Będę nieżyczliwy…

…i nikomu nic nie pożyczę, o. Nie pożyczę, bo nie mam. Mam tylko jeden nowy rok w tej chwili, i ani kawałka na zbyciu. No chyba że ktoś ma dla mnie taką ofertę, że weźmie ten mój nowy rok na trochę i powie, co mam w tym czasie przyjemnego robić (z rodziną oczywiście), tak żebym mógł wrócić potem w stanie nienaruszonym (i ja, i rok).

A co do Waszych własnych nowych roków, to oczywiście niech Wam płyną przyjemnie i pomyślnie.

Austriackie koligacje

Rozpoczynamy wczesnowieczorne obchody Nowego Roku dla młodzieży (młodzież w składzie domowym wyłącznie). Junior grzebie na podłodze w serpentynach i balonikach, a Matka poszerza mu horyzonty, cierpliwie opowiadając o tym i owym. Jako że z głośników płyną walce wiedeńskie, jednym z tematów opowieści jest walc („nie walec!” kontruje z boku Ojciec pomysły Juniora), koncert noworoczny filharmoników wiedeńskich oraz Straussowie. Junior się wsłuchuje w te opowieści, po czym upewnia się:
– To te walce pisali ojciec syna i jego syn? 

Jawor, yavor, jaworowi gracze

No to pogralim.

Tak się zasadzałem na ojczulka escefaua (superchytry plan na niego wymyśliłem, a co), a tu taki jeden niepozorny nam wyskoczył jak zza krzaka. Pokombinował, pokombinował, chłopów jak jawory na boisko wystawił. (Czy mieli jaja jak jaworowe orzeszki, suponować nie będę, lepiej będzie rzec, że ich skrzydełka poniosły tej jesieni, wszak jawor to klonu gatunek; wystarczyło, że Jaworowy trener jaja miał jak ze stali, wystawił rozmaitych ze szkółki swej leśnej, Wszołków i Traorów jednych, dołożył do tego starych serbskich krzyżowców; może-ć to nos w sumie był, nie jaja, no nie znam chłopa osobiście, by o jego anatomii rozprawiać, umiał ci on jednak i do lewicy przerzucać).

jawor klon owoce orzeszki skrzydełka Wikipedia

A i gierki psychologiczne u niego, jak u jakiegoś Czesława Murinio. Ponaśmiewał się z niedysponowanych, ponaśmiewał, to aż z młodziaka Koseckiego zrezygnowałem (co dychawiczny był akurat nieco), na zatracenie go puściłem. Wiedział ci on, że w młodziaku jego zguba, bo punktów by mi stado przyniósł, a ja mu się podpuścić dałem. 

Ot, zimę muszę przeczekać, siekierę ostrząc, wiosną – jak mi Bóg miły – zetnę, choćby się łbami tatarskimi obstawił. Ale czujny być muszę, bo ta sprytna bestia mi gotowa siekierę schować albo wyszczerbić. Yavoro go zwą, czuj duch!

Fińska flaga

To było w końcówce drugiej serii. Na belce Schattenbergschanze pojawił się faworyt gospodarzy, zajmujące trzecie miejsce Freund. Na jego widok trybuny zafalowały na czarno-czerwono-złoto. Gdzieś z boku mignęła mi z równym zapałem poruszona biała flaga z niebieskim krzyżem, wskazująca na przedstawiciela Finlandii.

Gospodarze cieszyli się w najlepsze (Freund objął prowadzenie przynajmniej na tę chwilę i miał gwarantowane miejsce na podium), a ja gorączkowo szukałem w pamięci. Szukałem… jakiegokolwiek przedstawiciela Finlandii na liście zawodników. Sam nie znalazłem, dopiero spojrzenie na listę uświadomiło mi, że jeden (o nic mi właściwie niemówiącym nazwisku Asikainen) skakał na samym początku, i natychmiast zniknął na spodzie listy. Pozostali zwyczajnie się nie zakwalifikowali. 

Myśl pobiegła w przeszłość, niekoniecznie do rekordzisty Nykaenena (na którego rekord Schlierenzauer zasadza się już w najlepsze), ale przynajmniej lat 90-tych. kiedy Finlandia była w stanie wystawiać dwie mocne drużyny (ach, któż dziś pamięta Laitinena, Kantee czy Jussilainena…). A przecież dziś w konkursie, w pierwszej dziesiątce po pierwszej serii mieliśmy przedstawicieli Norwegii, Austrii, Niemiec, Rosji, Polski i Szwajcarii, czy naprawdę tylko mnie brakuje tam Fina? (wiem, Słoweńcy, Japończycy i Czesi też mogą pokręcić nosem, ale umówmy się, że to nie ten sam kaliber historycznie). 

Konkurs był cudny, zdobycie na skoczni zwykłej wielkości (K-125) noty ponad 300 punktów to naprawdę wyczyn (nawet jeśli wziąć poprawkę, że za sporo tych punktów odpowiada manewrowanie bramkami). My możemy patrzeć nań ambiwalentnie – z jednej strony aż czterech naszych zawodników punktowało, z drugiej strony było to tylko czterech z siedmiu zakwalifikowanych (dwóm zabrakło niewiele, padli ofiarą systemu KO – i po trosze pecha może), a Kamil Stoch drugi skok jednak zepsuł, 13 miejsce nie było na miarę oczekiwań (choć w Oberstdorfie zwykle nie odnosimy sukcesów, nawet za Króla Adama). Niemal tuż za nim znalazł się weteran Martin Schmitt, niegdyś seryjny tu zwycięzca, dziś kończący – mam nadzieję, z czystej sympatii – swoją kiedyś piękną karierę. 

Szacunek dla Marit

Nieobecność Marit Bjoergen na tegorocznym Tour de Ski (a kto wie, czy nie także na mistrzostwach świata), to wielka niespodzianka, in minus oczywiście. Być może Therese Johaug będzie w stanie ją godnie zastąpić, ale do tej pory to Bjoergen była największą faworytką, wręcz jedyną, żeby walczyć z będącą w pełni formy Justyną Kowalczyk (dla uniknięcia wątpliwości: ostatnie sformułowanie oznacza „jeśli Justyna jest w pełni formy”, a nie „na pewno jest w pełni formy”). 

Przyczyna jej nieobecności jest smutna, lecz zrozumiała, zwłaszcza kiedy pomyślimy o zdarzających się w ostatnich latach przypadkach nieoczekiwanego zejścia czynnych sportowców na serce właśnie. Zupełny smutek ogarnia natomiast człowieka, kiedy zaczyna czytać komentarze pod tekstami poświęconymi ostatnim dolegliwościom Bjoergen. Trudno znaleźć tam kogoś zdrowo myślącego, trzymającego się ducha sportu – dominuje schadenfreude i dość niewybredne aluzje do rzekomego dopingu, czy to związanego z astmą, czy też nie. 

A przecież mówimy o jednej z najwybitniejszych narciarek co najmniej ostatnich lat. Zawodniczce, która ma w dorobku siedem medali olimpijskich i dwa razy tyle z mistrzostw świata (w tym wiele najcenniejszych), rekordzistce wygranych zawodów Pucharu Świata na przestrzeni ponad 10 lat. Oczywiście, nasi dzielni „janusze” narciarscy widzą w niej jedynie tę niegodną, która śmiała zamachnąć się na Wielkość Justyny, zupełnie nie dostrzegając, że wielkość zawodnika mierzy się także wielkością jego rywali. Nie wiem, czy Justyna Kowalczyk kiedykolwiek przeskoczy Bjoergen w rankingach, osobiście jestem zdania, że jest najsilniejszą obecnie zawodniczką, ale czy to wystarczy żeby przejąć palmę najwybitniejszej – trochę wątpię

Choć oczywiście jak najbardziej życzę sobie biało-czerwonej zwycięskiej flagi na Alpe Cermis za kilka dni.

Dwa lata w kuchni

Czas przedświąteczny zimny jest jedynie na zewnątrz, wewnątrz domów zaś praca wre na wszystkich frontach. Najprzyjemniejsza (może poza dekorowaniem) jest robota w kuchni, której szczególnie wtedy nie brakuje, bo człowiek w imię tradycji zmusza się/pozwala sobie na rozmaite ekscesy, o innej porze roku niespotykane, szykowane całymi dniami (jeśli nie tygodniami).

Wpadło mi do głowy, żeby z kuchennych przygotowań zrobić blogową relację na żywo. Ostatecznie mi to z głowy wypadło, kiedy sobie pomyślałem o kłopotach przy pracach, od których ręce stają się mocno zabrudzone (a czeka mnie m.in. oprawianie ryb, laptop aż jęknął na myśl o kontakcie ze mną w takiej sytuacji). Niemniej próbka relacji wyglądałaby następująco:
14.45 łupię orzechy
14.50 mieszam kapustę
14.55 wciąż łupię orzechy
15.00 znów mieszam kapustę 
15.05 łupię inne orzechy…
(na faktach, jak mawia znajomy opowiadając dowolny dowcip). Równie atrakcyjnie wyglądałaby trzygodzinna relacja z kulania malutkich okrągłych ciasteczek (element konieczny świątecznego rytuału), ale to jest zwykle odprawiane wieczorami i z pewnym wyprzedzeniem). 

Tym, którzy chcieliby pomyśleć, że przesadziłem z tytułem, wyjaśniam, że przy bawieniu się z bakaliami i makiem (nie zapominając o kapuście), dwukrotnie zdążyłem wysłuchać w całości „Czterech pór roku” Vivaldiego (a jak doliczyć, że mi gupi jutub zerwał odtwarzanie nagrania berlińskich filharmoników pod batutą Karajana, to będzie prawie dziesięć pór roku).

Wesołych Świąt po raz drugi i w pełni sprawnych organów układu pokarmowego!
 

To jest turniej dla długowiecznych

Ten turniej ma już ponad 60-letnią historię i przez cały ten okres właściwie polega na tym samym: trzeba oddać osiem dobrych skoków w półtora tygodnia, na czterech różnych (i wciąż się od siebie różniących) skoczniach. Niezmiennie jest nieprzewidywalny, murowani faworyci w nim nie istnieją, w ostatnich dwudziestu edycjach jedynie dwóch zawodników potrafiło wygrać więcej niż raz, obrona tytułu następuje średnio raz na dekadę. 

Od jakiegoś czasu Turniej premiuje wytrwałość przekraczającą dekadę, być może to efekt także i wydłużających się karier zawodniczych (choć nowych nigdy nie brakuje). Od czasów Weissfloga, dawnego hegemona Turnieju, którego od pierwszego do ostatniego zajęcia miejsca na podium dzieliło długich trzynaście lat (w tym dwanaście od pierwszego do ostatniego triumfu), już kilku zawodników też pokazało taką długodystansową formę, a Ahonen nawet potrafił rekord Weissfloga przebić, śrubując go do piętnastu lat. Patrzę na statystyki i zastanawiam się, kto w tym roku potrafiłby błysnąć taką długowiecznością: Martin Schmitt, walczący o zakwalifikowanie się w ogóle do drużyny? A może Noriaki Kasai, który ustanowiłby rekord nad rekordy, bo 20 lat minie w tym roku od jego pierwszego podium? Z bieżącej czołówki najdłuższy staż ma Morgenstern (osiem lat „na podium”, Schlierenzauer sześć), w sumie przyszłość wciąż przed nimi. 

Kto w tym roku? Od sześciu sezonów za każdym razem jest inny zwycięzca, Austriacy już chyba kolejnego kandydata nie mają, ale Simon Ammann wciąż czeka na swoją kolej (jako pierwszy Szwajcar w historii), Niemcy i Norwegowie też czyhają. A i my się nie pogniewamy, jak wszystkich znienacka pogodzi Kamil Stoch…

Mumerman

Ojciec pyta Juniora:
– Co tam rysujesz?
– Mumermana – pada odpowiedź.

Ojciec czuje się zaintrygowany, zaczyna dopytywać i doglądać. Junior siedzi nad zeszycikiem z zestawem naklejek ze Spidermana, który dostał jako szkolny prezent podchoinkowy. Niektóre z nich ponaklejał tu i tam, potem je naklejone obrysował.

– To gdzie jest ten cały Mumerman? – pyta Ojciec.
– Tu, obok Spidermana – odpowiada Junior. 
I pokazuje mniej więcej na taki obrazek:

Spiderman Mumerman wiki 

Znaczy, tego czarnego ochrzcił. 

Idą Święta (TM)

Święta za pasem, trochę czasu spędziłem ostatnio w placówkach handlowych. Pomysłowość handlowców, przyznam szczerze, zaczyna przerastać moją wyobraźnię, to co opisywałem ostatnio, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co szykują na świąteczne żniwa. 

Oczywiście gdzie tylko może dominuje licencja i franczyza, wszystko może być ozdobione czy wystylizowane na wszystko, dowiedziałem się o istnieniu lalek-potworków, kreskówek z lalkami-potworkami i zestawów do przebierania się za lalki-potworki. Wzdycham z ulgą, że moje dziecko na razie nie jest targetem tego rodzaju gadżetów. 

Znacznie bardziej mnie przybiło, co się wyrabia ze starwarsowym dziedzictwem, i to jeszcze zanim Disney wygodnie się na nim rozsiadł. Pal sześć karty i klocki, nie bez rozbawienia obejrzałem szachy z bohaterami wczesnej i późnej młodości (myśliwce jako pionki, Luke z Yodą na plecach jako skoczek, Leia jako królowa, a może jako król?). Szczęka mi opadła jednak na widok połączenia dwóch licencji – czyli zestawu Star Wars Angry Birds: zbuduj sobie zamek i go rozwal z wyrzutni latającym Hanem… 

No i oczywiście jest moda na kolekcje, w sensie zamiast jednej książki danego autora kup od razu cztery, na przykład. Nie wiem tylko co zrobić, jak już jedną czy dwie książki z zestawu mam (ja albo dowolny ostateczny odbiorca), zwłaszcza że wydać muszę już sumkę pokaźniejszą (niby okazja, 25 za sztukę, ale w sumie stówa). Cały czas fascynuje mnie, dlaczego obok siebie leżały dwa zestawy House’a: jeden obejmował sześć sezonów i kosztował siedem stów, drugi obejmował osiem sezonów i kosztował sześć stów. Oczywiście może ten krótszy był bardziej wypasiony, ale ja sensu wciąż nie widzę, wybaczcie. Wszystko przebijał jednak podręczny zestaw Mozarta, podręczny bo wszystko w jednym miejscu: komplet (podobno) dzieł, 170 płyt. W sumie w okazyjnej cenie, bo tańszy od tego House’a. 

Wesołych Świąt po raz pierwszy i nie zwariujcie!