Praska fizyka, czyli fałszywi przyjaciele

Praha. Idziemy Złotą Uliczką wśród wielojęzycznego tłumu. Zaglądamy do wnętrza poszczególnych domeczków, przyglądamy się uważnie ich zainscenizowanym wnętrzom.

Wchodzimy do domku, w którym mieszkała lub miała mieszkać znana czeska wróżka Matylda Prusova. Czeska tabliczka z podpowiedziami mówi „jasnovidka”, angielska używa dla odmiany słowa „psychic”, oznaczającego osobę o zdolnościach parapsychicznych.

Wśród przewijających się za naszymi plecami turystów słyszymy głosy rodaków. Oglądają komentując, docierają do tabliczek informacyjnych. Słyszymy dialog:
– O, tu mieszkała jasnowidzka!
– I fizyczka… 

PS Przy okazji (związek z notką luźny ale jest) pozwolę sobie polecić Facebookową stronę Czeskie słowa, które mogą Cię zmylić.

Mucha i żaba

Czesi… mają w sobie coś (co dokładnie, to czechofile latami próbują dociec, inni popatrują wzgardliwie z wysoka). Na przykład specyficzne poczucie humoru (wiem, stereotyp). Kiedy byłem w Pradze, zewsząd wyzierało na mnie hasło „WARHOL DALI MUCHA” (pewną znajomą uprasza się w tym miejscu o powściągnięcie szmaty, to tylko taki artysta plastyk, nie owad), gdzie indziej mrugał do przechodniów Kafka (kawka w ogródku Cafe Kafka przy placu Kafki była całkiem niezła, miejsce przyjemne, tylko wifi jakieś takie kafkowskie). O Cernym nawet nie wspomnę… w sumie nie wypatrywałem za jego pracami (choć czasem waliły jak obuchem), najbardziej mnie zafrapowało, kiedy oglądałem uliczną wystawę zdjęć z ostatniej wielkiej powodzi w Pradze i było tam zdjęcie, jak wokół w pół zalanego pomnika indyjskiego filozofa pływają kaczki, aż byłem ciekaw, czy je celowo wypuścił (chyba nie, bo to inny David Cerny był).

Sri Chimnoy statue Prague flood ducks
 (c)David M.Cerny/Reuters

W dużej mierze zgodne z tym klimatem było obserwowane podejście Czechów do niektórych własnych zakazów („it’s more like guidelines”). Na przykład taki zakaz fotografowania tu i ówdzie, powtarzany wielokrotnie (z sugestią, że zapłać za prawo fotografowania, często się spotyka w miejscach turystycznych). Na zamku królewskim w jednej z komnat (niewiele w niej było ciekawego) siedziała na krzesełku skrajnie znudzona przewodniczka, miałem wrażenie, że nie przejęłaby się nawet, gdyby ktoś poprosił żeby odsunęła stojący obok niej zakaz fotografowania, bo przeszkadza w dobrym ujęciu (raczej nikt by nie poprosił, bo nie było czego fotografować koło niej). W katedrze w pewnej chwili nie bez zaskoczenia zauważyłem, że cieć kieruje jakieś ostrzegawcze gesty pod adresem fotografującego turysty – ale chodziło mu wyłącznie o zdjęcie czapki, bo to panie kościół i przestrzeń koło ołtarza… (Dla porządku dodajmy, że spotkaliśmy się i z niemiłym przypadkiem przestrzegania zakazu, kiedy w uroczym miejscu na skraju Malej Strany chcieliśmy usiąść przy wystawionych na ulicę stolikach z widokiem na Wełtawę i kategorycznie niemożliwe okazało się przystawienie do stolika trzeciego krzesełka – najwyraźniej mieli pozwolenie na stoliki z tylko dwoma krzesłami i nie życzyli sobie tego pozwolenia stracić, a że stracili klientów…)

Wciąż jednak nie wiem co myśleć o tablicy napotkanej w oknie jednego z lokali na Malej Stranie.

fresh fish frozen frog Prague 2014 whatever

Nie słyną Czesi ani z przyrządzania ryb, ani żab (czy to świeżych, czy mrożonych), ale jak widać – nie za to ich kochamy.

Ppppp…

Skręcamy sobie z uliczki w Vojanove sady. Zagłębiamy się w nie rozkoszując się ciszą (przynajmniej Rodzice), spoglądamy sobie na sadzawki, drzewa owocowe… Docieramy do końca, stwierdzając zupełnie bez negatywnych emocji, że wejście było tylko jedno (bo przez klasztor przejścia nie ma), ostrożnie mijamy snujące się pawie. 

Rzeczone ptaki prowokują Juniora do zabaw słownych. Podchodzi do Rodziców informując, że właśnie ułożył zdanie:
„Pawie płyną promem”
(poniekąd połączył ptactwo z wcześniej widzianymi statkami na Wełtawie) i zaprasza (zwłaszcza Matkę) do zabawy nad rozwijaniem tego zdania. Wspólnymi siłami zdanie zostaje rozwinięte do:
„Pawie płyną pięknym pielgrzymkowym promem popijając południowomorawską palawę*”

*winko, było dostępne w co najmniej niektórych winiarniach

Literatura współczesna jako pomoc doraźna

Siedzę w samolocie, wśród wracającej do domu objazdowej kolonii z Zagłębia Miedziowego. Rejestruję kątem oka i ucha wywołujące uśmiech małonastoletnie manewry chodzeniowe (nie jest to jeszcze etap miłosny), choć niestety silniejsze jest widmo typowej dla tego okresu głupawki. Pora jest późna, lot już nieco opóźniony, potrzebuję jakiejś ochrony.

Włączam czytnik w telefonie, otwieram Najdera z myślą „jakby co to na te bestie mam jeszcze Teklaka”. Dzieciarnia wyczuła chyba telepatyczny przekaz i zgierską aurę, po dziesięciu minutach przycichła i mogłem spokojnie przełączyć się na fantastykę.

A może po prostu obsługa zaczęła sprzedawać colę, orzeszki i chińskie zupki.

Oczekiwanie

Ostatnie dni upływały polskiemu światkowi futbolowemu pod znakiem oczekiwania na rozstrzygnięcie przez komisję odwoławczą UEFA odwołania złożonego przez Klub Profesjonalny* Legia Warszawa od decyzji o ukaraniu jej walkowerem za wpuszczenie na boisko zawodnika pauzującego za kartki (dziś wiadomo, że wątpliwości co do jego możliwości udziału w grze mieli prawie wszyscy z wyjątkiem osób odpowiedzialnych za pilnowanie, kto jest uprawniony do gry). Kiedy już decyzja została opublikowana (zgodna z oczekiwaniami rozumu), przeczytałem pod tekstem na portalu komentarz anonimowego internauty, niezmiernie życzliwego, że polską piłkę nożną należy zlikwidować, skoro nikt nie potrafi grać na światowym poziomie, a ostatni udział w finałach był 40 lat temu.

Zastanowiłem się chwilę, pogrzebałem w pamięci, poprawiłem w wykazach statystycznych. Istotnie, ostatni (jedyny zresztą) raz polski klub grał w finale europejskiego pucharu ponad 40 lat temu, dokładnie 44 (boję się wyciągać wnioski z tej liczby). Jak to się ma do innych europejskich krajów? Zostawiając na uboczu największych pucharowych tuzów jak Hiszpania, Anglia, Niemcy czy Włochy, ale i tych ciut pomniejszych, jak Portugalia, Holandia czy Francja, dochodzimy do wniosków dość zaskakujących. Gościliśmy bowiem oto na liście finalistów niedawno niewielką wszak Szkocję (2008), przebijającą się mozolnie do elity Turcję w roku 2000, zupełnie nie kojarzącą się ostatnio z futbolową jakością Austrię w roku 1996, rozpadającą się (dziś) Belgię w roku 1993. Rosja z Ukrainą – każde z osobna mogłoby uchodzić za spadkobiercę sukcesów klubów radzieckich – ostatnie występu w finałach notowały w latach 2008-2009, wciąż jeszcze Jugosławia w roku 1991. Kluby szwedzkie marzą o finale od roku 1987, rumuńskie o dwa lata krócej, a węgierskie (kto by dziś pomyślał) – dwa lata dłużej. Kluby z NRD… już nie czekają, Grecy rok tylko krócej od Polaków, a Czesi… nawet jeśli policzymy im występ słowackiego (czechosłowackiego wtedy) Slovana Bratysława, to czekają już lat 45. Nigdy w finale nie zagrali Norwegowie, Szwajcarzy, Bułgarzy… 

Mam nadzieję, że ta wyliczanka – z której właściwie wynika tylko tyle, że klasa futbolowa nie zależy bezpośrednio od częstotliwości występów w finałach europejskich pucharów – pozwoliła jakoś doczekać do długiego mimo wszystko weekendu.

*jeszcze niedawno to było KP Legia Warszawa, nie umiałem się powstrzymać od tej kpiny

In vino vyborne

Czechy niemal automatycznie kojarzą się z piwem. Byliśmy więc niewątpliwie zaskoczeni, kiedy w promieniu kilkuset metrów od naszej kwatery znacznie częściej rzucały nam się w oczy winiarnie, niż typowe piwiarnie. Były nieskomplikowane do bólu – kilka stolików wewnątrz, kilka na zewnątrz, szafka z flaszkami, lodówka z przekąskami, i rząd beczek z których toczyli wino wedle życzenia, do kieliszka, do karafki, do butelki (za drobną opłatą butelkę PET dorzucali, jak kto nie miał własnej), podstawowa cena była za litr. I wszystko w zasadzie z czeskich (morawskich raczej) winnic, nawet jeśli wino nazywało się niebieskie portugalskie. 

Spodobały nam się w okamgnieniu (jako koncept, nie jako każda z osobna). Sympatii wystarczało nam nawet na to, by w potwornym deszczu (jakby kto wiadra na głowy wylewał) zmierzać wieczorem do winiarni (przestanie być tak dramatycznie jak dopowiem, że zaczęło lać w połowie czterystumetrowej drogi), ryzlink rynsky wart był tego. Starają się tam jak mogą, w jednej z nich były specjalne promocje (rozpisane w karcie na cały rok naprzód), na Dzień Dziecka każde dziecko miało prawo do jednej darmowej lampki (czy nie zapomniałem dodać, że chodziło o dzieci w wieku 18-20 lat?). Nie pamiętam jaka promocja dokładnie była dla zakochanych, bardziej mnie frapowało, dlaczego akurat 1 maja?

Winiarnie, jak to winiarnie. Prawdziwe zaskoczenie przyszło, kiedy w małych wioskach w zwykłych lokalnych sklepikach zobaczyłem takie same beczki, z takimi samymi winami (choć niekoniecznie w pełnym wyborze, oczywiście). Ceny za litr, oczywiście.

(za tytuł przepraszam, nie chciał się wymyślić lepszy)

Kapitanie!

Kiedy bierze się grupę młodych ludzi, przewidywalne jest, że nie wszyscy z nich zrobią kariery. Kiedy bierze się grupę młodych aktorów, można się spodziewać, że niektórzy zostaną do końca życia halabardnikami czy innymi specjalistami od epizodów, niektórzy będą woleli zmienić zawód, niektórym uda się żyć z aktorstwa długo i szczęśliwie, może nawet zostaną gwiazdami. 

Patrzę na listę płac kultowego (w mojej generacji) „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, wyszukując w niej uczniów klasy Keatinga (bonusem jest dostrzeżenie na tej liście młodego Colina Irvinga, syna Johna, w roli dostrzegalnej, lecz niezwiązanej z notką). Nad Perrym (Leonard) i Andersonem (Hawke) nawet się nie zastanawiam, są już nieśmiertelni, i nie tylko dzięki temu filmowi. Baza IMDB podpowiada, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych, którzy tworzyli jedynie tło – mógł to być jedyny epizod filmowy w życiu, ktoś działał trochę na niwie muzyki filmowej. Członkowie Stowarzyszenia – Meeks, Pitts, Nuwanda, Knox, a nawet zdradziecki Cameron – jakoś się utrzymują wokół ekranu, dużego lub małego, czasem łapiąc nawet dość znaczne role (choć Nuwanda aka Dalton gdzieś na zapleczach, pracując raczej przy produkcji filmów, przed kamerą od lat już niewidziany).

Dziś nie ma to jednak znaczenia. Patrzę na finałową scenę – i każdy z tych chłopaków stojących na ławkach (nawet jeśli Perry’ego i Daltona wśród nich nie ma) może śmiało powiedzieć Exegi monumentum.., choćby w całym filmie nie powiedzieli słowa (tak, tak, Cameron też, oddajmy mu sprawiedliwość). 

Thank you, boys. 

A to je segway

Wychodzimy na praski rynek Starego Miasta. Na rynku tradycyjny i spodziewany tłum, tu grajek, tam jazzband, tu mim, tam drugi mim (fantastycznie wyglądało jak dwóch takich wymalowanych zrobiło sobie przerwę na pogawędkę, jeden pomalowany na srebrno, drugi na złoto), sporo turystów (choć jeszcze nieprzesadnie, wcześnie było). Elementem nieoczekiwanym było stadko młodych ludzi na segwayach, wykonujących sobie swobodne ewolucje, których głównym celem było zwrócenie uwagi na ich pojazdy – i ich wynajęcie przez turystę, w sumie nie wpadali na ludzi, a na siebie za bardzo też nie. 

Muszą być te segwaye całkiem popularne, patrząc na ilość punktów je oferujących, ale i korzystających nie brakowało. Największym chyba zaskoczeniem było uświadomienie sobie, że maszynki te całkiem dobrze sprawują się w jeździe pod górę, kiedy spacerowaliśmy po petrzyńskim parku (położonym na zboczu petrzyńskiego wzgórza o całkiem pokaźnej wysokości). Rodziło to trochę dyskomfortu, bo nie będąc zbyt głośnymi, segwaye nazbyt szybko zbliżały się do człowieka na podejściu, w tempie nieosiągalnym dla zwykłego rowerzysty, i nawet jeżeli to jadący mieli obowiązek uważać na idących, to obawy o kolizję spowodowaną nieuwagą (czy głupią reakcją Juniora) zaburzały jednak wewnętrzną harmonię osiaganą dzięki słoneczku, zieleni i poczuciu urlopu (piwo pojawiało się dopiero wieczorem). Precz z eufemizmami, zwyczajnie nie lubiłem tych turlających się pod górę (w dół zresztą też nie), aż w pewnej chwili pojawiła się szajba jak z Młynarskiego i pomyślałem sobie: „A co jak im taki segway w połowie zbocza nawali i będą musieli te kilkanaście* kilo zataszczyć na dół…”

Zagłębiamy się w uliczki Malej Strany, szukając najlepszego miejsca na zjedzenie obiadu. Na Maltezskim namesti wokół pomnika jeździ segwayami w kółko grupka Niemek (wnioskowałem z języka którym się posługiwały). Gdzieś przy trzecim pełnym radości kółku postanowiły zacząć śpiewać piosenkę rozsławioną przez wracających do domu z mundialu zwycięskich niemieckich futbolistów, nie mam tylko pewności, czy zachowały pierwotne „so gehen die Deutschen”, czy dostosowały czasownik do swojej jazdy. 

Chyba jednak nie lubię segwayów.

*w rzeczywistości to podobno ponad trzydzieści

Dlaczego nie chce mi się głosować na PO

Wróciłem z wakacji i widzę, że pod moją nieobecność rozgorzała dyskusja polityczna, zainicjowana listem WO do PO, pod (jak rozumiem z nawiązań, bo odtwarzać całości mi się nie chce) hasłem „co musicie zrobić, bym – jako lewicowiec – chciał na was zagłosować” (dziś czytałem akurat jakąś tam, kiepską zresztą, polemiczną odpowiedź liberała). Z WO mi wciąż nie bardzo po drodze, od czterech lat mam u niego bana (najpierw oficjalnego, teraz tylko nieformalnego, ale równie skutecznego), sam zresztą zawsze się śmiałem, że bez trudu można znaleźć 101 powodów żeby mnie zabanować, dlatego z jego postulatów mogą mnie interesować tylko niektóre, niemniej…

Swojego mało przyjaznego stosunku do PO nigdy nie ukrywałem, tutaj dałem temu najpełniejszy wyraz, więcej wypowiedzi można znaleźć przez tag „wybory”. W ostatnich wyborach (do Europarlamentu) też im oszczędziłem swojej kreski (przez co znów za nikogo się nie muszę wstydzić). Nie twierdzę, że jest w Polsce partia, na którą chciałbym oddać głos (zwłaszcza tak, aby mieć poczucie, że tego głosu nie zmarnowałem). Luźno przy tym mogę tylko westchnąć nad fenomenem popularności czegoś na kształt liberalizmu kosztem chrześcijańskiej nauki społecznej, ale tradycyjnie z dorobku JPII wybiera się wyłącznie obrazki i pomniki, o wszystkich niewygodnych słowach zapominając.

W ostatnim tygodniu wkurzyła mnie jednak (tyle co wróciłem z wakacji i już im się udało) sławetna decyzja Pana Premiera o zwolnieniu kierowców z opłat za korzystanie z autostrady A1 w sierpniowe weekendy – bo „jak tak można żeby takie korki”. Nawet nie chodzi tu o ordynarną nierówność kierunkową (bo jadący nad morze autostradą A2 czy w góry autostradą A4 zapłacą za przejazd i będą stali w korkach), ani o fakt, że konkretnemu operatorowi daje się zarobić za nic, ani nawet o fakt że to de facto dofinansowanie luksusu. Brzydzi mnie to tchórzostwo przed anonimowymi łosiami z internetu, którzy na fejsbukach i obrazkach wypisują swoje pretensje pod adresem tego, że te korki się tworzą – tak samo jak w każdym kraju autostradowym w szczycie, sezonu lub dnia. Być może ktoś liczył że dzięki takiemu ruchowi poczują się udobruchani, wróć: dopieszczeni, i nie będą chcieli uciekać od głosowania. Ja jednak oczekuję od odpowiedzialnej władzy, że durnej tłuszczy rzuci w pysk „sorry, taki mamy klimat” (a nawet „trzeba się było ubezpieczyć”). Dopóki PO nie będzie miała przynajmniej twarzy Bieńkowskiej (choć nie o nazwiska czy fizys tu chodzi), mojego zaufania nie zdobędzie.  

Uff. Pora weekendować.

Praha międzynarodowa

Wchodzimy do sklepiku zrobić drobne zakupy typu owoce czy masełka. Obojętnie dość przyjmujemy fakt, że za ladą stoi Wietnamka, a pomaga jej druga (tak nam się jakoś wydawało że to Wietnamka, a nie Chinka czy Koreanka, ale tak w stu procentach nie czuję się ekspertem). Następnego dnia wchodzimy do sąsiedniego sklepiku, tam również azjatycka obsada. Zerkamy z głupia frant do trzeciego, później do następnych, zaczynamy mieć wrażenie, że drobny handel w Pradze został przez Azjatów zmonopolizowany, nieważne czy w sposób mafijny, czy nie, Czesi (jako pracownicy) skupiają się głównie w marketach.

Na Starym Mieście z kolei przyciągają wzrok tajskie masaże. Obok salonu figur woskowych (co poradzę, taka moda na imitacje), w tej samej kamienicy zaprasza salon masażu stóp (jak znajdę zdjęcia to jako dorzucę), na ulicy naganiacz próbuje zachęcać do skorzystania. Przy Rynku przyciąga wzrok efektowna kamienica Storcha, póki nie spojrzy się na parter, pewnie dobrym wytłumaczeniem faktu, że na większości zdjęć pokazuje się malowidło ciągnące się od pierwszego piętra w górę, jest znajdujący się na parterze kolejny tajski salon… Przypomina mi się, jak w Paryżu naleśniki sprzedawali Chińczycy, trend jak widać jest, także kiedy oferta sklepu z czekoladkami obejmuje głównie produkty belgijskie. 

Mimo wszystko jednak za przesadę uznałem Murzynów ubranych w marynarskie ubranka, zachęcających do rejsów po Wełtawie.