Ćwiczenia z geologii, czyli przekładaniec dachowy

Tegoroczna zima zasadniczo nas nie rozpieszcza, serwuje nam na zmianę śnieg z mrozem, a dorzuca do tego zjawiska rzadsze w postacie gołoledzi czy wręcz lodowicy (jeśli to nie to samo, proszę mnie ewentualnie skorygować). Jak się dobrze rozejrzeć, to wokoło mamy dzięki temu masę materiału edukacyjnego pt. w jaki sposób odkładają się warstwy (i co można z tego wyczytać). Wyglądałem dziś na dach (żeby oczyścić klapę) i skorzystałem z dobrej okazji, żeby to uwiecznić nie wychodząc z domu:

zima na dachu

Wyraźnie widać, że najpierw sypał śnieg, potem pizgało lodem z nieba, a potem znowu na to śnieg. Skojarzenia z ciastem i podobnymi… są sposobem niemyślenia o zimie. 

Trubadurek

Nie budzi niczyjego zaskoczenia, że dziecko słucha i powtarza zasłyszane piosenki, ba, wspominałem już, że Ojciec poważnie się niepokoił, że Junior będzie powtarzać takie fragmenty, których może byłoby wstyd wysłuchać poza domem.  Cóż, już powtarza, na szczęście na razie nauczył się (poprawniej byłoby: nauczył się naśladować) Marinette Brassensa, w taki sposób, że Ojciec domyśla się, w którym miejscu piosenki jesteśmy akurat, a felerne j’avais l’air d’un con przybiera kształt niezrozumiały nawet dla francuskiego językoznawcy-kryptologa. 

Bardziej Ojca ostatnio zaniepokoiło, że w dziecięcym repertuarze słyszy fragmenty z „Taty Kazika”. Cóż, na plejliście Matki znajdują się co prawda wyłącznie starannie wybrane kawałki, przez co cytatów z Balu kreślarzy czy pieśni o wędrownych damach negocjowalnego afektu ((c)squirk) na razie Ojciec się usłyszeć nie spodziewa, niemniej wewnętrzny niepokój pozostaje. Hmmm… tylko jakie piosenki ewentualnie zaproponować Juniorowi w zamian? (jak ma się nauczyć Ona tańczy dla mnie czy innej Dody, to już lepiej może od razu niech przejdzie do pieśni bardziej dla Rodziców strawnych)

Nie byle jacy piątoligowcy

Zerknąłem wieczorem na wiadomości sportowe na portalu, moją uwagę zwrócił nagłówek, że w Pucharze Anglii sensacyjnie piątoligowiec pobił pierwszoligowca. Zaciekawiony zerknąłem, przeczytałem, zadumałem się. Nie śledzę lig angielskich zbyt pilnie (eufemizm), ale kiedy oni zdążyli spaść do piątej ligi?

Sensacyjnego piątoligowca pamiętałem bowiem z czasów dość odległych (trzydzieści lat będzie wkrótce), kiedy miałem pewien – dość specyficzny – kontakt z futbolem angielskim, i nazwa Luton Town mi pozostała w pamięci jako drużyna pierwszoligowa, nie potentat, ale zawsze. Miewała w składzie zawodników solidnych, lecz nie gwiazdy, wyniki osiągała ligowe raczej; nie każdy, przyznajmy, w jednym sezonie będzie się bronił przed spadkiem do ostatniej minuty sezonu, żeby w trakcie następnego celować w podium (kończąc jednak wynikiem mocno przeciętnym). Zapewne niejeden bardziej współczesny kibic będzie zaskoczony, że zawodnikiem, który uratował Luton przed spadkiem w sezonie 1982/83, był znany z zupełnie innego poletka Radomir Antić, kończący w Anglii swoją karierę zawodniczą.

A kiedy zdążyli spaść? Cóż, bronili się przed spadkiem kiedyś, to się i nie obronili, skakali tak między pierwszą, drugą i trzecią ligą, a później przyszła niepiękna katastrofa. Gwoździem do trumny było przystąpienie do rozgrywek w sezonie 2008-09 z 30 (trzydziestoma) punktami karnymi z powodu machlojek przy transferach. Cóż, historia Luton znaczona jest problemami finansowymi, zmianami właścicieli i transferami czołowych zawodników dla podreperowania budżetu. Jeśli to komuś brzmi znajomo… cóż, zawsze zostają rozgrywki pucharowe, w których można pobić silniejszego.

Tafle

Nawiedziło nas z początkiem tygodnia zjawisko przyrodnicze, o którym już kiedyś wspominałem, jednakże w dużo większej intensywności. Marznący deszcz padał noc całą (z niedzieli na poniedziałek), dzięki czemu rano wszystko było pokryte lodową skorupą. Po raz pierwszy błogosławiłem zakładane na przednią szybę samochodu płachty, dzięki którym przynajmniej tej części samochodu nie musiałem skuwać z lodu; po zdjęciu płacht, na ziemię sypały się (krusząc się szybciutko) tafle lodu grubości paru milimetrów. Parę kawałków pokazowo uratowałem od zniszczenia i uwieczniłem (tło może niepiękne, ale daje orientację co do rozmiarów).

tafle lodowe lodowica

Niestety, lodowica nie zamierzała się z nami rozstać rano, kapała z nieba cały dzień. Radość z czystej szyby o poranku została przyćmiona, kiedy wieczorem zamierzając pojechać do domu, jakieś 20 minut zdzierałem z szyb (przynajmniej niektórych) świeżą warstwę lodu (na dachu i w paru innych częściach samochodu leży do dziś). Ale też muszę uczciwie przyznać, że widok oblepionych lodem witek wierzbowych w świetle wieczornej latarni, był uroczy.

wierzba lodowica Chorzów

Dziś na szczęście sypie śniegiem. Na szczęście, bo uwierzcie: zrzucenie z samochodu 10 cm śniegu to betka w porównaniu ze skuwaniem 5 mm lodu. 

Zrozumieć RainMana

Ze zjawiskiem autyzmu zetknąłem się po raz pierwszy w jakikolwiek sposób, kiedy w II połowie lat 80-tych przeczytałem o planowanym (a może właśnie nakręconym?) filmie z Dustinem Hoffmanem, o tym jak wczuwał się w rolę; potem była informacja, że dostał za ten film Oscara. Kiedy ten film zobaczyłem (na kasecie wideo, jeśli dobrze pamiętam), nie bardzo właściwie rozumiałem (well, wciąż nastolatkiem byłem) ani całego tego zamieszania wokół roli, ani skąd się to wszystko wzięło i dlaczego było tak a nie inaczej. Z perspektywy czasu uświadomiłem sobie, że jakkolwiek bohaterem filmu miał być autystyk, to całość była pokazywana z punktu widzenia człowiek najzupełniej zdrowego (chciałem przez moment napisać: normalnego), a my tylko mogliśmy się zastanawiać, dlaczego ten Raymond się zastanawia, kto zagra na pierwszej bazie. 

Z opowieściami, w których patrzyliśmy na świat oczami autystyka, zetknąłem się znacznie później. Najpierw trafiłem na Dziwny przypadek psa nocną porą Marka Haddona, którego bohaterem jest 15-letni chłopak, podejmujący się rozwiązania zagadki „kto zabił psa sąsiadki” – a w miarę jej rozwiązywania zmuszony zmierzyć się ze znacznie trudniejszymi zadaniami i pytaniami, jakie stawia życie. Trudna sprawa dla kogoś, kto rozumuje jak komputer, a nie jak człowiek, nie akceptuje kontaktu fizycznego z obcymi ani też kontaktu pomiędzy częściami dania na talerzu, a na widok czterech żółtych samochodów po kolei kuli się i zaczyna jęczeć (dopóki nie uspokoi się podnosząc 2 do jakiejś wysokiej potęgi). Ostatnio zaś czytałem Dziewczynę, która pływała z delfinami Sabiny Berman, opowieść o dziewczynie żyjącej swoje własne, oryginalne oczywiście życie, chociaż nie potrafi wyrażać uczuć (musiała się przy pomocy bliskich nauczyć min imitujących uczucia, żeby nie zrażać całkowicie do siebie innych), za to znakomicie odczytującej odczucia zwierząt, zwłaszcza morskich. 

Oczywiście, film to nie książka, zupełnie innego języka używa, nie wiem, czy choćby te dwie powyżej opisane dałoby się przełożyć na język filmowy (choć czytając miałem wrażenie, że co najmniej książka Berman była pisana z uwzględnieniem potencjalnej ekranizacji). Dziwny przypadek… podobno już zresztą jest w przygotowaniu, jeśli się faktycznie pojawi na ekranie, raczej się skuszę. 

Kidiaba i inni

Rozpoczął się Puchar Narodów Afryki 2013. Spoglądam na razie w przelocie raczej (co poradzić, takie nasycenie imprezami sportowymi, a jeszcze żyć i pracować trzeba), wzdychając nieco, że nie jest rozgrywany zgodnie z pierwotnym planem w Libii, tylko w RPA – ale mimo wszystko skórka warta wyprawki, uważam (poza tym w Libii mają chyba zagrać zastępczo za 4 lata, do tej pory mam nadzieję, że wszystko się tam wyklaruje; a tak na marginesie, to styczeń w Libii to pora dość nieprzewidywalnej pogody, ale przynajmniej bez upałów). Kto potrzebuje regularnych informacji i komentarzy, tego w ślad za Czadoblogiem odeślę do specjalisty

Pierwszego dnia patrzyłem zafascynowany, jak kopciuszek z Wysp Zielonego Przylądka gra z teoretycznym potentatem, drużyną RPA. Doprawdy, nie było widać, kto jest kim. Debiutanci przywodzili na myśl Barcelonę – przede wszystkim zestawem kolorystycznym, ale też momentami sposobem, w jaki próbowali konstruować akcje (aczkolwiek trudno zostać nawet Barceloną Afryki przy prowadzeniu akcji trzema-czterema zawodnikami). 

Równie zaskakująco wyglądał mecz Ghany z Demokratyczną Republiką Konga (to duże Kongo, swoją drogą z tymi Kongami zawsze bajzel, wolałem jak mówili na nich po prostu Zair). Tu wprawdzie papierowy faworyt objął nawet prowadzenie dwa do zera, ale po pełnych błysku akcjach Kongijczycy (nie sprawdzałem tej formy, można mnie sprostować) wyrównali. Jednym z bohaterów był niewątpliwie ich bramkarz Kidiaba, który zanotował parę fantastycznych interwencji (co nie znaczy że nie popełniał błędów). Tenże Kidiaba, już samym wyglądem się wyróżniający (warkocz z czubka głowy) ma w swoim repertuarze fantastyczną „cieszynkę„, którą dwa razy mógł się popisać. A mnie dodatkowo serdecznie ubawił realizator w połączeniu ze statystykiem – pokazując Kidiabę (chyba po którejś interwencji), poczęstował nas dodatkowo bezcenną informację, że… zawodnik ten poruszał się po boisku ze średnią prędkością 3,1 kilometra na godzinę (spacerek). 

Kozaczok

Oglądanie w akcji Agnieszki Radwańskiej budzi mieszane uczucia (i nie ma to nic wspólnego z emocjami narodowymi). Gra Radwańskiej różni się od przeważającego trendu – wiadomo, że brak w niej tej wszechobecnej siły, która nadrabiana jest finezją; nie będę nawet wspominał o oklepanych już skrótach, które pełnią funkcję broni atomowej: wszyscy wiedzą, że w każdej chwili może je zagrać, biorą na to odpowiednią poprawkę i przez to ustawiają się w taki sposób, który pozwala na większą różnorodność zagrań. A Radwańska wykorzystuje to bezwzględnie, zresztą bezwzględność killera i zmienność zagrań, wytrącająca przeciwniczkę z rytmu, to właśnie jej znaki firmowe. Do tego nieprzesadnie szybki, ale zabójczo precyzyjny serwis i zdolność do odebrania prawie każdej piłki (acz dzięki różnorodności nie w takiej ceglanej manierze przebijam-przebijam-przebijam…)

Jest jednak jeden element, którego w meczach Radwańskiej nie znoszę. W odbiorze jakże często gra znad samej ziemi, w głębokim przysiadzie, niemal siadając na ziemi (wiem, że w tym szaleństwie jest metoda, że tak nadrabia niedostatki siły, ale..). Uderzenie piłki z takiej głębokiej pozycji sprawia wrażenie nie tyle gry w tenisa, ile jakiegoś tańca kozackiego. 

I jeszcze jednej rzeczy nie znajdziemy u Radwańskiej na pewno: cudownego uśmiechu, z jakim Ana Ivanovic bije kończące piłki. Radwańska przy kończących piłkach ma beznamiętną minę killera, przy psutych – niezadowoloną minę killera-perfekcjonisty, uśmiecha się dopiero po ostatniej zwycięskiej piłce. 

PS. W czasie pisania tej notki Wawrinka zlał Djokovicia 6-1. Ale to dopiero pierwszy set.

Turyn… całorocznie

Kiedy ostatnio wrzucałem wspominkową serię zdjęć z wakacji o mocno rozgrzewającym charakterze, spotkałem się z zarzutami, że jestem bez serca, w środku zimy takie letnie obrazki pokazując. Wciąż nie do końca te zarzuty rozumiem, ale żeby nie narazić się na zarzut sadyzmu w warunkach recydywy, postanowiłem… nie, nie wrzucać żadnych zdjęć zimowych, ale wybrać takie zdjęcia, w których pora roku nie odgrywa żadnego znaczenia. 

Symbolem Turynu jest byk, więc można go znaleźć wszędzie i w każdej formie…
Turyn Torino Włochy Italia Teatro Reggio toro

 …choć nam Turyn pewnie bardziej kojarzy się z samochodami, niekoniecznie takimi…
Turyn Torino Włochy Italia Museo Automobile Bertone

…niekoniecznie się spodziewamy tam surrealizmu wprost z filmów Bunuela…
Turyn Włochy Mole Antonelliana Museo Cinema

 …ale w Muzeum Kina to w sumie nic dziwnego, podobnie jak takie przejścia…
Turyn Włochy Mole Antonelliana Museo Nazionale Cinema

…zakupy pod dachem niekoniecznie muszą oznaczać blaszak…
Turyn Torino Włochy Italia pasaż Via Viotti

…a kot w średniowiecznym zamku jest równie średniowieczny, jak sam zamek.
Turyn Torino Włochy Italia Castello Borgo Medievale 

Bardziej letnie zdjęcia też mam, ale do wiosny nie pokażę. Chyba.

Kanapka ze śledziem

Zaprogramowano robota tak, by sądził, że lubi kanapki ze śledziem. Następnie położono przed nim kanapkę ze śledziem i robot natychmiast pomyślał: „Oj! Kanapka ze śledziem! Lubię kanapki ze śledziem!” Schylił się, podniósł kanapkę, wsunął ją sobie w przykryty klapką otwór do wsadzania kanapek ze śledziem i wyprostował się. Na nieszczęście został tak skonstruowany, że prostowanie ciała powodowało wypadanie kanapki z otworu i jej lądowanie pod jego nogami. Robot więc natychmiast pomyślał: „Oj! Kanapka ze śledziem!” i tak dalej i całe działanie odbywało się od nowa. W ten sposób naukowcy odkryli siłę napędową wszelkich zmian, rozwoju wszechświata i postępu w życiu: kanapki ze śledziem.
(Douglas Adams, W zasadzie niegroźna, tł. Paweł Wieczorek, nieznaczne skróty: Zapiski; jak nie czytaliście, to zróbcie to koniecznie, być może pewien sens będzie miało przeczytanie przedtem wcześniejszych czterech części trylogii, nie ważcie się korzystać z chomika, lepiej idźcie do biblioteki #człowiekXXwieku).

Jak widać, kanapki ze śledziem ważne są, i nie trzeba być robotem, żeby to zrozumieć. Ludzką rzeczą zaś jest wymyślić rozmaite sposoby na taką kanapkę. Najprostszy to po prostu wziąć dwa kawałki chleba, przełożyć śledziem i odpowiednio wbić zęby. Specjaliści od marketingu zaczną jednak zadawać pytania: a z jakiego chleba? a czym posmarować? a czym podłożyć? a czym posypać? a jak przyrządzony śledź? a na ciepło czy na zimno? a w jakim kolorze? (to ostatnie pytanie też jest rodem z Adamsa, zresztą koneserzy będą wiedzieli od razu).

Testowałem rozmaite wariacje. Długi czas używałem śledzi solonych, nawet w wersji dla twardzieli, czyli niewymoczonych; wtedy zdarzało się obsmarowywać śledzia musztardą (a w wersji hardcore dżemem porzeczkowym) i podkładać sałatę, jak również całość podgrzewać (wychodziło coś na kształt śledźburgera, ale podgrzana słoność była jednak mało przekonująca). Ostatnia wariacja zakłada wykorzystanie śledzia w sosie śmietanowym: sosem smaruje się kromki, śledzia układa na posmarowanym, a jak w sosie coś pływa, to się zżera od razu (bo z kanapki to bezsensownie wyleci). 

Zastanawiam się, dlaczego będąc w Holandii nie jadłem tamtejszych renomowanych kanapek ze śledziem? Cóż… zimno było i nieszczególnie chciało się rozglądać za nieciepłymi kanapkami.

Po spowiedzi

Wyznania Lance’a Armstronga przed Oprah Winfrey przyjąłem zupełnie spokojnie, jego winę od dawna uważam za udowodnioną, zresztą już o tym pisałem. Jedyne, czego szukałem w tym wywiadzie, to odniesienia się do innych ludzi, takich jak koledzy z zespołu czy osoby, z którymi Teksańczyk zaciekle walczył słownie i prawnie – w tym zakresie wiele się nie dowiedzieliśmy, a raczej mówi się, że tu wyznanie jest niekompletne lub wręcz nieszczere. 

Zastanawia mnie w tej chwili nie tyle ani to, co Armstrong zrobił, ani to, co z nim dalej będzie (ja bym mu pozwolił się bawić w triathlon, to już bez znaczenia), ile postawa tych, którzy go bronili. Spodziewam się zresztą, że niektórzy będą bronić dalej: usprawiedliwiać branie testosteronu usunięciem jądra („wyrównywanie szans”), powtarzać za nim opowieści o tym, że robił to co wszyscy, czy że bez dopingu i tak by wygrywał, bo był wielki. Pozostawiam fanów z ich problemem, bo o nich mniej mi chodzi. 

Wciąż bardziej zastanawia mnie postawa zawodników. Rozumiem, że wychowali się w szacunku dla „Wielkiego Mistrza”, że na nim się wzorowali, że wierzą, że nawet w towarzystwie dopingowiczów był po prostu najlepszy. Nie umiem się jednak oprzeć myśli, że robią tak dlatego, że brali równo z nim lub braliby bez namysłu, żeby próbować z nim rywalizować. Co gorsza, nie umiem się oprzeć myśli, że są gotowi brać dalej. 

Ale tego się ze spowiedzi Armstronga nie dowiemy na pewno.