Słuszne podejście

Jakiś czas temu, w miesiącach licząc, w mojej okolicy (nie takiej zupełnie najbliższej) miał miejsce tragiczny wypadek: w zimowy wieczór na przejściu dla pieszych zginęły dwie młodsze nastolatki. 

Okolica, więc znałem miejsce: droga krajowa, dwie jezdnie po dwa pasy, idzie po stoku. Przed przejściem znaki: „uwaga, przejście” i ograniczenie prędkości do… 70. Przejście nieoświetlone, po jednej stronie drogi pola i łąki (po drugiej nieopodal domy), świateł też raczej nikt nie założy, bo są paręset metrów dalej. Nietrudno nie zauważyć kogoś, kto nagle wyjdzie na jezdnię…

Jechałem dziś tamtędy. Zauważyłem od razu że zmieniło się ograniczenie prędkości – do 50 km/h. Jednocześnie na pasie pomiędzy jezdniami pojawiły się przesunięte barierki, wymuszające na przechodzących większą ostrożność, nie zauważyłem tylko podobnych na zewnętrznych krańcach przejścia (ale może miejsca nie było).

Słuszne podejście – niewielkimi środkami w obie strony zmniejszyć zagrożenie.

Pamiętniczek przedmundialowy

13 czerwca, 11:39
Też nie wiem, czy to wróżba.

Peter Schmeichel photo England bus Mundial 2018

13 czerwca, 20:55
Zaglądam na ulubioną stronę sędziowską. My emocjonujemy się tym kto jak zagra (w tym nasi), bawimy się w typerki, a sędziowie w tym samym czasie bawią się w typerka, który sędzia będzie jaki mecz sędziować.

14 czerwca, 06:51
Z drabinki wynika, że Polska może zagrać z Egiptem najwcześniej w półfinale.
Trochę szkoda (nie mam wiary, że obie drużyny tam dotrą), bo zobaczyłbym chętnie Glika z Salahem bark w bark. 

Dobra Robota w Kancelarii Sejmu

Przeglądałem dziś (online) zawartość Dziennika Ustaw. Nie powiem, działo się, dużo do czytania (i do liczenia), ale przede wszystkim sprawdzałem, czy nie przegapiłem ogłoszenia istotnej nowelizacji kodeksu cywilnego, istotnej z powodu poważnych zmian dotyczących przedawnienia roszczeń. Przeglądałem tak sobie i przeglądałem, aż się zadumałem…

Kodeks cywilny to w gruncie rzeczy mocno już sędziwy dokument w naszym prawie, może jeszcze nie osiągnął wieku emerytalnego, ale już dobrze po pięćdziesiątce. Ile razy przez ten czas był nowelizowany, to pytanie do fanów statystyk (być może do adiunktów w katedrach prawa cywilnego), sądzę że co najmniej dziesiątki razy. Można zatem pomyśleć sobie, że przydałoby się, aby ktoś nad tym zapanował (nie licząc wydawców komercyjnych) i zebrał oficjalnie te wszystkie zmiany w jedną całość, temu właśnie służy instytucja tekstu jednolitego aktu prawnego. I – nie da się ukryć – ostatnio nawet jest to instytucja prężnie używana, teksty jednolite są liczne (aczkolwiek zdarza się, że czasem w opublikowanym obwieszczeniu ustalającym tekst jednolity, tekst ustawy jest krótszy niż wykaz nieuwzględnionych w tekście jednolitym przepisów ustaw nowelizujących). 

W Dzienniku Ustaw Marszałek Sejmu ogłosił właśnie kilka dni temu jednolity tekst kodeksu cywilnego, obwieszczenie Marszałka ma datę 10 maja. Jeśli czytaliście uważnie, to zapewne właśnie zadajecie sobie to samo pytanie co ja: czy ten tekst uwzględnia… I zapewne w tyle głowy przemyka myśl „…bo jeżeli nie uwzględnia, to po co tekst jednolity, który nie uwzględnia zmiany graniczącej z rewolucją…” Może będziecie próbowali racjonalizować, że tych zmian już naprawdę tak dużo, że nie można było czekać. I wtedy wyskakuje złośliwy chochlik Faktnik, który podpowiada, że tekst jednolity kodeksu cywilnego został już ogłoszony w styczniu 2014 roku. A potem w roku 2016. A potem w roku 2017…

Słusznie podejrzewacie: tekst jednolity ustalony obwieszczeniem z 10 maja 2018 roku nie zawiera ustawy uchwalonej przez Sejm (i przekazanej do Senatu) 13 kwietnia 2018 roku. W sumie nadal nieogłoszonej, choć prezydent podpisał ją dziewięć dni temu (na dzień przed publikacją tekstu jednolitego).

Dobra… robota, Kancelario Sejmu.

Miało być inaczej, czyli o pewnym takim rozczarowaniu Partią Razem

To jakoś trzy lata, odkąd rozczarowani lewicowcy powiedzieli sobie, że mają dość, i postanowili spróbować działać w polityce, zakładając nową partię. Od tej pory sporo się podziało, w tym wiele w trybie „nikt się nie spodziewał”: szybko zgromadzili dość chętnych, by zgłosić się do rejestracji, po rejestracji sformowali listy wyborcze, zebrali dość podpisów, aby wystartować w całym kraju, pomimo zupełnego braku zaplecza i obecności w mediach zdobyli ponad pół miliona głosów w wyborach parlamentarnych, gdyby udało się zdobyć jeszcze dwieście, to z niczego staliby się ugrupowaniem parlamentarnym. Dziś „robią swoje” z lepszym lub gorszym skutkiem, mamy w perspektywie wybory samorządowe i do przemyślenia temat, czy i dlaczego znowu dać kreskę…

Pisałem już tutaj nieraz o swojej sympatii dla partii Razem, od początku jej istnienia. Przyniosłem im parę (na palcach można liczyć, jednego człowieka wystarczy) podpisów pod listami, nawet miałem propozycję wstąpienia na samym początku, o przyczynach dla których się nie zdecydowałem może kiedy indziej… Przyczyną sympatii była niewątpliwie deklaracja programowa – zawierająca z jednej strony szeroki i interesujący program socjalny, a z drugiej postulat równouprawnienia rodzin. I tutaj – nie ukrywam – mogło się zdarzyć, że dopisałem sobie do tej deklaracji zbyt wiele. Pomyślałem sobie, że w ramach tego postulatu byłaby możliwa zmiana sposobu patrzenia na rodzinę: nie jak dotychczas jako na grupę ludzi, których łączą określone więzy biologiczne, ale jako na grupy ludzi żyjących pod jednym dachem…

Z biegiem czasu – w miarę jak partia rosła i krzepła – krystalizowały się i stanowiska. Tam, gdzie wymyśliłem sobie nowatorskie pojmowanie rodziny, ostatecznie został przede wszystkim postulat wprowadzenia małżeństw jednopłciowych w pełni równych heteroseksualnym. W sumie nie powinienem się czuć szczególnie rozczarowany, bo to jeden z postulatów lewicowych, a partia konsekwentnie prezentuje się jako nowoczesna lewica pod każdym względem (zawsze mogę sobie przecież założyć własną partię dla własnych pomysłów). Ale jednak trochę żal, że zupełnie inne myślenie było możliwe.

Wydarzenie flagowe

Kiedyś – dwa lata już zleciały – zastanawiałem się po co będzie mi Twitter. Odpowiedź jest ostatecznie taka sama jak przy Facebooku: to tylko narzędzie, dzięki któremu możemy miło zmarnować czas – ale też jeśli odpowiednio będziemy dobierać źródła (czyli obserwowane konta), to możemy się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy, na które w inny sposób byśmy nie trafili (nie mylić z tworzeniem bąbelków). A jeśli obserwuje się dziennikarzy przywiązanych do idei jawności wydatków publicznych, to można się dowiedzieć o tym na co się wydaje publiczne pieniądze.

Na przykład, że sympatyczna zapewne Fundacja Republikańska dostała od Ministerstwa Spraw Zagranicznych kwotę złotych stu tysięcy* za opracowanie dokumentu pt. „Kierunki promocji Polski na lata 2017-2027”. Dokument liczy sobie stron trzydzieści i pięć, w tym dziesięć zajmują spisy treści, bibliografie, strony tytułowe etc.; podobno do tego było jeszcze 300 stron ekspertyz, opracowanych przez absolwentów i specjalistów, podobno leżą w szafach Ministerstwa. Dokument wygląda jak według najlepszych wzorców śp. Arthura Andersena, zawiera ładne grafy obrazujące m.in. strumienie strategiczne promocji Polski, tudzież cenne sugestie typu: „interwencje polskich służb w przypadku katastrof naturalnych jako kamienie milowe”, promowanie youtuberów czy Pyrkonu, oraz aktualizacja opisów polskich atrakcji turystycznych „w popularnych aplikacjach, np. Wikivoyage Offline Travel Book”, nie mówiąc o ważnych i oryginalnych myślach takich jak „Polska to bezpieczny, duży, stabilny i intrygujący kraj”.

Ale ja w sumie nie o tym. Otóż zafrapował mnie fragment, w którym sugeruje się promocję Polski poprzez wydarzenia flagowe. Nie wiecie co to? To poczytajcie:

Flagowe wydarzenia są nośnikiem informacji o Polsce poprzez wykorzystanie istotnych i jednocześnie nośnych wydarzeń masowych/kulturalnych/sportowych oraz komercjalizację kultury i obyczajów.
Wydarzenie flagowe powinno mieć z założenia (1) charakter międzynarodowy, a (2) Polska powinna odgrywać w nim kluczową rolę (na przykład jako inicjator, gospodarz wydarzenia lub ich istotny uczestnik).
Wspierane wydarzenia flagowe powinny mieć (3) potencjał do zainteresowania grup docelowych komunikacji oraz być (4) nośnikiem kluczowych przekazów ustalonych dla promocji Polski.„

Wiecie o co chodzi? Nie? No to Wam podpowiem, że przykładowo:
– zawody e-sport (ostatnio w Katowicach mistrzostwa świata nawet były) jako podkreślające innowacyjność polskiej gospodarki (akurat nie pamiętam, żeby w Wiedźmina grali) 
– rotacje wojsk amerykańskich, 
– oraz moje prywatne creme de la creme tego dokumentu: TŁUSTY CZWARTEK.

Ja się mogę oflagować w lutym nad pączkami i faworkami.

*bez bodaj tysiąca sześciuset złotych, nie chcielibyśmy jednakowoż sugerować, że Fundacja wzięła za dużo

Chrzan i cebulki

Kiedy byłem mały… powiedzmy, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, chrzanem można mnie było straszyć. Pamiętam, jakim dramatem były podawane od czasu do czasu na stołówce jajka na twardo w sosie chrzanowym (obficie lanym), robiłem na talerzu wały przeciwpowodziowy z ziemniaków puree, jajka jakoś zjadałem, ziemniaki tylko od tej strony, gdzie nie stykały się z sosem… Sam nie wiem, czy bardziej odrzucał mnie zapach, specyficzny smak czy ostrość (w przypadku sosu chyba akurat nie).

Lata mijały, smaki się zmieniały… z chrzanem wciąż nie było mi po drodze, jako dodatek wolałem inne rzeczy. Zwłaszcza musztardy testowałem z upodobaniem, krajowe, zagraniczne, łagodniejsze i ostrzejsze… Aż zaczęły się pojawiać musztardy reklamowane jako o rzeczywiście dużej mocy, takie absolutnie oryginalne Dijon i jeszcze mocniejsze. I kiedyś wziąłem sobie takiej mocnej sporą porcję na kawałek kiełbasy, wziąłem do ust – i z zaskoczeniem poczułem, jak impulsy nerwowe z języka płyną przez skórę głowy i powodują mrowienie cebulek włosowych. Nie ukrywam, było to pozytywne zaskoczenie 🙂

I wtedy stwierdziłem, że pora jeszcze raz zmierzyć się z chrzanem. Zapach ani specyficzność mi już nie przeszkadzały, a kiedy poczułem – przy ostrzejszym słoiczku – ponowne mrowienie cebulek, to wiedziałem, że odtąd się raczej polubimy (choć nie fanatycznie), niż będziemy omijać.

Peszteńska wiosna

Tak się złożyło, że żaden większy wyjazd majówkowy mi w tym roku nie w głowie. Nie narzekam, wiosnę mamy taką, że lato mogłoby się w niejednym roku schować, na ulicach ludzie i samochody na letniaka (kabriolet z otwartym dachem dziś widziałem), ogródek zerka z sugestią zaangażowania się, ale myśli wokół wyjazdów się plączą, jak się widzi czym się chwalą znajomi. To nie będę gorszy, pochwalę się zeszłym rokiem.

Budapeszt termy Szechenyi

Budapeszt most łańcuchowy

Budapeszt Szechenyi ter

Budapeszt Szabadsag ter

Wybrałem co bardziej wiosenne zdjęcia. Ostatnie dla kasztanów, ale bawi mnie, że w obrębie jednego placu jest pomnik Armii Czerwonej i pomnik Reagana (można go dojrzeć pod drzewami).

Miłego majówkowania tej wiosny.

Czupryna Bruce’a

Ten film włączyłem kiedyś przypadkiem, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać. Były jakieś ładne, niewiele mówiące obrazki, potem nieoczekiwana zbrodnia. Pojawili się policjanci… i pojawiła się ekscytacja. Jednym z policjantów był Bruce Willis, który wyglądał jak nigdy, z długą, ulizaną ciemnoblond grzywką (może w Szakalu też miał podobną peruczkę).

A później Willis pojawił się w zupełnie innej wersji, z klasyczną już łysą pałą i zarostem (przedtem był gładko ogolony). I tak oto dotarliśmy do kluczowego pomysłu filmu – ludzie używali na co dzień mechanicznych awatarów, nazywanych surogatami, sprawnych (dzięki czemu Willis mógł wykonywać wielometrowe skoki i biegać z urwaną ręką), szybkich (świetna była scena, kiedy człowiek idzie wśród surogatów i ma problem z ich omijaniem, one automatycznie oceniają odległości na milimetry i mimo szybkiego chodu mijają się bezkontaktowo) i dobrze wyglądających, które kontrolowali leżąc na łóżku, podłączeni do aparatury umożliwiającej odczuwanie zmysłami surogata. Jako że zaczęło się od zbrodni, to musiało być i śledztwo, z każdą chwilą coraz bardziej bliskie sensacji niż kryminału…

Czytałem później recenzje, wybrzydzające na zbytnią schematyczność intrygi i zbytnie przywiązanie do akcji. Mnie się w sumie podobało, ale zgadzam się, że odrywało od tego, co najlepsze: od samego konceptu surogatów, od psychologicznych motywacji kryjących się za nim. W pewnej chwili Willis mówi do seksownej prawniczki „nie wiem, kim naprawdę jesteś, może grubym facetem z fiutem na wierzchu”, i o tym jest – lub powinien być – ten film: o naszych pragnieniach wyglądania lepiej, inaczej, udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy (cały czas zastanawia mnie czego pragnie facet w średnim wieku, sterujący młodą, podrywającą innego faceta dziewczyną). 

Ale na to potrzebny byłby serial, a nie film. Nawet i bez Willisa. Choć film bardzo lubię.

Marilyn i Audrey

To było tak: jechałem rano samochodem, włączyłem radio; ostatnio najczęściej włączam jedną taką stację, która dobrze odbiera w całej okolicy, a jak grają, to grają nieźle, z wykopem. Ale czasem nie grają, tylko gadają, i to był czas kiedy gadało dwoje prezenterów: pewna pani, która okazjonalne wydawała mi się kiedyś zabawna, i pewien pan, który nigdy mi się z niczym pozytywnym nie kojarzył (zwiska pominę, bo po co komu robić reklamę lub antyreklamę). 

Nie do końca wiem skąd im się to wzięło, ale pan snuł smętne menskie rozważania na temat Audrey Hepburn i Marilyn Monroe (w przypadku MM miało to zdaje się związek z jakąś aukcją jej zdjęcia). Bardzo był przy tym przywiązany do powiedzonka (bo myślą to trudno nazwać), że podobno faceci marzą o całowaniu Marilyn, a kobiety o wyglądaniu jak Audrey (pani była raczej sceptyczna). A że był piątek, nastrój piątkowy, i korki tu i ówdzie na drodze, to w try miga wygenerowałem sondę na Twitterze.

Czy wolisz (gdyby była taka możliwość):
A/ całować Audrey
B/ całować Marilyn
C/ wyglądać jak Audrey
D/ wyglądać jak Marilyn

Ktoś może powiedzieć, że sonda była tendencyjna, bo nie można wybrać i wyglądania, i całowania, ale – jak usłyszał Jack Lemmon w Pół żartem, pół serio – nikt nie jest doskonały. Zwracam uwagę, że nie ograniczałem wyboru do jednej tylko płci, dlatego w wynikach też nie wiadomo które z głosów oddawały kobiety, a które mężczyźni…

A wyniki były takie: wyglądać jak Audrey chciało 13% głosujących. 18% wolało wyglądać jak Marilyn, podczas gdy 19% tę Marilyn chciało całować. Dodaliście szybko w pamięci? Tak: dokładnie połowa respondentów najbardziej chciałaby Audrey całować, i tyle mitów smutnego pana z radia.

No to buziaczki.

Audrey Hepburn blowing kiss Getty Images

Jak Lew

Może widzieliście, może nie. W każdym razie nie chce mi wyjść z głowy ostatni odcinek Milionerów, a ściślej – jedno z pytań (w przeszłości nieraz pisałem notki poświęcone tylko jednemu pytaniu, więc to żadne novum). 

Było to pytanie o niezbyt wielkie pieniądze, jakieś 5 czy 10 tysięcy, więc wydawałoby się proste (choć doświadczenie uczy, że na prostym wyłożyć się łatwo). Grała pani, z zawodu zdaje się nauczycielka małych dzieci, nie rejestrowałem wszystkich szczegółów bardzo dokładnie. Pytanie brzmiało:

LEW ZABITY PRZEZ RAMONA MERCADERA TO:
A/ Simba
B/ Tołstoj
C/ Trocki
D/ Mufasa

Zapewne autor pytania traktował je jako bardzo dobrą zabawę, mnie również ono mocno rozbawiło (nawet sobie z niego na Twitterze żartowałem), uczestniczkę zaś skonfundowało. Na tyle, że postanowiła wziąć pół na pół (zostali Simba i Trocki)…

Oczywiście, stoimy tu przed pułapką klasizującego podejścia „elo, człowieku, jak można historii nie znać”. Mnie jednak zaintrygowało, że grającej taki obcy wydał się filmowy megahit, jakim był „Król Lew”: film z czasów, kiedy kina były powszechniejsze, a bilety tańsze; film, który wielokrotnie gościł w telewizjach; film, którego bohaterowie – wydawałoby się – tak mocno wryli się w zbiorową świadomość (choć, przyznajmy, bardziej dzieciom sprzed ćwierćwiecza niż obecnym).

Pani postanowiła uśmiercić Simbę. A może to ja nie nadążyłem za sequelami?