Przedświątecznej nawał roboty, sobota to był najwyższy czas żeby zabrać się za wyprodukowanie odpowiedniego zapasu moich ulubionych okrągłych ciasteczek makowych. Wymagają one ręcznego wyrobu, a że zgubiłem gdzieś jedną z tradycyjnych dwóch tur przygotowywania, to musiałem nadrobić w jeden wieczór. Ciasto było przygotowane, piekarnik został włączony, blachy naszykowane… a żeby wieczór milej płynął, to dobrą rzeczą jest włączyć jakiś umilacz dla oczu (jako że robota jest ręczna, to zajęcia uprzyjemniające wymagające wykorzystanie rąk były wysoce niepraktyczne). A skoro Święta – to oczywiście można odświeżyć stare (około)świąteczne filmy…
Każdy ma swoje filmy ulubione, o jednym z moich pisałem już na blogu parę nawet razy. Love, actually, nie wymaga szczególnej uwagi, jest lekki i słodki (tych wątków, które są smutne, możemy przecież nie lubić, wtedy kula się ciasteczka ze zdwojoną energią). Żarty i żarciki śmieszą niezmiennie, a do tego tylu fajnych aktorów do oglądania.
Alan Rickman, on mógłby grać i halabardnika.
Keira Knightley, jak już pisałem...
Hugh Grant, błaznuje w swoim niezrównanym stylu.
Martin Freeman, wtedy jeszcze nie hobbit, ale w jednym z najśmieszniejszych wątków filmu.
Elisha Cuthbert w wersji sprzed 10 lat (no dobra, nie ze względu na kunszt aktorski).
I masa, masa innych (kogo kto lubi)… Andrew Lincoln nie mógłby już dziś zagrać swojej popisowej roli, bo za bardzo się kojarzy z dzielnym pogromcą zombie. (Na karb nieuwagi spowodowanej koniecznością zajmowania się ciastkami składam doszukanie się w obsadzie Naomie Harris – pewnie dlatego, że uroczym smaczkiem byłoby przedzierzgnięcie z sekretarki premiera w Moneypenny, poza tym fryzura mocno pomogła tej pomyłce).
Filmu i tak zabrakło na całość, ale drugi raz nie puszczałem, wszystko ma granice (poza tym zoczyłem w programie parę seriali).
Jako że pisze mi się ostatnio kiepsko, to korzystając z okazji od razu życzę wszystkim Wesołych Świąt. Z miłością, oczywiście. Po raz pierwszy, jakby co.


