Ostatnie dni upływały polskiemu światkowi futbolowemu pod znakiem oczekiwania na rozstrzygnięcie przez komisję odwoławczą UEFA odwołania złożonego przez Klub Profesjonalny* Legia Warszawa od decyzji o ukaraniu jej walkowerem za wpuszczenie na boisko zawodnika pauzującego za kartki (dziś wiadomo, że wątpliwości co do jego możliwości udziału w grze mieli prawie wszyscy z wyjątkiem osób odpowiedzialnych za pilnowanie, kto jest uprawniony do gry). Kiedy już decyzja została opublikowana (zgodna z oczekiwaniami rozumu), przeczytałem pod tekstem na portalu komentarz anonimowego internauty, niezmiernie życzliwego, że polską piłkę nożną należy zlikwidować, skoro nikt nie potrafi grać na światowym poziomie, a ostatni udział w finałach był 40 lat temu.
Zastanowiłem się chwilę, pogrzebałem w pamięci, poprawiłem w wykazach statystycznych. Istotnie, ostatni (jedyny zresztą) raz polski klub grał w finale europejskiego pucharu ponad 40 lat temu, dokładnie 44 (boję się wyciągać wnioski z tej liczby). Jak to się ma do innych europejskich krajów? Zostawiając na uboczu największych pucharowych tuzów jak Hiszpania, Anglia, Niemcy czy Włochy, ale i tych ciut pomniejszych, jak Portugalia, Holandia czy Francja, dochodzimy do wniosków dość zaskakujących. Gościliśmy bowiem oto na liście finalistów niedawno niewielką wszak Szkocję (2008), przebijającą się mozolnie do elity Turcję w roku 2000, zupełnie nie kojarzącą się ostatnio z futbolową jakością Austrię w roku 1996, rozpadającą się (dziś) Belgię w roku 1993. Rosja z Ukrainą – każde z osobna mogłoby uchodzić za spadkobiercę sukcesów klubów radzieckich – ostatnie występu w finałach notowały w latach 2008-2009, wciąż jeszcze Jugosławia w roku 1991. Kluby szwedzkie marzą o finale od roku 1987, rumuńskie o dwa lata krócej, a węgierskie (kto by dziś pomyślał) – dwa lata dłużej. Kluby z NRD… już nie czekają, Grecy rok tylko krócej od Polaków, a Czesi… nawet jeśli policzymy im występ słowackiego (czechosłowackiego wtedy) Slovana Bratysława, to czekają już lat 45. Nigdy w finale nie zagrali Norwegowie, Szwajcarzy, Bułgarzy…
Mam nadzieję, że ta wyliczanka – z której właściwie wynika tylko tyle, że klasa futbolowa nie zależy bezpośrednio od częstotliwości występów w finałach europejskich pucharów – pozwoliła jakoś doczekać do długiego mimo wszystko weekendu.
*jeszcze niedawno to było KP Legia Warszawa, nie umiałem się powstrzymać od tej kpiny