Obłęd

Staram się trzymać na blogu z dala od tematów politycznych (bo zbyt mnie denerwują, a ich rozważanie niczego nie wnosi), ale czasem człowiek musi, inaczej się udusi, a w końcu to miejsce dla moich przemyśleń lub emocji. 

Tematem tygodnia (i jeszcze się pewnie potoczy) jest tzw. Deklaracja Wiary (PDF), złożona przez parę tysięcy lekarzy. Jest to rodzaj manifestacji, można sobie zadać pytanie czemu ma służyć, skoro sprawy sumienia są indywidualną sprawą każdego człowiek, ale nie widzę powodu, żeby komukolwiek zabraniać głośnego zadeklarowania co myśli, przynajmniej tak długo, jak nie oczekuje od innych analogicznego zdeklarowania (Wielka Krucjata Lojalności, anyone?). Nawet powiedziałbym, że z punktu widzenia potencjalnego pacjenta to jak najbardziej pożyteczne, jeżeli tenże pacjent spodziewa się, że się z lekarzem może nie dogadać – wtedy z góry może ominąć pana X i udać się do pani Y (zakładamy optymistycznie, że taki wybór posiada). 

Załamuję natomiast ręce, kiedy widzę reakcje na tę Deklarację. Owszem, jest ona napisana w sposób miejscami dziwny, w pewnych punktach wyraźnie konfrontacyjny – ale nie stanowi prawa i nie może być odczytywana jako przepis. Odrzucam zatem wszystkie drwiące „interpretacje” jakie można wyprowadzić z użytych słów „nietykalność” i „ciało”, zebranych w jeden zwrot, w oderwaniu od kontekstu wynikającego zarówno z zamiaru (domniemywalnego) autora deklaracji, jak i całości filozofii, którą ta deklaracja ma streszczać. Nie jest mi bowiem wiadomo, aby teologia katolicka odrzucała leczenie ingerujące w ciało, z przeszczepami włącznie – a wręcz przeciwnie. Tym samym, tylko – scusi – idiota mógłby na poważnie pomyśleć, że lekarz podpisujący tę deklarację mógłby z głupia frant odmówić leczenia „bo Bóg zdecyduje czy pan wyzdrowieje”. Tymczasem widzę sypiące się od lewa do prawa nie tylko dowcipy i memy na ten temat, ale także zupełnie poważnie składane żądania pozbawienia sygnatariuszy wszelakich funkcji, kontraktów, a nawet prawa wykonywania zawodu. Szaleni aktywiści nie dostrzegają nawet śmieszności doszukiwania się możliwości zaszkodzenia pacjentowi przez podpisanego pod deklaracją chirurga szczękowego czy patomorfologa. Od razu powiedzmy też, że mam świadomość istnienia „grupy ryzyka”, czyli kobiet w ciąży, w przypadku których lekarze różnych specjalności mogą ewentualnie powstrzymać się od takich czy innych terapii „bo może zaszkodzić dziecku”, ale te dylematy istnieją niezależnie od deklaracji lekarskich. 

W 99% przypadków ta deklaracja będzie miała dla pacjentów dokładnie takie samo znaczenie, jak przyznanie się do poddania się aborcji, gejowski coming-out czy manifest korwinistyczny – nie będzie miała żadnego wpływu na to jak lekarz leczy i w jaki sposób. Deklaracja ma znaczenie wyłącznie dla określonego rodzaju zachowań – dentysta i tak nie przeprowadzi aborcji, chirurg nie zapisze środków antykoncepcyjnych, okulista nie zajmie się in vitro (eutanazja i tak nie jest wciąż dozwolona, ale gastrolog jej by przecież nie dokonał). Będę bronił prawa do manifestowania własnych poglądów (lub ich niemanifestowania), przed wszystkimi tymi, którzy chcą z manifestujących zrobić obywateli drugiej kategorii.

Śmieci w depozycie

Wśród kolegów prawników furorę robiły niedawno na Facebooku zdjęcia ogłoszeń wywieszanych w sądzie o niepodjętych depozytach – pod hasłem „jak można marnować czas sędziego na to, by zajmował się takimi sprawami, jak dwa grosze, albo majtki”. Tak się składa, że kwestie te już tu na blogu przewijały, zarówno jeśli chodzi o drobne kwoty zapomniane przez świat, jak i śmieszne z pozoru rzeczy trzymane od niepamiętnych czasów w sądowych magazynach.

Tyle co byłem w jednym sądzie i – jak to często bywa – miałem chwilę oczekiwania. Zabijając czas przeglądałem tablice ogłoszeń, akurat była taka z depozytami. Wydział był cywilny, nie karny, więc nie było akurat dowodów rzeczowych, ale różnorodność była niezła – oczywiście różne hipoteki od trzech groszy do kilku tysięcy, wynagrodzenie za drogę konieczną i inne należności, w kwotach rozrzuconych podobnie jak hipoteki, nazwiska prowokowały do dopisania niejednej ciekawej historii. Jedno ogłoszenie było jednak zaskakujące.

Przedmiotem ogłoszenia wzywającego do podjęcia z depozytu była „jednostka centralna systemu komputerowego składającego się obudowy i podzespołów”. Została złożona do depozytu na wniosek człowieka, który przegrał – na pewno w drugiej instancji – sprawę o zwrot tej jednostki. Najwyraźniej wygrywający sprawę miał jakiś problem z odbiorem swojego komputera, skoro po roku od wyroku zostało wydane postanowienie o zezwoleniu na złożeniu go do depozytu przez przegranego. I w depozycie tym leży od lat… dziesięciu. Nietrudno sobie wyobrazić ile dziś jest wart komputer sprzed co najmniej dwunastu lat (śmiało doliczam, bo skoro w 2002 roku był wyrok apelacyjny, a spór musiał zdążyć w ogóle powstać…).

Nie do końca podzielam oburzenie związane z procedurą likwidacji depozytów, wymagającą opisania przedmiotu i trzyletniego czasu oczekiwania (praktycy pewnie powiedzą, czy po te depozyty zgłasza się więcej niż jeden procent uprawnionych) – w drugą stronę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie historię „wyrzuconych przez sąd na śmietnik cennych rzeczy i pamiątek”. Celem procedury jest ochrona praw obywateli, zwłaszcza ich prawa własności, zanim należące do nich rzeczy przejdą na własność Skarbu Państwa (jako pożyteczne lub jako odpady – w powyższym przypadku pewnie całkiem atrakcyjny elektrośmieć). Oczywiście, zawsze dojdziemy do punktu zakrawającego na absurd, kiedy to przedmiotem depozytu będą rzeczy stanowiące śmieci od pierwszego momentu – na to po prostu chyba nie ma rady.

Jeden procent

Do zakończenia ciszy wyborczej jeszcze zostało, ale mogę śmiało pisać, bo to nie o wyborach.

Junior brał udział w szkolnym konkursie matematycznym. Szkolnym w znaczeniu przeznaczonym dla uczniów, sam konkurs ma bowiem charakter międzynarodowy. Pojawiły się wreszcie wyniki, nieoficjalne nieco jeszcze, ale wynika z nich, że w swojej kategorii w regionie (obejmującym z grubsza stare województwo) Junior uplasował się w czołowym procencie (w szerszej skali nie mam pojęcia).

Pękać z dumy to może zbyt wielkie słowo (pozycja medalowa to to nie była), ale Rodzice są wzruszeni.

Dolary sprzedam…

Włączyłem sobie telewizor, żeby obejrzeć kwalifikacje do Grand Prix Monaco, wydawało mi się, że w takiej chwili, że reklamy już przeleciały. Istotnie, przeleciały, ale zostały jeszcze tzw. informacje o sponsorach transmisji. Wysłuchałem więc beznamiętnie frazy „transmisję sponsoruje sponsor reprezentacji Polski…”, a potem popadłem w osłupienie. 

W dawnych (aż chciałem napisać: mrocznych) czasach Polski Ludowej byli sobie tacy ludkowie, którzy wystawali w okolicach sklepów dewizowych bądź miejsc, gdzie pojawiali się posiadacze walut zagranicznych, i mamrotali „dolary kupię, dolary sprzedam..”, tacy jednoosobowi przedsiębiorcy prowadzący nad wyraz mobilne punkty kantorowe. Nazywano ich bez sympatii cinkciarzami (była w tym nuta podejrzenia o oszustwo), jest faktem, że biedy zwykle nie cierpieli. 

Sponsor reprezentacji Polski nazywa się/przedstawia się jako cinkciarz.pl. Kolejny powód, żeby się nie przejmować występami reprezentacji.

Oryginał 

Jutro wybory

Tak długo zbierałem się z napisaniem notki, że nastała cisza wyborcza, przez co nie mogę napisać na kogo zagłosuję. O tyle mnie to nie boli, że… wciąż nie wiem. Mam przekonanie, że powinienem pójść i oddać głos ważny, choć nie mam przekonania, że zależy mi, aby mój wybraniec faktycznie do Parlamentu Europejskiego trafił. 

Znajomi analizowali już na piątą stronę – swoje rozważania tydzień temu ogłosił Airborell, w dużej części się z nim zgadzam. Z kolei dziś (może wczoraj?) Robin przeanalizował ostatnie sondaże i na ich podstawie zrobił symulację kto prawdopodobnie może zdobyć mandaty, po nazwiskach lecąc

Sam się zastanawiam: czy dać głos (jak w poprzednich wyborach) komuś, kto nie ma szans w ogóle (bo jego lista nie weźmie żadnego mandatu), czy też zagłosować na listę która mandaty prawdopodobnie zgarnie, ale daleko od mojej okolicy (o szaleństwach ordynacji wszystko Robin napisał wcześniej), czy też zagłosować na kandydata, który ma szansę trafić do Strasburga, jeśli faworyt zwolni mu miejsce – a mój głos może wpłynąć do przekroczenie progu przez listę…

Dziś ani słowa, może napiszę później na co się zdecydowałem.

Krakoł Sołszal Media Nindzia

Na Facebooku toczy się batalia o rząd dusz w sprawie projektowanych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie (gdzie indziej pewnie też się toczy, ale teraz to nieistotne). Obserwuję ją, niezupełnie bezstronnie, momentami bawię się nieźle. 

Zauważyłem dziś, że jedna ze stron popierających Igrzyska zamieściła „sondę” w formie grafiki z pytaniem „jesteś za czy przeciw„. Zainteresowani mieli wyrazić swoje zdanie – kto „za”, miał polubić (zalajkować, mówiąc po fejsbukowemu), kto przeciw – miał wpisać komentarz. Autorom wydawało się że są sprytni, prawie jak marketingowy geniusz Zmyślony*, który ustawił nadmuchiwaną bramę na głównym szlaku prowadzącym na krakowski rynek i ogłosił, że kto pod nią przechodzi ten Igrzyska popiera (na wszelki wypadek przejście obok bramy zatarasował własnym samochodem**). Udało im się… wzbudzić całą masę gniewnych pomruków na nieuczciwe podejście, bo w końcu lajk to jedno kliknięcie, a komentarz – no przecież trzeba pomyśleć itepe. Oraz… przegrać głosowanie z kretesem, na moment pisania tych słów 893 osoby polubiły, a komentarzy jest 1398…

Autorzy „sondy” najwyraźniej zapomnieli o jednym drobiazgu. Otóż polubić dany element można z definicji tylko raz, na więcej nie pozwala mechanizm Facebooka (jak ktoś chce przestać lubić i polubić jeszcze raz, wyjdzie na to samo). Skomentować natomiast można nieograniczoną ilość razy. Konia z rzędem, kto odsieje „głosy” oddane wielokrotnie przez jedną osobę. Tak to jest, jak ktoś po pierwszej lekcji „aktywności w mediach społecznościowych” czuje się w nich ekspertem.

*naprawdę tak się nazywa
**stało naprawdę, ale kto je tam postawił to już domysł 

Biedny niezapomniany Gonzalez

Wiadomością tygodnia był wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Google przeciwko Gonzalez (w skrócie), uznający Google za administratora danych osobowych wyszukiwanych w Internecie (i udostępnianych w wynikach wyszukiwania) w rozumieniu dyrektywy unijnej i – co jest dość logicznym następstwem – dopuszczający prawo poszczególnych jednostek do żądania usunięcia ich danych z wyników wyszukiwania (dla ciekawych tu jest w całości). W mediach przedstawiono to jako „Trybunał dał prawo do bycia zapomnianym” – o prawie do zapomnienia wciąż zamierzam napisać (ale że chcę się do tego przyzwoicie przygotować, to zaczeka to na moment, kiedy będę mieć wystarczająco dużo czasu i zapału), więc tylko nieco refleksji precyzujących.

Otóż… zapomnienie w tym przypadku jest daleko idącym słowem, sam fakt uznania operatora wyszukiwarki za administratora danych aktywuje potencjalny obowiązek każdego administratora usunięcia przetwarzanych danych. W szczegółach sprawa robi się mocno skomplikowana. Zacząć można od prostej uwagi, że nawet jeżeli wystąpimy do konkretnego operatora, aby usunął dane dotyczące konkretnej osoby, a ten się zgodzi, to nie działa to względem żadnego innego operatora (w końcu jak nasze dane znalazły się w bazie firm X i Y, to musimy osobno żądać ich usunięcia przez każdą z firm z osobna); i nawet jeżeli dziś „mówimy wyszukiwarka, myślimy Google”, to w przyszłości wcale tak być nie musi. Trudniej się robi kiedy się zastanowimy dlaczego Trybunał uznał Google za administratora – otóż w stosownym punkcie orzeczenia pojawiają się następujące czynności opisujące działalność wyszukiwarki: zlokalizowanie informacji, jej automatyczne zindeksowanie, czasowe przechowanie i udostępnianie w sposób uporządkowany. Natychmiast nasuwa się pytanie, co będzie jeżeli ten model ulegnie zmianie, w szczególności wskutek zaprzestania indeksowania konkretnego nazwiska (i przechowywania o nim danych na serwerach Google) – wyszukanie tych samych danych będzie znacznie trudniejsze (być może w sposób de facto uniemożliwiający ich odnalezienie), ale czy ich ponowne wyszukiwanie będzie ich przetwarzaniem, zwłaszcza jeżeli legalnie egzystują w Internecie (sprawę przeciwko redakcji, która na swojej stronie zamieściła informacje sprawiające panu Gonzalezowi przykrość, pan Gonzalez akurat przegrał), względnie czy będzie objęte dotychczasowym żądaniem usunięcia (wyrok zdaje się sugerować, że tak, ale póki nie ma konkretnej sprawy…)? 

Osobną kwestią (w sprawie Gonzaleza akurat rozstrzygniętą) jest, że sam fakt żądania usunięcia nie musi być wystarczający, każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie – o tyle też to prawo do „bycia zapomnianym” wydaje się iluzoryczne (i przesadne są napotkane już przeze mnie komentarze, że oto np. przestępca będzie mógł się „ukryć” w wynikach i bezkarnie planować nowe przestępstwa, przed którymi zwykli ludzie nie będą ostrzeżeni). 

Skończę myślą, która mnie w kontekście tego orzeczenia bawi. Otóż senor Gonzalez wszczął całą sprawę, ponieważ czuł się dyskomfortowo, że w wynikach wyszukiwania dotyczących jego nazwiska pojawiało się ogłoszenie sprzed wielu lat o licytacji należącego do niego nieruchomości na poczet jego długów publicznoprawnych. Samo ogłoszenie być może zniknie z wyników wyszukiwania Google, ale jednocześnie zostało unieśmiertelnione (i pan Gonzalez również), gdyż będzie wzmiankowane w każdym zbiorze orzeczeń ETS (w tym internetowej bazie orzeczeń) oraz we wszystkich tekstach prasowych traktujących o tym orzeczeniu. Ciekawe, czy Google będzie mogło wyszukując po nazwisku pana Gonzaleza podawać linki do tego orzeczenia?

Błąd w założeniu Marszu Szmat

Marsz Szmat, jak wiadomo (jak nie wiadomo to ktoś się dowie), wziął się stąd, że swego czasu na dyskusji dotyczącej przemocy seksualnej (w Toronto) zaproszony policjant rzekł był – nawiązując do swojego doświadczenia zawodowego, a może do czegoś innego – że jego zdaniem, kobiety chcąc uniknąć przemocy seksualnej, winny unikać „ubierania się jak szmaty” (lub „jak puszczalskie”, w zależności od tego jak kto chce przetłumaczyć). 

Wzbudziło to skandal, albowiem uznano te słowa za przejaw przekonania, że podstawową przyczyną przemocy seksualnej jest zachowanie kobiet (legendarne „przyzwolenie”), i zmiana tego zachowania jst najlepszą receptą na problem. W moim odczuciu jednak jest to rozumowanie błędne. Nie bardzo rozumiem mianowicie, czego dyskutanci i organizatorzy oczekiwali od policjanta? Policjant nie jest wszak specjalistą od wychowania i edukacji, jego specjalność to czynniki zagrożenia. Co ma policjant poradzić na przemoc seksualną ze strony domowników czy kolegów (podobno to 80% przypadków), czego nie doradziliby inni specjaliści? Nie wiem. Może powiedzieć, co można próbować poradzić na te przypadki, które leżą w jego kompetencjach gliny ulicznego, tak jak doradza się ludziom, by pewnych okolic unikali, a jeśli nawet – to by nie nosili ze sobą zbyt wiele gotówki czy cennych rzeczy etc. Takie rady nie legitymizują ani złodziei, ani rabusiów, ani lokalnych chuliganów – bo przestępstwa nadal zostają zabronione – tylko mogą prowadzić do wyeliminowania pewnych sposobności, i to samo się odnosi do przemocy seksualnej i rad policji w tym zakresie. 

Dlatego mówię o błędzie w samym założeniu, choć nie w instytucji Marszu – do tegoż nie mam zastrzeżeń (choć przy dzisiejszej pogodzie maszerującym mogę jedynie współczuć). Promowanie prostego, lecz ważnego przekazu „NIE znaczy NIE” jest potrzebne zawsze, jeśli do kogoś w ten sposób trafi, to będzie to sukces.

Nic to

Taka ta wiosna dziwna jakaś, może dlatego że wczesna, w każdym razie i blogować się mało chce, i nawet rywalizacje sportowe nie takie jak kiedyś… Nawet futbol człowieka mniej grzeje, ale też prawdę mówiąc – kadra od dawna piachem sypie, ekstraklasa zwisa mi kalafiorem (nawet rozgrywki o awans do niej z udziałem moich ulubieńców mnie nie biorą), polską Borussię zostawiam innym (choć dortmundczyków lubiłem już wtedy gdy polskie było Schalke), kwiat Barcelony przywiędł (a Real bez Mou wkurza trochę mniej) etc. etc..

Serce mocniej zabiło, gdy sobie uświadomiłem, że na Wyspach się dzieje. To znaczy działo się, kiedy wszyscy patrzyli na Arsenal i MU, a tu nagle na czoło rywalizacji wysforował się Liverpool, zwłaszcza kiedy pokonali MC… Tak dawno wyczekiwany triumf był na wyciągnięcie ręki, wystarczyło wygrać trzy ostatnie mecze (a patrząc wstecz nawet dwa wygrać i jeden zremisować). Przyszła jednak klęska z londyńskim autobusem na Anfield (po pechowej stracie Steviego Gerrarda), a potem wpadka na stadionie Crystal Palace, gdzie w końcowym kwadransie stracili trzybramkowe prowadzenie.

Wszystkim nasunęła się natychmiast myśl, że to Los wziął rewanż za pamiętny finał sprzed dziewięciu lat (wtedy jeszcze nie blogowałem, szalone emocje wylewałem esemesami do kuzyna-współkibica), choć utrzymanie prowadzenia nie dawało pewności tytułu bez potknięcia MC (które koniec końców nie miało miejsca). Ja się zacząłem zastanawiać, czy Gerrard zdąży jeszcze doczekać jakiegoś trofeum w karierze – ma ich w sumie siedem krajowych i cztery europejskie (w tym oba szalone finały, Pucharu UEFA z Alaves i Ligi Mistrzów z Milanem), ale wśród nich ani jednego tytułu mistrzowskiego, na który The Reds czekają od czasów Dalglisha. 

W tym roku się nie udało. Czy uda się w przyszłym? Nie wiadomo, w końcu nawet nie wiadomo w jakim składzie zagrają w przyszłym roku, zwłaszcza czy uda się zatrzymać Suareza. Tym niemniej, kibice Liverpoolu są odporni. Czymże jest przegrana w tym sezonie w porównaniu do sezonu 1988-89, kiedy przed ostatnią kolejką mieli trzy punkty przewagi i lepszy bilans bramkowy od Arsenalu, z którym grali u siebie? Arsenal musiał wygrać na Anfield 2-0. I w 90 minucie zdarzyło się to… (ciekawostka: w tamtym sezonie z drugiej ligi awansowały MC i Chelsea)

Dlatego mówię: nic to.

Oryginał

 

Książka od książki

Jechałem autobusem, czytając sobie spokojnie książkę. Skończyłem czytać Szczygła („Zrób sobie raj„), otwarłem teczkę, schowałem do niej właśnie przeczytaną książkę, wyjąłem następną (spodziewałem się, że mi nie wystarczy), zamknąłem teczkę. Otworzyłem książkę. Zadumałem się.

O nałogowych palaczach mówi się, że odpalają papierosa od papierosa. Moje własne zachowanie zdało mi się analogiczne – choć nie wyjąłem następnej książki jeszcze przed skończeniem pierwszej, żeby przeskoczyć bez żadnej przerwy (choćby ze względów logistycznych, niewygodnie się manewruje teczką, kiedy się czyta, i też niewygodnie jest trzymać jednocześnie dwie książki na kolanach, może z czytnikiem byłoby łatwiej, ale nie posiadam). Zacząłem się zastanawiać – jak takie zachowanie nazwać? Bo nałogowych czytelników nie brakuje (nieważne czy jest ich więcej niż palaczy ani jak wyglądają tendencje), więc zapewne wielu z nich nieraz przechodzi bezpośrednio z jednej książki do drugiej.

Zabrakło mi, nie ukrywam, wyobraźni językowej. Znajomym z FB zresztą też (choć propozycja, że czytający przenoszą zakładkę z jednej księżki do drugiej, miała sporo uroku).