Gdyby nie sprawa sędziego Milewskiego i jego rozmów telefonicznych w sprawie Amber Gold, to byłby to jak nic temat numer jeden rozważań publicystów, a tak spada na co najmniej drugie miejsce. Wczoraj sąd w Piotrkowie Trybunalskim (nawet kiedyś byłem, całkiem przyjemne miejsce, sąd mam na myśli) skazał twórcę portalu antykomor.pl, oskarżonego m.in. o znieważenie Prezydenta RP treściami zawartymi na tym portalu, na karę piętnastu miesięcy ograniczenia wolności przez wykonywanie nieodpłatnych prac społecznych.
Już pojawiły się oczywiście przeróżne komentarze, że to Białoruś, że to „efekt mrożący„, że ogólnie nie godzi się karać za „coś takiego”. Odnoszę jednak wrażenie, że tradycyjnie mamy do czynienia z wypowiadaniem się bez wiedzy o szczegółach. Proces był prowadzony z wyłączeniem jawności, więc nie do końca wiadomo, za jakie formy znieważania sąd uznał oskarżonego winnym, wiadomo jednak, że za niektóre go od winy uwolnił (na podstawie migawkowych wzmianek o treści ustnego uzasadnienia wyroku powiedziałbym, że do znieważania doszło na pewno, pewnie bym się zastanawiał, czy traktować to jako znieważanie urzędu akurat, ale w sumie nie w tym rzecz). W powszechnym dyskursie znika prawie zupełnie fakt, że zarzut znieważenia nie był jedynym, że oprócz tego oskarżonego sądzono za pospolite przestępstwa fałszowania dokumentów (wg różnych relacji: legitymacji studenckiej lub dowodu osobistego, do tego jakichś zaświadczeń lekarskich). Czy zatem kara jest surowa? Gdyby oskarżony był sądzony oddzielnie za znieważenie, a oddzielnie za fałszowanie, to za fałszowanie zapewne dostałby – jak każdy tego rodzaju oskarżony – karę pozbawienia wolności mierzoną w miesiącach lub latach i miesiącach, w zawieszeniu na jakieś 3 lata. Przez to, że połączono mu różne przestępstwa, w tym takie, za które sąd nie chciał skazywać na więzienie choćby w zawieszeniu (jak to też w podobnych przypadkach bywa, przypomina mi się dość głośna kiedyś sprawa mysłowicka), paradoksalnie ma karę łagodniejszą niż wszyscy mu podobni. PAP (a za nią media) nie podała jaka była dokładna treść wyroku, czyli jaka kara za jaki zarzut, gotów jestem postawić dolara przeciw orzechowi, że gros kary jest za fałszowanie dokumentów właśnie. Ale w pamięci wszystkich zostanie, że „za wolność słowa dostaje się ponad rok”.
Przy tej okazji znów widać praktykę obejmowania aktem oskarżenia wszystkiego „jak leci”, z której już pokpiwałem. Owszem, można zrozumieć racje ekonomiczne, żeby nie prowadzić kilku osobnych procesów dotyczących tej samej osoby, ale nieodmiennie mam wrażenie, że raczej chodzi o to, aby mieć pewność, że w wyroku prokurator i tak usłyszy słowa „uznaje oskarżonego za winnego”, choćby jeden raz na dziesięć zarzutów. Inaczej nie byłoby poszukiwania w przypadku oskarżonych o dyskusyjne przestępstwa, jak łapownictwo czy molestowanie, zarzutów typu „posiadanie nielegalnego oprogramowania”, zupełnie niezwiązanych z głównymi zarzutami, za to łatwiejszych do wykazania. W statystyce sprawę prokurator ma wtedy wygraną.