„przez pierwsze pięć lat jego małżeństwa z Helen Jenny płaciła za nich wszystkie rachunki”
/John Irving, „Świat według Garpa”/
Ale się zrobiła awantura. A wszystko przez to, że pisarka Kaja Malanowska poskarżyła się słowami grubymi na swoim facebookowym profilu, że wpływy ze sprzedaży książek (napisała na razie dwie, w tym jedną nominowaną do NIKE) są nieadekwatne do nakładu pracy, jaki włożyła w jej napisanie. Doczekała się odpowiedzi wszelakiego rodzaju – hejterskich, drwiących, praktycznych, bohaterskich, temat zaczął żyć własnym życiem, literaci zaczęli dyskutować już nie z Malanowską, tylko z polemikami do swoich komentarzy. Zajęto już pozycje feministyczne, liberalne, antyliberalne, właściwie jestem zdziwiony że jeszcze nie przeczytałem jakiegoś miażdżącego tekstu, że to właściwie wina katolickiej cenzury czy czegoś w tym rodzaju…
Temperatura sporów sprawiła, że właściwie argumenty merytoryczne dawno znikły pod zwałami bonmotów. Nikt szczególnie nie przejmuje się faktem, że w dużo bogatszych krajach niewielki jedynie (niekoniecznie dwucyfrowy) odsetek literatów żyje wyłącznie z pisania książek, jak również tym, że historia literaturnictwa wcale nie była dla literatów bardziej korzystna niż teraźniejszość. Nikt nie zwraca uwagi, że książka może być dalej sprzedawana w przyszłości (w taki czy w inny sposób), w związku z czym te żałosne (jak zdaje się myśleć autorka) siedem tysięcy w ciągu roku od publikacji może się z czasem podwoić (nie przyczynię się, ale zupełnie mi to nie przeszkadza). Nikt nie porównuje tych wyników do konkurencji – choć sprzedaż na poziomie zasugerowanym przez wysokość wpływów oznaczałaby dla kolegów po fachu powody do zadowolenia…
Zatrzymałem się na chwilę przy ilości sprzedanych egzemplarzy. Zrobiłem mały eksperyment – wybrałem losowo kilka miast, wszedłem na strony bibliotek publicznych w tych miastach. W Chorzowie, Kaliszu, Świdnicy i Wejherowie (kolejność alfabetyczna) książka Malanowskiej była na stanie (w Chorzowie nawet w trzech egzemplarzach), w Kraśniku, Łapach i Sanoku – nie, w Pińczowie.. nie było katalogu online, więc nie wiem. Gdyby tak w połowie z dwóch i pół tysiąca gmin w Polsce pojawił się w bibliotece choćby jeden egzemplarz, to odpowiadałoby to mniej więcej połowie sprzedaży; gdyby wydano na książkę Malanowskiej więcej publicznych pieniędzy tak aby znalazła się w każdej gminnej bibliotece, to mogłoby się okazać, że (trawestując Ladika Jencza z „Miłości w Pradze” Vladimira Parala) znają ją bibliotekarze, a pppoza nnnimi już tttylko dddrukarze…
Nie wiem, czy zadyma wokół Malanowskiej wpłynie na zainteresowanie czytelników i/lub słupki sprzedaży, tej książki lub następnych. Mam jednak nieodparte skojarzenie, że Gałczyński napisał o tym już wszystko co było do napisania, o tutaj. Niezależnie od tego, czy Malanowska miała podobne intencje.