Jak to za dużo uznano za mało

Wzburzenie w regionie budzi dokonany przez centralę NFZ podział środków z fundusz zapasowego. Przyczyną wzburzenia jest – jak zwykle – że (jako województwo) dostaliśmy oczywiście za mało, mniej niż by można, znacznie mniej niż oddział mazowiecki (czytaj Warszawa!) mniej niż inni i w ogóle że jesteśmy w ogonie. 

Jakoś tak popatrzyłem na liczby i wśród tego ogólnego lamentu postanowiłem policzyć. Mazowieckie dostało w sumie 256 mln zł, śląskie 64 mln zł. Do podziału było – będę trochę zaokrąglał dla uproszczenia – 417 mln zł (uważny czytelnik już zaczyna dostrzegać zapewne problem). Przyjmijmy, że sprawiedliwy podział byłby stosownie do liczby ludności, czyli wśród ca 38 mln mieszkańców (dla uproszczenia przyjmijmy, że liczba ubezpieczonych pokrywa się z liczbą mieszkańców) wypadałoby po 11 zł na głowę. W mazowieckim jest 5,2 mln ubezpieczonych, w śląskim 4,6 mln ubezpieczonych (wszystkie dane z linkowanego tekstu). Stosując prosty i sprawiedliwy przelicznik, mazowieckie powinno dostać około 57,2 mln zł zamiast 256 mln zł. Śląskie zaś powinno dostać zamiast 64 mln zł… 50,6 mln zł. 

Gwałtu, rety co się dzieje? Bolesna prawda jest taka, że owszem, dostaliśmy mniej niż Mazowsze (mityczna Cyntrala), że Mazowsze dostało znacznie więcej niż powinno, ale że poszkodowanymi nie jesteśmy my – tylko czternaście pozostałych województw. I że my także dostajemy więcej niż nam się należy, kosztem innych.

Oczywiście, ktoś może wytknąć, że tu takie a nie inne uwarunkowania w skomplikowanym systemie rozliczeń, ale na temat sprawiedliwości w tym podziale to powinniśmy milczeć, bo jest ku temu świetna okazja.  

Salvator Coccinellarum

Pogodna październikowa sobota skłaniała do spędzania czasu na dworze. Ojciec postanowił poświęcić go na przedzimowe porządki w ogrodzie i wokół domu, a że Matka załatwiała jakieś sprawy na mieście, to Junior został zagonio.. zaproszony do pomocy w porządkach, w końcu sprzątanie liści to zadanie w sam raz dla siedmiolatka. 

Przy okazji przegrzebywania liści Junior zaczął natrafiać na schowane w nich biedronki. Na dramatyczne pytanie „Ojciec jak żyć co zrobić z biedronką”, Ojciec kazał delikatnie odstawić owada na jakąś roślinę nie podlegającą sprzątnięciu. Junior skwapliwie się zastosował, Ojciec też się cieszył, że przynajmniej względem takiej gadziny dziecko jest przyjazne. 

Junior naliczył ze sześć uratowanych biedronek jednego popołudnia.

Koreański szal

W zamierzchłych czasach (miejmy nadzieję że naprawdę zamierzchłych) jednym z modnych narzędzi tortur był „hiszpański but”. Dziś na koreańskim torze Yeongam, wymyślono (przypadkiem może) nowe narzędzie, a jego ofiarą padł Lewis Hamilton. Kiedy walcząc o wyprzedzenie bolidów Toro Rosso, wyjechał kołami poza krawędź toru, na podłoże ze sztucznej trawy, mocno już podniszczonej, oderwał kołami pas tej trawy, który zaczepił mu się na bocznej osłonie. Od tego momentu jechał z powiewającym wzdłuż nadwozia zielonym szalem, na szczęście nie groził mu los Isadory Duncan, ale jazda musiała się stać dla niego prawdziwą torturą, zamiast walczyć o wyższą lokatę, pozostało mu obronić ostatnie punktowane miejsce. 

Nie lepiej podczas wyścigu czuł się zapewne Romain Grosjean, ostrzegany z lewej i prawej, że ewentualny incydent z jego udziałem może mieć dla niego niezmiernie przykre konsekwencje (po ubiegłotygodniowym wjechaniu w Marka Webbera). Jechał, jakby mu ktoś trzymał jądra w imadle, unikając ryzyka, nawet kiedy miał szansę na udany atak, przez co ostatecznie stracił co najmniej jedną pozycję na rzecz Hulkenberga. 

W czubie wyścigu było za to wręcz filmowo, aż wypada rozdać wyścigowe Oscary. Nagrodę za najlepsze specjalne efekty dźwiękowe otrzymuje zespół Red Bull, który w końcówce okrążenie za okrążeniem podsycał grozę informując Vettela, że w każdej chwili jego prawa przednia opona może zakończyć swój wyścig. Drugą nagrodę w zespole Red Bulla zgarnia Mark Webber, jako best supporting actor (nazwa angielska celniej oddaje istotę, niż polskie „rola drugoplanowa”), za rewelacyjne udawanie walki z partnerem na pierwszym okrążeniu. Żeby nie faworyzować jednej stajni, nagrodę za reżyserię otrzymuje weteran Rob Smedley za perfekcyjne ustawienie kolejności samochodów Ferrari („Felipe, jesteś za blisko Fernando”). I jak to na Oscarach – w czołówce było zasadniczo.. nudno.

Let’s go Barbie

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do tej piosenki (dzięki, o Youtube, w takich chwilach rozumiem po co istniejesz), zaliczyłem solidny opad szczęki. Udało mi się ją (szczękę, nie piosenkę) doprowadzić do normalnej pozycji, mózg też (nadmiar endorfin na dłuższą metę nie jest wskazany), wylądowała w zakamarku „ciekawostki”.

Wczoraj.. usłyszałem ją w radio, ale właściwie nie tę samą wersję, tylko cover. Osoba, która zapodawała, przytoczyła piosenkę jako „muzykę młodości”. I tu znów zaliczyłem dziwny efekt – bo rozumiem, że można ten kawałek traktować jako szalony wygłup, ale upajać się jej coverami? Toż to sprzeczne z jej istotą!

Ale niech sobie każde pokolenie ma swoje ideały. Dzięki temu inne pokolenia zaczynają poszukiwania i znajdują różne dziwne a atrakcyjne rzeczy (nie będę tu przytaczał wszystkiego co wylądowało dziś na Facebooku). A teraz, jako że po słonecznej sobocie klimat do radosnego wygłupu jak znalazł – let’s go party! (skoro już mnie i tak od wczoraj trzyma). 

Biedroneczko, leć

Piątek to czasem dobry dzień na wycieczkę, choćby i służbową. Jechałem do Miasta Świętej Wieży, rano samochód jeszcze zmrożony, ale wyjeżdżałem koło południa, to już się całkiem ładnie nagrzało. Jadę sobie grzecznie, gdy nagle coś małego mi spada z podsufitki. Przy 100+km/h (nawet jak plus nie jest wielki) nie należy zbytnio odrywać wzroku od drogi, więc spojrzałem dopiero w jakiejś wolniejszej chwili (na światłach) chyba. Jakaś zagubiona biedronka obudziła się chyba pod wpływem ciepła. Łaziła mi potem po nogawce, ale znikła, nie wiem gdzie się schowała. 

Wracałem bocznymi drogami, bo w na dwupasmówce jeszcze przed godzinami szczytu był wielki korek (który jadąc „tam” dość szczęśliwie ominąłem, wyjeżdżając przypadkiem na buspas, zanim się zorientowałem, to dwie trzecie korka miałem za sobą). Niektórzy nie lubią jesieni, bo robi się chłodno (mają rację), robi się ponuro (w dużej mierze mają rację), ale też jesień to czas przekolorowych liści. W pięknym słońcu jazda przez taki kolorowy las to poezja, i takich lasów po drodze mi nie brakowało.

A u celu, w miejscu pracy, cóż, przyznam szczerze: nagrali mnie (celebrity mode off). Wprowadzają w całej Polsce rejestrowanie rozpraw sądowych, dźwięku i obrazu. Dźwięk nie był dla nas tym razem szczególnie istotny, bo strony były dogadane, obraz.. widziałem się w gdzieś w kącie ekranu, jeśli jakość na innym monitorze niż 60-calowy jest lepsza, to może jego rejestracja ma jakiś sens. Za to serdecznie mnie ubawiło, że w sądowym sklepiku mieli szeroki asortyment aktówek – nie wiem, czy tam jest moda na kupowanie ich w sądzie, czy może lokalni prawnicy są tak zapracowani, że poza sądem nie mają ich czasu kupować?

Trzynastka

Przed rozpoczynającym się sezonem Formuły 1 zaklinałem, aby zmiany w regulaminie technicznym spowodowały większe spłaszczenie stawki, a w szczególności żeby liczba kierowców stających na podium w poszczególnych wyścigach była wyższa niż „słabe siedem„. O tym, że moje zaklęcia szybko zaczęły się spełniać, już pisałem, ale że tak się rozwinie sytuacja.. mimo wszystko trudno było wierzyć.

Dzisiaj, po piętnastu wyścigach sezonu (i jeszcze z pięcioma oczekującymi), na podium stanęło w sumie trzynastu zawodników. Co ważniejsze, aż dziewięciu zrobiło to więcej niż raz (co świadczy o nieprzypadkowości tych wyników), a z pozostałych czterech, co najmniej dwóch solidnie zapracowało na te sukcesy, zajmując najpierw wysokie miejsce w kwalifikacjach, a potem ego miejsca co najmniej dzielnie broniąc (Maldonado i dziś Kobayashi). Felipe Massa dzisiaj o odrobinie szczęścia na pewno może mówić – dzięki zamieszaniu w pierwszym zakręcie przeskoczył o sześć miejsc, ale znaleźć się w takiej sytuacji też trzeba umieć, a potem nikt mu nie podarował ani centymetra. Jedynie właściwie Michael Schumacher w Walencji wskoczył na podium dość szczęśliwie, dzięki odpadnięciu czterech rywali jadących przed nim (i mądrej decyzji o zmianie strategii w końcowej fazie wyścigu), na mecie był autentycznie zaskoczony, że zaszedł tak wysoko. 

Powiedzmy też od razu, że tych trzynastu szczęśliwców zajmuje pozycje w pierwszej piętnastce klasyfikacji generalnej (bo nie tylko same podia się liczą). Uzupełnia tę grupę duet Sahara Force India, z którego każdy jeden raz o podium się prawie otarł, dojeżdżając na czwartym miejscu (dodajmy, że Massę można uznać za mniej przypadkowego, bo jednak dwukrotnie też już czwarte miejsca zajmował, natomiast Schumacher poza tym jednym podium nie podskoczył wyżej szóstego miejsca, za to ma rekordową liczbę wyścigów nieukończonych). I może na szczycie tabeli robi się dość przejrzyście (choć historia uczy, że decydujące szarże mogą mieć miejsce w ostatnich wyścigach), to niżej walka trwa o każde miejsce, choć za to dodatkowych nagród nie ma, nawet w postaci sławy mołojeckiej.

Angielka

Kiedy za bajtla kopaliśmy piłkę, na prawdziwym boisku przyszkolnym, albo między blokami, tak się mówiło na trafienie do bramki od słupka (heretyków, którzy w rozmaitych okolicach używali takiego określenia na inne zagrania, darujem zdrowiem, albowiem nie wiedzieli, co czynią). 

Od słupka można przy tym trafiać na rozmaite sposoby. Najczęstszy przypadek to strzał po długim rogu, którego modelowym przykładem jest gol Andrzeja Szarmacha z hiszpańskiego mundialu (na filmie od 0:30, choć przyznajmy, że i poprzedzający go gol dla Francuzów jest dość angielkowaty):

Kiedy strzela się nie po długim rogu, tylko na wprost, to łatwiej trafić w takie miejsce słupka, z którego odbicie zgodnie z prawami fizyki pójdzie nie do bramki, lecz z powrotem na pole gry, i wtedy potrzeba jakiegoś czynnika dodatkowego, dzięki któremu piłka jednak do bramki wpadnie.

Prawdziwa magia ma jednak miejsce wtedy, kiedy piłka uderzana jest po krótkim rogu, będąc nie na wprost bramki, tylko w bocznym sektorze boiska solidnie na zewnątrz od słupka. Wystarczy pomyśleć, jaką rotację musi mieć piłka, żeby ominąć słupek, zakręcić się do niego  i uderzając weń wpaść do bramki (uciekając przed bramkarzem). W tym tygodniu trafił tak w Lidze Mistrzów David Luiz, i co że z wolnego. 

Głupek od bankomatu

Staję przy bankomacie, z tego samego prozaicznego powodu co prawie wszyscy prawie zawsze. Przechodzę ekran za ekranem, docieram do punktu „WYPŁATA”, wybieram opcję „Inna kwota” (wybredny jestem), nie bez smutku konstatuję, że wybór kwoty ogranicza się do wielokrotności kwoty 50 zł. Wstukuję cyfry, machinalnie zatwierdzam i widzę.. z powrotem ekran wprowadzania kwoty. 

Następny raz wstukuję cyfry patrząc uważnie i zaczynam przeklinać pod nosem. Jak przystało na maszynę wypłacającą jedynie kwoty pięćdziesięciozłotowe (w dowolnej wielokrotności), bankomat rozpoznaje liczbę.. zaczynając od groszy, przez co wprowadzenie trzech cyfr nie oznacza paru setek, ale parę złotych, dopiero dołożenie dwóch zer pozwala na osiągnięcie oczekiwanego efektu. 

Ale w końcu to nie wina maszyny, że ją jakiś głupek programował. 

Ekspres do kawy

Kiedy wybieraliśmy zakwaterowanie na tegoroczny wakacyjny pobyt we Włoszech, wybrany przez nas apartament reklamował się między innymi, że posiada na wyposażeniu „ekspres do kawy”. Nie była to najważniejsza z cech, mówiąc szczerze, co najwyżej drobny bonus, niemniej kiedy dotarliśmy na miejsce i rozgościliśmy się, zacząłem się uważnie rozglądać, bo nie rzucał się w oczy. Mając zaś w pamięci wspomnienie, że podczas jednego z wcześniejszych pobytów we Włoszech poczuliśmy się poważnie rozczarowani wyposażeniem kuchni (na tyle poważnie, że w te pędy pognałem do sklepu nabyć talerze, garnek i patelnię, służące nam zresztą do dziś) tylko dlatego, że nie wpadliśmy na pomysł starannego przejrzenia zawartości kredensu w jadalni (który zawierał obiecane pełne wyposażenie), wiedziałem, że nie należy poddawać się pochopnym ocenom. I.. znalazłem. 

Dziś pojęcie „ekspres do kawy” kojarzy się z rozmaitego rodzaju machinerią, od prostych przelewowych, przez „zwykłe” ciśnieniowe aż po wypasione pozwalające zrobić piankę do cappuccino i wzorek. „Włoska” natura espresso skojarzenia te wzmacnia tym bardziej, włoskobrzmiących nazw firm produkujących kawę lub ekspresy nie będę wymieniał bo wszyscy znają, a ja nie chcę robić ostrzeżeń o lokowaniu produktu. Nie wiem czego używa przeciętny Włoch, ale do zaparzenia espresso wystarczy jednak urządzenie z prostych najprostsze, i takie właśnie znalazłem w szafce, i w ogóle nie czułem się rozczarowany.

włoski ekspres do kawy na 2 osoby

Nawet mogłem takie sobie z domu zabrać, mam wersję na 2-3 osoby, jak i malutki jednoosobowy. Wystarczy palnik gazowy, do tego oczywiście woda, kawa i.. filiżanka.

Koń kontra koń mechaniczny

Przy okazji Igrzysk Olimpijskich nieraz pojawiają się pytania „a dlaczego na Olimpiadzie nie ma żużla/wyścigów/innych sportów motorowych”. Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, bo właściwie.. nie ma dobrej odpowiedzi. Najbardziej oficjalna, jaką znam, brzmi „bo wynik zależy nie od ludzkiego wysiłku, ale od maszyny”. 

Z pozoru jest to odpowiedź rozsądna, ale diabeł tkwi w szczegółach. W niejednym sporcie sukces zależy jak najbardziej od jakości sprzętu używanego przez sportowców, w tym od wykorzystania najnowszych technologii. Na londyńskich Igrzyskach padały zarzuty, że spektakularne triumfy brytyjskich kolarzy torowych były w dużej mierze sukcesem tajnej technologii (póki co nie ma konkretnych dowodów, że tak było). Stopień zaawansowania technicznego w łucznictwie, wioślarstwie czy żeglarstwie też może sprawiać, że talent i wytrenowanie nie wystarczą, żeby mierzyć się z przeciwnikiem posiadającym lepszy sprzęt (nie analizuję tu regulaminów technicznych), wyścig technologiczny w skoku o tyczce przez całe dekady prowadził do nieustannego wymyślania nowych materiałów i rozwiązań dających nowe rekordy. 

Powie ktoś, że w tych wszystkich sportach koniec końców jednak wysiłek ludzki ma kluczowe znaczenie. Rozumiem, że faktycznie łódka bez mocnych wioślarzy sama szybko nie popłynie, a wytrzymałość fizyczna kierowcy wyścigowego nie przekłada się bezpośrednio na szybkość jego samochodu (choć oczywiście kierowca o słabszej formie fizycznej daleko nie zajedzie). Pytanie brzmi jednak: a co z jeździectwem, gdzie to od cech indywidualnych konia sukces bardziej zależy, niż od cech jeźdźca? Poza tym historia olimpizmu podpowiada, że w roku 1908, w Londynie, rozdawano medale w zawodach łodzi motorowych…

Dodać jeszcze należy, że kilka lat temu Karta Olimpijska wyraźnie wykluczała możliwość dopuszczenia do Igrzysk sportów opartych na napędzie mechanicznym, ale jej obecna wersja obowiązująca od roku 2011 już tego nie przewiduje. Czy więc doczekamy się za kilka lat sportów motorowych na Igrzyskach? Na Rio może być już za późno (termin na ustalenie dyscyplin upływa w przyszłym roku), ale na 2020 – kto wie, w końcu za niespełna rok dopiero dowiemy się, kto będzie ich gospodarzem: Stambuł, Tokio czy Madryt. Do rozwiązania będzie przede wszystkim (oprócz problemu infrastruktury zawodów) problem sposobu kwalifikacji do Igrzysk. Kto wie, może najlepszym i najprostszym rozwiązaniem będzie „symboliczne” uznanie za część zawodów olimpijskich, odpowiednich zawodów z cyklów mistrzowskich, które mogłyby zostać zsynchronizowane w czasie z Igrzyskami (symbolicznie, bo na pewno nie uda się dojść do porozumienia między sponsorami olimpijskimi, a sponsorami odpowiednich cykli, zespołów i zawodników); w końcu w tym roku Grand Prix Formuły 1 Wielkiej Brytanii na Silverstone odbywało się raptem na 3 tygodnie przed londyńskimi zawodami, żużlowe GP w Cardiff dwa tygodnie po nich, Rajd Walii i motocyklowe GP były może w ciut większych odstępach, ale mogłyby spokojnie zostać inaczej ustawione w kalendarzu. W końcu skoro medale olimpijskie były przyznawane (za „wybitne osiągnięcia”) alpinistom i szybownikom, to dlaczego nie kierowcom, motocyklistom czy pilotom?