Zamek Sardów

zamek Castelsardo Sardegna Sardynia Włochy Italia

Wznosi się majestatycznie nad miasteczkiem, sprawiając wrażenie, jakby się od niego odcinał, dopiero spod samych murów widać, że za nimi (i z tyłu zamku) kryją się zacne uliczki tworzące właściwą miasteczkową starówkę. Kiedy się dociera stromym podejściem do jego wrót, oferuje wstęp za dwa euro (dzieci pół ceny), w cenie zamek z muzeum lokalnego koszykarstwa, punkt widokowy i dostęp do toalety.

zamek Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Muzeum rozlokowane w komnatach zamkowych okazuje się być zaskakująco ciekawe, może za sprawą lokalizacji, a może także z uwagi na całkiem intrygujące przedmioty, nawet gadżety, pracowicie wyplatane z liści rośliny sprawiającej wrażenie krzyżówki palmy z bambusem. Te dwa euro w zupełności wydają się adekwatne do przyjemności płynącej z oglądania. A jednocześnie sam widok z wież zamkowych na morze, góry i domy wciśnięte pomiędzy, wydaje się wart tych samych pieniędzy.

Castelsardo Sardynia Sardegna Włochy Italia

Toalety w okolicy były raczej za darmo, jeżeli były, zawsze można było stanąć na malutką kawę za 1 do 2 euro, ale lepiej chyba skorzystać bez cudowania.

 

Skąd się biorą pająki

Junior czytuje ostatnio (niespiesznym tempem pierwszaka) rozmaite lektury, wśród których ostatnio znalazły się i mity greckie. Podczas wakacyjnych spacerów lubił się dzielić rozmaitymi wrażeniami z tych lektur, między innymi streszczał z przejęciem mit o Arachne i jej nieszczęsnym pojedynku z Ateną. Opowiadał więc i opowiadał, doszedł do momentu przemiany tkaczki w pająka, po czym skonstatował:

– A potem Arachne się rozmnożyła…

U żadnego Parandowskiego czegoś takiego nie pamiętam, rośnie więc młody zdolny interpretator.

Niech pani spada

Już kiedyś wspominałem o złotej zasadzie poszukiwaczy czarnego złota: jeśli jeżyna stawia choćby lekki opór – to znaczy, że nie jest jeszcze gotowa, chyba że ktoś lubi kwaśne i niedojrzałe albo ma potrzebę za wszelką cenę, wtedy niech się pcha do woli. Dojrzała jeżyna, taka, którą można się delektować, pod palcami sama właściwie zeskakuje z szypułki, chętna i podatna. Należy tylko pamiętać, by naczynie pod gałązkę podstawić, bo jak jeżyna pospieszy się i spadnie na ziemię, to w gąszczu może się nie dać odnaleźć. 

Dziś spadały jak złoto, rozgrzane słońcem, wielkie, miękkie i pachnące.

Kolejny sezon jeżynowy trwa w najlepsze. 

Herbata mrożona

Weź garnuszek, taki litrowy z uchem i dzióbkiem, przy założeniu że masz w kuchni oczywiście. Zagotuj wody mniej więcej do pełna. 

Wrzuć dwie torebki herbaty, najlepiej zwykłej czarnej, ale jeśli jedna okaże się nieco inna, też się nic nie stanie, smak może będzie oryginalniejszy. Dorzuć ewentualnie coś do posłodzenia (zamieszaj wtedy oczywiście). Zostaw torebki na czas jakiś, nie przejmuj się regulaminowymi trzema minutami, w końcu to były tylko dwie torebki, a nie cztery.

Wyrzuć torebki, przelej herbatę do miski. Wrzuć dwa albo trzy solidne plasterki cytryny. Zostaw, niech stygnie.

Jeśli herbata w misce ma temperaturę zbliżoną do pokojowej (aktualnej pokojowej), wyciśnij lekko cytryny i przelej herbatę z powrotem do garnuszka. 

Wyciągnij plastikową butelkę i przelej herbatę z garnuszka do butelki (teraz przydaje się dzióbek). Wstaw butelkę do lodówki. 

Możesz potem dodać lodu, jeśli masz. W warunkach polowych (w obcej kuchni) wychodzi i tak dobra herbata mrożona, garnuszek, miskę i lodówkę zwykle się jakoś znajdzie.

Kolumbijska paczka

Nigdy nie byłem w Kolumbii, głównie dlatego że to kraj dość odległy, a i prasę w ostatnich dekadach miał nieszczególną, dość wspomnieć kartele narkotykowe, formacje paramilitarne i wieczne wojenki wewnętrzne (a jakby komuś było mało – przypomina się nieszczęsny Andres Escobar, strzelec samobója na mundialu, zastrzelony wkrótce po powrocie do domu z przyczyn oficjalnie nieustalonych, ale w powszechnej świadomości właśnie z powodu tego pechowego gola, który miał przynieść solidne straty w zakładach piłkarskich kolumbijskim gangsterom). 

Kraj to duży (trzykrotnie większy od Polski) i solidnie górzysty, trudno się więc dziwić, że łatwo tam nauczyć się dobrze poruszać po górach, w tym także rowerem (bo czemu nie). W tej chwili mamy właściwie zatrzęsienie kolumbijskich talentów kolarskich – Rigoberto Uran i Sergio Henao byli już rewelacjami poprzedniego sezonu, sporo krwi napsuli nam wtedy podczas Tour de Pologne. W tym sezonie patrzyliśmy na Kolumbijczyków głównie pod kątem pojedynków z naszymi nadziejami o koszulkę najlepszego młodzieżowca – podczas Giro silniejszy od Rafała Majki okazał się Carlos Betancur, natomiast Nairo Quintana pokazał wielką klasę podczas Tour de France, gdzie nie tylko zostawił daleko w pokonanym polu Michała Kwiatkowskiego, ale też i prawie całą stawkę, z wyjątkiem niezniszczalnego Froome’a. A przecież wczoraj na „królewskim” etapie Tour de Pologne najsilniejszy okazał się Darwin Atapuma…

Pytanie tylko, na ile taka grupa potrafiłaby stworzyć wspólnie wartość dodaną podczas mistrzostw świata, bo że potrafiliby porządzić w peletonie, to szczególnych wątpliwości nie mam. Zwłaszcza gdyby jeździli po swoich drogach, w końcu raz już kolarskie mistrzostwa świata w Kolumbii się odbyły, Zenon Jaskuła osiągnął wtedy swój najlepszy indywidualny wynik (siódme miejsce w jeździe na czas). 

Monterosso

Urlop już staje się tylko wspomnieniem, ale wspomnienia pisane jeszcze nie skonkretyzowały się na tyle, żeby zacząć przybierać formę notek (cóż, nie pisało się na bieżąco, a teraz – wrr – pamięć okazuje się być nie na tyle dobra, by każde spostrzeżenie i każdą zanotowaną myśl przelać na papier czy Times New Roman), nie mówiąc o zdjęciach, które grzecznie całymi stosami zalegają czekając na przejrzenie, opisanie i posegregowanie. Dlatego póki co dorzucę jeszcze to i owo zaległe z zeszłego roku (bo wciąż miło wspominam).

Monterosso al Mare (moja koncepcja z przemianowaniem na razie nie została formalnie zgłoszona), choć jest największym z miasteczek Cinque Terre, wydaje się na pierwszy rzut oka niemal miniaturowe, wciśnięte między skałę, linię kolejową i morze. 

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Dopiero jednak rozejrzenie się na lewo i prawo (na końce deptaka) ujawnia, że miasteczko chowa się w dolinach, zwłaszcza „właściwa” (stara) część, do której dojście prowadzi tunelem. Kiedy już zaczyna się w doliny wnikać, to miasteczko wcale się nie wydaje już małe, zwłaszcza kiedy się pnie i pnie po zboczach. 

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Ale najważniejsze i tak jest morze.

Monterosso al Mare Cinque Terre Italia Włochy

Spozycjonowani.pl: wypad, spaduwa, won

Proszę o wybaczenie, że po przerwie w tak brutalny sposób powracam do blogowania, ale cóż poradzić, człowiek chce radosny powrócić do rzeczywistości, a tu na blogu (na tym drugim, sportowym), wita go taki oto komentarz:

Dla naszego klienta chcielibyśmy umieścić na Waszym blogu artykuł lub artykuł sponsorowany. Nie możemy znaleźć danych kontaktowych do autora bloga stąd kontaktujemy się poprzez wpis w tym miejscu. Prosimy o kontakt mailowy w pierwszym możliwym terminie: info@spozycjonowani.pl.

No i teraz tak: oczywiście mógłbym się poczuć dowartościowany, jako Prawdziwy Blogerę, ale że jak wiadomo predyspozycji w tym kierunku nie posiadam, to odczułem głęboki dysonans (tak delikatnie mówiąc). Bo co innego dobrowolnie zamieścić reklamę (albo zostać zmuszonym do akceptowania reklamy, na szczęście chwilowo nie ma miejsca), a co innego tolerować na swoim własnym podwórku coś udającego mój tekst własny ku chwale jakiegoś badziewiaka, nawet jeśli miałoby to (ewentualnie) oznaczać podbicie mojego bloga w jakimś rankingu (to akurat moja dywagacja, może to nie mnie mieli pozycjonować tylko badziewiaka, tym gorzej dla nich). 

Tak więc proszę zapamiętać na przyszłość i tego rodzaju ofert mi nie składać. Sposób skierowania oferty nie miał znaczenia, jakby ofermy domyśliły się jaki jest mój e-mail i przysłały ofertę mailem, to też doczekałyby się zacytowania maila w notce, jak to już drzewiej bywało. Na pewno nie mogą natomiast liczyć na spełnienie prośby:

Po kontakcie z nami, będziemy wdzięczni za usuniecie tego wpisu z Waszego bloga.

Hehehehe.

A notki o przyjemniejszych tematach zapewne wkrótce nastąpią, jak się poukładają w głowie i tak dalej.

Czego nie wolno zabierać na pokład

Przygotowuję się do wakacyjnego wylotu, na checkliście między innymi internetowa odprawa. Widzę znajome teksty, z których śmiałem się dwa lata temu, klikam je nie zwracając nawet uwagi, wklepuję pracowicie numery paszportów, wzdycham ciężko, ileż to po drodze razy muszę zaznaczyć opcję, że nie chcę czegoś jeszcze dodatkowego i absolutnie niezbędnego zamówić. Zrobione, wydrukowane. Po pewnym czasie widzę, że w skrzynce mailowej pojawia się wiadomość od przewoźnika, niczego się prawdę mówiąc nie spodziewałem, więc z pewnym takim niepokojem sprawdzam. 

Tym razem mail jest pod hasłem „pamiętaj że Twój bagaż podręczny musi mieć wymiary…” (oczywiście oferta kupna licencjonowanej walizki o idealnych wymiarach). Przelatuję całość szybko wzrokiem, bo znam wszystkie informacje dość dobrze, zatrzymuję się na „przedmiotach niedozwolonych”. Klikam, by zobaczyć szczegóły.

Więc jeśli się rozchodzi o szczegóły, to na pokład nie można zabierać między innymi:
– elektrycznych pastuchów,
– broni laserowej,
– włóczni,
– gwiazd do rzucania,
– lamp lutowniczych,
– kubatonów i kubasauntów,
– alkoholu, alkoholu etylowego, napojów alkoholowych o mocy przekraczającej 70% objętości,
– zainfekowanej krwi,
– gaśnic,
– (przecież nie będę całej listy przeklejał).

Czujcie się poinformowani jako i ja jestem.

A w ogóle to do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, chyba że mnie jakieś wifi napadnie. 

Ciemnogród!!!

Sezon ogórkowy w pełni… Na głównej stronie „macierzystego” portalu wielki nagłówek prowadził dziś do interwencyjnego tekstu o tym, jak to pewna pani rozwiodłszy się z małżonkiem, zaciążyła ze swoim bieżącym partnerem, i teraz jest wielce zdziwiona, kiedy się okazało, że prawnym ojcem dzieciątka jest były już małżonek. Dzieciątko urodziło się bowiem przed upływem trzystu dni od rozwodu, a że ignorantia iuris… i „po co się generalnie żenić, skoro papierek nam niepotrzebny”, to zadziałał prawny automatyzm przepisu art. 62 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. 

O samej racji tego przepisu rozpisywać się akurat nie zamierzam, zainteresowani mogą poczytać podręcznik Winiarza albo (dla bardziej zaawansowanych) jakowyś komentarz do kodeksu. Głęboko poruszył mnie natomiast ton komentarzy, wśród których dominowały poglądy o głębokim wstecznictwie tego przepisu „w dobie przeszczepów twarzy i badań DNA”, o „polskim zacofaniu”, o beznadziejności tego kraju, o ciemnogrodzie i dziczy (pozwolą państwo, że nie będę linkował, kto czytał ten widział, kto ciekaw wygugla). Oczywiście wypowiedzi te były oparte na klasycznym (czasem się mówi „typowo polskim”, ale to chyba jednak nadużycie) przeświadczeniu, że własna ocena jest wystarczająca do uznania się za fachowca. Nikomu wszak nie przeszkadzało, że podobne zasady istnieją choćby w prawie francuskim czy włoskim (w paru innych krajach podobna zasada ograniczona jest do śmierci męża, ale w istocie swojej taka sama), nie przeszkadzało, bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli.

Niewiele wcześniej zaś podobna „dyskusja” toczyła się pod tekstem dotyczącym ks. Lemańskiego – z tym, że nie pod relacją z plebanii, tylko pod fachowymi (w założeniu) analizami prasowymi, czy odwołanie się przez ks. Lemańskiego od usunięcia go z funkcji proboszcza powoduje zawieszenie wykonania dekretu biskupiego, czy nie. Nikt w zasadzie nie przejmował się zupełnie zawiłościami kodeksu prawa kanonicznego (moim zdaniem ks. Lemański na pewno powoływał się na niewłaściwy przepis, ale mniejsza z tym), komentatorom wystarczyło przekonanie, że mają rację co do zasady, więc i w szczegółach zapewne też. Chciałbym im życzyć, by we własnych sprawach zdawali się jednak czasem na chłodny ogląd szczegółów, bo często naprawić szkód się potem już nie da. 

Podobno dla młodszych pokoleń Internet to „ich kraj”. Straszny to ciemnogród, ten Internet.

Vernazza

Niewielka, kolorowa, przyprawiająca o szaleństwo oczy, a może i błędnik. Zajawkowo już była (nie sama, lecz w towarzystwie), teraz pora na szerszą galerię.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy oleandry

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Wspominałem już, że to miasteczko w wersji kompaktowej. Gdy się w nie zagłębić, szybko widać, jak każdy kawałek został wykorzystany.

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

I w każdym miejscu można znaleźć coś uroczego, czym sobie mieszkańcy uprzyjemniają życie. 

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

Vernazza Cinque Terre Italia Włochy

PS zupełnie bez związku z miejscem: zmieniłem ostatnio sposób wstawiania zdjęć, gdyby ktoś spojrzał świeżym wzrokiem i podpowiedział, czy jakość się zmieniła w stosunku do zdjęć zamieszczanych do maja…