O budowie toru saneczkowego

Rozglądam się na wszystkie strony, czy gdzieś nie czyha i nie dybie jakiś typ z nadzoru budowlanego. Rozpocząłem bowiem dziś budowę toru saneczkowego, i przyznam, że zupełnie zaniedbałem kwestie formalno-papierkowe: żadnych pozwoleń, uzgodnień, zgłoszeń, planów… 

A już przecież parę lat temu im musiałem podpaść, bo wtedy ani na wybudowanie nie załatwiałem pozwolenia, ani na rozbiórkę, uznając bezczelnie, że sam się rozbierze.

Oczywiście, to jest notka tak naprawdę o niczym (bo na razie śniegu za mało na większą górkę, wtedy to dość długo trwało nim się uzbierało), po prostu o tym, że spędziłem dziś solidną godzinę na odśnieżaniu podwórka

Świat się kończy

Airborell wyrzekał ostatnio na Fejsie, że ktoś młodszy od niego narzekał „na tę dzisiejszą młodzież”. 

Pojechałem na szkolenie. Po pierwszym dniu doszedłem do wniosku, że jestem zadowolony, że nie jestem najmłodszy. Młodzież się panoszy, czy ja się starzeję?

Zobaczyłem w telewizji reklamę: Boguś Linda reklamuje preparat dla seniorów. Co on k..a wie o starości… no więcej niż ja. 

Idę się upić.

Znad gazety wciąż papierowej

Poszedłem rano leniwie do sklepu po bułki, przy okazji wziąłem gazety. Przekartkowałem nowy numer miesięcznika, uśmiechnąłem się na widok tekstu, o który już się pokłóciliśmy z autorem na fejsie. Zadumałem się przez chwilę, że gdyby nie współczesne technologie, to spór ograniczyłby się do wysłania przeze mnie listu do redakcji, który może zostałby opublikowany w następnym numerze, a może i nie (do tej pory nie pamiętam w tym piśmie listów od czytelników, ciekawe czy ktokolwiek pisze, zamiast skomentować pod artykułem lub na fejsie). 

Później przy kawie sięgnąłem po gazetę codzienną. Znalazłem w niej artykuł Rafała Steca o tym, jak rozrzutnie korzystamy z Internetu uważając, że musi on być w całości dostępny w każdym miejscu i o każdej porze. Gdybym ten artykuł czytał w Internecie, zapewne mógłbym w tym momencie umieścić doń linka, żebyście mogli też go przeczytać nie idąc po gazetę. Artykuł tak mnie zauroczył, że natychmiast chciałem Rafałowi pogratulować, i nie mogłem się zdecydować, czy mam to zrobić na blogu, czy na fanpage’u. Tyle że w tym celu musiałbym włączyć laptopa…

Zadumałem się: jak łatwo, a zarazem jak trudno być człowiekiem XXI wieku. I czy na pewno bycie człowiekiem XX wieku nie było lepsze. 

Idiotyczna pseudotroska PKP o pasażera

Jadę sobie do Wrocławia. Wpadam na Dworzec Główny w Katowicach (od strony nieremontowanej) na piętnaście minut przed odjazdem, widząc brak (w zasadzie) kolejki do kasy oddycham z ulgą, że nie będę musiał szukać konduktora. Mówię „poproszę do Wrocławia na 9.20”, wyjmuję od razu banknot stuzłotowy. Po chwili ze zdziwieniem widzę na wyświetlaczu kwotę przewyższającą setkę, myślę sobie: może jak zwykle kłamali na stronie PKP co do ceny biletu, dorzucam dwie dychy. Po chwili moje zdziwienie się podwaja, bo pani w kasie dziwnie na mnie patrzy i mówi „przecież pan dał stówę”. Nie do końca rozumiem o co chodzi, odbieram bilet i resztę, dziwię się po raz trzeci, bo bilet kosztuje zaledwie 36 zet (przy czym kwota na wyświetlaczu tak ze sto pińdziesiąt), zaczynam się zastanawiać, czy to jakaś taryfa last minute. Wczytuję się w bilet i widzę, że pani radośnie sprzedała mi nie na ekspres 9.20, tylko na TLK 9.36 (którym – drobiazg – na miejscu nie zdążę). Wracam do okienka (wciskając się z boku komuś dziwiącemu się właśnie, że terminal do kart działa inaczej niż zwykle, nie wnikając w szczegóły), mówię że chciałem na 9.20, a pani patrzy na mnie złowrogo i mówi, że „takiego pociągu nie ma!” (w niczym jej nie przeszkadza fakt, że w międzyczasie zapowiedzieli go dwa razy). Do odjazdu tylko pięć minut, jestem podenerwowany, a pani wyprowadza Cios Ostateczny:
– Ale pan wie, że taki bilet na ekspres kosztuje prawie sto złotych?

Zadziwiony po raz szósty, odbieram po chwili zapłacone wcześniej 36 zł (i tak by chyba nie zdążyła już wystawić), pędzę na peron, wsiadam, wypatruję konduktorki, szczęśliwie wsiadła akurat tam, gdzie stałem. Kiedy pociąg ruszył, uprzejmie proszę o wystawienie biletu, a ta troskliwie pyta: 
– Ale pan wie, ile kosztuje bilet, miejscówka, opłata za wystawienie?

Noż kufla brać, nie rozumiem, skąd się bierze takie traktowanie ludzi jak ostatnich idiotów – że wsiadają do pociągu ekspresowego nie wiedząc ile kosztuje bilet. Chyba że obowiązuje domniemanie, że jak se znalazł w Internecie cenę, to kupi przez Internet albo weźmie auto…

PS Tylko idiota w PKP mógł wpaść na pomysł konieczności zarejestrowania się w systemie Intercity przed zakupem biletu (co chyba tłumaczy, dlaczego wyszukiwarka połączeń nie zawiera prostej opcji „kup bilet”) . Powtarzam: tylko idiota, we Włoszech mogłem kupić bilety na ichniejsze Intercity w automacie na dworcu w pipidówie, skląć automat i siebie, a potem w automacie skorygować rezerwację. 

PS 2 Boję się, co będzie jak będę wracał. Nie wiem o której dokładnie będę wracał, więc nie bardzo mogę kupić z góry w ciemno, a stać potem w kolejce żeby zmienić bilet… dziękuję, tym bardziej nie. 

PS 3 Proszę docenić, że nie nabluzgałem pani w kasie Intercity, byłoby w pełni uzasadnione.

Plejlista osobista

AC/DC, Adele, Adolescents, Alanis Morrissette, Alphaville, Amy McDonald, Annette Louisan, Archive, Beatles, Bijelo Dugme, Billy Joel, Bloodhound Gang, Blues Brothers, Bruce Springsteen, Carlos Santana, Chris Cornell, Chumbawamba, Creedence Clearwater Revival, Cutting Crew, Dave Stewart&Candy Dulfer, De Press, Desireless, Dire Straits, Don McLean, Dropkick Murphys, Dżem, Emiliana Torrini, Eric Clapton, Europe, Evanescence, Flogging Molly, Fools’ Garden, Franz Ferdinand, Georges Brassens, Goran Bregovic, Gorillaz, Grzegorz z Ciechowa, Guns’N’Roses, Hayseed Dixie, Hey!, India.Arie, Jacek Kleyff, Janis Joplin, Jimi Henrix, Joan Jett, Joan Osborne, John Lee Hooker, Joy, Katie Malua, Kult, Laura Branigan, Led Zeppelin, Leszek Wójtowicz, Lionel Richie, Liza Minnelli, Louis Armstrong, Maanam, Maciej Zembaty, Maggie Reilly, Metallica, Midnight Oil, Mike Odlfield, Natalie Imbruglia, Nirvana, No Doubt, Offspring, Opus, Pet Shop Boys, Pink Floyd, Puppini Sisters, Republika, Ritchie Valens, Robbie Williams, Rolling Stones, Royksopp, Ryszard Sygitowicz, Sheryl Crow, Simply Red, Sinead O’Connor, Suzanne Vega, Talk Talk, Asteroids Galaxy Tour, Cardigans, The Cars, Cranberries, Doors, Killers, Last Shadow Puppets, Loving Spoonful, The Who, Tomasz Szwed, Touch And Go, Toy Dolls, UFO, Urge Overkill, US3, Vangelis.

To lista wykonawców utworów w katalogu „Muzyka” mojego laptopa. Niektóre z tych utworów stały się już bohaterami lub współbohaterami (choćby trzecioplanowymi) notek, niektóre dopiero się nimi staną. Kolejność mniej więcej alfabetyczna, trochę The mi się zjadło, gdzieniegdzie może brakować współwykonawców. I nie, nie są wymienieni wykonawcy posiadający swoje podkatalogi, w których mam albumy.

Miałem to właściwie wrzucić na fejsa, ale za dużo już tego, a poza tym fejs zaraz to zgubi w czeluściach, gupi.

To co by tu teraz puścić… a niech będzie Bloodhound Gang. Żeby go tu wkleić, musiałem się chwilę pobawić w „serfowanie po tubce”, czyli przeskakiwanie z jednej propozycji na drugą, szukając drogi do właściwego utworu (ostatnie trzy propozycje to Savage Garden, No Doubt i wreszcie Outkast). A co się przy tym mechanizmowi zapamiętywania preferencji w cyfrowym łbie namiesza…

Rolnik daje kredyty

Z racji obowiązków zawodowych dość często stykam się ze specyfikacjami istotnych warunków zamówienia (SIWZ) na usługę udzielenia kredytu (w nomenklaturze ustawy Prawo zamówień publicznych jest to usługa, bo nie jest to ani dostawa, ani robota budowlana, zresztą w klasyfikacji statystycznej udzielanie kredytów to usługa pośrednictwa finansowego). Specyfikacje te są dość mocno sztampowe, w końcu ich treść co do zasady jest wyznaczona przepisem ustawy, ale zawsze budzą we mnie uśmiech. 

Udzielanie kredytów jest w polskim prawie czynnością zastrzeżoną dla banków (formalnie dopuszczalne jest udzielanie ich przez SKOK-i, ale wyłącznie dla swoich członków), a te mogą działać wyłącznie w określonych formach: jako banki państwowe, jako banki spółdzielcze (odmiana spółdzielni) lub jako spółki akcyjne. W specyfikacjach zaś zawsze znajduję wymóg, aby oferent przedstawił „aktualne zaświadczenie z właściwego oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych lub Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego potwierdzające, że Wykonawca nie zalega z opłacaniem składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne)”. KRUS jest przeznaczony dla rolników, bank jako taki rolniczej działalności prowadzić nie może.

Oczywiście, nie winię tu autorów specyfikacji, po prostu wpisują wymogi w dokładnie takim brzmieniu, jak ustawa przewiduje, tak samo jak dla przypadku budowy biurowca, dostawy mleka lub zamiatania chodnika. Po prostu to zestawienie, że ktoś parający się rolnictwem miałby udzielać kredytów, budzi moją wesołość (co nie oznacza, że niejednokrotnie takiego rolnika nie byłoby stać na skredytowanie gminy).

(50)

Dwa wyścigi

Jutro ostatni wyścig sezonu. Zapowiada się z wielu względów.. emocjonalnie – będzie wiele pożegnań (być może wielu żegnających się będzie chciała coś na pożegnanie udowadniać, a przynajmniej dobrze się dać zapamiętać), ale przede wszystkim rozstrzygnie się walka o mistrzostwo świata. 

Brazylijski tor Interlagos ma „szczęście” do takich finałowych rozstrzygnięć. Cztery lata temu Felipe Massa przejeżdżał linię mety w przekonaniu, że już jest mistrzem. W warunkach chaosu wywołanego deszczem, który spadł pod sam koniec wyścigu, na ostatnim zakręcie Lewis Hamilton wyprzedził ślizgającego się Timo Glocka (który zaryzykował i nie zmienił opon na przeznaczone do jazdy w deszczu) i rzutem na taśmę zdobył piąte miejsce, wyprzedzając świętującego Brazylijczyka o jeden punkt. Rok wcześniej tenże Hamilton ruszał do wyścigu jako lider klasyfikacji, z bezpieczną wydawało się przewagą (piąte miejsce również wystarczyłoby mu do zdobycia mistrzostwa), ale po rozmaitych perypetiach dojechał siódmy, przegrywając tytuł o punkt* z trzecim dotąd Raikkonenem. 

Jutro piąte miejsce dla lidera klasyfikacji może się okazać niewystarczające. Może, jeżeli goniący go w tabeli Fernando Alonso dałby radę wygrać, co po kwalifikacjach nie wydaje się szczególnie prawdopodobne (Alonso startuje z ósmego miejsca, liderujący Vettel z czwartego, które dowiezione do mety da mu tytuł). Można się więc spodziewać dwóch wyścigów: czołowa dwójka będzie de facto rywalizować ze sobą o tytuł (wyliczanie wariantów wyników odbywa się niczym w eliminacjach polskiej reprezentacji piłkarskiej, reszta pojedzie o swój jak najlepszy wynik. Vettel nie musi gonić jak szalony, ważniejsze dla niego jest dojechanie do mety, jego przewaga to tylko i aż 13 punktów (przy 25 za zwycięstwo i 12 za czwarte miejsce). Poważnie się zastanawiam, czy najlepszym dla niego rozwiązaniem nie byłoby puszczenie przodem czołowej trójki i pilnowanie, żeby rywal się przez niego nie przedostał (bez podtekstów) – bo powstrzymanie go od podium wystarczy nawet przy przedwczesnym zakończeniu wyścigu przez Vettela. Zdarzyć się może wszystko, może znów spadnie deszcz (w kwalifikacjach chwilę pokropił, prognozy są niepewne), mogą być wypadki.. w każdym razie życzyłbym sobie, żebyśmy mistrza poznali dopiero w chwili kiedy obaj pretendenci miną flagę w biało-czarną szachownicę (i zarazem nie później, bo to by oznaczało, że o tytule zdecyduje werdykt sędziów).

Niebezpieczeństwa związane ze sportem, a w szczególności sprzętem sportowym

Już pisałem, że instrukcje to bardzo ważna rzecz. Dziś przekonałem się o tym jeszcze bardziej dobitnie, kiedy przeczytałem instrukcję nowo nabytego sprzętu sportowego i okazało się, że zupełnie nie doceniałem niebezpieczeństwa z nim związanego. W ramach akcji „BHP wśród ludności” zacytuję tę instrukcję w całości (no, prawie):

Wszelkie posługiwanie się sprzętem sportowym naraża użytkownika na pewne ryzyko. Użytkownicy tego produktu powinni liczyć się z ryzykiem obrażeń ciała. Przed każdym rozpoczęciem ćwiczeń, należy się upewnić, że sprzęt znajduje się w dobrym stanie. Każdy ruch, taki jak upadek i skok oraz jego symulacja, niesie ze sobą ryzyko ciężkich obrażeń. Osoby korzystają z danego produktu na własne ryzyko i odpowiedzialność. 
Każda czynność tego rodzaju powinna być wykonywana pod ścisłym nadzorem.

Chyba rozumiecie ulgę, jaką poczułem, kiedy zapoznałem się z tymi wszystkimi zbawiennymi ostrzeżeniami. Teraz będę mógł naprawdę bezpiecznie (przy zachowaniu świadomej ostrożności) korzystać z mojej nowej wielofunkcyjnej bieżni do ćwiczeń. O, takiej.

Coś głupiego

Czy jest lepsze określenie dla całej grupy wpisów opatrzonych tagiem „przyczepiło się niech leci„? No nie przychodzi mi do głowy. (Oczywiście ktoś może bez przesadnej złośliwości rozciągnąć to określenie może i dla większości wpisów na tym blogu, w końcu tag „bzdury” należy do najpopularniejszych, ale o sprawach poważnych lub/i na poważnie też mi się zdarza pisać). 

Tym razem przyczepiło się coś głupiego najzupełniej dosłownie. Robbie Williams i Nicole Kidman bawią się tą starą piosenką zespołowo – Robbie, mówiąc szczerze, śpiewa lepiej, ale stara się nie szaleć, z kolei Nicole daje się słyszeć, acz ostrożnie, nieprzesadnie, tak sobie ze sobą głosami tańczą. Zawsze lubię kiedy poszczególne warstwy się ładnie, harmonijnie przenikają, bo i aranżacja przyjemna. 

Takie to wszystko harmonijne, że zdecydowanie wolę to nad wersję najsłynniejszą. Można sobie na wiele sposobów tłumaczyć, dlaczego Nancy Sinatra śpiewając z ojcem robi właściwie za echo: skalą talentu, czasami nieprzychylnymi dla kobiet, grzecznością względem ojca.. Fakt jest taki, że Frank dominuje w tej piosence niepodzielnie. Może to jednak kiepski pomysł, żeby taki w końcu romansowy tekst śpiewać z córką, przynajmniej dla córki. 

Ale nie jest to z drugiej strony warunek bezwzględny, bo jednak w oryginalnej wersji, o rok starszej niż Sinatrów, śpiewali małżonkowie Carson Parks i Gaile Foote. Ich wersja jest mocno bezbarwna, to jednak kwestia talentu wokalnego, zatem podziękujmy im tylko serdecznie za napisanie piosenki

Oczywiście grzebanie w jutubie pewnie przyniosłoby jeszcze wiele intrygujących coverów, ale dziś nie mam na to nastroju, w końcu przyczepiła się jednak ta pierwsza wersja. Coś głupiego, po prostu. 

Amber Gold, postrach prezesów i dziennikarzy

Przeczytałem właśnie tekst o tym, jak to na Pomorzu strach blady padł na prezesów spółek, z powodu akcji kierowania do prokuratury zawiadomień o niezłożeniu w sądzie rejestrowym sprawozdań finansowych za lata ubiegłe, co – jak wiadomo – jest jednym z cięższych zarzutów wytoczonych w aferze Amber Gold, a przynajmniej pod adresem prokuratorów. Czytam i głowa mi aż ciąży od poziomu niekompetencji. 

Już najmniej się można czepiać, że niby wszystkim grozi odpowiedzialność karna z art. 77 ustawy o rachunkowości, czyli (w tym przypadku) za niesporządzenie sprawozdania finansowego. Mimo wszystko idę o zakład, że w spółkach posiadających osobowość prawną, prowadzących pełną księgowość, ludzie odpowiedzialni za księgi zwyczajnie wiedzą, że raz do roku trzeba takie sprawozdanie finansowe sporządzić. Owszem, być może leży gdzieś w szufladzie prezesa, nawet może i podpisane (brak podpisów to często spotykane uchybienie, aczkolwiek odpowiedzialności karnej już raczej nie rodzi, litera ustawy tak wskazuje), pewnie się nie wysłało albo żal było akurat wydać 280 zł na opłatę od złożenia tego sprawozdania. Jeżeli do sądu nie dotarło, to istotnie jest powód, żeby kogoś tam pogonić, ale tak naprawdę dopiero dochodzenie wykaże, czy faktycznie to sprawozdanie nie zostało sporządzone. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że popełniono tylko mniej ważące przestępstwo z art. 79 pkt 4 ustawy o rachunkowości (kto nie składa sprawozdania finansowego… we właściwym sądzie rejestrowym… podlega karze grzywny lub ograniczenia wolności), przy czym kto raz złoży, choćby z rocznym opóźnieniem, przestępcą być przestaje. 

Znacznie bardziej przeraziła mnie mrożąca krew w żyłach opowieść, jak to skazanie za takie przestępstwo może wykluczyć z biznesu (czytaj: z zasiadania w zarządzie). Widzę w tym echo wielkiego pytania, dlaczego Marcin P. mógł zasiadać w zarządzie swoich spółek, skoro „popełnił przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu”? Więc tu należy czarno na białym wyjaśnić, że po pierwsze, przestępstwa z ustawy o rachunkowości nie są przestępstwami przeciwko obrotowi gospodarczemu – te nie są wprost zdefiniowane (w sensie zwrotu „za przestępstwa przeciwko obrotowi uznaje się…”) oprócz tego, że rozdział XXXVI kodeksu karnego (artykuły 296-309) taki właśnie nosi tytuł. Po drugie i ważniejsze nawet, przepis określający zakaz zasiadania w zarządach spółek nie odwołuje się do tego pojęcia w sposób ogólnym tylko precyzyjnie wymienia przestępstwa, który taki skutek za sobą pociągają w razie skazania; jest tam wymieniony rozdział XXXVI kodeksu karnego (i szereg innych) ale przepisy ustawy o rachunkowości – już nie. Już prędzej karierę utrudniłoby pełnienie funkcji w spółce ubiegającej się o jakiekolwiek zamówienie publiczne (zgodnie z art. 24 ustawy prawo zamówień publicznych skazanie za wiele przestępstw, w tym tych przeciwko obrotowi gospodarczemu, uniemożliwia spółce zarządzanej przez taką osobę udział w przetargach), ale znów przestępstwa przewidziane w ustawie o rachunkowości się tam nie pojawiają.

Owszem, bycie skazanym za cokolwiek miłe nie jest, ale bardziej to strachy na lachy. Dziennikarze powinni jednak konsultować swoje teksty – jeśli sami nie próbują zgłębiać prawa – z prawnikami redakcyjnymi, a nie z przygodnie napotkanymi politykami, choćby i pretendującymi do miana prawników. A prokuratorzy.. cóż, będą mieli furę dodatkowej roboty, która zapewne nawet nie poprawi im statystyk, a za to utrudni terminowe załatwianie normalnych spraw, w tym tych przeciwko parabankom…