darzy!

Jestę Blogerę! (przysłali mi Gratis)

No co, muszę się pochwalić, zwłaszcza że to Macierzysta Platforma mi przysłała (podziękował). Jak ktoś jest oblatany, to niech powie, czy to już teraz splendory, wywiady, wizyty w zakładach pracy i w ogóle. 

Blox gratis nagroda blogerę jestem

Ale też uczciwość nakazuje przyznać, że nagroda jest za udział w konkursie na fanpejdżu Bloksa – wystarczyło napisać, co najbardziej przydałoby się blogerowi. Przyjąłem, że chodzi o to co by się przydało w blogowaniu (może to było wyraźnie napisane, nie pamiętam), coś tam napisałem niepretensjonalnego i nieroszczeniowego. Nagrody dostali wszyscy, nawet nas nie legitymowali czy posiadamy blogi i jakie.. Wobec tego mogę chyba po staremu zostać blogerem

A tak poza tym to mam dziś dzień na gratisy, bo jeszcze z dwóch zupełnie różnych źródeł (ale równie nieoczekiwanie) dostałem dziś dwa inne upominki, diametralnie różnego rodzaju, i też bez związku z blogiem. Chyba Święta idą, proszę państwa, więc tradycyjnie życzę Wesołych Świąt po raz pierwszy (nie ma że wcześnie, wczoraj Polsat Szklaną pułapkę puszczał). 

Trzeci czwartek miesiąca listopada

Dzień… taki ot sobie. Wiatr się uspokaja (popołudniu już go prawie nie zauważałem), wywiadówka krótka, polityką staram się dla ochrony zdrowia psychicznego nie przejmować nawet kiedy TKM odstawiają „Piłkarskiego pokera” („Laguna, to my teraz możemy wszystko„, jeśli się otworzy na początku filmiku do przejdźcie od razu do 6’20”, a jak się nie otworzy wcale to znaczy że skasowali). Ot, siedzę sobie wygodnie na kanapie i wlewam w siebie beajoulais noveaux jak wodę (choć po wodzie człowiek nie jest zwykle tak wyluzowany). 

Bo tak w ogóle to aż muszę napisać o inwigilacji (trudno słowo pod koniec butelki). Otóż, jak wiadomo, NSA, rządy i zwłaszcza korporacje szpiegują nas we wszystkim co robimy i łączą wszystko ze wszystkim. Nie wiem ile to razy rozmawialiśmy ze znajomymi o tym, że głupi fejsbuk podpowiada nam znajomych których na pewno znamy, ale w zasadzie wyłącznie służbowo. Snuliśmy hipotezy, że pewnie jakoś tam inny udostępnił fejsbukowi swoją książkę adresową, a fejsbuk w tajnym porozumieniu z guglem wszystko połączył ima nas na widelcu (ostatnio się zastanawiam, czy kluczem nie jest numer telefonu, który udostępniłem fejsbukowi z zastrzeżeniem jego poufności, czort joho znajet’).

Więc… gdzie moje wino… w zasadzie to chciałem napisać o tym, że parę dni temu przeczytałem na portalu plotkarsko-kulturalną wiadomość że ALICJA BACHLEDA-CURUŚ WYSTĘPUJE W SERIALU UBRANA TYLKO W PAS CNOTY i drwiłem sobie z tego na fejsie (choć nie podając nazwisk ni nazw). Dziś zerknąłem z głupia frant do blogowych statystyk i co widzę… wejście z linka ALICJA-BACHLEDA-CURUŚ-TOPLESS. Pszypadeg? NIE SĄDZĘ!

Panu Prezydentowi Dudzie się zgubiło

W poprzedniej notce przytaczaliśmy cytat ze strony Pana Prezydenta odnośnie prawa łaski. Ponieważ Panu Prezydentowi coś niedobrego się w nocy stało ze stroną internetową, i cytowany tekst zniknął, Zapiski… udostępniają kopię tego tekstu, gdyby Pan Prezydent potrzebował. Przynajmniej tego fragmentu, bo całość się nie zmieściła na jednym screenie, a pdf-ów zamieszczać nie lubią.

Pan Prezydent Duda łaska przestępca Mariusz Kamiński 

Za pomoc dziękujemy Google Cache.

Tabloidyzacja za trzy tysiaki

I znów będzie wsobnie. Znów, bo znów Wesoły Admin umieścił link do mojej notki na głównej stronie gazeta.pl. Tym razem spodobała mu się napisana na chybcika notka o uchodźcach (na chybcika bo sprowokowana impulsem, choć zasadnicze pytanie chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu), najwyraźniej takie notki wychodzą mi lepiej niż te starannie dopracowywane – a przynajmniej bardziej pasują do masowego czytelnika portalu. 

Link wisiał mniej więcej dobę (poprzednim razem kilka godzin), obserwowałem – nie bez fascynacji – jak rosną statystyki wejść z głównej strony. W sumie w ciągu tych dwóch dni (poniedziałkowy wieczór i wtorek aż do wieczora) kliknięto – jeśli wierzyć Bloksowym statystykom – około trzech tysięcy razy, z jakimś haczykiem. Fascynacja była tylko przy patrzeniu na statystyki, bo na samego linka wolałem nie patrzeć:

blog gazeta.pl strona główna tabloid link

Doprawdy, brakowało tylko żeby któreś słowa napisać wielkimi literami. Rozumiem specyficzne prawa rządzące pierwszymi stronami portali, ale mimo wszystko czułem się jak w tabloidzie. Skok do pierwszej setki najczęściej odwiedzanych blogów w tygodniu tego nie równoważy.

Selfie

Napisałem wczoraj rano skoro świt (bo i tak byłem na nogach) notkę – taką trochę na odreagowanie atmosfery (po)wyborczej, spod dużego palca (to ta poprzednia). Po jakimś czasie zupełnie z głupia frant zerknąłem sobie do statystyk blogowych i aż zamrugałem widząc kilkadziesiąt wejść z głównej strony portalu (nie Bloxa, tylko gazeta.pl). Nasuwało się tylko jedno racjonalne wytłumaczenie – wszedłem szybko na główną stronę portalu i faktycznie, w sekcji „Forum i Blox” wesoły administrator portalu zalinkował tę notkę, dodając do niej zdjęcie prezydenta-elekta* i przeznaczone dla najwyraźniej wstrząśniętych użytkowników słowo „Spokojnie!”. 

Aż walnąłem sobie selfie klawiszem Prt Sc:

selfie blogaska na jedynce portalu

To znaczy nie tylko sobie, co Zapiskom. Za brzydkiego (scusi) pana po lewej nie odpowiadam.

*recyklując stary dowcip – nie powinno się mówić prezydent-elekt, tylko prezydent-praw, skoro drugi człon to skrót zawodu