Poezja dzielnicowa

Zastałem dziś w domu na blacie kolorowe pisemko formatu mniej więcej zeszytowego (lecz na błyszczącym papierze). Stoi za nim serwis oficjalnie deklarujący się jako zapewniający kompleksową obsługę w dziedzinie reklamy wśród mieszkańców pobliskich dzielnic, więc nie jest żadnym zdziwieniem, że pismo składa się z kolorowych reklam i kuponów zniżkowych. Gdzieniegdzie dla urozmaicenia przemkną inne treści: a to kącik kuchenny (obok reklam delikatesów i sushiarni), a to porady samochodowe (obok reklam warsztatu realizującego najlepiej te porady), wyjątkowo bez kontekstu pojawia się wykaz imprez dzielnicowego domu kultury. 

Ale jedna strona jest inna. To strona z Poezją. Nie będziemy wnikać szczegółowo, czy to poezja dobra, średnia, słaba, zła czy bardzo zła (gdzieś w tym spektrum się zmieści), w każdym razie jest to spełnienie marzeń, dziecięcego pragnienia wyrażania uczuć w ten sposób. Poezję popełniła mieszkanka jednej z dzielnic będących targetem.

I tylko się tak zastanawiam: zamieścili po znajomości, czy zapłaciła?

Geografia kotletów

Dla ułatwienia sobie (i innym) życia Ojciec od czasu do czasu produkuje w kuchni większy zapas dań obiadowych, które następnie się zamraża i wyjmuje odpowiednią porcję we właściwym momencie (w tym średnio na co drugi obiad Juniora w dzień szkolny). Wszystko jest precyzyjnie opisane, więc w każdej chwili wiadomo co można wyjąć i rozmrozić (i ile czego jest, rzecz jasna). 

Dziś Ojciec powrócił do domu w porze obiadowej i zoczył na Juniorowym talerzu kotlety mielone. Produkował je ostatnio w kilku wersjach, różniących się zwykle składem, a czasem i technologią (smażone vs pieczone), więc jakoś tak zaczął się przyglądać, starając się rozpoznać swoje dzieło. Junior wejrzał nań wzrokiem dziwnym, więc Ojciec uprzejmie wyjaśnił, że zastanawia się co to za kotlety.

Junior postanowił być pomocny i odrzekł:
– Ten jest lewy, ten jest prawy, a tamten jest górny… 

Adiemus, czyli orbitowanie bez cukru

Och, jak to było dawno temu… ale wciąż pamiętam, jak Niedźwiedź coś tam sobie gadał o nowościach, po czym puścił. To było jak uderzenie obuchem, coś, na co byłem kompletnie nieprzygotowany. Gorączkowo notowałem na karteluszku (wtedy nie można było sprawdzić na stronie co było grane – patrz: to było dawno temu), żeby móc zacząć poszukiwać tej płyty, nawet nie pamiętam, czy Karla Jenkinsa zapisałem przez K czy przez C. 

Pamiętam, że w Empiku długo tego szukałem, a kiedy w końcu znalazłem, przeżyłem kolejne uderzenie obuchem. Tym razem na widok ceny, jeśli mnie pamięć nie zawodzi płyta Cantata mundi (CD) została wyceniona na ponad 60 zł (jakieś 15 lat temu). I jakkolwiek czar usłyszanego utworu działał, to uznałem, że to nazbyt wielkie wyrzeczenie (nie, płyty jednak nie spiraciłem), zwłaszcza że miałem w pamięci parę takich albumów, które kupowałem na podstawie jednego fascynującego utworu, a reszty nie byłem w stanie słuchać (np. Dead Man Neila Younga); odsłuchanie innych utworów też nie było zresztą aż tak cudownym przeżyciem. Rzeczywistość gryzie.

Powróciłem do Jenkinsa dopiero w czasach Youtube. Największym problemem przy mojej słabej pamięci do detali, było na początek przypomnienie sobie, której piosenki mam szukać, a zgodnie z prawem Murphy’ego oczywiście ta właściwa albo nie wydawała się prawdopodobna (kiedy patrzyłem na nazwy) albo nie chciała się znaleźć. Miało to jednak tę dobrą stronę, że dzięki temu poszerzyłem swoją znajomość twórczości Jenkinsa, i mogłem się powsłuchiwać w Miriam Stockley wyśpiewującą KayamaAdiemus (to z poprzedniej płyty Songs of Sanctuary) czy Song of the Trinity. Co się odwlecze, to nie uciecze – w końcu nadeszła pora na Song of the Spirit, nie mówcie że nie byliście uprzedzani.

PS. Kiedy byłem młody… był sobie taki film Reality bites, przetłumaczony na polski jako Orbitowanie bez cukru (do dziś nie wiem, czy to zamierzona kryptoreklama, czy zwykły odlot). 

Kto kłamie w sprawie zwracania funduszy europejskich, czyli o prostej weryfikacji

Nie lubię pisać o polityce (w rozumieniu: o bieżącej polityce polskiej), bo zwykle podnosi mi ciśnienie (jeżeli nie udaje mi się zręcznie ominąć rafy i zbyć całości śmiechem). Czasem jednak zwykła ciekawość nakazuje mi podrążyć jakiś temat, i wtedy zwykle warczę i zgrzytam zębami, szukając sposobu na rozładowanie emocji. 

Tematem długiego weekendu zrobiło się oddawanie środków na rolnictwo. Trwa kłótnia, czy za błędy mogące skutkować koniecznością oddania 79,9 mln euro odpowiada rząd Tuska, rządy Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, czy rząd Belki, z oczywistych przyczyn potężnie nacechowana politycznie. Kto może, zwala na innych.

Specjalistą od funduszy rolnych nie jestem, ale bez większego trudu udało mi się ustalić, że kwota 79,9 mln euro dotyczy tylko i wyłącznie błędów w przyjmowaniu wniosków i zatwierdzaniu biznesplanów dla gospodarstw niskotowarowych (i jest jedynie propozycją), natomiast jednocześnie Komisja Europejska proponuje też korekty dotyczące innych nieprawidłowości na łączną kwotę 2,6 mln euro. Dalsze poszukiwania dotyczące programu dla gospodarstw niskotowarowych wskazują, że funkcjonował on w latach 2004-2006 i obejmował wypłacanie środków przez pięć lat, natomiast najprawdopodobniej po roku 2006 nie było już możliwości przyjmowania nowych wniosków

Jeżeli więc te dane są prawidłowe (a poszukiwania na portalach dotyczących rolnictwa żadnych innych rewelacji nie przyniosły), to za błędy w przyjmowaniu wniosków i zatwierdzaniu biznesplanów odpowiadają rządy Belki, Marcinkiewicza i Kaczyńskiego. Dla porządku wypada przypomnieć, że rok 2007 to także niemal wyłącznie rząd Kaczyńskiego (rząd Tuska został zaprzysiężony dopiero w listopadzie). 

Uff. Chyba mi spokojniej.

Hierarchia wartości

Dyskutowaliśmy wesoło na fejsie ze znajomym blogerem o dziwnym programie duńskiej telewizji. Program jest dziwny, bo występuje w nim dwóch panów i jedna pani. Pani się w milczeniu rozbiera, a panowie ją zupełnie nie w milczeniu obserwują – cała idea programu polega bowiem na tym (z opowiadań wiem), że panowie mają o rozebranej pani gadać, a widz ogląda nie panią (z opowiadań), tylko gadających panów (to trochę jak program o filmach bez klipów i fotosów, albo program o książkach bez cytatów). Znajomy skomentował, że w Danii to rozebrane panie łatwo zobaczyć w parkach, tyle że tam jakikolwiek komentarz pod adresem wyglądu rozebranej pani jest zakazany i może się skończyć kontaktem z duńską policją. Pomyślałem sobie, że to interesujący aspekt problemu relacji wolności – w tym wypadku wolności słowa i godności osobistej. Pomyślałem sobie…

Osiem lat temu pewna duńska gazeta opublikowała karykatury Mahometa. Wzbudziło to spore protesty muzułmanów, gdyż dla części z nich tworzenie jakichkolwiek wizerunków Proroka (a co dopiero prześmiewczych) jest zakazane – poczynając od demonstracji i procesów prób wytaczania procesów, przez ogłaszanie bojkotu Danii aż po próby zamachów terrorystycznych. Z kolei same protesty wzbudziły protest „europejskich” mieszkańców Europy (przepraszam, ale nie mogę znaleźć jakoś odpowiedniego słowa, cudzysłów nie niesie ze sobą wartościowania w żadną stronę), którzy bronili prawa do wolności słowa. 

Wszelkie prawa i wolności w pewnym momencie wchodzą w pewien konflikt z prawami i wolnościami innych ludzi, konflikt nieuchronny, bo zawsze ktoś próbuje w swoich prawa pójść dalej, napotykając w końcu na teren już zajęty. Stara poczciwa Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela* wyraźnie zakreślała granice wolności tam, gdzie ktoś inny korzystał ze swoich wolności. Nikt jednak nie jest w stanie określić, które prawa i wolności mogą korzystać z jakiegoś pierwszeństwa przed innymi – zawsze jest to kwestia określonej wizji światopoglądowej. Interesujące może być (choć to zapewne rzecz przypadkowa) że w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, prawo do wolności słowa znajduje się o jeden artykuł dalej niż prawo wolności sumienia i wyznania. Konkludując – mogę bez trudu (choć to w naszym kręgu kulturowym herezja) zrozumieć (zrozumieć, nie pochwalić) ludzi, dla których ich prawo do ochrony symboli religijnych (których znieważenie godzi w ich godność osobistą) będzie stało wyżej niż prawo do życia, własnego lub innych. 

*przy okazji szukania tekstu Deklaracji znalazłem Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki – kto wiedział?

Wiemy, że nic nie wiemy

Po półfinałach Bayern-Barcelona statystycy nie potrafią się doliczyć, kiedy to ostatnio w półfinale Pucharu/Ligi Mistrzów ktoś wygrał/przegrał siedmioma golami, Ledwo się dokopali, że jakieś 30 lat temu Bayern strzelił w tej fazie siedem goli Bułgarom. 

Nie wiem, czy równie łatwo przyszłoby komukolwiek znalezienie rocznika, w którym w półfinałach najważniejszego pucharu padłoby łącznie czternaście (cyframi: 14) goli. Nawet można szukać w tych mniej ważnych pucharach, też jakoś wątpię. 

I to wszystko w efekcie daje zaskakujący wewnątrzniemiecki finał (w LM pierwszy, czy w PEMK był jakiś… proszę o wybaczenie że o tej porze nie sprawdzam), którego wynik jest sprawą otwartą, pomimo że Bayern pokonał w tym roku Borussię na wszystkich możliwych frontach. Poza tym jednym, oczywiście. Dlatego będzie faworytem – do pierwszego gwizdka. 

A po półfinałach i tak najciekawsze zostaje pytanie, kogo półfinaliści kupią przed następnym sezonem (pytanie „kogo sprzedadzą” może być równie dobrze uzasadnieniem tego najciekawszego pytania, co i jego implikacją). 

Ze starej szuflady

Wyjeżdżając z Krynicy spojrzałem do góry. Widok szarych bloków zniechęcił mnie do reszty.
Przed Rytrem (za Młodowem) szerokie, płaskie zakole Popradu i nad nim trójramienny wiatrak na zwykłym słupie. Kręcił się. 

Nie, nie pojechałem na długoweekendową wycieczkę w Beskid Sądecki. Po prostu zacząłem czegoś szukać na dnie szuflady (bo zachciało się sprawdzić pewne drobiazgi z niegdysiejszych wojaży) i wygrzebałem notes z lat 90-tych (tak z połowy dekady mniej więcej). Przeglądając go, znalazłem między innymi zdania z powyższego akapitu. Sam nie wiem, czy to już traktować jako formę analogowego blogowania? (okoliczności ich zapisania też dokładnie nie pamiętam, bo pociągi do Krynicy jeździły raczej w kierunku na Gorlice, chyba było to aż w 1998 bo wtedy jechałem tam czyimś samochodem)

Znalazłem też w tej szufladzie masę starych, zasadniczo niepotrzebnych dokumentów. Wielką radość sprawił mi paszport będący jeszcze własnością Polskiej Ludowej (ale ważny na WSZYSTKIE kraje świata, z prawem wielokrotnego przekraczania granicy, jednak co wrzesień 1989 to wrzesień 1989, dzięki Szczepkowskiej), ze stemplami straży granicznej z Olszyny oraz Cieszyna polskiego i czeskiego. Łza się kręci na widok arabizacji paszportu oraz wizy wbitej przez Bundesrepublik (acz już po połączeniu). I nie, nie jest to paszport wspominany tutaj, wtedy jeździłem już na paszporcie Trzeciej. 

arabizacja paszportu PRL

wiza niemiecka RFN BRD 1991

A do tego jeszcze legitymacja PTSM z roku 1996 (się korzystało swego czasu), karta z Biblioteki Śląskiej z roku 1994 (jeszcze w starym budynku niewątpliwie) oraz legitymacja członkowska PTTK. Z tej ostatniej wynika, że wstąpiłem do Towarzystwa jako dziesięciolatek (to były czasy…) ale niewątpliwie mam zaległe składki za ostatnich 18 lat. Ciekawe, czy jakbym poszedł się zapytać o swój status członkowskie, to by mnie jeszcze odgrzebali (i czy nie zbankrutowałbym na tych składkach). 

Skromni władcy życia i śmierci

Mam nadzieję, że w chwili, kiedy piszę te słowa,* nikt z moich znajomych nie próbuje na ostatnią chwilę przebić się przez system informatyczny Ministerstwa Finansów ani też nie wystaje w kilometrowej kolejce na poczcie głównej w dużym mieście (w mniejszych zamykają dużo wcześniej). Mogę więc w zaufaniu powiedzieć, że niewątpliwie wszyscy podjęliście już decyzje o sposobie zagospodarowania 1% podatku dochodowego zapłaconego w roku ubiegłym. 

Temat jednego procenta nie pojawia się tu po raz pierwszy, nawet w tym roku już do niego nawiązywałem (kto ciekaw, znajdzie tam linki do przynajmniej niektórych wcześniejszych notek, więc nie będę wszystkiego powtarzał). W tym roku spoglądam nań nieco wstecz, przyglądając się samemu procesowi wyboru celu – szlachetnego lub nieco mniej – na który postanawiamy przeznaczyć „swoje” podatki, ograniczając się do pomocy ludziom. Spoglądam wokół siebie: ofert (próśb o pomoc) mam wiele. Koleżanka z liceum, cierpiąca na stwardnienie rozsiane; znajomy z listy dyskusyjnej, zbierający na operację dla swojego dziecka; dom pomocy społecznej, „polecany” przez znajomych jako miejsce nad wyraz uczciwego i rzetelnego traktowania swoich pacjentów; znajoma kolegi zbierająca na rehabilitację dla swojego nietypowo chorego dziecka; ogólnopolskie organizacje pomagające chorym dzieciom; rozwijające się hospicjum, z którym miałem niechciany oczywiście, acz konieczny kontakt…

Uświadamiamy sobie, że nie tylko naszego jednego procenta nie wystarczy na wszystkich (nawet gdybyśmy go mogli podzielić), ale dokładając z naprawdę własnych pieniędzy też nie damy rady pomóc wszystkim. Zaczynamy się zastanawiać nad priorytetami: czy ważniejsze jest uratowanie czyjegoś życia w ogóle, czy podniesienie poziomu sprawności/szansy powrotu do pełnego zdrowia z 10 na 30%, z 40 na 60, czy może z 70 na 90? Wspierać pomoc jednorazową, czy stałą? Spostrzegamy, że chcąc nie chcąc wchodzimy w buty urzędników NFZ-u i Ministerstwa Zdrowia: decydujemy o tym, komu pomóc, a komu zostawić samemu sobie – bo na wszystko nie wystarczy; bo nigdy nie wystarcza. 

Gdybym sam musiał wybierać, pewnie wsparłbym rehabilitację córki znajomego blogera, ale jak co roku uniknąłem tego problemu i zamiast ludzi, wsparłem zwierzęta. Ludziom, cóż, może spróbuję pomóc inaczej.

*było to około godziny dwudziestej trzeciej

Dzielić, nie dzielić – o reformie rozgrywek

W piłkarskiej ekstraklasie szał, reforma goni reformę, zanim poprzednią zdąży się porządnie rozczytać. Nikt nie zadaje sobie kluczowego pytania: i po co panie to wszystko? (to znaczy może i zadaje, ale nieszczególnie się przykłada do odpowiedzi).

Pierwsza odpowiedź na pytanie „po co” brzmi „żeby było więcej meczów”. Oczywiście ten problem najłatwiej rozwiązać powiększając ekstraklasę do 20 drużyn (jak w Hiszpanii czy Anglii) i mamy bez kombinowania po 38 meczów w sezonie. Zazwyczaj w tym miejscu przywoływany jest szybko argument „ale nie mamy aż tylu drużyn spełniających wymogi” – który jednak jest argumentem obrzydliwie bałamutnym (żeby nie powiedzieć, że pełnym hipokryzji), bo w obecnej 16-zespołowej lidze również bez trudności znajdzie się outsiderów, którzy de facto nie przystają do (oczekiwanego) poziomu ekstraklasy. 

Pojawia się wreszcie argument najbardziej sensowny, ale i wymagający uwagi – a mianowicie „chęć ograniczenia ilości spotkań bez znaczenia”. Pozornie jest to argument mądry – spotkania „o nic” nie są interesujące ani dla kibiców, ani telewidzów, ani sponsorów, a na dodatek zmniejsza (potencjalnie) liczbę spotkań ustawianych („wy potrzebujecie, nam już nie zależy…”). Przyjrzyjmy mu się jednak przez moment w kontekście rzeczywistości. Gdyby proponowany system obowiązywał w poprzednim sezonie (wiem, że to niewielka próba statystyczna), to w grupie „mistrzowskiej” już na rozpoczęcie rundy dodatkowej drużyny z miejsc 6-8 do miejsca dającego awans do pucharów traciłyby od 7 do 10 punktów (mając siedem meczów przed sobą). Prawdopodobieństwo, że cokolwiek by zwojowały.. nie jest duże, a w każdym razie przynajmniej niektóre z nich po 2-3-4 meczach miałyby jasność, że nie grają już o nic (po co była ta reforma…) Jeszcze gorzej to wygląda w grupie spadkowej – na starcie drużyny z miejsc 9-11 miały po 15-16 punktów przewagi nad strefą spadkową, a nawet te z miejsc 13-14 miały po 7 punktów przewagi, jakoś byłbym dziwnie spokojny, że dałyby radę ją utrzymać. Frekwencja na takich meczach byłaby z pewnością oszałamiająca…

Częściowym rozwiązaniem problemu mogłaby być tylekroć wyśmiana redukcja punktów (tak na marginesie jej mniej kontrowersyjną wersją byłoby podwajanie punktów w decydującej rundzie), gdyż znane z różnych rozgrywek pominięcie punktów uzyskanych w meczach z drużynami, które skończyły w „tej drugiej” grupie mogłoby prowokować do „dziwnych” wyników w fazie przed podziałem na grupy („co nam za różnica czy wygramy czy przegramy, skoro punkty się nie będą liczyć w grupie, a już wiemy w której zagramy”). Byłby to jednak mimo wszystko półśrodek nie rozwiązujący istoty problemu, bo jednak mecze bez stawki by pozostały, a nie o to chodzi, żeby kopać dla samego kopania. Rozwiązanie jest proste i wymaga pójścia znacznie dalej w dotychczasowym kierunku – a więc dzielić jeszcze bardziej. Zamiast dzielenia ligi na pół po sezonie, żeby ją dograć w męczarniach, podzielmy ją istotnie na pół – tworząc grupę podstawową (miejsca 9-14 plus beniaminkowie) i grupę elity (1-8). W każdej z grup drużyny (wszystkie wciąż w ekstraklasie) grają ze sobą cztery rundy, łącznie 28 spotkań każda, a potem grupa ulega podziałowi na kolejne dwie grupy, nazwane dla uproszczenia mistrzowską i spadkową (nietrudno policzyć, że czterozespołowe), być może dla urozmaicenia z podwójnymi punktami. I teraz tak:
– grupa mistrzowska elity gra o mistrzostwo i miejsca pucharowe, zatem gra o stawkę trwa (teoretycznie przynajmniej) do samego końca,
– grupa spadkowa elity gra o utrzymanie się w elicie – jedna drużyna spada do grupy podstawowej, dwie grają w barażach, zatem stawka pozostaje do końca,
– grupa mistrzowska podstawowa gra o awans do elity (zwycięzca bezpośrednio, dwaj następni w barażach), zatem gra o stawkę trwa do końca, 
– grupa spadkowa podstawowa gra o utrzymanie w ekstraklasie – dwie drużyny spadają, jedna gra w barażach, zatem gra o stawkę…

W ten oto sposób zwiększamy liczbę meczów do 34 w sezonie, praktycznie do końca wszyscy grają o coś, faktycznie możemy oddzielić potentatów (którzy powinni spełniać wyższe wymagania) od jedynie aspirantów, którzy zarazem marketingowo są w lepszej pozycji (że jednak w ekstraklasie) i zróżnicować wpływy z transmisji (proszę przy tym bez bajek, że Legia woli zagrać dwa mecze z Lechią od dwóch dodatkowych z Lechem) – i wciąż łechtać sobie ego, że mamy „normalnej wielkości” najwyższą ligę… Widzę tylko jeden problem: jeżeli polski futbol poprawi pozycję w rankingu UEFA, to czterozespołowa grupa mistrzowska może przestać być wystarczająca – kiedy cała czwórka będzie mieć pewny awans do europejskich pucharów… ale z tym problemem pewnie też sobie jakoś poradzimy.

Norweskie nutki

Świat nam się globalizuje, muzyka płynie zewsząd, aż czasem trudno zgadnąć kto skąd przybywa, zwłaszcza że większość wykonawców ogranicza się do tej samej lingua franca. Przyznam, że pewnym zaskoczeniem było dla mnie ostatnio, że kapela Royksopp nie jest – jak mi się wydawało, trochę od klimatu może – rodem z Islandii, tylko właśnie z drugiego brzegu Morza Norweskiego. Cóż w niczym to rzecz jasna nie przeszkadza, zagramy sztampowo, ale przyjemnie (to co że akurat do tego kawałka wypożyczyli wokalistkę ze Szwecji). 

O związkach z Norwegią kapeli De Press oczywiście wiecie świetnie (nie? no to już wiecie), w latach mojej młodości oczywiście wszyscy równie dobrze wiedzieli o tym, że z Norwegii pochodzi supergrupa A-ha. W tej notce przypomnę kawałek kojarzący się nie tyle nawet ze szczytami list przebojów ani z dyskotekowymi parkietami, ile z agentem 007.

Jak nietrudno zauważyć, nikogo z powyższych Breivik nie nazwałby norweskim patriotą, skoro za nic mieli ojczysty język (Andrzejowi Dzubkowi trudno byłoby mieć to za złe). Nie obchodzi mnie zupełnie, co Breivik pomyślałby o ostatniej (i najważniejszej) bohaterce dzisiejszej notki, natomiast niezmiernie mi się podoba, jak ona śpiewa po norwesku. A przynajmniej w tej piosence. Kari Bremnes sygner Mann På Rommet.