Czwórka

W listopadzie 1992 roku Marco van Basten grał w meczu Ligi Mistrzów z IFK Goeteborg (grupowym). Strzelił cztery gole, Milan wygrał 4-0. Parę miesięcy później van Basten odebrał Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza europejskiego (taki – jedynie słuszny – był wówczas format tej nagrody), choć w reprezentacji zawiódł na mistrzostwach Europy, a Milan zdobył jedynie mistrzostwo Włoch (sam van Basten ustrzelił koronę króla strzelców Serie A).

W kwietniu 2010 roku Lionel Messi grał w meczu Ligi Mistrzów z Arsenalem (rewanżowy mecz ćwierćfinałowy). Strzelił cztery gole, Barcelona wygrała 4-1. Na początku następnego roku Messi odebrał Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza świata, choć z afrykańskiego mundialu przywiózł jedynie upokorzenie, a Barcelona nie obroniła triumfu w Lidze Mistrzów.

W kwietniu 2013 roku Robert Lewandowski grał w półfinale Ligi Mistrzów z Realem Madryt.  Strzelił cztery gole, Borussia Dortmund wygrała 4-1. Na razie kropka.

Otrzepywanie się

Ten moment, kiedy idziesz na szybki prysznic, po czym zakręcając wodę w wannie uświadamiasz sobie, że ręcznik kąpielowy został w tej drugiej łazience. 

W takiej chwili zostaje (poza gromkim sacrebleu czy jaki tam język kto preferuje do wyrażenia dynamicznych, negatywnych emocji) bezradne rozejrzenie się po łazience, rozważenie kwestii wystarczalności ręcznika do rąk – a potem przystąpienie do najbardziej tradycyjnej z metod: otrzepywania się z wody. Z odpowiednią starannością, bo wprawdzie człowiek nie ma psiej sierści, ale i tak wystarczająco dużo kropel trzyma się skóry, i zbytnim wymachem można zachlapać łazienkę. Potem dobrze jest mieć pod ręką (nogą) dywanik, na którym można stanąć, zawsze trochę wsiąknie.

Na tyle, żeby potem w klapkach dało się przebyć drogę do drugiej łazienki, nie zostawiając za sobą wyraźnego śladu.

Warszawski postmodernizm architektoniczny

Rzuciło mnie służbowo do stolicy. Dobrze trafiłem, bo dzień był śliczny, słoneczko piękne, temperatura co najmniej dwucyfrowa (a może i z dwójką na początku). Mając chwilę czasu w zapasie, szedłem więc sobie leniwym spacerem oglądając sobie, jak ta nasza siedziba Stadionu Narodowego wygląda. Rozwodzić się nad śmiesznym wieżowcem z wielką dziurą nie będę, pewnie zrobiono to już wiele razy, znacznie bardziej zaintrygowało mnie, co wypatrzyłem w okolicy kościoła Wszystkich Świętych.
 Warszawa Bagno kościół Wszystkich Świętych

Nawet specjalnie zrobiłem detal:
Warszawa Bagno kościół Wszystkich Świętych 

Tak mi pasuje do ulicy Bagno (wiem, że to brzydko się śmiać z nazwisk etc). Całości dopełniał znajdujący się tuż zaraz Plac Grzybowski, na którym zafascynowały mnie imitacje torów tramwajowych (varsavianiści pewnie mają o tym jakąś fajną historię), rudera na rogu Próżnej nie wyglądała na hipsterską imitację. 

Później wyszedłem na Plac Bankowy, szedłem wzdłuż dłuuuugiego i bardzo urzędowego pałacu i zastanawiałem się, czym wszystkie lokalne władze naraziły się Wieszczowi, że stał do nich tyłem i wolał patrzeć na zwykłe, przygaszone peerelowskie bloczydełko. Może nie podobało mu się, że mu po bokach zrobili dworzec autobusowy. 

Ogród Krasińskich rozczarował mnie, bo zasadniczo był jeszcze w przedsezonowym remoncie, więc zamiast przezeń przejść, musiałem go obejść. Tym milsza była jednak niespodzianka na jego drugim końcu, kiedy na trawniku przed gmachem z napisem Biblioteka Narodowa zobaczyłem taki śliczny widoczek:

Warszawa plac Krasińskich Biblioteka Narodowa

Różne światy sędziowania

Said Owairan, reprezentant Arabii Saudyjskiej, nigdy nie należał do czołowych piłkarzy świata (choć nawet był wybrany najlepszym piłkarzem Azji). Ci, którzy oglądają futbol od co najmniej dwudziestu lat (lub zapoznają się z historią futbolu z tego okresu) na zawsze zapamiętają go jako autora niesamowitego gola na Mundialu 1994, kiedy to Owairan otrzymał piłkę pośrodku swojej połowy boiska i popędził naprzód, mijając czterech czy pięciu Belgów. Wielu porównuje tego gola z legendarną akcją Maradony przeciwko Anglii osiem lat wcześniej, lecz zapomina o jednym drobiazgu: otóż przed mistrzostwami zapowiedziano zawodnikom, że w przypadku wślizgu od tyłu, faul będzie automatycznie karany czerwoną kartką – przez co obrońcy byli znacznie bardziej wstrzemięźliwi w podejmowaniu ryzyka takiego wejścia. 

Znacznie lepiej wszyscy pamiętają zapewne zdarzenia z poprzedniego Euro, kiedy to po meczu Austria-Polska odsądzali od czci i wiary Howarda Webba, który ośmielił się w końcówce meczu odgwizdać „faul co to się go nie gwiżdże” i podyktować karnego przez który wciąż nie wygraliśmy meczu na mistrzostwach Europy. Ostatnio jednak Rafał Stec opisał, że przed Euro sędziowie objeżdżali wszystkie drużyny informując (a przynajmniej próbując poinformować) o przyjętych wytycznych w zakresie interpretacji przepisów – ostrzegając de facto właśnie przed takim zachowaniem, za jakie Webb odgwizdał przewinienie. 

Dwa miesiące temu (jak to zleciało..) w meczu Ligi Mistrzów między Manchester United a Realem Madryt istotną rolę odegrał moment, w którym próbującemu – dość akrobatycznie, wyciągniętą nogą  – przyjąć piłkę Naniemu, pokazano czerwoną kartkę, gdyż wpadł tą nogą wprost na rywala, trafiając go w tułów. Litera przepisów o grze w piłkę nożną przekonuje, że takie zagranie – dość nielogicznie – oceniono jako użycie nadmiernej siły, excessive force (kto o zdrowych zmysłach używałby dużej siły do przyjmowania piłki? oczywiście, jak najbardziej można mówić o zagraniu nierozważnym, niezwróceniu uwagi na przeciwnik, ale to kwalifikuje się co najwyżej na kartkę żółtą). Znów jednak okazało się, że kolejne wytyczne grona sędziowskiego nakazują bardziej surowe traktowanie takich sytuacji, w których zderzenie (z faulem) mogłoby narazić na szwank zdrowie przeciwnika. 

Piszę o tym wszystkim, żeby podkreślić rolę tych właśnie wytycznych wydawanych przy różnych okazjach, przekazywanych przede wszystkim czołowym sędziom na największe mecze, lecz umykających publiczności, a często i szerszemu gronu zawodników i sędziów na niższych szczeblach. W ten sposób tworzy się osobny świat sędziowania dla tych większych, i całkiem osobny – dla tych mniejszych, czasem nie wiadomo, który lepszy, skoro konsekwencji brak. 

Zakręty pętli czasu

W ubiegłym sezonie głośno dość było o filmie Looper, tej zimy już nawet się chyba zdążył pojawić na DVD. Osobiście nie widziałem (przeżyję, najdalej za dwa lata będzie w TV), ale stanowi on dla mnie impuls, żeby wreszcie napisać od dawna planowaną notkę o interesujących aspektach pętli czasu w filmach SF. 

Zacznę od takiego filmu najmniej rzucającego się w oczy, czyli od Częstotliwości. Fabułę ma mocno naciąganą, o tym jak syn przy pomocy radia (i dziwnego zjawiska fizycznego) łączy się z żyjącym 30 lat wcześniej (zmarłym 30 lat wcześniej) ojcem (koncept jak ojciec fizycznie przekazuje coś synowi dzięki temu połączeniu był w stanie dobić człowieka). Syn (policjant) dobrą radą ratuje ojcu (strażakowi w trudnej akcji) życie, co powoduje (zgodnie z wszelkimi zasadami dotyczącymi zmieniania kontinuum czasoprzestrzeni) skutki dla jego własnej teraźniejszości. Scena, w których syn przychodzi do pracy i widzi na biurku znacznie mniejszą (dzięki zmianie w rozwoju zdarzeń) ilość teczek od tej, którą zostawiał dzień wcześniej, podobała mi się niezmiernie (a to ledwie początek). 

Z klasycznych filmów oczywiście wypada zatrącić o serię czterech już Terminatorów. Przyznam szczerze, kiedy oglądałem pierwsze dwa (albo i trzy), to zawsze mnie zastanawiało (może mi umknęło) wytłumaczenie, dlaczego właściwie wszyscy zawsze się przenoszą w czasie o dokładnie ten sam okres (o ileż prościej byłoby wysłać bardziej zaawansowanego robota w moment, kiedy Connor byłby łatwiejszym do ustrzelenia celem). Oczywiście każdego przechodził dreszcz w momencie, kiedy uświadamiał sobie, że Kyle Reese przybywał w przeszłość po to, żeby zostać ojcem swojego przyszłego dowódcy. Ten twist został ostatecznie jednak dopełniony, kiedy w czwartej części John Connor ratował życie dużo młodszemu od siebie Kyle’owi (implikacje tej pętli zostawiam każdemu do spokojnego uświadomienia). 

Mistrzostwem (prywatnym moim) jest jednak 12 małp Terry Gilliama. James Cole jest rzucany w różne miejsca w czasie głównie po to, żeby jego obecność w tych momentach pomogła uwiarygodnić go w najważniejszej podróży (nie powiem, żeby to było zamierzone). Arcydziełem jest jednak scena (zapowiadana od samego początku, choć zrazu nie rozumiana jak należy), w której przybyły z przyszłości Cole ginie na oczach siebie samego jako ośmiolatka. Lepiej się tego zapętlić nie udało. 

No, chyba że w Looperze się udało. 

Depozyt

Miałem w sądzie parę minut przerwy w rozprawie (dość emocjonującej), więc czekając na powrót na salę zacząłem sobie studiować ogłoszenia sądowe wywieszone na korytarzu. Dominowały oczywiście tradycyjne o zawieszeniu postępowania z powodu braku czyjegoś adresu, o ustanowieniu kuratora dla kogoś kogo adres jest nieznany, czy o licytacji jakiejś nieruchomości. Wśród nich zauważyłem jednak rzecz nietypową (może dlatego, że rzadko przebywam w okolicy wydziałów karnych) – wezwanie do podjęcia z depozytu rzeczy zebranych jako dowody w postępowaniu karnym, prowadzonym w sprawie jakiegoś wypadku. 

Początkowo, nie ukrywam, uśmiechnąłem się, skoro zaraz na początku listy znalazłem „kolczyki z metalu żółtego, niekompletne”, „majtki damskie białe 1 szt.”, a nieopodal „pasek damski z napisem” i inne części garderoby (w tym „półlowet wełniany”). Później rozbawiły mnie „opakowanie Colgate uszkodzone” oraz „szklany pojemnik wypełniony w 2/3 czarno-białym proszkiem z napisem BLACK PEPPER”. Aż westchnąłem nad losem widząc, jak pracowicie opisywano „reklamówkę uszkodzoną z napisem…”

Lista robiła się coraz dłuższa, umysł stał się czujniejszy, wyobraźnia zaczęła pracować. Ubrania, dużo ubrań starannie opisywanych, w tym dziecięce; kawa, kosmetyki, drobiazgi.. Reklamówki z napisem „mama” oraz zdrobnieniami imion dziecięcych (też chyba uszkodzone). Twarz stężała, uśmiech się gdzieś zgubił. Zobaczyłem ten wypadek w wyobraźni, pomyślałem, jak dwie godziny wcześniej pędziłem po lokalnych drogach. 

Nie wiem, czy uczestnicy tego wypadku mieli szansę się w ogóle zgłosić po odbiór swoich rzeczy, nie wiem, czy to ogłoszenie w ogóle do kogoś dotrze lub będzie chciał się pojawić (zwłaszcza że podano datę wypadku: 1988 rok). Ogłoszenie zamieszczono, bo rzeczy leżą bezproduktywnie w magazynie, a ich zniszczenie lub wyrzucenie na śmieci wymaga dochowania odpowiedniej procedury. 

Wracałem do domu nie spiesząc się.

Nie dotykać czajnika (bo pika)

Kiedyś czajnik to był prosty metalowy garnek, zwykle zamknięty od góry, w którym gotowało się wodę aż do skutku (w szczególności aż zaczęło solidnie dymić z dzióbka). Potem dla większej wygody wymyślono gwizdki nakładane na dzióbki, które w odpowiednim momencie zaczynały wydawać nieprzyjemny dźwięk lub bawić się w rakietę napędzaną parą. Dalsza ewolucja w tym kierunku się zatrzymała, bo upowszechniły się czajniki elektryczne. 

Ten krótki rys historyczny ma na celu wprowadzenie do zdarzenia, które nastąpiło w tym tygodniu. Mimo że to zdarzenie u mnie rzadkie, sprowadziłem do domu nowiutki czajnik (elektryczny, a jakże). Prawie dizajnersko metalicznie lśniący, z bajerami (jakie wciska się do każdego nowego czajnika). Ma możliwość gotowania wody o zadanej temperaturze, sporą szybkę z widokiem na wnętrze i kolorowe podświetlenie wnętrza, zależne od zadanej temperatury (można siedzieć i patrzeć na narastający kolorowy bulgot). A gdyby ktoś się miał zagapić i nie zauważyć tego magicznego momentu, w którym woda jest gotowa, wydaje z siebie przenikliwe pi(s)knięcie. 

I właśnie. Dźwięk wydaje też przy innych okazjach, przez co obecnie proces przygotowywania porannej herbaty wygląda/brzmi następująco. Nalewa się wody, ustawia czajnik na podstawce [piip]. Włącza się czajnik [piip]. Ustawia się temperaturę wody na 80 stopni [piip piip piip]. Woda się zagrzała [piip]. Zalewa się zieloną herbatę i stawia czajnik z powrotem [piip]. Włącza się czajnik, żeby woda zawrzała [piip]. Zawrzała [piip]. Zalewa się czarną herbatę i odstawia czajnik na miejsce [piip]. 

Za parę dni wyjeżdżam służbowo skoro świt. Chyba wyciągnę zwykły metalowy garnuszek i zagrzeję na gazie…