Szybko się doczekałem

Nie dalej jak na początku miesiąca skrytykowałem politykę handlową National Geographic przy okazji przedłużania prenumeraty miesięcznika. Napisałem wtedy, że „poczekam aż kolejny przedstawiciel handlowy wygrzebie mój numer w bazie i zaproponuje mi roczną prenumeratę za jakieś 7-8 zł za egzemplarz prenumeratorski„. 

No i wczoraj (jak ten wieczór szybko minął) dostałem telefon, z ukrytego numeru, w przypływie dobrego nastroju odebrałem. Handlowiec z NG zaproponował mi roczną prenumeratę, w której egzemplarze prenumeratorskie dostanę za 7,75 zł sztuka, bez konieczności dokupywania w zestawie kubków czy innych bezcennych wydawnictw. Za to mam podobno gratis jakieś ebooki, nie mam pojęcia jakie, choćby i Martyny Wojciechowskiej, zaczekam aż dostanę maila. 

Jeszcze nie płaciłem, więc teoretycznie mogę się rozmyślić – ale jak widać, opłacało się olać pierwotne propozycje. Ekhm, ciekawe czy z telefonem też mi się tak uda, kończy mi się umowa terminowa…

Podobałby mi się bilet za pięć złotych

Nie, nie chodzi mi o promocyjne bilety na samolot tanich linii ani na pociąg czy autobus długodystansowy. Mam na myśli najzupełniejszy bilet komunikacji miejskiej, pod warunkiem, że…

No właśnie, zacznijmy ab ovo. Podróżowałem dziś komunikacją zbiorową. Miałem ku temu bardzo dobry powód (zostawiałem samochód w warsztacie na przegląd), ale nie tylko taki – jechałem do centrum miasta na wiele godzin, a parkowanie wcale nie jest łatwe. Poza tym policzyłem kiedyś ile kosztuje mnie benzyna na tym odcinku i jest to więcej niż pojedynczy bilet na autobus.

No więc właśnie, pojedynczy. KZK GOP oferuje bilety na jeden przejazd (lub 15 minut) za 3,20 zł, co w moim przypadku oznacza konieczność skasowania dwóch biletów (lub piętnastominutowy spacer po 45-minutowej jeździe). Oferuje też jednak bilety godzinne z nieograniczoną możliwością przesiadek za 4,80 zł – i to mi się bardzo kalkuluje, bo na dworcu łapię szybką przesiadkę i jestem na miejscu po jakichś 57 minutach (rozkładowo, jak się spóźni to niech mają pretensje do samych siebie). Z powrotem jest gorzej, bo do dworca nie dojadę tak szybko (układ dróg plus korki) i nie mam tak zsynchronizowanej przesiadki, dlatego wybieram zwykle spacer na dworzec (w dół, to dodatkowa zachęta) i tam wsiadam do bezpośredniego autobusu, niestety w korkach rozkładowe 50 minut zwykle wydłuża się do godziny z haczykiem. 

Kiedy dziś docierałem na dworzec, myśl o korkach dręczyła mnie bardzo. Na tyle, że idąc przez dworzec zerknąłem na rozkład jazdy pociągów. I zamiast na podziemny peron autobusowy, skierowałem się do kasy kolejowej. Bilet kosztował 4 złote… ale też wiedziałem, że od pociągu mam prawie dwa kilometry, autobusem przejechałbym jeszcze dwa przystanki. Marsz do domu zajął mi blisko dwadzieścia minut, nad autobusem miałem mimo wszystko piętnaście minut przewagi (tyle że znacznie krótszy był czas na czytanie książki… za to na zwrotnicach tak uroczo stukało). Mogłem oczywiście kilka minut zaczekać, ale po pierwsze kosztowałoby mnie to dodatkowe 3,20 zł, a po drugie – spacer był zdrowszy, zwłaszcza w wiosenne popołudnie.

Tak sobie jednak cały czas myślałem: gdybym na jednym bilecie mógł się swobodnie przesiadać z autobusu na tramwaj, z tramwaju na pociąg, z pociągu na autobus czy busik – to mógłby on nawet kosztować więcej, choćby i te pięć złotych (lepiej mniej, jeśli władze samorządowe uznałyby za sensowne zwiększenie dotacji). Gdyby na dodatek połączenia były odpowiednio zsynchronizowane… kto wie, może i w inne trasy też bym ruszał komunikacją publiczną, zamiast samochodem. Gdyby i bilety łatwiej było nabyć… e, gdyby spełniły się te wcześniejsze warunki to i ŚKUP-owi bym może zaufał. 

Dola pisarza ciężka jest (tak, o Malanowskiej)

„przez pierwsze pięć lat jego małżeństwa z Helen Jenny płaciła za nich wszystkie rachunki”
/John Irving, „Świat według Garpa”/

Ale się zrobiła awantura. A wszystko przez to, że pisarka Kaja Malanowska poskarżyła się słowami grubymi na swoim facebookowym profilu, że wpływy ze sprzedaży książek (napisała na razie dwie, w tym jedną nominowaną do NIKE) są nieadekwatne do nakładu pracy, jaki włożyła w jej napisanie. Doczekała się odpowiedzi wszelakiego rodzaju – hejterskich, drwiących, praktycznych, bohaterskich, temat zaczął żyć własnym życiem, literaci zaczęli dyskutować już nie z Malanowską, tylko z polemikami do swoich komentarzy. Zajęto już pozycje feministyczne, liberalne, antyliberalne, właściwie jestem zdziwiony że jeszcze nie przeczytałem jakiegoś miażdżącego tekstu, że to właściwie wina katolickiej cenzury czy czegoś w tym rodzaju…

Temperatura sporów sprawiła, że właściwie argumenty merytoryczne dawno znikły pod zwałami bonmotów. Nikt szczególnie nie przejmuje się faktem, że w dużo bogatszych krajach niewielki jedynie (niekoniecznie dwucyfrowy) odsetek literatów żyje wyłącznie z pisania książek, jak również tym, że historia literaturnictwa wcale nie była dla literatów bardziej korzystna niż teraźniejszość. Nikt nie zwraca uwagi, że książka może być dalej sprzedawana w przyszłości (w taki czy w inny sposób), w związku z czym te żałosne (jak zdaje się myśleć autorka) siedem tysięcy w ciągu roku od publikacji może się z czasem podwoić (nie przyczynię się, ale zupełnie mi to nie przeszkadza). Nikt nie porównuje tych wyników do konkurencji – choć sprzedaż na poziomie zasugerowanym przez wysokość wpływów oznaczałaby dla kolegów po fachu powody do zadowolenia…

Zatrzymałem się na chwilę przy ilości sprzedanych egzemplarzy. Zrobiłem mały eksperyment – wybrałem losowo kilka miast, wszedłem na strony bibliotek publicznych w tych miastach. W Chorzowie, Kaliszu, Świdnicy i Wejherowie (kolejność alfabetyczna) książka Malanowskiej była na stanie (w Chorzowie nawet w trzech egzemplarzach), w Kraśniku, Łapach i Sanoku – nie, w Pińczowie.. nie było katalogu online, więc nie wiem. Gdyby tak w połowie z dwóch i pół tysiąca gmin w Polsce pojawił się w bibliotece choćby jeden egzemplarz, to odpowiadałoby to mniej więcej połowie sprzedaży; gdyby wydano na książkę Malanowskiej więcej publicznych pieniędzy tak aby znalazła się w każdej gminnej bibliotece, to mogłoby się okazać, że (trawestując Ladika Jencza z „Miłości w Pradze” Vladimira Parala) znają ją bibliotekarze, a pppoza nnnimi już tttylko dddrukarze… 

Nie wiem, czy zadyma wokół Malanowskiej wpłynie na zainteresowanie czytelników i/lub słupki sprzedaży, tej książki lub następnych. Mam jednak nieodparte skojarzenie, że Gałczyński napisał o tym już wszystko co było do napisania, o tutaj. Niezależnie od tego, czy Malanowska miała podobne intencje.

Dawno, dawno temu…

Królewna Śnieżka. Książę z bajki. Zła Królowa.
Córka Śnieżki i Księcia z bajki.
Rumpelstilzchen aka Rumpelsztyk vel Titelitury.
Wnuk Rumpelsztyka i Śnieżki, wychowywany przez Złą Królową.
Piotruś Pan (jako villain). Dzwoneczek. Kapitan Hak. 
Robin Hood. Syn Robin Hooda…

Kręci się Wam w głowie? A to tylko postacie z jednego odcinka tego serialu. Do tego demony, wróżki, krasnoludki, Mała Syrenka, Pinokio, Meduza, Excalibur, magiczna fasola… i co jeszcze Wam (lub scenarzystom) tylko przyjdzie do głowy z dziecinnych baśni i opowiastek, zarówno tych najdawniejszych jak i całkiem współczesnych. Wszystko to przemieszane starannie w opowieści rozgrywającej się jednocześnie w dwóch albo i trzech światach – w naszym prozaicznym, oraz w wielu sceneriach świata magicznego, bajkowego, zaczarowanego.

Pierwszy odcinek zaczynałem oglądać znęcony zarówno intrygującą wizją pomieszania światów, jak i występującą w głównej roli Jennifer Morrison, która właśnie znikała z House’a. Sam nie do końca jestem pewien, dlaczego szybko przerwałem – może nie potrafiłem się zgrać z porą nadawania, może przegapiłem jakiś odcinek i się zgubiłem, a może Jennifer nie była już tak olśniewająca i czar (nomen omen) prysł (zresztą jeszcze w House zmieniła wygląd i nie do końca potrafiłem się z tym pogodzić). Powróciłem gdzieś w trakcie drugiego sezonu i oglądałem już dość konsekwentnie, a trzeci sezon – wręcz wiernie (ach, jaką Lana Parilla była Złą Krrrrólową!)

Za kilka minut rozpoczyna się pierwszy odcinek drugiej części trzeciego sezonu. Przed przerwą Emma Wybawicielka (córka Śnieżki i Księcia, oczywiście Jennifer) straciła pamięć o wszystkim co się stało w ciągu dwóch i pół sezonu (i wcześniej), żyjąc długo i szczęśliwie – a tu masz ci los, powraca Kapitan Hak (przystojniacha, jeśli można mi wierzyć w tym względzie) i będzie się starał jej odświeżyć pamięć, bo tylko ona może uratować bajkowy świat… 

Pożegnanie z Kangurem

Jak ten czas leci… już o świcie pierwszy wyścig sezonu. Na starcie w kraju kangurów po raz pierwszy od 12 lat zabraknie najlepszego w ostatnich latach lokalnego zawodnika, 37-letniego Marka Webbera, który ostatecznie zrezygnował z posady drugiego kierowcy mistrzowskiego Red Bulla i przeniósł się do wyścigów długodystansowych, zobaczymy go w 24h Le Mans w barwach Porsche. 

Sympatyczny Australijczyk, nazywany pieszczotliwie Kangurem (wiadomo dlaczego), Webbo (od nazwiska) lub po prostu Markiem, bywał już wspominany na tym blogu, zarówno pozytywnie, jak i kpiąco. Kariery niejeden zawodnik może mu zazdrościć – 9 wygranych wyścigów, ponad 40 razy na podium, otarł się o tytuł mistrzowski w pamiętnym roku 2010 (choć ostatecznie nigdy nie został indywidualnie nawet wicemistrzem). W każdym sezonie swoich występów zdobywał punkty (nawet kiedy było to trudniejsze, bo punktowało tylko 6 najlepszych), nawet dla słabego Minardi. 

Większość kariery – bo aż siedem sezonów – spędził w Red Bullu, jeszcze przed czasami ich wielkiej świetności, można nawet powiedzieć że swoją solidną pracą przyłożył się do stworzenia cacek Neweya, wykorzystanych przez Vettela. Nie ma w tym zbędnej ironii, w RBR otwarcie przyznawali (tak na pożegnanie), że to Webber był w mistrzowskim zespole specjalistą od testowania aerodynamiki. Tym bardziej gryzły wszystkie drobne niedogodności, jakie go spotykały, te wyraźne i te domniemane (legendarne problemy ze sprzęgłem…), na które reagował bez ogródek ciętym językiem (słynne „nieźle jak na kierowcę numer 2” po wygranym wyścigu, przed którym musiał oddać liderowi nowe przednie skrzydło, bo lider swoje rozwalił…) Lubiany dość powszechnie, dał się wspaniale zapamiętać na pożegnanie, kiedy w Brazylii po przejechaniu mety zaczął jeszcze za kierownicą ściągać kask i przez długą chwilę jechał z odkrytą głową (łamiąc wszelkie przepisy bezpieczeństwa, kary się już nie obawiał).

Jedyna rzecz, jakiej mu w tym sporcie zabrakło (oprócz indywidualnego mistrzostwa, oczywiście), to sukces w domowym wyścigu, nawet na podium nie stanął (choć już w debiucie zajął piąte miejsce i dwukrotnie startował z pierwszego rzędu). W dzisiejszych kwalifikacjach lokalni kibice mieli jednak uczucie deja vu – w bolidzie Red Bulla znakomite drugie miejsce zajął Australijczyk… Daniel Ricciardo. Też sympatyczny, a czy zrobi karierę na miarę poprzednika, to się okaże. 

Bye, Webbo.

Zagadka malezyjskiego Boeinga

Doprawdy, mózg się lasuje: wielki samolot wypełniony pasażerami wziął i nagle zniknął. Żeby to jeszcze było w jakimś transoceanicznym przelocie podczas burzy, ale nie: zwyczajny lot na trasie Kuala Lumpur-Pekin (kawałek drogi, przyznajmy), i oto w świecie wypełnionym prawie po brzegi telefonami, nadajnikami (i podsłuchami NSA) nagle w ciągu paru minut znika z radarów bez śladu (Edward Snowden, where are you?). 

Śledzę losy tego lotu, wiedziony niezdrowym zaciekawieniem lub intuicją, że stało się coś nadzwyczajnego. Od początku jedną z moich myśli było iście hollywoodzkie „jeżeli samolot zniknął z zasięgu radaru i za chwilę nie objawił się gdzieś na ziemi w mniejszych lub większych kawałkach, to znaczy, że ktoś celowo wyłączył mu urządzenia sygnalizujące pozycję”, przy czym w odróżnieniu od dominujących koncepcji „genialnego hakiera ze smartfonem” raczej rozważałem ekipę dobrze obeznaną z architekturą samolotu, która kanałami technicznymi dotarła niepostrzeżenie do właściwych wtyczek (włącznie z myślą o podłączeniu urządzeń wysyłających nieprawdziwe sygnały, ale to jak na razie ten akurat wariant nie ma nic wspólnego z rzeczywistością). Ponieważ koncepcja z porwaniem (dokonanym przez pasażerów, załogę lub intruzów, jakkolwiek) była jakoś odruchowo przez wszystkich odsuwana (także dlatego, że w przypadku porwania odruchowo każdy szuka żądań porywaczy, których oczywiście nie było), większą popularnością cieszyły się analizy, jakiego rodzaju awaria mogła nastąpić na pokładzie, powodująca utratę łączności i zarazem lot w zupełnie nieznanym kierunku (zwłaszcza pomysł łączący pęknięcie przy antenie pojawiające się w ostrzeżeniach dla Boeinga 777 z niedotlenieniem wszystkich na pokładzie jak w przypadku katastrofy Helios 522 był uważany za prawdopodobny na zwiedzanych przeze mnie forach lotniczych).

Dziś właściwie przeważa już pogląd, że ktoś na pokładzie świadomie powyłączał urządzenia komunikacyjne, skierował maszynę na zachód i poleciał w kierunku Andamanów, pozostając w powietrzu prawdopodobnie przez ponad 4 godziny (tak sugerują dane satelitarne, których szczegóły pozostają nieznane). Formułowanie jakichkolwiek teorii przypomina budowanie zamków na piasku (na dodatek podczas poszukiwania igły w stogu siana, nie mogłem sobie darować tej nadużywanej już w tej sprawie frazy), wszelkie strzępy informacji mogą być przydatne albo całkowicie wiodące na manowce. Mnie w tej chwili zastanawia: jeżeli samolot leciał w kierunku Andamanów (korytarzem wykorzystywanym przez samoloty latające na Bliski Wschód i/lub Europy) to po upływie czterech godzin od momentu, kiedy go prawdopodobnie ostatni raz widziano na radarach (w świetle tego co na razie ujawniono), powinien jeszcze lecieć już po wschodzie słońca, a więc powinien być widoczny, gdyby wleciał nad ląd i zwłaszcza gdyby na tym lądzie miał powrócić na ziemię (a cztery godziny lotu mogły wystarczyć na parę tysięcy kilometrów). Co innego, gdyby leciał nad morzem – ale w tym celu musiałby znacząco skręcić gdzieś w kierunku oceanu (dlaczego dobrze poinformowani przedstawiciele administracji amerykańskiej sugerowali, że spoczywa na dnie Oceanu Indyjskiego, a nie Zatoki Bengalskiej…), może po to, żeby trzymać się z dala od zasięgu indyjskich radarów. Z drugiej strony, indyjska flota podobno dostała rozkaz rozpoczęcia poszukiwań wzdłuż swojego zachodniego wybrzeża.

Nie wiem, czy kiedykolwiek zagadka lotu MH370 zostanie rozwiązana. Już teraz jednak spodziewam się, że zostanie wykorzystana w popkulturze, w filmach czy książkach. W końcu mnie w tyle głowy cały czas siedzi pomysł Fredericka Forsytha sprzed dziesięciu lat, aby terroryści do zamachu użyli statku udającego zupełnie inny statek…

Pal sześć

I proszę: z dokładnością do kilku godzin, minął właśnie kolejny pełny rok z życia bloga. Jeżeli przyjmiemy (bo czemu nie) wcześniejsze założenie, że w życiu bloga rok liczy się za dziesięć, to wiek robi się całkiem słuszny, prawie że emerytalny. 

Łza się prawie w oku kręci na wspomnienie tych czasów, kiedy trzy razy na dobę było na porządku dziennym, i jedynie jaka-taka przyzwoitość powstrzymywała przed podwyższaniem tej liczby, oj, zdarzało się wtedy czekać do północy, żeby tej trójcy jednak nie przekraczać, a zaraz potem to już następny dzień i nowa karta… Teraz, co tu kryć, tempo już wolniejsze, zaraz widać że siły już nie te. 

W sumie – jak tak wyliczać – to w ostatnich dniach licznik przekroczył już 1350 wpisów, czyli wychodzi jakieś.. 225 na rok. W młodych latach średnia wynosiła i po 250 na rok (aczkolwiek jak wiadomo, pies i człowiek średnio mają po trzy nogi), za to za ostatnie dwa lata ledwie o włos od dwustu. Żeby tak się jednak podbudować przypominam sobie, że w ciągu tych ostatnich 2 lat część notek powędrowała na inne blogi (jak to brzmi, nawet jeżeli jeden blog sportowy jest właściwie tylko kopią drugiego), gdyby nie to, to spokojnie mógłbym sobie dopisać jeszcze około pięćdziesięciu sztuk, ponowne wyliczanie średnich oczywiście sobie darujemy, to rzecz na długie kombatanckie wieczory. 

Wszelkim odwiedzającym, lajkującym, komentującym, robiącym pff (zupełnie przypadkiem trafiłem ostatnio na taki ślad na prehistorycznym blipie) – niezmiennie dziękuję; jak się podobało to wpadnijcie jeszcze raz, a jak nie – przysyłajcie najlepszych znajomych (to greps z polskiego kabaretu lat zamierzchłych). Darz blog!

Bohaterowie zupełnie niecisi

O takich mówi się: cisi bohaterowie, bo ich nazwiska umykają zupełnie; nawet jeżeli gdzieś zostaną odczytane podczas listy dialogowej (bo nie pamiętam zbytnio list dialogowych na których by ich dopisywano), to i tak nie zwracamy na nich uwagi, a jeśli nawet – to trudno połączyć ich dane z widzianymi na ekranie aktorami. Aktorzy dubbingujący, czyli specjaliści do podkładania głosu, nie pasują jednak do miana cichych, bo w końcu cały ich wkład w film to praca głosem i dźwiękiem.

Wcale nietrudno im zostać antybohaterami, bo jeśli coś zrobią źle, albo tylko jeśli źle zostaną dobrani, to mogą spowodować, że film będzie bardziej nieprzyjemny w odbiorze (oglądałem dziś wieczorem Avengersów i cały czas się zastanawiam, na ile właśnie dubbing mi przeszkadzał). Nawet zaś jeśli nic złego nie zrobią, to i tak nieraz lecą na nich niezawinione gromy, że przez ich dubbing nie słychać oryginalnych głosów aktorów (lektor wszak tylko zakłóca).

Kiedy zaś osiągają w swoim fachu mistrzostwo, to mało kto ich doceni. Dwa miesiące szukałem (niezbyt gorliwie, prawda) nazwisk aktorów, których mówione role zachwyciły mnie w Hobbicie. Jacek Mikołajczak zamiast Benedicta Cumberbatcha w roli Smauga, Waldemar Barwiński zamiast Martina Freemana (jako Bilbo, oczywiście). Dawno nie pamiętam, żebym tak był zauroczony dubbingowanymi rolami, jak w ich dialogu (dorównali oryginałowi).

Gratulacje, panowie, bo któż inny Was pochwali.

Syn skacze za ojcem

Przyznaję, nieszczególnie śledzę aktualną sytuację wśród polskich lekkoatletów, więc nazwiska naszych wschodzących gwiazd niejednokrotnie mnie zaskakują, w końcu Angeliki Cichockiej, naszej świeżo upieczonej wicemistrzyni świata, nie znałem właściwie do… wczoraj, podobnie jak wielu tych, którzy o medale walczyli, lecz bezskutecznie. Kiedy więc w toku którejś z transmisji zobaczyłem nazwisko polskiego trójskoczka, moją pierwszą myślą było: czy to nazwisko jest przypadkowe?

Trzy dekady temu mieliśmy bowiem trójskoczka nazwiskiem Hoffmann, Zdzisław zresztą, który został mistrzem świata (Helsinki 1983, na otwartym stadionie) i po dziś dzień dzierży rekord Polski w trójskoku na otwartym stadionie. Dziś na rozbiegu stawał Karol Hoffmann, sprawdziłem: syn Zdzisława. Na skoczni w sopockiej ErgoArenie zajął piąte miejsce, nieźle, lecz do sukcesów ojca mu wciąż daleko, choć już przeskoczył go w hali.

Na otwartym stadionie młody Hoffmann może się na razie poszczycić jedynie trzecim wynikiem w historii polskiego trójskoku, skoczył dalej niż najlepsze osiągnięcie wybitnego miechowiczanina Józefa Szmidta (Josefa Schmidta). Szmidt był jednak o generację starszy od Hoffmanna seniora, jego 17 metrów, 3 centymetry było przez osiem lat rekordem świata (przypadkiem taka sama odległość jest też od trzech dekad halowym rekordem Polski). Zacząłem się zastanawiać – synowie Szmidta to już nie ten wiek, ciekawe czy dla wnuków już nie za późno próbować, czy nie odziedziczyli po dziadku genów dalekiego skakania.

Medalistom halowych mistrzostw świata z Kamilą Lićwinko na czele wielkie gratulacje!

Miss nosów: wielki finał

Pomalutku dotarliśmy do końca. Tydzień temu zapowiadałem, że teraz pora na najładniejszych, w końcu dziewięciu kandydatów już obsmarowałem i pokazałem na zdjęciach, zostało więc dwóch.

Prezentację najładniejszej dwójki zaczniemy od… trzeciego. Nie, o nikim nie zapomniałem, po prostu w tak zwanym międzyczasie jeden z zespołów postanowił całkowicie odmienić swoje oblicze i w następstwie podpisanego kontraktu sponsorskiego przemalował całkowicie swój bolid. Zmiana kolorystyki pomogła mu wyraźnie, bo już wcześniej nowego Williamsa czepiałem się jedynie o wygląd nosa, a w bieli zupełnie inaczej wyglądają poszczególne linie, ten nieszczęsny, obło wyglądający dotąd przód nabrał smukłości. Być może za bardzo mam w pamięci dotychczasowy wygląd, a być może też za mało jest materiału do ocen (ledwie parę oficjalnych zdjęć), więc doceniając zmianę, daję Williamsowi w nowym wydaniu miejsce jedynie trzecie. 

Williams Martini FW36 2014 Valtteri Bottas

W czołowej dwójce dominuje klasyczna czerń. Nie ukrywam, jednym jestem po prostu urzeczony, ale – choć to moja lista – staram się zachowywać pozory obiektywizmu. Nowy Lotus ma do problemu nosa podejście bodaj najbardziej innowacyjne, zaskakująco przy tym dobrze współgrające z częścią bolidu. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że asymetryczność tego dość futurystycznego rozwiązania sprawia wrażenie takiej lekkiej… zezowatości??? (w każdym razie, asymetrie są uważane za niezgodne z kanonami piękna). Z pewnym bólem, jednak miejsce drugie

Lotus E22 2014 Romain Grosjean Bahrain

Lotus E22 2014 Pastor Maldonado Bahrain

Ten moment, kiedy już został tylko zwycięzca, zawsze jest dość niezręczny, bo wszyscy już wiedzą o kogo chodzi, ale oficjalnie jeszcze nie padło. Sauber C33 nos ma względnie prosty, ale po prostu zgrabny, na dodatek drobne akcenty kolorystyczne tylko mu pomagają (czy fakt, że Sauberowi szefuje kobieta miał tu znaczenie?)

Sauber C33 2014 Adrian Sutil Bahrain

I dlatego to Sauber odjeżdża z tytułem najpiękniejszego w kierunku zachodzącego słońca…

Sauber C33 2014 Esteban Gutierrez bahrain

Zdjęcia tradycyjnie za f1fanatic.co.uk, ale nie mogłem sobie odmówić tego zdjęcia z agencji Sutton, które znalazłem na www.formula1.com

Lotus vs Sauber 2014 Bahrain test