Kim

Koreańskie igrzyska (właśnie zmierzające do końca) zawsze stały w złowrogim cieniu Kima: czy Kim zza nieodległej granicy będzie prowokował? czy będzie straszył wojną, czy też uszanuje olimpijski ekecheiria? I choć atmosfera ostatnich miesięcy była gorąca, to na czas igrzysk Kim wybrał sen zimowy, wysyłając do Pjongczangu swoje cheerleaderki i trochę sportowców, w tym hokeistki wepchnięte na siłę do reprezentacji Korei Południowej.

Ale ja o zupełnie innym Kimie. Ten ma 19 lat, metr siedemdziesiąt osiem wzrostu i siedemdziesiąt sześć kilo wagi. Nazwisko ma po matce Koreance, gabaryty po ojcu Norwegu. Urodzony w Korei jako Kim Magnus, mieszkający w Norwegii jako Magnus Boe, błyszczał na igrzyskach młodzieży i mistrzostwach świata juniorów, w seniorskim bieganiu sukcesów na razie nie odniósł. 

Dla Koreańczyków był jednak prawie nadzieją i wdzięcznym obiektem kibicowania, nie tylko dlatego że włosy wiąże w tradycyjną koreańską kitkę. W półfinale sztafety sprinterskiej szalał na pierwszej zmianie, doprowadzając koreańskich widzów do ekstazy, kiedy na stadion wpadał jako pierwszy (nawet jeśli na linii pomiaru czasu wyprzedził go Szwed), później się już nie musiał przemęczać, bo na kolejną zmianę ruszał już z miejsca dwunastego. W maratonie dobiegł na 47 miejscu (na 63 biegaczy którzy dotarli do mety), z kwadransem straty, ale na stadionie jechał kłaniając się widzom, na mecie widowiskowo wysunął nogę, jakby walczył narta w nartę, choć od rywali w obie strony dzieliło go pół minuty – wszystko dla lokalnych kibiców.

Nie wiem jak się Magnus będzie rozwijał i czy będzie szansą na koreańskie medale w biegach, na dziś wygląda na szansę porównywalną z tą, jaką dla nas stanowi Dominik Bury.

Łzy na bieżni

Zdradzę pewien sekret: potrafię bardzo emocjonalnie reagować na rywalizację sportową, zwłaszcza jeśli dotyczy naszych reprezentantów. Zagryzam zęby, zaciskam pięści, wykonuję przeróżne gesty, wymachy, podskoki; szczęśliwy finał potrafi ze mnie wycisnąć łzy, nigdy nie wiem w którym przypadku. W półfinałowym biegu Joanny Jóźwik na 800 metrów – wygranym firmowym finiszem, tym razem ze środka stawki – podskakiwałem na kanapie z radości.

Takie reakcje mam od dawien dawna. Pamiętam, że jednym z pierwszych przypadków zwilgotnienia oczu był bieg, którego nawet nie mogłem oglądać: finał kobiecej sztafety 4×100 metrów na igrzyskach w Tokio w 1964 roku. Czytałem o nim w zeszytach „Pocztu polskich olimpijczyków” oraz w znalezionej przypadkiem na śmietniku i gdzieś później zagubionej książeczce Tadeusza Olszańskiego, też o olimpijczykach; z tej drugiej mam wryte w pamięć zdanie „Start! Teresa [Ciepły] znakomicie wychodzi z bloków”. I kiedy docieramy do mety, na którą rozpędzona Ewa Kłobukowska wpada bijąc rekord świata, niezmiennie mi się w oczach robi mokro…

Patrzyłem w nocy z zaciśniętymi pięściami, jak Joanna Jóźwik biegnie na końcu stawki i finiszuje na piątym miejscu, z czasem o półtorej sekundy lepszym niż w półfinale, o sekundę lepszym od rekordu życiowego, o 0,42 sekundy gorszym od 36-letniego rekordu Polski, o pół sekundy od medalu. Przed nią była Kanadyjka Bishop, którą pokonała w półfinale, oraz trzy potężne Afrykanki, otwarcie lub skrycie uważane za dwupłciowe, ze słynną już Caster Semenyą na czele. Po tym finale niestety czytam opinie, że biegło w nim trzech mężczyzn, więc…

Ewa Kłobukowska po igrzyskach w Tokio (gdzie do złota w sztafecie dorzuciła brąz na 100 metrów) dalej szła jak burza, także dzięki przyjaźni i rywalizacji z Ireną Kirszenstein (później Szewińską). Mistrzostwo Europy, rekordy świata… Ale w 1967 roku została zmuszona do zakończenia kariery, ponieważ uznano, że nie przeszła testu płci, w części jej komórek stwierdzono obecność chromosomu Y (w konfiguracji XXY). Nie pojechała bić kolejnych rekordów na igrzyskach w Meksyku (stare wymazano z tabel), zamiast tego urodziła syna.

Tępe norweskie łyżwy

Mistrzostwa świata w Falun przynoszą liczne niespodzianki. Dla nas jakże miłą niespodzianką (bo jednak za pewnik tego nie można było przyjmować) jest pierwszy w historii medal w sprincie drużynowym i pierwszy w historii medal Sylwii Jaśkowiec. Niespodzianką jest rozrzut medali, powodujący praktycznie brak „hegemonów” sięgających po medale seriami. Dość powiedzieć, że po rozdaniu ośmiu kompletów medali w biegach, jedynie pięcioro zawodników z 25 ma po dwa medale, z czego trójka „ratuje się” konkurencją zespołową (Northug, Falla i Nilsson).  

Zaskakująco słabo w technice łyżwowej wypada Marit Bjoergen. W biegu łączonym zaledwie szósta (półtorej minuty do medalu!), sprint drużynowy odpuściła, by zbierać siły na 10 km. Zapewne nie spodziewała się, że jak słabo w tym biegu wypadnie, nawet jeśli wziąć poprawkę na nietypowe warunki atmosferyczne i nietrafione smarowanie nart, to jednak zajmując 31. miejsce przegrała z trzema koleżankami z reprezentacji. Czyżby oszczędzała siły na jeszcze kolejny bieg…?

Nic jednak nie tłumaczy racjonalnie tego, co stało się dziś w biegu panów na 15 km. Norwegowie nie wypadli źle, meldując czterech reprezentantów w pierwszej dziesiątce, w tym jednego (najmniej spodziewanego) na najniższym stopniu podium. Gdzież jednak był ich lider? Mało, że przegrał z wszystkimi kolegami. Mało, że przegrał z wszystkimi Szwedami, Finami, Rosjanami czy Szwajcarami – on przegrał także z wszystkimi Polakami. Owszem, pokonał Irańczyka, Duńczyka, Węgra i wszystkich Australijczyków, ale zawodnikowi tak utytułowanemu jak Petter Northug wstyd trochę kończyć na 62 miejscu, blisko pięć minut za zwycięzcą. Jeśli dobrze liczę, to startujący trzy minuty za nim Cologna wyprzedził go przed metą…

Ułameczki i zaokrąglenia

W poprzedniej notce napisałem:
komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”

Pisząc te słowa nie znałem jeszcze wyników rywalizacji w parach tanecznych, transmitowano bowiem akurat rywalizację solistek, a finał par pokazywano z odtworzenia parę godzin później. Zerknąłem dopiero dziś rano (podczas oglądania pokazów), i aż mi szczęka opadła. Czwartą parę od medalu dzielił niecały punkt. Różnica między trzecim a pierwszym miejscem wynosiła raptem sześć setnych (0,06) punktu…

W tym miejscu natychmiast przypomina się nasz olimpijski dowcip o długości bródki. Tam różnica między zwycięzcą a „przegranym” (w cudzysłowie, bo jednak mówimy o wicemistrzu) wynosiła mniej niż możliwości pomiarowe podstawowego zegara, ba! Holendrzy pisali nawet, że mniej, niż różnica czasu, przez który sygnał startera biegł do ucha ich zawodnika. Wtedy zastanawiano się, czy należało w ogóle sięgać do dodatkowego pomiaru leżącego poza granicą percepcji, czy też może przyznać ex aequo dwa pierwsze miejsca. Precedensem był bieg narciarski na 15 km na igrzyskach w Lake Placid, kiedy to Mieto przegrał z Wassbergiem o niezauważalne 0,01 sekundy, po czym podjęto decyzję o mierzeniu czasów z dokładnością do 0,1 sekundy (wtedy, dodajmy, były w zasadzie wyłącznie biegi indywidualne, więc fotokomórka nie mogła o niczym rozstrzygnąć).

Gdyby więc wyniki w konkurencjach łyżwiarskich zaokrąglano z dokładnością nie do setnych, tylko do dziesiątych części punktu, to trzy najlepsze pary miałyby ten sam wynik, po 175,4 pkt. Ponieważ jednak wszyscy wolą raczej, by rywalizującym przypisać miejsca indywidualne, to kolejność byłaby zapewne rozstrzygana przy pomocy kryterium dodatkowego. Nie sprawdzałem aktualnego regulaminu ISU, ale kiedyś decydujące znaczenie miało miejsce w programie dowolnym – co w tym konkretnym przypadku oznaczałoby, że mistrzowie zamieniliby się miejscami z brązowymi medalistami…

Dla porządku dodajmy jeszcze, że w zasadzie tylko w parach tanecznych były aż takie małe różnice – oprócz tego tylko męskie złoto rozstrzygała różnica 0,4 pkt, pozostałe różnice w strefie medalowej zaczynały się od trzech punktów, a w rywalizacji solistów między podium a resztą ziała przepaść trzydziestopunktowa.

Justyna Kowalczyk przesadza

Tuż przed rozpoczęciem tegorocznego Tour de Ski Justyna Kowalczyk ni mniej, ni więcej, tylko – jak wynika z wywiadu opublikowanego dzisiaj – rozważa wycofanie się z tych zawodów. Przyczyną ma być zmiana programu imprezy (już okrojonego wcześniej) i zastąpienie biegu na 10 km stylem klasycznym, sprintem stylem dowolnym. Oficjalnie z powodu problemów ze śniegiem

Zgadzam się, nie zmienia się reguł „za pięć dwunasta”, bo zupełnie inaczej zawodnicy się przygotowują do określonego cyklu biegów, a inaczej do innego (aczkolwiek zmiany wszędzie się zdarzają, mało to razy odwoływano np. fragmenty etapów wyścigów kolarskich?)

Zgadzam się, że obraźliwe dla zawodników jest, jeżeli organizatorzy oszczędzają śnieg, który mógłby być przeznaczony dla biegaczy, żeby wykorzystać go tydzień później dla bardziej poważanych na miejscu (w Oberhofie) biathlonistów. Oczywiście, jeżeli tak jest.

Zgadzam się, że niezrozumiałe jest co do zasady, dlaczego zmieniając rodzaj biegu w jednym dniu i w jednej miejscowości, nie można odwrotnej zmiany przeprowadzić w innym dniu i w innej miejscowości. Owszem, w tej innej miejscowości kibice na co innego może kupili bilety, może transmisje telewizyjne gorzej będą pasować, ale właściwie co to ma obchodzić zawodników?

Pojawia się jednak jeden zarzut, którego nie kupuję. Otóż Justyna Kowalczyk mówiąc o parytecie biegów w obu stylach rzuca w pewnej chwili kąśliwie, że „w momentach decydujących już nie ma 50 na 50. Wtedy są biegi łyżwą.” (i tu pożywka dla domysłów, komu by na tym miało zależeć). Jak sięgam pamięcią, odkąd są jakiekolwiek biegi łączone (od ubiegłego stulecia, od igrzysk w Albertville co najmniej), to zawsze ta pierwsza część była rozgrywana stylem klasycznym, a część pościgowa – dowolnym. Tak było w każdym Tour de Ski i kiedy Kowalczyk zdobywała medale w biegu łączonym. I zupełnie nie rozumiem, czemu ma zatem służyć ta sugestia, że oto teraz ktoś zwiększa znaczenie „łyżwy” (poza nieco małostkową interpretacją, że w tym sezonie Kowalczyk w łyżwie mocna nie będzie).

Znajdź różnice

W pierwszych zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 6 miejsce, zawodnik B – 8 miejsce, zawodnik C – 2 miejsce, zawodnik D – 3 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

W drugich zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 10 miejsce, zawodnik B – 1 miejsce, zawodnik C – 13 miejsce, zawodnik D – 4 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

Zagadka: która drużyna osiągnęła sukces, a która składała się z lidera i trzech par nart?

Odpowiedź: oczywiście sukces osiągnęłą drużyna w drugich zawodach, a trzy pary nart to zawodnicy, którzy zajęli miejsca 2, 6 i 8. Przynajmniej zdaniem fachoffców z Gazety.