Refleks Kublika

Wróciłem do domu z sobotniego wypadu, zaparzyłem herbatę, sięgnąłem po Wyborczą (farba drukarska zdążyła już zwietrzeć). Żeby nie psuć sobie dobrego nastroju, ominąłem dzielnie wzrokiem wszystkie informacje dotyczące bieżącej polityki polskiej, a że niewiele oprócz tego zostało, to zerknąłem na umieszczone na dole drugiej – jakże ważnej – strony komentarz, zwłaszcza że miał intrygujący tytuł „Bond. Prawie jak James Bond”.

Odruchowo zacząłem się zastanawiać, co takiego pojawiło się na rynku, że nazwą Bond podszywa się pod markę 007, więc zacząłem czytać, lecz szybko zmarszczyłem brwi. Wiedziałem, o czym autor pisze, bo w tym tygodniu widziałem w TV reklamę Heinekena z gościnnym incydentalnym udziałem Daniela Craiga. Byłem w stanie zrozumieć ciężar ciosu, jaki spadł na autora z racji zastąpienia w najnowszym Bondzie martini shaken, not stirred zwyczajnym piwem, choć akurat twórcy ostatnich filmów serii nie szczędzili nam odmienności od kanonów, po prostu trzeba przywyknąć do wszystkiego, tak jak kiedyś do Brosnana czy pistoletów maszynowych zamiast dobrego na wszystko walthera PPK, z Craigiem już się oswoiłem. Zastanawiało mnie jedno: jak rzekomy fan 007 mógł przegapić fakt, że temat zastąpienia martini przez piwo był przedmiotem szerokiego oburzenia już na początku kwietnia?

Zerknąłem na autora komentarza. No tak, redaktor Kublik Andrzej. I wszystko jasne. Prawie znawca. Dedykuję mu ten fragment, może nie zauważył kiedy prawie oglądał. A film już wkrótce.

Via dell’Amore

Tak naprawdę to alejka kamienna, starannie wyrównana, biegnąca wzdłuż wybrzeża, aż chciałoby się powiedzieć: zawieszona nad brzegiem, czasem schowana w tunelu. Wstęp kosztuje 5 euro, jak na niecałą godzinę drogi to sporo moim zdaniem, owszem, chodzi się przyjemnie, widoki urocze, ale za taką cenę to mistrzostwo marketingu, cóż, myśmy ją przeszli w ramach biletu na cały park narodowy

Via dell Amore Cinque Terre Italia Włochy

Via dell Amore Cinque Terre Italia Włochy

Via dell Amore Cinque Terre Italia Włochy

Via dell Amore Cinque Terre Italia Włochy

Przyznam, że otoczenie zdawało mi się znacznie ciekawsze, niż sama droga. 

Artykuł 178

No przyznam się: oglądam polski serial. Dobrowolnie, a nie dla towarzystwa. Serial jest nowy i kryminalny, na razie puszczono cztery odcinki (właściwie musiałbym się rozejrzeć za pierwszym, bo wtedy nie sądziłem, że będę znajdował przyjemność w oglądaniu). 

Właściwie nie wiem, czym mnie uwiódł: czy poczciwym Bogusiem Lindą jako – a jakże – milczącym twardzielem, czy tajnosłużbowymi klimatami pierwszego oglądanego przeze mnie odcinka, z kapitalnym twistem na koniec (o to akurat scenarzyści w dotychczasowych odcinkach dbają solidnie), czy też retrospektywnym pomysłem konstrukcyjnym (ten akurat się nieco rozmył, ale poziom jest trzymany). Wady widzę, a jakże, ale jakiż serial ich nie ma?

Ale tak może wypadałoby wyjaśnić, skąd tytuł notki (bo nie jest to tytuł serialu). Rzeczony artykuł pochodzi z kodeksu postępowania karnego i określa jedną z jego najświętszych świętości, a mianowicie przypadki, w których bezwzględnie nie można kogoś przesłuchać, choćby znał całą prawdę i tylko prawdę. Naprawdę genialnie wyglądało, kiedy osoba z taką nieprzekazywalną wiedzą, najpierw udzielała cennych sugestii co do rozwiązania sprawy (na ile mogła ona być formalnie rozwiązana), po czym tymi suchymi czterema słowami stwierdzała „wiem na pewno, co mówię, ale nic więcej nie mogę powiedzieć”. Któż to mógł być? Jedną z kategorii są obrońcy w sprawach karnych, a drugą.. tytuł odcinka brzmiał „Tajemnica spowiedzi”, czujecie te słowa w ustach biskupa?

Aha, serial nazywa się Paradoks. Z takim paragrafem udającym „s”. W czwartki, powtórki w niedziele.

Sąd 24-godzinny

Był taki czas, kiedy w ramach programu likwidacji chuligaństwa (proszę wybaczyć, jeśli szczegóły mi się zacierają, lata lecą, a genialnych programów przybywa), wymyślono, że w razie potrzeby Sąd będzie procedował o każdej porze dnia i nocy. Potrzeba była przewidywana głównie na mecze, manifestacje i inne zadymy, kiedy to można było się spodziewać wszystkiego najgorszego i w dużej ilości. Teoretycy zwykle powołują się na dogmat szybkości ukarania (stary poczciwy Beccaria skupiał się raczej na nieuchronności kary), tak żeby chuligan odczuł karzącą rękę sprawiedliwości rychło, a nie na święty nigdy.

Wpadłem ostatnio do sądu i dowiedziałem się, że koncept sądów 24-godzinnych ma się w najlepsze. Nie żebym odnotował jakieś wielkie burdy czy zamieszki, nic z tych rzeczy. Po prostu jak sąd raz zacznie procedować, to żadna pora mu niestraszna.

sądy 24-godzinne Katowice sąd rejonowy wokanda

Osobiście podejrzewam jednak (jeżeli wykluczyć banalny defekt systemu informatycznego), że prędzej jakiś sędzia nadganiał tyły przed urlopem, a na terminach robił coś, co i tak się robi na posiedzeniu niejawnym (w końcu to sąd gospodarczy). Albo nastąpiło jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni, w sądach się zdarza.

Dzikie zaufanie

Niedzielny spacer w słoneczne popołudnie. Rodzice wchodzą z Juniorem do lasu. Junior ma nietęgą minę. 
– Ojciec, a co będzie jak przyjdą dziki? [a bywają w szeroko rozumianej okolicy]
– Nie przyjdą. 
– Ale jak jednak przyjdą?
– To zrobisz jak w wierszyku. [swoją drogą jak to być może że nikt tego wierszyka samodzielnie nie zamieszcza, tylko w całym stadzie]
– Ojciec, ale czy dziki lubią szyszki? [Junior znalazł i zabrał „śliczną szyszkę”]
– Nie wiem, zapytaj dzika jak przyjdzie. Może będzie chciał twoją szyszkę, jeśli lubi. 
– Ale ja mu jej nie dam.
– A jak będzie chciał sam wziąć?
– To pomożesz…

Ojciec nie jest przekonany do wizji konfliktu zbrojnego z dzikiem o jedną szyszkę, ale docenia.  

Z powrotem w piłkarskich pucharach, czyli Forza Racibórz!

Na pucharowe występy polskich piłkarzy tego lata zdążyliśmy już spuścić zasłonę milczenia, i nie ma co za nią zaglądać. Pucharową jesień możemy oczywiście spędzić na oglądaniu drużyn z całej Europy i wypatrywaniu, czy gdzieś nie błysną tam korki polskich piłkarzy, ale lepszym pomysłem będzie pokibicować jeszcze raz swojej drużynie. 

Bo oto – o czym zapewne większość nie wie – w nadchodzącym tygodniu polska drużyna Unia Racibórz zmierzy się w meczu 1/16 finału Champions League z niemiecką VfL Wolfsburg. A jeżeli ją pokona, w 1/16 finału czekać będą Kazaszki lub Norweżki. Bo mówimy o kobiecej edycji piłkarskiej Ligi Mistrzów (czyli właściwie o Lidze Mistrzyń). 

A zatem – dziewczyny do boju! Kto może, niech jedzie do Raciborza, kto nie może – Eurosport zapowiedział transmisję na żywo. Przyszły czwartek, 27 września, 16.00.

Czy pan śpiewa pod prysznicem?

Tak, kiedyś pisałem notkę na podobny temat, nawet nie tak dawno. Tym razem nie chodzi jednak o dalsze refleksje z życia rodzinnego, ale o kinowe żarty.

Nawiedziłem bowiem byłem* przybytek kinematografii celem obejrzenia ostatniego Woody Allena, na którym krytykanctwo cokolwiek psy wiesza. Nie jestem wprawdzie tak zakochany w Woodym jak obywatel Stec Rafał, ale oczekuję od niego odpowiedniej dozy inteligenckiego (kub inteligentnego) humoru (tak, przy Manhattanie kiedyś zasnąłem). I powiem szczerze: nie zawiodłem się.

Nie jest to Hot Shots, gdzie dowcip goni dowcip, są to też dowcipy bardziej wyrafinowane, w szczególności sam koncept postaci odtwarzanej przez Aleca Baldwina, która banalnemu wątkowi uwodzenia i zdrady dodaje masę radochy, kiedy komentuje bieżące poczynania bohaterów z pozycji uczestnika duchem obecnego, lecz widzianego i słyszanego. Owszem, niektóre wątki są sztampowe (choć tak sztampową Penelope Cruz to można w dużych dawkach), fantastyczny pomysł ze znienacka-celebrytą po otrząśnięciu się okazuje się w sumie banalny, ale ten film nie pretenduje do Oscara, jest właśnie przyjemną składanką dowcipów, z których jedynie niektóre są świeżymi konceptami, ale samodzielnie zbyt skromnymi, by oprzeć na nich coś więcej niż nowelkę. 

I właśnie o jeden z takich konceptów chodzi w tytule. Pomysł z facetem, który ma fantastyczny głos operowy, ale potrafi go dobrze z siebie wydobyć tylko wtedy, kiedy kąpie się pod prysznicem, jest rozprowadzony wzorcowo, od nerwowego początku po słodko-gorzki finał. Szczegółów nie opowiem, kto ciekaw, niech idzie do kina albo sobie wyobraża, jak Woody to konsekwentnie wygrał do końca, i nie było to lanie wody. 

*reklamacji dotyczących składni nie uwzględnia się**
**dotyczących stylu też zresztą nie 

Mikołaj powinien znać swój czas

Pewien znajomy, z którym stale współpracuję, na początku miesiąca przysłał mi kolejną fakturę, przy czym maila z nią zatytułował „mikołaj we wrześniu” i dopisał w treści „w załączeniu prezent”. (Zwykle pisze po prostu „niespodzianka”). 

Na pewno zdziwił się patrząc w wyciąg z rachunku bankowego. Zamiast bowiem przelewu ze zwykłym opisem „niespodzianka” (lub podobnym), otrzymał bowiem przelew zatytułowany następująco: 

mikołaj,mikołaj, tak na mnie wołają ludzie spoza mego miasta pewnie oni rację mają że mikołaj, mikołaj, to równy gość, jeśli nie wierzysz to

(na więcej brakło znaków, może i.. dobrze). Jak ktoś ma wątpliwości, to chodzi o kolejną trawestację tego utworu.

Mikołaj we wrześniu to stanowczo zły pomysł. Być może tylko ktoś w banku miał takiego małego mikołajka czytając ten opis.

Nauka podstaw

Ojciec poszedł na pierwszą w życiu wywiadówkę Juniora. Na razie taką bardziej organizacyjno-odchudzającą (zeszczuplał o jakieś 140 zł), ale Pani Wychowawczyni w celach poglądowych zapewne, rozdała wszystkim kserówki z tzw. wymaganiami programowymi z trzech przedmiotów, a to z polskiego, matematyki i przyrody.

Wiedziony wrodzoną ciekawością (ehh, nie wchodźmy w szczegóły) Ojciec postanowił natychmiast zapoznać się z wymogami stawianymi przed Juniorem w pierwszej klasie (powiedzmy na jej koniec). „Rozumie sens kodowania oraz dekodowania” kojarzyło mu się wprawdzie bardziej z matematyką i jej stosowanymi formami, niż z językiem polskim, ale w połączeniu z „odczytywaniem piktogramów” nabrało pełnego znaczenia. Gdy jednak przyszło do matematyki, Ojciec zaczął odczuwać dziwne wrażenie, że chyba coś z nim jest nie tak. Zdecydowanie nie był bowiem przekonany, że potrafi „ustalić równoliczność, mimo obserwowanych zmian w układzie elementów w porównywalnych zbiorach”. W blady strach popadł zaś, kiedy przyszło do „posługiwania się liczbami naturalnymi w aspekcie kardynalnym”… Bezpieczny grunt poczuł – choć też nie bez zdziwienia – dopiero przy „zna pojęcie długu i konieczność spłacenia go”. Może nie będzie musiał oddawać świadectwa ukończenia pierwszej klasy (i wszystkich następnych)…

Odrobinę Ojca uspokajało, że Pani Wychowawczyni zapisała na tablicy adres strony internetowej Szkoły i powiedziała „tu mają Państwo adres mailowy”.

Łapówka co się zowie

Drążąc aferę Amber Gold, dziennkarze wykryli, że jeden z wcześniejszych wyroków wobec Marcina S.(P.) - ten najłagodniejszy, za sprawę Multikasy zdaje się, w każdym razie jedynie niezbyt wysoka grzywna – został wydany przez sędziego, który dziś sam jest oskarżony o korupcję

Czytam postawione temu sędziemu zarzuty i nie mogę nie rżeć ze śmiechu. Nie, zupełnie nie z powodu luźnego związku z AG (choć rzeczony sędzia może się już czuć ustygmatyzowany, a i sąd prowadzący jego sprawę znajdzie się pod dodatkową presją, że to „przez tego człowieka miliony straciły miliony”). Głęboko ośmieszające dla wszystkich: dla prokuratury, dla sądu, dla systemu, jest postawienie obok siebie zarzutów przyjęcia w sumie 140 tysięcy złotych oraz.. dwóch półmisków ryb w galarecie (pal sześć przejściowe korzystanie z samochodu). Oczywiście, sędzia nie jest od tego, żeby wchodzić w komitywę z podsądnym (a wręcz przeciwnie), ale podejrzenie że sprzedał się za miskę węgorza…

Oczywiście, to nie wina prokuratury że obowiązuje zasada legalizmu, nakazująca co do zasady ściganie wszystkiego na co trafią. Sprawa sędziego ze Słupska to kolejny argument za jej zniesieniem, nawet ryzykując, że prokuratorzy czy to z lenistwa, czy to z… innych pobudek, będą odstępować od prowadzenia postępowań w niektórych sprawach (choć nieraz walor czysto ekonomiczny przemawia przeciwko prowadzeniu sprawy „o 300 zł”, jeżeli kosztuje ona państwo de facto znacznie więcej).