Jeszcze o opcjach, czyli silly season się zaraz skończy

Rozpisałem się ostatnio o tym, jakie potencjalne opcje ma na przyszły rok Robert Kubica. Przez tych kilka dni żadne nowe informacje zasadniczo się nie pojawiły, ale przy niedzieli mogę sobie pospekulować, w końcu całe lato upłynęło wszystkim na spekulacjach dotyczących obsady wszystkich chyba możliwych bolidów w stawce F1.

Na chwilę obecną wyjaśniła się jedna tylko zagadka – wiadomo, że miejsce w Red Bullu nr 2 zwolnione przez Marka Webbera zajmie ostatecznie Daniel Ricciardo, ale tam przymierzany był jedynie Kimi Raikkonnen; czy Kubica w ogóle by tam mógł trafić, to trudno zgadywać, wszystko zależałoby od tego, na ile Red Bull rzeczywiście szukał kierowcy będącego kimś więcej niż grzecznym i solidnym numerem 2, plotki o Alonso nie oznaczały nie więcej niż to, że były. Śmiało możemy natomiast wykluczyć miejsce zwolnione przez Ricciardo – Toro Rosso to zespół ćwiczebny dla młodych kierowców wspieranych przez Red Bulla, człowiek z pięcioma sezonami w F1 zupełnie do tego nie pasuje. 

Równie bezrefleksyjnie możemy też skreślić zespoły z końca stawki, kandydat do tytułu mistrza świata nie będzie się zniżał do jazdy w trzeciej lidze (zwłaszcza że może startować w elicie rajdowej), ponadto tam występują kierowcy z solidnym zapleczem finansowym. Ze względów finansowych (głównie) nie wydają się też prawdopodobne zespoły takie jak Sauber i Williams – Sauber desperacko szuka pieniędzy i zakontraktował na przyszły rok absolutnego rosyjskiego żółtodzioba, fascynującym pytaniem staje się, kto temu żółtodziobowi będzie mentorem, ale obawiam się, że jednak również ktoś będący w stanie zapewnić wsparcie w gotówce lub ‚w naturze”, aktualnie Saubera nie stać chyba nawet na wywiązanie się z kontraktu względem swojego aktualnego numeru 1. Williams z kolei żyje (choć jego wyścigowe życie jest strasznie nijakie) głównie z pieniędzy wenezuelskich, co w oczywisty sposób wymusza na nich zatrudnianie Maldonado, natomiast bez niego (i tych pieniędzy, co zdarzyć się może) priorytetem dla nich również będzie poszukiwanie kierowców zasobnych albo przejście z nijakiego życia w stan wegetacji. Sympatia (obustronna) będzie raczej niewystarczającym atutem wobec braku potencjału.

Zostało nam pięć zespołów (wszystko oczywiście, gdyby ktoś zapomniał, w kategoriach hipotetycznych spekulacji). McLaren to uznana firma, tegoroczna zadyszka nie powinna zaciemniać obrazu (przyszłoroczne zmiany w przepisach mogą wszystko wywrócić do góry nogami), teoretycznie ma obu kierowców z kontraktami wieloletnimi, ale… w F1 pojęcie „wieloletni” nieraz oznacza „z opcjami na wiele lat”, i tu mamy dobry przykład, bo mistrz świata Jenson Button na razie (ku mojemu zaskoczeniu) przyznawał się w lecie, że kontraktu na przyszłu rok wciąż nie ma, kontrakt jego meksykańskiego partnera może zależeć od kontraktów sponsorskich zawartych z jego patronem (ale wobec planów reaktywacji meksykańskiego Grand Prix jego pozycja wydaje się silna). Tym niemniej, ten kierunek nie wydaje się szczególnie obiecujący. 

Znacznie ciekawiej robi się natomiast w przypadku zespołów Ferrari i Lotus. Wtajemniczeni mówią o skomplikowanych negocjacjach toczonych wokół podpisu Raikkonnena, Ferrari daje mu pewność finansową ale mniej pewną pozycję w zespole, w Lotusie byłby nadal bezapelacyjnym liderem, ale problemem może być zapewnienie środków, może nawet nie tyle na wynagrodzenia co na prace nad samochodem (sportowo oba zespoły wydają się dawać podobne szanse, choć patrz punkt: pieniądze). Niezależnie od tego, dokąd Fin pójdzie, ważniejsze będzie, kogo zatrudni przegrany. O Ferrari mówi się, że preferuje kierowców ze sporym doświadczeniem (Felipe Massa doświadczenie ma, ale wyników coraz mniej), a z tym na rynku krucho (przyjmując że zarazem oczekiwany jest wystarczający talent), przymierzany powszechnie o Scuderii Hulkenberg zalicza raptem trzeci sezon. Po odejściu Webbera pasowaliby do opisu może jeszcze Button, który wszak raczej czeka na potwierdzenie kontraktu w aktualnym zespole ((patrz wyżej), i Rosberg (z dobrą pozycją w Mercedesie, lecz któż odmówiłby stajni z Maranello, głosi obiegowy pogląd). A Kubica podobno miał podpisany już wstępny kontrakt z Ferrari na 2012 (na oczy nie widziałem, wierzę różnym ludziom na słowo). Z drugiej zaś strony, Lotus zna jego możliwości jak mało który zespół, byłaby okazja „dokończyć pewne niezałatwione sprawy”, a i kontrakt mógłby być niższy niż Raikkonnena..

Przyznam się, że cały czas moje myśli podążają w kierunku mało oczekiwanym. Według informacji – najpierw o statusie przecieków, teraz już potwierdzonych – Kubica korzysta w tym roku z symulatora wyścigowego Mercedesa (wieści zupełnie niepotwierdzone są takie, że jest w nim piekielnie szybki, szybszy niż aktualny skład tego zespołu…). Oczywiście nie jest prawdopodobne, żeby miał wygryźć świeżo zakontraktowanego lidera, ale miejsce obok niego… Oczywiście, założenie, że kierownictwo Mercedesa uzna Rosberga za znacznie słabszego kierowcę nie jest ogromne, poza tym ze względów marketingowych niemiecki team może chcieć mieć w składzie niemieckiego kierowcę (jednego się dopiero co pozbyli), chyba żeby sam postanowił odejść (patrz wyżej). Relacje w świecie F1 są nad wyraz skomplikowane, ale nie umiem się oprzeć myśli, że współpraca z Mercedesem może stanowić atut tego zespołu w grze o fotele (choć może wszystko się oczywiście skończyć na czysto biznesowym układzie „dla mnie rehabilitacja i sprawdzenie możliwości, dla was dane najwyższej jakości”).

Zorientowani w dyscyplinie (oraz sprawnie liczący) wiedzą, że został jeszcze jeden zespół. Z pozoru nikt by na niego nie postawił, nie wygrali jeszcze wyścigu w swojej historii (raptem jedno podium), ale.. samochody mają solidne, potrafią dowieźć i na czwartym miejscu, choć bez kierowców najwyższej klasy, zajmują solidne szóste miejsce w klasyfikacji konstruktorów (nie bez szans na piąte). A na dodatek nie mają nikogo zakontraktowanego na przyszły sezon, finansowo jako tako się trzymają i – od przyszłego sezonu przechodzą na silniki Mercedesa…* Doprawdy, wolałbym widzieć Kubicę (na jeden sezon, potem pewnie przeszedłby wyżej) w Force India (w końcu po coś grywał z pokera z szefem tego zespołu…), niż nie widzieć go wcale w F1, nawet jeżeli trzeba byłoby odszczekać śmichy z Cezarego Gutowskiego (ale on takie wizje roztaczał dwa lata temu, więc się nie liczy). 

W każdym razie: będzie, co będzie. Spekulacje są ciekawsze niż dzisiejszy wyścig na Monzie, niestety.

*jak mi słusznie zwrócono uwagę – powinno być „przedłużyli kontrakt na silniki Mercedesa”…

Staszek

Przez lata był prawie nikim, co najwyżej „tym drugim Szwajcarem”, kiedy razem z Federerem wygrywali turniej olimpijski w Pekinie, wszyscy patrzyli na niego jako po prostu drugą rękę Rogera. Powoli piął się do góry, wygrywał pomniejsze turnieje, dawał się zapamiętać. W styczniu w Australii stoczył fantastyczny pojedynek z Djokoviciem, prowadząc już 6-1, 5-2, by w końcu po pięciu godzinach przegrać w piątym secie 10-12 (choć w całym meczu w gemach wyszli na równo).

Zawsze mnie zastanawiały jego personalia, jak na Szwajcara nietypowe. Dziś, patrząc jak znów walczy z Djokoviciem, tym razem w nowojorskim półfinale, aż zacząłem szukać czegoś na ten temat. I proszę: niby jego ojciec to Niemiec, ale z korzeniami gdzieś z polsko-czeskiego pogranicza, matka też jakieś słowiańskie konotacje posiada, jeden Bóg wie ile w nim pierwiastka czeskiego, a ile polskiego (a ile innych), w każdym razie umownie możemy go traktować prawie jako swojego.

Bekhendu Stanislas Wawrinka jeszcze nie gra jedną ręką tak pięknie jak Federer, ale Flushing Meadows i tak za nim szaleje, wspierając go przeciw Djokoviciowi. Tyle że Djokovic jest cyborgiem.

Notka opublikowana jest kopią notki ze slask.sport.pl.

Jak jedna złotówka to mało…

Junior z przedszkolem rozstał się jakiś czas temu, więc kompletnie nie rejestruję, w jaką stronę podąża ewolucja tej instytucji. Wtedy, kiedy mnie to obchodziło, pojawiła się zasada „pięciu godzin”, jakoś tam przyswojona. Teraz natomiast od paru dni bombardowało mnie pojęcie „jednej złotówki” i kompletnie nie wiedziałem o co chodzi, dziś dopiero natrafiłem (nie szukałem, same na mnie wyskoczyły) na teksty dotyczące zagadnienia. 

No więc… jak rozumiem, w ramach urawniłowki (powiedzą jedni) lub w trosce o wyrównywanie szans (powiedzą drudzy) wprowadzono zasadę, że za zajęcia dodatkowe (czyli powyżej pięciu godzin opłacanych przez gminę) rodzice mogą płacić nie więcej niż 1 zł za godzinę, a jeżeli to nie pokrywa kosztów (słowo „jeżeli” jest grzecznościowe) to nadwyżkę finansuje się z dotacji przekazanej przez rząd. Dotacja ta oczywiście nie jest tak wysoka (no dobra, tak się twierdzi), żeby sfinansować fanaberie pokroju warsztatów ceramiczno-baletowych czy teatru karate, prowadzonych przez znakomicie przygotowanych wysokiej klasy profesjonalnych zawodowców, zajęć przecież niezbędnych do prawidłowego rozwoju przedszkolaka. Teraz, jejku jejku, będą musiały wszystkie zajęcia prowadzić te biedne (nieprzygotowane) przedszkolanki…

Dworuję sobie, bo przeczytałem o żalach rodziców, „których przecież stać” (ich akurat), a tak będą musieli wozić biedne dzieci z publicznych przedszkoli na zajęcia popołudniowe, od czego „będą zmęczeni i wydadzą dodatkowe pieniądze”. Ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie nie zamówią sobie/dzieciom zajęć, na które profesjonalny instruktor przyjedzie do domu – na pewno mniej się zmęczą, a przecież stać ich chyba, nie są przecież aż takim plebsem? 

Czosnek, wszędzie czosnek

Region śródziemnomorski niezaprzeczalnie kojarzy się z czosnkiem: aioli, pesto, aglio&olio(&pepperoncino), tzatziki, baranina – wszędzie czosnek i czosnek. Dziwić nie może, bo tam gdzie nie stąpniesz, tam czosnek wyrasta. 

czosnek Castelsardo Casteddu Sardynia Sardegna Włochy Italia

U nas można go (kiedyś czasem, dziś często) spotkać w kwiaciarniach, robi wrażenie, te wyhodowane pracowicie kule. Na swobodzie też robi wrażenie, kiedy rośnie całym stadem, może kule mniejsze, ale za to wśród liliowo dojrzałych znajdziemy i jeszcze zielone, tego w kwiaciarni nie dostaniecie.

czosnek Bonifacio Korsyka Corsica Francja France

I nie żartowałem mówiąc, że rośnie wszędzie. Na „gołej” skale też będzie próbował.

czosnek Capo Caccia Sardynia Sardegna Włochy Italia

Ale nie sprawdzałem, jaki był w ziemi.

Rewolucje podatkowe

Czytam dziś, że PiS po wygranych wyborach będzie wprowadzać zmiany w podatkach. Jako że jest to (być może niestety) prawdopodobne, to warto zacząć się oswajać z myślą, że coś się w podatkach dochodowych pozmienia, ważne tylko, żeby robić to mądrze. 

Na pewno do mądrych nie należą żadne bzdurne „odpisy na inwestycje”. Inwestycji nam nie brakuje, jeżeli tylko są potrzebne, każdy przedsiębiorca wie jak lokować wydatki w kosztach uzyskania przychodu; jeżeli zależy nam na zachęceniu inwestora, to lepiej go zmotywować korzystniejszymi stawkami amortyzacji określonych inwestycji, bo to zmusza inwestora nie tylko do zrealizowania inwestycji, ale do jej wykorzystywania przez sensowny czas (mechanizm podobny do tego, który stosuje się przy środkach unijnych, gdzie względnie łatwo jest rozliczyć dofinansowanie, natomiast trudniej może być dotrzymać warunków jego wykorzystania w następnych latach, co może dla wielu beneficjentów okazać się bardzo gorzką pigułką).

Pomysły podwyższania niektórych stawek podatkowych wiążą się zwykle z wielkim krzykiem o krzywej Laffera, choć nikt oczywiście nie potrafi powiedzieć, jaka wysokość stawki spowoduje osiągnięcie szczytu krzywej. Jest faktem, że stawki nie są przesadnie wygórowane, a ten, kto chce zarabiać więcej (i ma takie możliwości), nie zniechęci się podwyższoną stawką aż tak bardzo, żeby zrezygnować z zarobku; prosta logika mówi bowiem, że ktoś, kto może zarobić dodatkowy tysiąc złotych na czysto, oddając zarazem drugi tysiąc do wspólnej kasy, ma o tysiąc więcej niż gdyby sobie odpuścił – i nie jest szczególnie prawdopodobne, żeby rzucił się na dodatkowy zarobek, gdyby miał z tego samego tytułu zarobić tysiąc dwieście, czy nawet tysiąc pięćset. Podobnie kusi mnie, żeby podnieść podatek od zysków kapitałowych, bo te są de facto źródłem najbardziej rażących transferów dochodu, oraz stawkę CIT i liniowego PIT (nie musi być przesadnie, na początek choćby o punkt, skoro można było o tyleż podnieść VAT…), można by też dalej zreformować „twórcze” koszty uzyskania przychodu (choć to temat na osobną, wiecznie odkładaną notkę)… A jeżeli przez podwyżkę podatków komuś braknie na sushi, to jakoś nie czuję dramatu z tego powodu – wolałbym, żeby komuś nie brakło na bułkę; korekta skali podatkowej w kierunku zwiększenia kwoty wolnej podatku (jest ona u nas na tle Europy podobno wyjątkowo niska) byłaby znacznie bardziej pożądana.

Skoro już była mowa o zyskach kapitałowych, to coraz większą sympatię budzi we mnie podatek od transakcji kapitałowych (z wyłączeniem obrotu pierwotnego, czyli wprowadzania akcji na giełdę). Nie chodzi przy tym o jakiś kosmiczny domiar, a wręcz o niemal symboliczne skubnięcie, które jednakowoż zniechęcałoby do spekulacji na niewielkich zmianach kursów, które dziś dokonywane są w sposób zautomatyzowany, przy pomocy systemów umożliwiających reagowanie w czasie sekundy czy krótszym. Podobno podatek Tobina w doprowadził w Szwecji do zamarcia obrotu instrumentami pochodnymi – właściwie też nie mam nic przeciwko. 

Wspomniałem już kiedyś (a może nie tutaj), że intrygują mnie mechanizmy ekonomiczne amerykańskiej powojennej Złotej Ery, kiedy podatki sięgały 90%, a robotnik mógł z jednej pensji utrzymać rodzinę, sfinansować dom i samochód etc. Nie umiem się oprzeć myśli, że im wyższe stawki podatkowe, tym bardziej firmy były zmotywowane do nabijania kosztów wysokimi płacami swoich pracowników. Zastanawiam się więc – tu wchodzą moje zupełnie własne pomysły podatkowe (to znaczy może ktoś też to gdzieś wymyślił, pewnie tak, ale nie pamiętam żebym czytał), żeby z jednej strony wprowadzić (może razem z podwyżką stawek?) bonus dla pracodawcy w postaci dodatkowego odpisu w koszty wypłacanych pracownikom wynagrodzeń, najlepiej wyłącznie w ramach umów o pracę na czas nieokreślony, a z drugiej strony potężnie ograniczyć możliwości wliczania w koszty wydatków związanych z utrzymaniem zarządów. Jeśli więc firma chce płacić prezesowi miliony i fundować mu porsche w leasingu, proszę bardzo – jeżeli robi to na koszt akcjonariuszy,* a nie podatników; jeśli natomiast chce płacić mniej podatku – bardzo proszę, premie dla szeregowych pracowników bardzo mile widziane, niewątpliwie zostaną wydane w taki sposób, od którego wzrosną przychody z VAT. Chodzi mi jeszcze po głowie (bat na własny portfel kręcę) ograniczenie w kosztach podatkowych wydatków związanych z samochodami – oczywiście tutaj można osiwieć, jak to zrobić, żeby przy okazji nie zarżnąć tych przedsiębiorców, którzy żyją z transportu lub którzy bez dużej dozy transportu nie umieją się obejść, może nie warto kombinować. Może wystarczy na początek tych wcześniejszych pomysłów…

Nadeszła zmiana

Tak, już wcześniej sygnalizowałem, że jeśli chodzi o blog sportowy, to coś się może zmienić, no i się zmieniło: adres. Nie, nie wynoszę się jakoś szczególnie daleko, pozostaję w obrębie Agory, ale teraz już faktycznie pod szyldem Śląsk – sport.pl, pod takim oto adresem:
http://www.slask.sport.pl/blogi/bartoszcze

Na starym blogu jeszcze ostatnia notka merytoryczna:
Rekord tysiąclecia
oraz szersza informacja „pożegnalna”
Degradacja.  

To chyba nie jakaś przesadna zmiana?

Degradacja

Od założenia tego bloga upłynął nieco ponad rok. W sumie pojawiło się tu przez ten czas 80 notek (licząc wraz z powitalną). Od początku był elementem projektu (choć nie lubię strasznie tego słowa) Śląsk.sport.pl, choć przez rok funkcjonował właściwie jako samoistny blog w ramach Blox.pl, powiązany tylko z flagowym projektem. 

Stało się, co się stać miało: uruchomiono formalnie platformę blogową na Śląsk.sport.pl. Ponieważ nie ma bezpośredniej kontynuacji technicznej tego bloga na nowej platformie, nowe notki będą publikowane w nowym miejscu, pod adresem:
http://www.slask.sport.pl/blogi/bartoszcze 

Niektóre „stare” notki już się tam testowo pojawiły. Poza tym, nie zmienia się nic. Ten blog pozostaje tylko jako archiwum – nie wykluczam, że będzie służyć też jako kopia tego nowego, bo nie wiem na ile czytelnicy docierający tu inaczej niż przez Śląsk.sport.pl będą mogli łatwo dowiedzieć się o nowych notkach.

Dziwi mnie wasze zdziwienie

Wrzucam od czasu do czasu na narzędzie szatana, zwane fejsbukiem, muzykę, która mi akurat zagrała czy podpasowała. Eklektyzm moich wyborów jest taki sam, jak tego co pojawia się na blogu czy tego, co można znaleźć w moim laptopie, albo …nawet większy. 

Nie wiem czy da się znaleźć wspólny mianownik dla bretońskiego hip-hopu, coverów od zorientalizowanego punka do reggae’owego Presleya, czy syntezatorowych remiksów disco (a gdzie bossanova, klasyki lat 50, jazz, hardrock, folk…), oprócz „wszystko jest możliwe”.

Dlatego solidnie mnie ostatnio zdziwiło dwoje znajomych, którzy zdziwili się że puściłem delikatnego rapowego klasyka. Że niby do mnie nie pasuje. Pfff. Ale i tak was lubię.

Opcje wyścigowe, opcje rajdowe

I znów Robert Kubica podpalił nam głowy. Nie, nie łapcie się za głowy, nie przegapiliście żadnej kolejnej imprezy motoryzacyjnej, na której mógłby wypaść znakomicie lub skończyć przed czasem, sierpniowy występ w Rajdzie Niemiec do tej pory zapiera dech w piersiach (wynikiem ponad poziomy samochodu wylatującym, choć uczciwie przyznać należy, że rywale w autach o poziom lepszych solidnie pomogli, a w porównywalnym pojeździe najgroźniejszy przeciwnik przegrał o zupełnie niemetaforyczne sekundy). Tyle że po rajdzie już, w wywiadzie jakimś, rzucił podstępnie a enigmatycznie, że na przyszłe sezon ma „dobre opcje rajdowe i dobre opcje wyścigowe”. 

No i masz babo placek. „Opcje rajdowe” nie przysparzają wielkich emocji, w obecnej sytuacji mało prawdopodobne wydaje się zarówno kontynuowanie występów w rozgrywkach kontynentalnych (już w tym sezonie traktowanych „po macoszemu”, wręcz treningowo), skoro na wyciągnięcie ręki jest mistrzostwo świata w kategorii WRC-2; jedynym pytaniem może być więc, z jakim zespołem Kubica kontynuowałby walkę o najważniejsze rajdowe trofeum, czyli mistrzostwo świata WRC – w zespole fabrycznym, czy jak dotąd w zespole prywatnym, niewątpliwie wiele może zależyć od oferowanych warunków, i nie chodzi tylko o pieniądze, ale takie kwestie jak potencjał zespołu czy długość kontraktu. 

Wszyscy (zainteresowani) wiedzą wszak świetnie, że dla Kubicy priorytetem jest powrót do kokpitu bolidu F1, jak sam to ujął „ma niedokończone sprawy”. Może się to wydawać niewiarygodne, żeby facet, któremu ręki omal nie urwało, pędził 350 km/h i mierzył się w zakrętach czy dohamowaniach z przeciążeniami 4-5g. A jednak… z tych starannie nam dawkowanych informacji wynika jasno, że chodzi już tylko o pewien niewielki procent niezbędnej sprawności, nie wytrzymałościowej, a jedynie związanej z możliwością wykonania w ciasnej przestrzeni odpowiednio głębokiego ruchu ręką na kierownicy. Sam Robert przyznawał już (mniej lub bardziej oficjalnie), że na niektórych torach byłby w stanie walczyć nawet dziś (przy czym było to „dziś” sprzed kilku miesięcy, szczegółów teraz szukać nie będę), problemem były niektóre inne tory. Jak to wygląda dziś… nie wiadomo nawet, kto poza nim samym dokładnie o tym wie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby poinformowanych było znacznie więcej, niż się komukolwiek wydaje. Przy okazji pozwolę sobie na stwierdzenie, że w kompilacji doniesień popełnionej dwa lata temu, wszystkie doniesienia z czasem okazały się być w stu procentach prawdziwe, choć niekoniecznie w taki sposób, jak się to wydawało w tamtym momencie.

Wypadałoby chwilę dla porządku pomyśleć, czy opcje wyścigowe mogą oznaczać coś innego niż Formułę 1. Słychać pogłoski o kuszeniu go startami w zawodach samochodów turystycznych (WTCC), jednak skoro rok temu odrzucił ściganie się w podobnej (lub nawet lepszej) serii DTM, to niezmiernie mało prawdopodobne wydaje się, żeby miał do tego wracać (ze sportowego punktu widzenia mistrzostwa rajdowe WRC stoją znacznie wyżej niż wszelkie pomniejsze imprezy wyścigowe). Oczywiście, w dosłownym ujęciu wystarcza to do powiedzenia „mam opcje”, ale można sobie zadać pytanie, czy określiłby je mianem „dobre opcje”. Kluczowe pytanie, na jakie dziś możemy względnie spokojnie poszukiwać odpowiedzi, brzmi więc: „po co właściwie to powiedział?”

W tej grze pozorów („game of smoke and mirrors”, mawiają Anglosasi) wszystko jest bowiem możliwe, znakomitym przykładem było tegoroczne lato i tabuny plotek o możliwych ruchach transferowych na sezon 2014 (do tej pory zresztą nie ma odpowiedzi na większość pytań). Podobno decyzje co do opcji mają zapaść w ciągu miesiąca-dwóch, i prawdę mówiąc: i tak nie odgadniemy co się stanie.

Sardyńskie drogi i znaki

Właściwie to gdzie nie pojadę samochodem w podróż zagraniczną, to mam wrażenie, że wiele rzeczy na drodze jest jakoś inaczej, i nawet nie potrafię zbudować zależności geograficznych, po prostu znaki wydają się mniejsze, a zakręty ostrzejsze (drogi czasem też węższe).

Drogi Sardynii generalnie nie są stworzone dla miłośników spieszenia się, raczej prędzej niż później nawet na drodze szybkiego ruchu pojawi się zakręt wymagający solidnego zwolnienia. Do końca życia zapamiętam okolice Badesi, gdzie z pozoru przyjemna dotąd droga zmieniła się w asfaltowego węża zaplecionego wzdłuż niewidzialnej gałęzi, gdzie po 180-stopniowym nawrocie natychmiast przechodziło się w 120-stopniowy zakręt w przeciwną stronę (i tak przez ponad 10 kilometrów); owszem, gdybym mógł sobie pojechać ten odcinek „na sportowo”, to pewnie byłbym nim urzeczony, ale ani Fiat 500 na dotarciu (sztuka nówka, miesiąc od zarejestrowania) ani rodzina na siedzeniach wokół (ani też wreszcie codzinny ruch na drodze), nie sprzyjały takiej jeździe. Zastanawiałem się tylko, jak poruszałyby się po takiej krętej drodze szwendające się tu i tam (zwłaszcza koło Porto Cervo i pozostałych miejscowości Costa Esmeralda) różne Maserati czy inne Porsche, przypuszczam że długimi odcinkami nie wychodziłyby wyżej niż na dwójkę.

Sama krętość dróg nie była jedynym problemem (choć wystarczającym, żeby planując trasę, decydować się na nadłożenie drogi, byle ominąć wijący się odcinek), nieprzyjemnym zaskoczeniem była nieprzewidywalność oznaczeń. Nigdy nie było wiadomo, co dokładnie oznacza znak „ostry zakręt” albo wielkie czarne tablice ze strzałką kierunkową na poboczu (albo ich brak) – czy przed zakrętem należy hamować, zredukować, zdjąć nogę z gazu czy można jechać (u nas, mam wrażenie, żadnemu zakrętowi nie zostałby odpuszczony znak ostrzegawczy…), choć obecność tablic na poboczu raczej sugerowała zwalnianie, a w pozostałym zakresie trzeba było wysoko ustawić czujność.

Zaskoczeniem zupełnie innego rodzaju były często występujące na głównych drogach znaki u nas znane bardziej z dróg osiedlowych, stref zamieszkania i podobnych, informujące o wybudowaniu na drodze progu wymuszającego zwolnienie. Ich widok prowokował natychmiastowe zdjęcie nogi z gazu, a potem konsternację – po co właściwie go postawili? Po kilku takich przypadkach zaczęliśmy rozumieć, o co chodzi – nie ostrzegał przed progiem, tylko o jakimś nieznacznym wybrzuszeniu asfaltu, którego – przyzwyczajeni do jakości naszych dróg – nawet nie dostrzegalibyśmy, ale posiadacz Maserati mógłby je nawet nieprzyjemnie odczuć (aczkolwiek raz czy drugi natrafiliśmy na przejściu dla pieszych nawet na łagodne podwyższenia, które były niemiłym zaskoczeniem); w końcu tam jak jest pęknięcie asfaltu, to się ustawia znaki ostrzegawcze, że nawierzchnia złej jakości…

Tym niemniej, uroda otoczenia dróg rekompensowała wiele. Choć oczywiście kierowca był w tym mocno poszkodowany…