Nihil novi, czyli Blog Day 2013

Co roku jest tak, że przez jakiś czas pamiętam o Blog Day (może już czas wymyślić mu polską nazwę inną iż Blog Dej?) i pieczołowicie sobie w pamięci karbuję co ciekawsze adresy, a potem pod koniec sierpnia panicznie próbuję sobie przypomnieć kogo i co ja to właściwie miałem na myśli…

Więc w tym roku* będzie wszystkiego po trochu:
– trochę podlizywania się adminowi rysującemu (za to JAK rysuje), czyli Grafica i Opcy,  
– trochę dla ciekawych świata, czyli Dział Zagraniczny,  
– trochę dla intelektualistów spragnionych rozrywki, czyli Pesymistyczna Łączka Kłapouchego,
– trochę dla spragnionych, żeby nie powiedzieć: dla tych, których suszy, czyli Wino jest kobietą,
– …. (jestem pewien, że miałem taki jeden adres bloga co nie wyglądał jak blog, ale chciałem go tu polecić tylko zapomniałem o który chodziło** więc niejako zastępczo…) trochę dla miłośników lekko skrzywionego humoru, czyli Aszdziennik

Oczywiście szukającym ciekawych blogów poleca się też wszystko to co na blogrollu (a potem i to, do czego linkują blogi z blogrolla, tą metodą polecam całą masę zaprzyjaźnionych blogów).

 Miłego blogoczytania na rok cały.

*to co że to dopiero jutro
**przypomniałem sobie, link w komentarzu 

Na grzyby, elektroniczne grzyby

Otrzymałem tradycyjną comiesięczną kopertę z przesyłką od jednego z banków. Nie zawierała, niestety, pliku banknotów (nie żeby kiedykolwiek zawierała), ale wyciąg z karty kredytowej (po wakacjach szczególnie niemiło wyglądający) oraz tradycyjny jednokartkowy „biuletyn informacyjny”. Tym razem biuletyn wabił oczy obrazkiem dorodnych grzybów w lesie i intrygującym pytaniem: co mają wspólnego grzybobranie i elektroniczne wyciągi? Odpowiedź można było znaleźć na stronie banku, na specjalnej podstronie zatytułowanej „na grzyby” (tak pisało, nie poszedłem sprawdzić).

Oczywiście, chodziło o namówienie mnie do tego, żeby przejść na przesyłanie wyciągów drogą elektroniczną zamiast papierową. Ponieważ zasadniczo nie mam nic przeciwko (tylko leniwy jestem), więc zacząłem czytać ten biuletyn dalej, szukając szczegółów. Zgodnie z nienajlepszymi przeczuciami, bank oczywiście postanowił pójść na rękę bardziej sobie niż mnie, i zaproponował, żebym w celu załatwienia sprawy („postaw na wygodę!”) zadzwonił sobie na infolinię (gdzie przebijanie się przez menu i wymogi identyfikacji zwykle doprowadzają mnie do szału), albo wybrał się do placówki. Nie było natomiast opcji, żebym sobie załatwił to elektronicznie. Nawet jeżeli posiadam do tej karty elektroniczny dostęp do systemu z możliwością pełnego podglądu historii operacji…

Cóż, najwyraźniej odpowiedzialni pracownicy powinni sobie pójść na grzyby. Ja właściwie też bym mógł pójść, choć w lesie chyba sucho, ale czy to na pewno wielka przeszkoda?

Na Wschodzie bez zmian

Kiedy w zeszłym tygodniu, tak koło środy, świat obiegały wstrząsające relacje o użyciu gazów bojowych w Syrii, starałem się obserwować je z pewnym dystansem. Czytając komentarze (zupełnie niepotrzebne) zapragnąłem nagle wyjść ze swojego „bąbla informacyjnego” i poczytać relacje na ten sam temat w zupełnie innych miejscach, odrywając się od optyki, do której byłem przyzwyczajony, zapoznając się z różnymi spojrzeniami, także sprawdzając czy niektóre relacje znajdę w innych miejscach uznane za wiarygodne. Najpierw mnie poniosło na strony anglojęzyczne, a potem.. w stronę zupełnie przeciwną, czyli do Rosji.

Wszedłem na stronę Izwiestii (po rosyjsku: Wiadomości, stara gazeta z tradycjami; był stary sowiecki dowcip – czym się różni dziennik Prawda od dziennika Izwiestia? niczym, bo w Izwiestii nie ma prawdy, a w Prawdzie – izwiestii), zacząłem się rozglądać, gdzie znajdę doniesienia i materiały o użyciu tych gazów. Znalazłem jeden traktujący o Syrii, a że nie opanowałem wpisywania bukw z klawiatury, skopiowałem słowo Syria zapisane cyrylicą, i kazałem wyszukiwarce na stronie załatwić robotę za mnie. Zasadniczo nie znalazła nic innego, poza oczywiście tekstami starszymi, sprzed ataku.

Ten jedyny tekst był o tym że w Syrii postrzelono w nogę operatora rosyjskiej telewizji. Cóż, w sytuacji, w której Rosja blokuje w Radzie Bezpieczeństwa jakiekolwiek działania wspólnoty międzynarodowej, nie wiem jakie mógłbym znaleźć lepsze potwierdzenie, że to syryjskie władze nakazały użycie tego gazu, niż kompletne embargo informacyjne. 

Od tamtej pory Rosja zdążyła jeszcze uznać za niewłaściwą nawet zgodę władz syryjskich na dostęp inspektorów ONZ do miejsc, w których tych gazów użyto. Doprawdy, zachowują się Rosjanie jakby to oni sami tego gazu użyli (bo we wschodnim galimatiasie uwierzyć można prawie we wszystko.

Rekord tysiąclecia

Rekordy lekkoatletyczne w wielu konkurencjach są wyśrubowane tak mocno, że trudno je dziś pobić. Przyczyny tego mogą być przeróżne: czasem rekordy były ustanawiane w szczególnie sprzyjających warunkach, jak w przypadku legendarnego skoku Boba Beamona w Meksyku; czasem były ustanawiane przez niepowtarzalne talenty, takie jak Michael Johnson, Jan Żelezny czy Siergiej Bubka; czasem zaś – trudno ukrywać – autorzy rekordów byli beneficjentami systemów niedozwolonego wspomagania, tutaj uprzejmie nazwiska pominiemy (nawet tych, którzy dziś już publicznie zostali uznani za nieuczciwych). 

Jako że w wielu konkurencjach rekordy zostały ustanowione w ubiegłym stuleciu i mimo wysiłków wielu atletów trzymają się mocno (choć niejeden raz wiele już nie brakowało), trudno jest odnotować coś nowego w tabelach. Oglądamy więc wiele informacji o pobiciu przez zawodnika najlepszego wyniku, sezonu, rekordu życiowego, czy o osiągnięciu najlepszego wyniku w sezonie (bo nawet rekordy mistrzostw świata czy olimpijskie bywają nazbyt wyśrubowane), co jednak wydaje się niedostateczne dla podkreślenia osiągnięć spektakularnych. 

Takie refleksje nachodziły mnie dziś przy oglądaniu transmisji z moskiewskiego konkursu trójskoku mężczyzn. Francuz Tamgho jako trzeci w historii przekroczył granicę 18 metrów, wynik niewidziany od czasów wielkiego Jonathana Edwardsa, a i to raczej sprzed roku 2000 niż później. Kalendarz pozwala jednak na określenie tego w sposób dość pompatyczny, jako najlepszego wyniku w tym stuleciu, a nawet (bo czemu mamy żałować) tysiącleciu, zobaczymy ile jeszcze zaczekamy na dzień, w którym rekord stulecia stanie się zwyczajnie rekordem świata. Bohdan Bondarenko po ustanowieniu rekordu tysiąclecia w skoku wzwyż (na mistrzostwach go wyrównał) atakował już dwudziestoletni rekord Sotomayora, na razie jeszcze to ponad jego możliwości, ale już widać światło.

Przedwczoraj rosyjski skoczek w dal Aleksandr Mienkow osiągnął jedynie najlepszy wynik dekady, ale ten rekord akurat może się długo nie ostać. 

Migawki sardyńskie

Uliczki miast i miasteczek zwykle są wąskie, nikt ich nie planował jako szerokie bulwary, więc to samochody sobie muszą radzić z rzeczywistością, a nie ich kierowcy oczekiwać, że rzeczywistość się do nich dostosuje. Niezmienną fascynację przeżywałem przechodząc uliczkami lub obok uliczek, którymi niewygodnie szło się pieszo z powodu stromizny, i widząc na nich zaparkowane samochody, które jako żywo musiały tam wjechać/zjechać (w końcu oblodzenie zwykle im tam nie groziło…), sama myśl była dla mnie mrożąca krew w żyłach (co w upale nie było znów taką złą rzeczą). Bardzo racjonalnym pomysłem w tych warunkach było zakończenie parkowania z kołami silnie skręconymi w kierunku ściany, gdyby hamulec ręczny zawiódł, to droga samochodu nie byłaby zbyt daleka; aż się zastanawiałem, dlaczego tam nie wprowadzono obowiązku posiadania w samochodzie klinów pod koła.

Siadamy o wpół do ósmej rano przy stoliku przed kawiarnią w Olbii (nie żebyśmy byli jakimiś szczególnie rannymi ptaszkami, po prostu nieco po szóstej rano schodziliśmy z promu). Zamawiamy espresso, niespiesznym ruchem wciągamy czarny łyczek. Patrzę, jak pod kawiarnię podjeżdżają ryczące motocykle, zsiadają z nich ubrani w czarne skóry motocykliści, idą do stolika. Kiedy zdejmują kaski, okazuje się, że to lokalny klub emeryta przyjechał na poranną kawę, koedukacyjny.

Idziemy wolno uliczką. Z boku mur (niewysoki, może metrowy od strony chodnika) odgradza jakiś teren przydomowy (powiedziałbym ogród, ale mało zielony, przynajmniej na płaszczyźnie). Za murem nagle pojawia się dość senny osiołek. Na wsi bym się nie zdziwił, ale to centrum miasta jednak.

Nielux Torpeda

Na fali emocji związanych z przyjazdem polskiego kolejowego dreamlinera (aka Pendolino) przypomniano nieomal legendarny polski szybki pociąg z międzywojnia, zwany Lux Torpedą, który potrafił pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego w ciągu 2 godzin i 18 minut, szybciej niż współczesne ekspresy (nikt na razie nie przypomniał sobie o jeszcze szybszym pociągu tego okresu, poruszającym się po „polskich” torach Latającym Ślązaku). Jak szybko zauważył WO, to ówczesne TGV było przeznaczone wyłącznie dla bogatych pasażerów pierwszej klasy i swoje rekordowe czasy zawdzięczało priorytetowi na torach. Z czystej ciekawości postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zacząłem od sprawdzenia rozkładu jazdy. Istotnie, w tej chwili jakikolwiek pociąg do Zakopanego z dworca Kraków Główny z trudem schodzi na tej trasie poniżej 3,5 godziny. Warto jednak zauważyć, że najszybszy z ekspresów, „Tatry”, ze swoich 3 godzin i 25 minut planowo spędza 44 minuty na przystankach, a Lux Torpeda zatrzymywała się tylko po to, żeby zmienić kierunek jazdy (bez możliwości wsiadania i wysiadania na stacjach pośrednich); warto też nadmienić, że na większości trasy linia kolejowa jest jednotorowa, więc pociągi nie mogą się minąć tak ot, po prostu. Jeśli chodzi o czyste tempo jazdy, to odcinek Chabówka-Zakopane (po ostatniej zmianie kierunku) Lux Torpeda pokonywała w prawie półtorej godziny, pół godziny wolniej niż dzisiejsze pociągi PKP, mało prawdopodobne, żeby potrafiła poruszać się szybciej na mniej ekstremalnych odcinkach. 

Przy okazji dokonałem zadziwiającego odkrycia: otóż na trasie do Zakopanego wcale najszybsze nie są ekspresy. O dwie minuty szybciej trasę tę pokonuje pociąg „Janosik”, złożony z – nie bójmy się tego powiedzieć – ordynarnych elektrycznych zespołów trakcyjnych drugiej klasy, ze znaczkami Przewozów Regionalnych. PKP potrafi jednak zadziwić – otóż bezwzględnie najszybszym sposobem na pokonanie tej trasy jest.. pojechanie Tanimi Liniami Kolejowymi, wprawdzie niedaleko, tylko jedną stację, żeby w Płaszowie przesiąść się na tegoż Janosika, który z Głównego odjechał dziesięć minut wcześniej (są tylko trzy minuty na przesiadkę, ale jeśli się uda, to planowy czas jazdy do Zakopanego wyniesie 3 godziny 13 minut). Z wieloma przystankami po drodze. 

I na zakończenie wrócimy do włoskich pociągów. Popołudniowe połączenie w dzień roboczy na trasie Civitavecchia-Rzym, obsługiwane przez lokalną wersję PR czy KŚ. Pociąg rusza ze stacji, z głupia frant zaczynam obserwować duży cyfrowy wyświetlacz. Na pierwszym odcinku (mniej więcej sześciominutowym) pociąg przez większość czasu utrzymuje prędkość 120 km/h, na którymś z następnych (kiedy mniej się już skupiałem na obserwowaniu wyświetlacza) w pewnej chwili odnotowałem 147 km/h. Pociągi na rodzimych liniach też potrafią szybko, ale chyba jednak w dużej mierze zależy to od stanu torów.

"Hardly any rats"

Statkiem w taki czy inny rejs popłynąć jest łatwo, jednak zawsze do tej pory – czy płynąłem jednostką mniejszą, czy większą – miejsce miałem wykupione na pokładzie, pozwalające co najwyżej na zwiedzenie stref ogólnodostępnych, bez zapuszczania się w obszary przeznaczone dla pasażerów kabinowych (jeżeli statek w ogóle takowe posiadał, oczywiście). Tego lata logistyka zasugerowała natomiast nocny rejs promem, i doszliśmy do wniosku, że przy takiej okazji bilety na pokład nie będą najlepszym pomysłem, bo jednak wyspać się w takich warunkach nie da.

Wykupiwszy kabinę, popadliśmy w ciekawość, cóż to nas w szczegółach czeka. Wizje znane z literatury (z wyglądaniem przez bulaj) musiały odejść w zapomnienie, bo wzięliśmy kabinę wewnętrzną, w której okna na korytarz się nie spodziewaliśmy. Filmowo zaś nieustannie nachodziły mnie skojarzenia z „Titanicem”, oczywiście, nie z apartamentami pierwszej klasy, ale z kabinami dla uboższych pasażerów, tymi, o których Jack Dawson mówił patrząc w oczy swojej wytwornej interlokutorki „najlepsze jakie widziałem, właściwie żadnych szczurów”, wzdłuż wąskiego korytarzyka w odległym zakamarku statku.

Tego wieczora dotarliśmy do portu bardziej podenerwowani pośpiechem (droga z dworca okazała się dużo dłuższa, niż nam się wydawało) niż podekscytowani. Władowaliśmy się z ciężkimi torbami do wnętrza statku, wprost na elegancko umundurowanego odźwiernego (wiem, ze statkiem się nie kojarzy, ale nie bardzo mi inne słowo do głowy przychodzi, a wyglądał niczym z drogiego hotelu), który uprzejmym gestem wskazał na ruchome schody bacząc zarazem, czy sobie na tych schodach z bagażami poradzimy sami (cóż, gdybyśmy byli pasażerami pierwszej klasy, może by gwizdnął na pomocnika, który by te bagaże zataszczył), kolejny stał przed następnymi ruchomymi schodami… Błyszcząca klatka ruchomoschodowa wyprowadziła nas eleganckiej recepcji, gdzie wręczono nam kartę otwierającą właściwe drzwi. Znalezienie drzwi.. cóż, wymagało odgadnięcia w którym niepozornym wąskim korytarzyku (choć nie ciemnym, nie, nie) mogą się znajdować, jakoś tabliczek informacyjnych zbyt wielu nie umieszczono. W kabinie czekały na nas dwa łóżka piętrowe, wielkie lustro zmniejszające klaustrofobię i łazieneczka wielkości podwójnej sławojki, skutecznie mieszcząca wszystko co potrzebne, z działającym prysznicem włącznie. Luksus to to oczywiście nie był, ale też chodziło przede wszystkim o możliwość spokojnego odświeżenia się i przespania pięciu-sześciu godzin (już po 23 właściwie skończyły się centralne komunikaty z głośników), kołysania w zasadzie nie czuliśmy, prędzej drgania sugerujące, że maszyny pracują w najlepsze; ciekawość.. też właściwie zaspokojona, choć wciąż ciekawi jak to jest wyglądać z kajuty przez okienko, ale to w niedającej się przewidzieć przyszłości.

Szczurów w każdym razie nie stwierdziliśmy żadnych.

Mondrian na nodze

Znajomi z fejsa być może pamiętają (a może woleli szybko zapomnieć), jak swego czasu (sprowokowany, a jakże) wrzuciłem zdjęcie swoich stóp opalonych „na wojskowo”, to jest w tych miejscach, gdzie akurat w sandałach są dziury.

W tym roku podźwignąłem tę technikę opalania na wyższy poziom. Oto najpierw jednego dnia ubrałem sandały i spędziłem w nich dzień cały. Jako że śródziemnomorskie słońce grzało solidnie, pod wieczór oczywiście na stopach pojawiły się wielkie czerwone plamy przedzielone jasnymi paskami. Wybierając się więc do wyjścia następnego dnia, wybrałem swoje ulubione obuwie typu „półbuty tekstylne siatkowe”. Wieczorem przyjrzałem się stopom.

Jak należało się spodziewać, nogi opaliły się do granic półbutów, w wyniku czego na stopie malował się ciemny okrąg – a przed nim na jasnej skórze ciemna plama z dnia poprzedniego. Efektem mniej już przewidzianym były natomiast regularne plamki odpowiadające dziurkom w siateczce…

Może to nie Mondrian tylko inny artysta współczesny, nie będę się doktoryzował, w tej chwili i tak przechodzi w Jacksona Pollocka, bo mi spalona skóra zaczęła schodzić.

 

 

Na razie bez zmian

Przed urlopem sygnalizowałem, że na blogu sportowym mogą zajść pewne zmiany – nadal są niewykluczone, wszystko zależy od tego ile poświęcę temu czasu (a chwilowo jestem raczej w niedoczasie) oraz od pewnych czynników ode mnie niezależnych. Póki co wrzucam więc zajawki tak ot po prostu:
Kolumbijska paczka
Jamajka kontra reszta świata 
(proszę, jak się środkowoamerykańsko zrobiło).

Futbol powraca.. zobaczymy, też lekkoatletyczny czempionat może się mocno objawić. 

Jamajka kontra reszta świata

Dwa lata temu Jamajczycy dominowali w sprincie na mistrzostwach świata – wygrali wszystkie trzy konkurencje (100m, 200m i sztafetę 4x100m), koleżanki wypadły tylko nieco słabiej, z jednym złotym i dwoma srebrnymi medalami. Wypada dodać, że w obu finałowych biegach na 100 metrów ekipa Jamajki miała po trzech reprezentantów (przy czym Bolt falstartem pozbawił siebie i reprezentację jednego stuprocentowo wręcz pewnego medalu), a w biegach na 200 metrów – po dwóch. 

Niedawno w Moskwie zakończyły się półfinały biegu na 100 metrów, finał za jakieś półtorej godziny. W finale pobiegnie dwóch Europejczyków, dwóch Amerykanów i czterech Jamajczyków.

Panie na tym dystansie na razie pobiegły dopiero biegi eliminacyjne, ale w półfinałach są cztery Jamajki.