Ktoś mi powiedział

Droga, jaką ten dzisiejszy kawałek do mnie powrócił, była wyjątkowo pokrętna: znajomy wrzucił na fejsie uroczy cover czegoś zupełnie innego (który zrzucił mnie ze stołka), rzuciłem się na parodystę z wielkim zapałem, i wśród pokładów piękna znalazłem także i tę wersję

A potem uświadomiłem sobie, że całkiem dawno nie słuchałem oryginału, a mam z nim same dobre wspomnienia (acz wyłącznie muzyczne). Pamiętam, że zawsze zwracała moją uwagę intrygująca fraza „Somebody told me/That you had a boyfriend/That looked like a girlfriend/I had in February of last year„. Dołóżmy do tego umiejętne operowanie rytmem, który – jak już wiadomo – potrafi ze mną zrobić wiele, a tu zwłaszcza w sekcji refrenu daje kopa z siłą wodospadu. Wystarczy, żeby się człowieka trzymało niczym kleszcz.

I pomyśleć, że to był debiutancki singel Killersów. 

Zajawki od Hiszpanii po Chorzów

Docelowo może będę robił podsumowania tygodniowe, dziś wieczór… właściwie już też – bo od poprzedniej soboty na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl napisałem o:
kolarzach w Hiszpanii,
krezusach w Chorzowie,
rekordach w tenisie
widokach w Mediolanie

Skazany za cokolwiek

Gdyby nie sprawa sędziego Milewskiego i jego rozmów telefonicznych w sprawie Amber Gold, to byłby to jak nic temat numer jeden rozważań publicystów, a tak spada na co najmniej drugie miejsce. Wczoraj sąd w Piotrkowie Trybunalskim (nawet kiedyś byłem, całkiem przyjemne miejsce, sąd mam na myśli) skazał twórcę portalu antykomor.pl, oskarżonego m.in. o znieważenie Prezydenta RP treściami zawartymi na tym portalu, na karę piętnastu miesięcy ograniczenia wolności przez wykonywanie nieodpłatnych prac społecznych.  

Już pojawiły się oczywiście przeróżne komentarze, że to Białoruś, że to „efekt mrożący„, że ogólnie nie godzi się karać za „coś takiego”. Odnoszę jednak wrażenie, że tradycyjnie mamy do czynienia z wypowiadaniem się bez wiedzy o szczegółach. Proces był prowadzony z wyłączeniem jawności, więc nie do końca wiadomo, za jakie formy znieważania sąd uznał oskarżonego winnym, wiadomo jednak, że za niektóre go od winy uwolnił (na podstawie migawkowych wzmianek o treści ustnego uzasadnienia wyroku powiedziałbym, że do znieważania doszło na pewno, pewnie bym się zastanawiał, czy traktować to jako znieważanie urzędu akurat, ale w sumie nie w tym rzecz). W powszechnym dyskursie znika prawie zupełnie fakt, że zarzut znieważenia nie był jedynym, że oprócz tego oskarżonego sądzono za pospolite przestępstwa fałszowania dokumentów (wg różnych relacji: legitymacji studenckiej lub dowodu osobistego, do tego jakichś zaświadczeń lekarskich). Czy zatem kara jest surowa? Gdyby oskarżony był sądzony oddzielnie za znieważenie, a oddzielnie za fałszowanie, to za fałszowanie zapewne dostałby – jak każdy tego rodzaju oskarżony – karę pozbawienia wolności mierzoną w miesiącach lub latach i miesiącach, w zawieszeniu na jakieś 3 lata. Przez to, że połączono mu różne przestępstwa, w tym takie, za które sąd nie chciał skazywać na więzienie choćby w zawieszeniu (jak to też w podobnych przypadkach bywa, przypomina mi się dość głośna kiedyś sprawa mysłowicka), paradoksalnie ma karę łagodniejszą niż wszyscy mu podobni. PAP (a za nią media) nie podała jaka była dokładna treść wyroku, czyli jaka kara za jaki zarzut, gotów jestem postawić dolara przeciw orzechowi, że gros kary jest za fałszowanie dokumentów właśnie. Ale w pamięci wszystkich zostanie, że „za wolność słowa dostaje się ponad rok”.

Przy tej okazji znów widać praktykę obejmowania aktem oskarżenia wszystkiego „jak leci”, z której już pokpiwałem. Owszem, można zrozumieć racje ekonomiczne, żeby nie prowadzić kilku osobnych procesów dotyczących tej samej osoby, ale nieodmiennie mam wrażenie, że raczej chodzi o to, aby mieć pewność, że w wyroku prokurator i tak usłyszy słowa „uznaje oskarżonego za winnego”, choćby jeden raz na dziesięć zarzutów. Inaczej nie byłoby poszukiwania w przypadku oskarżonych o dyskusyjne przestępstwa, jak łapownictwo czy molestowanie, zarzutów typu „posiadanie nielegalnego oprogramowania”, zupełnie niezwiązanych z głównymi zarzutami, za to łatwiejszych do wykazania. W statystyce sprawę prokurator ma wtedy wygraną.

Co księżyc widział w Mediolanie

W oczekiwaniu (prawie zresztą zbędnym, tak na marginesie) na audycję o rajdach na Rai Sport 2, obejrzałem sobie bonusowo kawałek meczu Inter – Roma (wiem, wielu się pewnie dziwi, że mając taką możliwość nie śledziłem od pierwszej minuty, ale mówiąc szczerze po pierwsze nawet nie wiedziałem, po drugie i tak bym na początek nie zdążył, po trzecie był sprzed dwóch tygodni, a po czwarte nie wszystko można obejrzeć). 

Czegóż tam nie było: centry Sneijdera ostre jak brzytwa; płynność kontr rozprowadzanych przez Romę; cudowne podania Tottiego (oby włoski ZUS jak najdłużej mu odmawiał emerytury), w tym asysta ze środkowej linii na linię pola karnego i prawie asysta piętą z narożnika pola karnego, gdzie „robił Smolarka” w ostatnich minutach; urodziwe gole (jak bramkarz może sobie pozwolić sobie strzelić gola napastnikowi znajdującemu się metr od linii końcowej i poza polem bramkowym, tak swoją drogą); napastnika wpierw przerzucającego bramkarza jednym muśnięciem na osiemnastym metrze (tak, to ta asysta Tottiego) a potem wylatującego z boiska po dwóch żółtych kartkach, jednej za strzał po gwizdku, drugiej za odbicie piłki ręką…

Wszystko piękne, ale nie to najbardziej przykuło moją uwagę. Futbol dziś jak wiadomo pieniądzem stoi, więc wokół stadionu ze dwa rzędy band reklamowych, jak nie więcej. W tym najbliższym rzędzie reklamy co i raz się zmieniały, przy jednej ze zmian zamrugałem na widok znajomy a nieoczekiwany. Reklamowała się polska firma produkująca plastikowe okna (finestra in pvc). Polscy piłkarze na San Siro to wciąż melodia przyszłości, polska firma już tam jest.

Komentarze do notki mogą zawierać lokowanie produktu:)

Torebka od Vuittona

Kto najbardziej dominuje w światowym tenisie? Zapewne każdy będzie miał swoje argumenty za Federerem, Nadalem, Williams czy Azarenką. Wszyscy oni natomiast, zapytani o to samo, udzielą jednej odpowiedzi, a przeciętny kibic na to nazwisko zapewne wybałuszy oczy. A przecież mowa o zawodniczce, która w swojej karierze nie przegrała meczu singlowego w turnieju wielkoszlemowym, która w tym roku w finałach Wielkiego Szlema nie straciła gema, która ma niesamowity wręcz rekord 470 kolejnych wygranych meczów singlowych w ciągu 9,5 roku. To Holenderka Esther Vergeer, która właśnie po raz czwarty została mistrzynią igrzysk paraolimpijskich (a cały czas pomijam trofea deblowe). 

Wywołuję jej nazwisko po pierwsze dlatego, że zasługuje na miejsce w powszechnej świadomości, a po drugie z powodu naszego lokalnego sporu o miejsce niepełnosprawnych sportowców, podgrzanego przez niejakiego Mikke, dziś niestety brydżystę zdolnego rywalizować na poziomie też chyba tylko w paraturniejach. Głosząc potrzebę zrównania olimpijczyków i paraolimpijczyków pod każdym możliwym względem, wspomnijmy, że ta absolutna hegemonka kortów żyje w ubóstwie w porównaniu z jakimkolwiek z polskich olimpijczyków na państwowym stypendium, za wygraną w turnieju otrzymuje tyle, co kwalifikant w cyklu pełnosprawnych, trenuje za pieniądze sponsorów i dorabia odczytami. 

Na legendarne torebki od Vuittona jej nie stać. 

Esther Vergeer Rafael Nadal wheelchair tennis tenis

Kartofle!

To wspomnienie przyszło zupełnie nie wiadomo skąd, może trochę wiadomo dlaczego, ale pozwolę sobie pominąć. 

Kiedy byłem mały (i może nawet chciałem dojść na koniec świata), pamiętam, że na nasze miejskie podwórko (nie, nie była to studnia na tyłach kamienicy, tylko całkiem spore zielone podwórko, wtedy jeszcze nie zagracone parkującymi samochodami), dość regularnie przyjeżdżał gość. Objeżdżał podwórko dookoła, wybierał dobre miejsce, zatrzymywał się, zsiadał z siedziska, poprawiał czapkę i wykrzykiwał na cały głos:

– Kartooofle, kartofleee!

I na ten dźwięk (który po trzydziestu latach bez trudu odtwarzam z pamięci) całkiem sporo ludzi schodziło ze swoich mieszkań i prosto z furmanki kupowało, czy to kilka kilo na bieżącą konsumpcję, czy to cały worek na zimę. Wiem, że to takie.. niehumanitarne wymagać dzisiaj, żeby ktoś dla mojej przyjemności tarabanił się wozem i konia bez potrzeby męczył, ale jakoś bym chętnie taką scenę znów zobaczył, kiedy w latach 90-tych przyjechał ktoś podobny furgonetką, to jednak nie było to samo. 

Jesień jakaś chyba idzie, normalnie.  

Ruch nie fair?

Kiedy przeczytałem informację, że Ruch Chorzów znalazł się wśród klubów ukaranych przez europejską federację wstrzymaniem wypłaty środków z tytułu nagród za udział w pucharach europejskich, zdziwiłem się. Zdziwiłem się z powodu podanego w tekście uzasadnienia, że Ruch naruszył zasady Finansowego Fair-Play, zakazującego wydawania na pensje i transfery więcej, niż się zarabia na biletach i szeroko pojętej działalności komercyjnej. Zdziwiłem się, bo jako żywo Ruch nie pasuje do wizerunku klubu, który szasta pieniędzmi, kupuje gwiazdy za wielkie pieniądze, płaci piłkarzom bajońskie sumy i w ogóle, w końcu to spółka giełdowa (prawie), która ma obowiązek regularnego podawania danych o swoich finansach, żeby inwestorzy wiedzieli, w co się pakują/wpakowali. 

Nawet zacząłem w myślach kombinować, skąd mogli brać pieniądze, których im nie zaliczono do akceptowalnych przychodów (dotacje? emisje akcji?). Postanowiłem pogrzebać głębiej, i tak jakoś zacząłem… od początku, czyli od UEFA (w komunikatach giełdowych na ten temat cisza). No i szybko znalazłem: istotnie Ruch jest podejrzewany o bycie na bakier z Finansowym Fair-Play, ale z powodu zaległości względem klubów, pracowników lub urzędów podatkowych. 

Nie wnikam, czy i jakie zaległości Ruch ma lub miał (sprawa Sobiecha?), nie wnikam, jakie przedstawi wyjaśnienia w UEFA (ma czas do 30 września), nie wnikam czy te pieniądze ma szanse ostatecznie dostać, kokosy to nie są, ale każdemu życzę żeby dostał co mu się należy. Irytuje mnie katastrofalny brak precyzji (być może powodowany niewiedzą), który sprawia, że Ruch wyszedł na polski Manchester City. 

581

Tyle właśnie dni minęło od tragicznego wypadku Roberta Kubicy na krętych drogach Ligurii, kiedy to po z pozoru niegroźnym, rutynowym wręcz podskoku, jego Skoda wbiła się w źle umocowaną barierę ochronną podczas rajdu Ronde di Andora. Dziś, po ponad 21 miesiącach wypełnionych operacjami i ciężką rehabilitacją (wciąż niezakończoną), ponownie pomknął krętymi włoskimi drogami (dla odmiany w Piemoncie) za kierownicą Subaru Impreza WRC. To, że nie dał szans innym kierowcom startującym w Ronde Gomitolo di Lana, nie ma większego znaczenia, to było trochę jakby Marcin Gortat po kontuzji przyszedł na powiatowy turniej streetballa (ciekawostka: w tłumaczeniu ten rajd to.. Rajd Włóczki); ważne, że jechał, nie oszczędzał się, poprawiał czasy. Lepszym wyznacznikiem aktualnego poziomu rehabilitacji będzie kolejny rajd, w silniejszym gronie, w jakim ma wystąpić za tydzień, ale samo to, co już osiągnął wsiadając do rajdowego samochodu, stanowi wyczyn dający przykład i motywację dla wszystkich kontuzjowanych i – co tu dużo ukrywać – niepełnosprawnych (aż chce się zapytać, na ile przypadkowa jest koincydencja tego powrotu z zakończeniem Igrzysk Paraolimpijskich), co zauważyła też ciężko doświadczona ostatnio Maja Włoszczowska. 

Nikt oczywiście – włącznie z samym Kubicą – nie wie, jak dalej będzie przebiegać jego sportowa kariera, czy i kiedy będzie możliwy powrót na tory Formuły 1 (z rozmaitych niepotwierdzonych wiadomości wnioskować można, że do tego może być jeszcze daleka droga, ze względu na znaczące różnice w prowadzeniu samochodu rajdowego, a jednomiejscowej wyścigówki), niewykluczone są dalsze zabiegi operacyjne, dziś jeździł z nieodłącznym opatrunkiem na prawym przedramieniu. Wola jest i niewątpliwie jej nie zabraknie, miejsce też się pewnie by znalazło, rozstrzygnie biologia. Czy będzie to początek przyszłego sezonu (hurraoptymizm), czy przyszłoroczne GP Włoch (tak, dziś też było, bardzo przyjemne), czy może za dwa lata, możemy tylko czekać, im spokojniej, tym lepiej.. dla nas.

A skoro już o lokalnych rajdach mowa, to właśnie się dziś dowiedziałem, że w tej materii u nas drgnęło. Odwiedziłem trasę 1. Rajdu Katowickiego, a konkretnie odcinek specjalny rozgrywany na ulicach Katowic, poszukując dokładnych informacji znalazłem cały cykl takich lokalnych rajdów w okolicy, zwykle o krótkim stażu. Na razie zgłoszeń kilkakrotnie mniej niż na Ronde Gomitolo di Lana, kibiców też póki co nieprzesadnie wielu, ale każdy odcinek specjalny jest przejeżdżany trzykrotnie, więc może na późniejsze przejazdy przyszło więcej ludzi. Może któregoś dnia i na taki mały rajdzik wpadnie całkiem duży kierowca.

Hiszpańska pętla z biało-czerwoną kokardką

Ten wyścig nie jest mniej trudny od Tour de France czy Giro d’Italia, ale dużo mniej od nich znany (choć Eurosport transmituje go praktycznie w całości) i wciąż mniej prestiżowy – a że trudno pogodzić efektywne jeżdżenie w jednym sezonie w kilku Wielkich Tourach (tzn. da się, ale wygrać we wszystkich), to i obsada bywa mniej spektakularna.

W tym sezonie oczywiście wszystkie oczy były zwrócone na wracającego po dyskwalifikacji Contadora, który ostatecznie (można tak napisać nie czekając na ostatni etap, bo to jednak tylko etap przyjaźni będzie) ograł swoich dwóch hiszpańskich kolegów nieoczekiwanym atakiem nie w najwyższych górach, ale w znacznie mniejszych, kiedy zadowoleni z siebie rywale założyli, że będzie to tradycyjny czas dla wyścigowych harcowników z odległych miejsc. W sumie na 10 górskich etapów, Rodriguez wygrał 3, Valverde 2, Contador tylko 1 – ale to on zbierze laury jutro w Madrycie.

Ale w sumie nie to było motywacją do napisania tej notki. Na samej górze trwała ostra walka (długi czas uczestniczył w niej rewelacyjny w tym sezonie Chris Froome, drugi w TdF, brązowy medalista z Londynu), a tak tuż za ich plecami, dzielnie stawali Polacy. Póki co, w swoich zespołach pełnią zwykle w takich wyścigach funkcje podrzędne, a tu niemal od początku przeciskali się do przodu, trzymając się w miarę możliwości drugiej dziesiątki. W najlepszym porywie, po 14 etapie Tomasz Marczyński był 11., a Przemysław Niemiec 12., z niewielką w sumie stratą do pierwszej dziesiątki (Marczyński na tym 14 etapie był 9, wcześniej zdarzyło mu się być 4 na innym etapie, ale tuż przed całym peletonem). Niestety, ani się nie udało pozycji poprawić, ani nawet utrzymać, ale ostatecznie miejsca 13 i 15 nie są wiele gorsze, a obaj Polacy weszli de facto w role liderów swoich zespołów (Vacansoleil i Lampre). Niele też wypadł Rafał Majka, który skończy na miejscu 32, pełniąc cały czas przede wszystkim funkcję służebną wobec Contadora. Tych pozostałych dwóch, którzy wyścig przejechali wśród anonimowych pomocników, z nazwiska nie ma co wymieniać, lepiej zaczekać, aż będą mieli okazję błysnąć, a już im się zdarzało.

A ileż się przy tym można naoglądać ślicznych hiszpańskich gór..

Londyn, Szkocja, Francja

Na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl piszę w takim tempie, że wrzucanie na bieżąco zajawek do notek zaburzyłoby tradycyjny porządek na tym blogu, zakładający w miarę możliwości regularny płodozmian i unikanie powtarzania kategorii. Dlatego teraz zajawka zbiorcza do trzech nowych notek:
– z Londynu o powrotach sportowców w sporcie paraolimpijskim,
– ze Szkocji o tym, jak śnić na granatowo, 
– i o tym, jak najlepiej jechać do Francji na Euro.  

Komentarze wyłącznie pod właściwymi notkami.