Młodzi się bawią

Idę sobie wolniutko przez miasteczko, bo na wywiadówkę przyjechałem z ciut za dużym zapasem. Mijam plac zabaw, dzieci przed- i wczesnoszkolnych na nim już nie widać, widzę natomiast, że na placu porusza się dwoje młodych nastoletnich, podskakuje, w powietrzu porusza się jakiś przedmiot skrzypiący przy kontakcie z innym ciałem stałym.

Zaintrygowany zmieniam trasę tak aby móc przyjrzeć się bliżej. Spoglądam przez płot czując się prawie jak jakiś voyeur – i tak, pierwotne wrażenie mnie nie zmyliło, rzucali do siebie opróżnioną (być może prawie) plastikową półlitrową butelką po mineralnej lub innym napoju. 

Liczyli punkty.

Losowy klient

Dzwoni telefon. Numer na wyświetlaczu jest mi nieznany, patrzę na niego z podejrzliwością, bo zalatuje podłódzkim zagłębiem call-center, ale z tej okolicy czasem do mnie dzwonią w moich sprawach, więc niechętnie odbieram. Z drugiej strony jakaś pani(enka) atakuje mnie słowotokiem wprost ze szkolenia, przedstawiając się jako Instytucja Finansowa Bez Nazwy. Przeczekuję dwie minuty prezentacji znakomitej i niepowtarzalnej oferty, aż padnie sakramentalne „I co Pan na TO?”

I wtedy nieprzyjaźnie pytam:
– A skąd Instytucja Finansowa ma mój numer telefonu?

Spodziewam się usłyszeć nazwę jakiejś firmy handlującej danymi (cóż, każdemu się czasem zdarzy zdeponować gdzieś własne dane osobowe, a wysyłanie pism o usunięcie danych z bazy jest zajęciem jałowym i nudnym) – ale nie, Instytucja ma dla mnie niespodziankę:
– Proszę Pana, nie mamy Pana numeru, system komputerowy losowo generuje numery telefonów, na które dzwonimy…

Na tym rozmowa z Instytucją się zakończyła, klient losowo wybrany przez System nie czuł się zmotywowany do kontynuowania znajomości. 

Wyścigi trochę brydżowe

Sezon F1 kręci się w najlepsze, aż trudno pisać o poszczególnych wyścigach, kiedy się ma usta rozdziawione z zachwytu (poza tym, mówiąc szczerze, w tylu miejscach piszą fajnie, że ledwo nadążam czytać, i trudno przy tym wydobyć jakiś oryginalny ton, a notowanie dla notowania znudziło mi się dawno temu). 

Dominującym hasłem w tym sezonie jest oczywiście „postęp” i „zmiana”, zmiany technologiczne zaowocowały przetasowaniami w stawce i masą nowych, wciąż oswajanych rozwiązań (skutkiem ubocznym jest fantastyczne ściganie, co marudy jakoś zwykle przegapiają). Kierowcy i ekipy wciąż poznają możliwości swoich szalejących maszyn, rejestrując każde drgnienie z dokładnością do setnych sekundy i starając się z niego wycisnąć maksimum informacji. Nieoczekiwanym efektem stało się podawanie na bieżąco informacji, że „w zakręcie nr 3 możesz nadrobić dwie dziesiąte sekundy bo partner daje radę” lub „odpuszczaj gaz przed zakrętem jedenastym, to zaoszczędzisz paliwo nie tracąc na czasie”. Złośliwi zaczęli mówić, że kierowcy są sterowani z boksów…

Przesadzanie zwykle źle się kończy. W tym sezonie FIA pogroziła już raz palcem, uznając, że zespoły zaczęły przesadzać z tzw. systemem FRIC (pozwalającym na stabilizowanie samochodu przez hydrauliczne połączenie przedniego i tylnego zawieszenia) do tego stopnia, że stał się on zakazanym „ruchomym urządzeniem aerodynamicznym”. Tym razem uznano, że takie rozmowy z kierowcą mogą stanowić naruszenie zasady, że kierowca prowadzi samochód samodzielnie (i przy okazji zakazu przekazywania do samochodu danych) – a w konsekwencji sprecyzowano, że nie wolno przekazywać przez radio informacji dotyczących osiągów samochodu lub kierowcy (po więcej szczegółów odsyłam do Mikołaja Sokoła, bo nie będę tego przepisywał ani przeklejał).

Jako że ludzie są.. ludźmi, natychmiast zaczęły się rozważania, czy zespoły mogą próbować przekazywać informacje w sposób zaszyfrowany. Żadna to nowina, mnie się nasunęła analogia brydżowa – już nieoceniony Janusz Mikke (pseudonim artystyczny znacie) asystując Andrzejowi Macieszczakowi pisał, że najbardziej typowym dla brydża sposobem oszukiwania jest nielegalne przekazywanie informacji partnerowi (ponieważ wszelkie formy werbalne przy brydżowym stoliku są zakazane, zostają wszelkie próby przekazywania informacji gestem). Tak w brydżu, jak i w wyścigach, problemem jest ograniczona ilość możliwych kodów, zwłaszcza w relacji do ilości możliwych do przekazania informacji – zwłaszcza że i tu, i tu przyłapanie może rodzić konsekwencje czyniące całą zabawę grą niewartą świeczki.

Nie spodziewam się więc zbyt wielu dziwnych komunikatów, i oczekuję, że – wbrew tytułowi – wyścigi staną się bardziej… wyścigowe, oldschoolowe wręcz, kiedy kierowca będzie z jednej strony sam pilnował co mu się w samochodzie dzieje, a z drugiej sam wyważał między ostrożnością a ryzykiem, szukając granicy – czy też, jak mówią w motosporcie: limitu.  

Nauka na cudzych doświadczeniach

Junior kupuje co tydzień gazetę motoryzacyjną (eh, na pewno już o tym pisałem, ale przez te lata już nie pamiętam gdzie, a szukać mi się nie chce). Jako dziecię życzliwe,* proponuje Matce na początek, by również przejrzała (furda stereotypy, mając dziecię zmotoryzowane Matka również wyszkoliła się w kwestiach motoryzacyjnych). I popołudniową porą następuje dialog:
M: – Przeczytałam już gazetę, możesz sobie zabrać.
J: – I co, ciekawa?
M: – No właśnie nie, tym razem dość nudna.
J: – A co najbardziej?

Przynajmniej tym razem korzysta z cudzych doświadczeń.

*noo… nie, jednak nic nie powiem

Blog Dej

Poprzednia notka była planowana na wczoraj, ale wieczorem się źle pisała – a Blog Day się przecież z tego powodu nie opóźni, prawda?

Już ze dwa lata temu dyskutowaliśmy z zaprzyjaźnioną blogerką, że wzięcie udziału w Blog Day może być utrudnione, jeśli wszystkie blogi warte polecenia ma się na stałe w ulubionych (przez co każdy odwiedzający może po stałych linkach szybko do nich zajrzeć). To znaczy dla Niej to był problem, ja w Ulubionych mam jednak pewien wybór (takie życie, ciągle trzeba coś wybierać), zwłaszcza jeżeli wiele interesujących blogów jest linkowanych przez znajomych blogerów.

W tym roku przygotowując się do Blog Day popadłem w zakłopotanie, bo właściwie nie przychodził m ido głowy żaden blog, do którego wchodziłbym w bardziej skomplikowany sposób, niż przez link własny albo przez link u znajomych. Ostatecznie w tym roku polecam wyłącznie znajomych królika – czyli właśnie blogi będące o dwa linki ode mnie, kto chce może odgadnąć przez który blog trafiam na który.

1. Berberysłowo – w zeszłym roku Berberys też była polecana z innym swoim blogiem (tematycznym), ten ma charakter ogólno-osobisty. Choć ostatnio jakoś miała mniej czasu na blogowanie.
2. Ojca Raj – opowieść o dzieciach, która zamieniła się w dużej mierze w zapis walki z dziecięcą chorobą, walki póki co skutecznej i oby tak dalej.
3. Futbol jest okrutny – nie jestem wprawdzie fanem Tottenhamu ani ligi angielskiej, ani też nie poświęcam się zaawansowanym analizom technicznym, ale któż w Polsce tak pięknie pisze o futbolu?
4. Historia Karoliny – „Gościu, siądź przed swym laptopem i odpocznij sobie! Niezwykłą Historię opowiem tu Tobie…”, czyli nieobliczalna powieść internetowa pisana na oczach czytelników i przy ich udziale (Komentarze Czytelników są brane pod uwagę przy tworzeniu kolejnych rozdziałów). Podobno Stephen King prosił już o przetłumaczenie mu, żeby mógł mechanizm wykorzystać przy swojej kolejnej powieści.
5. Zgodnie z tradycją, jako piąty polecam wszystkie blogi z Ulubionych (i wszystkie inne, które tam znajdziecie, może się powtarzać).

Uff. Idę czytać blogi. 

Kubeł zimnej wody

Na informacje o akcji Ice Bucket Challenge patrzyłem zrazu jak na nieszkodliwe dziwactwo (cóż, nawet nie odróżniałem zbytnio od wcześniejszego splasha, o którym już w ogóle nie wiem o co chodziło). Dopiero kiedy zaczęło się pojawiać w kręgu (dalszych) znajomych, doczytałem, że ma to w gruncie rzeczy konotacje charytatywne, bo chodzi o zbieranie pieniędzy na poszukiwanie sposobu leczenia choroby Gehriga (ALS).

Pomijam tu kwestie, któremu każdemu się mogą nasunąć – takie jak czy pieniądze zebrane w wyniku akcji zostaną faktycznie przeznaczone na jej zadeklarowany cel, bądź w jakiej części zostaną zjedzone na koszta bieżące (organizacja, która rzecz zapoczątkowała, płaci swoim szefom jak profesjonalnym menedżerom, zupełnie inaczej niż w przypadku WOŚP coćby, choć może nie tak jak w Kidproteccie); u nas o tyle to mniejszy problem, że zbiórki idą na lokalne organizacje pomocowe, choć one oczywiście mniejszą odpowiednio mają możliwość dokonania faktycznych odkryć, zarówno z racji środków, jakimi w efekcie będą dysponować, jak i rozwoju naszej medycyny. Jest też naturalne pytanie, czy te środki zostaną wydane mądrze, już czytałem analizy, że dalsze ścieżki dla tych pieniędzy wiodą w zasadzie donikąd.

I teraz pojawia się problem zasadniczy. Akcja ma charakter dobroczynny, ale dobroczynnością nie da się załatwić wszystkich problemów. Skoro nie wszystkie problemy da się rozwiązać, to pora sobie uświadomić, że poszczególne problemy wymagające wsparcia de facto między sobą konkurują. Dlaczego miałbym wspierać leczenie stwardnienia zanikowego bocznego, skoro mam koleżankę chorującą na stwardnienie rozsiane (pisałem już zresztą o tym przy okazji dorocznego darowywania procenta podatkowego)? Głośna akcja wymusza w pewien sposób skierowanie środków na ten konkretny cel, po trosze zmniejszając szanse innych. I tak, wiem, tak samo poniekąd działa WOŚP, i Caritas, i PAH, i artyści malujący ustami i nogami…

Kto chce, niech wpłaca na ALS, z wylaniem sobie wiadra na wody z lodem na łeb albo bez; kto chce, niech wpłaca na inne cele dobroczynne, zamiast lub obok. Ja spuentuję obrazkiem znalezionym na fejsie, który stanowi moje oficjalne stanowisko w sprawie.

no ice bucket challenge necessary for charity

Siatkarska reklama

Włączyłem sobie telewizor, Polsat pokazuje siatkarski mundial, na Stadionie Narodowym Polska gra z Serbią. Skończył się drugi set, przerwa reklamowa. Na ekranie Bartosz Kurek z jakimś dzieckiem, reklamuje mleczny deser (całkiem smaczny o ile pamiętam). Patrzę na niego (nie pierwszy raz widzę tę reklamę, nawet można powiedzieć że to dość stara kampania) i uśmiecham się pod wąsem – czy reklamodawca spodziewał się choćby przez sekundę, że największa teoretycznie gwiazda reprezentacji Polski będzie te mistrzostwa oglądał w telewizji?

Właściwie to nie jest żadna nowość. W zeszłym roku we własnych halach organizowaliśmy mistrzostwa Europy, specjalną kampanię przygotował wtedy browar Okocim (nie pamiętam teraz, do którego koncernu należy marka Okocim, więc zostańmy przy tej wersji uproszczonej), na twarz tej kampanii wybrał Zbigniewa Bartmana. Podczas turnieju Bartman snuł się gdzieś po korytarzach, bo Okocim był jednym ze sponsorów rozgrywek, a Bartman, cóż, wypadł z kadry….

Przez czas pisania tej notki w trzecim secie zrobiło się 15-10 dla Polski, 2-0 w setach. Raz w życiu byłem na meczu reprezentacji Polski w siatkówce, w katowickim Spodku, w przegranym meczu z (jeszcze wtedy) Jugosławią, nie szło nam wtedy. A kiedyś przecież zdarzyło się przegrać z Serbami mimo prowadzenia 2-0, 22-17…  W tej chwili jest 21-14, chyba tego nie wypuszczą.

Migawki praskie przykościelne

Spacerujemy przyjemnie po Vysehradzie, zerkając z murów to na ten, to na inny kawałek Pragi. Obszedłszy mniej więcej cały obwód, kierujemy się na środek, gdzie znajduje się bazylika św. Piotra i Pawła, a obok niej – Vyšehradský hřbitov, takie praskie Powązki. Przy wejściu wielka tablica informuje piktogramami, co jest w obrębie cmentarza zabronione, nie wiem czy z uwagi na wyjątkowość cmentarza czy po prostu. Poglądam: nie wolno z psem, nie wolno na rowerze, nie wolno na rolkach, nie wolno pić alkoholu, nie wolno… szprycować się, tak, wyraźnie jest przekreślona strzykawka. Najwyraźniej był popyt na taki zakaz.

Ze względów logistycznych i finansowych (nie lubię płacić za wstęp do kościołów, zwłaszcza jeśli z jakiegoś powodu nie będzie mi dane w spokoju kontemplować architektury czy wystroju) siedzę przed bazyliką św. Piotra i Pawła, czekając na powrót wysłanej do wnętrza delegacji. Rozglądam się po okolicy, za budynkiem naprzeciw bazyliki dostrzegam kawiarnię. Tu bazylika, obok nekropolia, tam wielka żółta tablica reklamująca szampana Veuve Clicquot. Na ścianie z tandetnych desek pomalowanych – brakuje mi bardziej adekwatnego słowa – oczojebnie pomarańczową farbą.

Szukamy drogi do kościoła Matki Boskiej Śnieżnej, znajdujemy jakąś tablicę informacyjną przy bramie prowadzącej na podwórko. Wchodzimy, rozglądamy się, widzimy wielkie kamienne filary, ale zamiast małej architektury przykościelnej widzimy rzędy stołów, beznadziejnie przechodzimy między nimi szukając przejścia do kościoła (myśl o piwie przybiera na sile, a do wieczora daleko). Parę minut później znajdujemy przejście przez klasztorny dziedziniec. I tak dobrze, wejście do kościoła znaleźliśmy prawie przypadkiem, nie wpadło nam do głowy, by na Rynku wejść w podcienia pomiędzy ogródkami dwóch knajp.

Fenomen blogów kuchennych

Tak, wiem. Tak naprawdę jestem malutkim zazdrosnym blogerkiem, któremu roją się pozycje w rankingach, tysiące odsłon i kokosy z reklam, dlatego czepiam się tych, którzy Pomysłem i Pracą doszli do Zasłużonej Pozycji, zamiast samemu się przyłożyć, pisać ciekawie, zamieszczać zdjęcia Tego, Co Ludzie Lubią.

Zerkam co jakiś czas na rankingi Bloxowe (Top 1000), od dłuższego już czasu fascynuje mnie w nich nadreprezentacja blogów kuchennych czy też kulinarnych. Zajrzałem dziś – blogowi kuchmistrze zajmują już nie tylko pierwsze miejsce czy pierwsze dwa miejsca, ale dziewięć (cyfrowo: 9) pierwszych miejsc, od pierwszego do dziewiątego, zamykający dziesiątkę blog Rafała Steca jawi się ciałem obcym na liście kucharzących (następny blog niekuchenny dopiero na miejscu siedemnastym), nie chce mi się prowadzić szczegółowych wyliczeń w której dziesiątce gotowanie i pieczenie nie zajmuje co najmniej połowy miejsc.

Dlaczego zajmuję się sprawą, która mnie w ogóle nie powinna obchodzić? Bo, mówiąc szczerze, za każdym razem, kiedy zdarzy mi się szukać w sieci jakiegoś przepisu, oczywiście wyrzuca mi dziesiątki wyników z blogów kulinarnych. I kiedy je otwieram, mam nieodparte wrażenie powtarzalności, że te same przepisy toczka w toczkę (lub z kosmetycznymi tylko zmianami) pojawiają się na kolejnych blogach. Kiedy przeglądam czasem te blogi po prostu, często widzę jak autorzy mówią skąd wzięli te przepisy, podają linki do innych blogów czy serwisów, niby jako inspiracja. Dla mnie osobiście jest to przedziwne, wręcz staram się unikać pisania tego, co już gdzieś przeczytałem – a kucharzący sprawiają wrażenie, jakby musieli sami wypróbować wszystkie najciekawsze czy najpopularniejsze przepisy i podzielić się z nich wrażeniami. Ba, niejeden raz miałem wrażenie, jakby kopiowanie następowało najzupełniej mechanicznie (skargi jednego blogera na drugiego o „kradzież przepisów” to też nic niespotykanego), wręcz się zastanawiałem, czy celem niektórych blogów nie jest pozycjonowanie w oparciu o przepisy (bo na pierwszy rzut oka nie widziałem kryptoreklamy).

W gruncie rzeczy – niech sobie pichcą, co chcą. Zastanawiam się tylko, czy znam jakiś blog kuchenny, który chciałbym polecić w Blog Day… okaże się za kilka dni, jeśli nie zapomnę.

Tauron biedny, Tauron ubogi…

Siedzę przy komputerze, pracuję, rejestruję, że zaczyna migać lampka nad akwarium – ale nie jakby zamierzała się przepalić żarówka, tylko jakby rwała się dostawa prądu. I kilkanaście sekund później lampka gaśnie, sprawdzam światło w innej lampie. Dla porządku podnoszę się, sprawdzam bezpieczniki, ze spodziewanym efektem (to nie u mnie). Sięgam po telefon, wybieram numer na pogotowie energetyczne (u mnie na wsi to nie znacie dnia ni godziny, zwłaszcza parę lat temu).

Numer ten sam od lat (choć jego posiadacz ulega cudownym przemianom), więc wydaje mi się, że wiem czego się spodziewać, wysłuchuję „witamy na linii alarmowej Tauron Awarie…”, po czym doznaję oszołomienia, kiedy słyszę „wybierz oddział: Legnica – wybierz jeden…”. Szczypię się odruchowo, rozglądam wokół, nie ruszyłem się znad Rawy i Mlecznej, a w słuchawce słyszę jednak „Wałbrzych – wybierz cztery”, nabieram nadziei przy „Będzin – wybierz siedem”, choć potem wędrujemy bardziej na wschód, aż wreszcie na sam koniec pojawia się – jednak – nazwa właściwego oddziału. Cóż z tego, skoro wbijam jego numer, kończę krzyżykiem, a słyszę „wybrano nieprawidłowy numer”, to samo w drugiej próbie, po trzeciej mnie wyrzuca. Wściekły dzwonię znów, postanawiam testowo wybrać najbliższy inny oddział, choćby na zasadzie „gdzie mogę zadzwonić żeby kogoś opieprzyć”, numer, krzyżyk, jest. Coś mi jednak opada, kiedy w słuchawce słyszę „wybierz rejon: Dąbrowa – wybierz jeden”, po trzech głębokich oddechach wychodzę gwiazdką do poprzedniego poziomu. Jeszcze raz próbuję właściwy oddział, wreszcie jakoś wchodzi, odczekuję aż przyjdzie kolej na mój rejon, wbijam jego numer, krzyżyk, właściwie czuję się zaskoczony, że nie każą mi teraz wybrać dzielnicy czy wsi. Słyszę za to optymistyczne „na połączenie oczekuje piętnaście osób, proszę czekać na zgłoszenie się konsultanta”, w drugim przebiegu jest już tylko trzynaście, po trzecim spada poniżej dziesięciu, w sumie jeszcze parę minut i dowiaduję się, że tak, jest awaria, będzie wyłączenie do szesnastej czydzieści. Nie krzyczałem na pana, bo co on winny temu kogo jego firma zatrudnia (tam wyżej).

Tak, nie mylicie się: firma Tauron Awarie zwaliła na swoich klientów problem lokalizacji, łącząc w jedno obsługę awarii z czterech województw (z dziesięciu przedbuzkowskich) i nie będąc w stanie zaimplementować nawet tak prostej rzeczy, jak połączenie klienta dzwoniącego na numer przypisany od lat oddziałowi w Gliwicach, z personelem właściwym do obsługi oddziału w Gliwicach. Widocznie nie starczyło pieniędzy. Czym wytłumaczyć, że klient musi wybierać samodzielnie rejon (choć przez lata podanie adresu wystarczało, aby pracownik w ciągu kilku sekund wiedział wszystko z systemu informatycznego o dowolnym miejscu na obszarze całego oddziału), dalibóg, nie wiem, mogę jedynie przypuszczać, że zmienili system informatyczny na taki, w którym nie wykupili takiej opcji. Biedacy, najwyraźniej nie mają na nic pieniędzy po sponsorowaniu wyścigów kolarskich (a, wiem, to nie oni, to ci piętro wyżej od sprzedawania tańszego prądu).

Najgorsze jest to, że znikąd nadziei, właściciela sieci nie zmienia się tak jak dostawcy prądu (chyba że przeprowadzając się).