Wróciłem do domu z sobotniego wypadu, zaparzyłem herbatę, sięgnąłem po Wyborczą (farba drukarska zdążyła już zwietrzeć). Żeby nie psuć sobie dobrego nastroju, ominąłem dzielnie wzrokiem wszystkie informacje dotyczące bieżącej polityki polskiej, a że niewiele oprócz tego zostało, to zerknąłem na umieszczone na dole drugiej – jakże ważnej – strony komentarz, zwłaszcza że miał intrygujący tytuł „Bond. Prawie jak James Bond”.
Odruchowo zacząłem się zastanawiać, co takiego pojawiło się na rynku, że nazwą Bond podszywa się pod markę 007, więc zacząłem czytać, lecz szybko zmarszczyłem brwi. Wiedziałem, o czym autor pisze, bo w tym tygodniu widziałem w TV reklamę Heinekena z gościnnym incydentalnym udziałem Daniela Craiga. Byłem w stanie zrozumieć ciężar ciosu, jaki spadł na autora z racji zastąpienia w najnowszym Bondzie martini shaken, not stirred zwyczajnym piwem, choć akurat twórcy ostatnich filmów serii nie szczędzili nam odmienności od kanonów, po prostu trzeba przywyknąć do wszystkiego, tak jak kiedyś do Brosnana czy pistoletów maszynowych zamiast dobrego na wszystko walthera PPK, z Craigiem już się oswoiłem. Zastanawiało mnie jedno: jak rzekomy fan 007 mógł przegapić fakt, że temat zastąpienia martini przez piwo był przedmiotem szerokiego oburzenia już na początku kwietnia?
Zerknąłem na autora komentarza. No tak, redaktor Kublik Andrzej. I wszystko jasne. Prawie znawca. Dedykuję mu ten fragment, może nie zauważył kiedy prawie oglądał. A film już wkrótce.




