Statkiem w taki czy inny rejs popłynąć jest łatwo, jednak zawsze do tej pory – czy płynąłem jednostką mniejszą, czy większą – miejsce miałem wykupione na pokładzie, pozwalające co najwyżej na zwiedzenie stref ogólnodostępnych, bez zapuszczania się w obszary przeznaczone dla pasażerów kabinowych (jeżeli statek w ogóle takowe posiadał, oczywiście). Tego lata logistyka zasugerowała natomiast nocny rejs promem, i doszliśmy do wniosku, że przy takiej okazji bilety na pokład nie będą najlepszym pomysłem, bo jednak wyspać się w takich warunkach nie da.
Wykupiwszy kabinę, popadliśmy w ciekawość, cóż to nas w szczegółach czeka. Wizje znane z literatury (z wyglądaniem przez bulaj) musiały odejść w zapomnienie, bo wzięliśmy kabinę wewnętrzną, w której okna na korytarz się nie spodziewaliśmy. Filmowo zaś nieustannie nachodziły mnie skojarzenia z „Titanicem”, oczywiście, nie z apartamentami pierwszej klasy, ale z kabinami dla uboższych pasażerów, tymi, o których Jack Dawson mówił patrząc w oczy swojej wytwornej interlokutorki „najlepsze jakie widziałem, właściwie żadnych szczurów”, wzdłuż wąskiego korytarzyka w odległym zakamarku statku.
Tego wieczora dotarliśmy do portu bardziej podenerwowani pośpiechem (droga z dworca okazała się dużo dłuższa, niż nam się wydawało) niż podekscytowani. Władowaliśmy się z ciężkimi torbami do wnętrza statku, wprost na elegancko umundurowanego odźwiernego (wiem, ze statkiem się nie kojarzy, ale nie bardzo mi inne słowo do głowy przychodzi, a wyglądał niczym z drogiego hotelu), który uprzejmym gestem wskazał na ruchome schody bacząc zarazem, czy sobie na tych schodach z bagażami poradzimy sami (cóż, gdybyśmy byli pasażerami pierwszej klasy, może by gwizdnął na pomocnika, który by te bagaże zataszczył), kolejny stał przed następnymi ruchomymi schodami… Błyszcząca klatka ruchomoschodowa wyprowadziła nas eleganckiej recepcji, gdzie wręczono nam kartę otwierającą właściwe drzwi. Znalezienie drzwi.. cóż, wymagało odgadnięcia w którym niepozornym wąskim korytarzyku (choć nie ciemnym, nie, nie) mogą się znajdować, jakoś tabliczek informacyjnych zbyt wielu nie umieszczono. W kabinie czekały na nas dwa łóżka piętrowe, wielkie lustro zmniejszające klaustrofobię i łazieneczka wielkości podwójnej sławojki, skutecznie mieszcząca wszystko co potrzebne, z działającym prysznicem włącznie. Luksus to to oczywiście nie był, ale też chodziło przede wszystkim o możliwość spokojnego odświeżenia się i przespania pięciu-sześciu godzin (już po 23 właściwie skończyły się centralne komunikaty z głośników), kołysania w zasadzie nie czuliśmy, prędzej drgania sugerujące, że maszyny pracują w najlepsze; ciekawość.. też właściwie zaspokojona, choć wciąż ciekawi jak to jest wyglądać z kajuty przez okienko, ale to w niedającej się przewidzieć przyszłości.
Szczurów w każdym razie nie stwierdziliśmy żadnych.