Sezon ogórkowy w pełni… Na głównej stronie „macierzystego” portalu wielki nagłówek prowadził dziś do interwencyjnego tekstu o tym, jak to pewna pani rozwiodłszy się z małżonkiem, zaciążyła ze swoim bieżącym partnerem, i teraz jest wielce zdziwiona, kiedy się okazało, że prawnym ojcem dzieciątka jest były już małżonek. Dzieciątko urodziło się bowiem przed upływem trzystu dni od rozwodu, a że ignorantia iuris… i „po co się generalnie żenić, skoro papierek nam niepotrzebny”, to zadziałał prawny automatyzm przepisu art. 62 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.
O samej racji tego przepisu rozpisywać się akurat nie zamierzam, zainteresowani mogą poczytać podręcznik Winiarza albo (dla bardziej zaawansowanych) jakowyś komentarz do kodeksu. Głęboko poruszył mnie natomiast ton komentarzy, wśród których dominowały poglądy o głębokim wstecznictwie tego przepisu „w dobie przeszczepów twarzy i badań DNA”, o „polskim zacofaniu”, o beznadziejności tego kraju, o ciemnogrodzie i dziczy (pozwolą państwo, że nie będę linkował, kto czytał ten widział, kto ciekaw wygugla). Oczywiście wypowiedzi te były oparte na klasycznym (czasem się mówi „typowo polskim”, ale to chyba jednak nadużycie) przeświadczeniu, że własna ocena jest wystarczająca do uznania się za fachowca. Nikomu wszak nie przeszkadzało, że podobne zasady istnieją choćby w prawie francuskim czy włoskim (w paru innych krajach podobna zasada ograniczona jest do śmierci męża, ale w istocie swojej taka sama), nie przeszkadzało, bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli.
Niewiele wcześniej zaś podobna „dyskusja” toczyła się pod tekstem dotyczącym ks. Lemańskiego – z tym, że nie pod relacją z plebanii, tylko pod fachowymi (w założeniu) analizami prasowymi, czy odwołanie się przez ks. Lemańskiego od usunięcia go z funkcji proboszcza powoduje zawieszenie wykonania dekretu biskupiego, czy nie. Nikt w zasadzie nie przejmował się zupełnie zawiłościami kodeksu prawa kanonicznego (moim zdaniem ks. Lemański na pewno powoływał się na niewłaściwy przepis, ale mniejsza z tym), komentatorom wystarczyło przekonanie, że mają rację co do zasady, więc i w szczegółach zapewne też. Chciałbym im życzyć, by we własnych sprawach zdawali się jednak czasem na chłodny ogląd szczegółów, bo często naprawić szkód się potem już nie da.
Podobno dla młodszych pokoleń Internet to „ich kraj”. Straszny to ciemnogród, ten Internet.