Świątecznie tak

Święta za… rogiem, zanim skończę pisać, wskazówki zegara obwieszczą początek dnia wigilijnego. Siedzę póki co jeszcze i czekam aż kaczka skończy się piec, pomyślałem, że to dobry moment żeby coś świątecznie napisać.

Miałem rozmaite mniej i bardziej ważkie temaciki na notki, ale ani pora, ani nastrój nie takie, by zajmować się poważnymi rozważaniami. Na dworze nastrój taki, że świątecznej aury nie widać, całkiem listopadowo jest. Listopadowo… to mi coś przypomina. Dwa miesiące zaraz będą odkąd obchodziliśmy Wszystkich Świętych, a przedtem – Halloween. Pamiętam, że nawiedzały nas poprzebierane dzieciaki z osiedla, chodziły nawet dużymi stadami, a mnie się nawet zebrało na wygłupy (nie pisałem o tym? to może nie tu…) i celowo nie zapalałem światła przed domem – i kiedy zadzwoniły do drzwi stojąc na ciemnym chodniku, otworzyłem drzwi do ciemnego przedsionka i wyłoniłem się z mroku… mając czarny płaszcz ubrany tył na przód, a na głowie wiadro. Nie wiem, kto mógłby się takiej strasznej zjawy przestraszyć, im sie w każdym razie nie udało, zostały zatem obdarowane paroma cukierkami, nie jestem już pewien czy miały wspólną torbę, czy każde z osobna zbierało. 

Prawdziwe zaskoczenie halloweenowe przeżyłem jednak w dniach następnych. Jakoś tak się złożyło, że w Halloween rano wywozili nam śmieci, akurat musiałem wyrzucić coś do kubła, powędrowałem więc na zewnątrz, otwarłem kubeł – i zobaczyłem leżące na dnie kubła papierki po cukierkach. Grzeczne te dzieci, nie da się ukryć. 

Północ wybiła… pójdę chyba zajrzeć do kaczki, życzę więc wszystkim Wesołych Świąt po raz pierwszy, drugi i trzeci, pamiętajcie co zrobić ze wszystkimi śmieciami z prezentów. 

Boję się Bitwy Pięciu Armii

Właściwie to bałem się jej odkąd skończyło się „Pustkowie Smauga„, kiedy ochłonąłem i zadałem sobie pytanie „to co nam zostało na trzecią część”, nawet z dopiskami Jacksona. Bo przecież każdy, kto czytał książkę, wie co będzie dalej, tak co do zasady, pytanie raczej jak zostanie to pokazane.

TERAZ DROGIE DZIECI NASTĄPIĄ PSEUDOSPOILERY WIĘC NIE CZYTAJCIE

Smaug pofrunął w kierunku Jeziora, wiadomo, że zaraz spali miasto, spodziewajmy się pięknych ujęć, a Bard zrobi to, co spieprzono w przeszłości. Krasnoludy obejmą we władanie Erebor, spodziewajmy się wielu pięknych ujęć. Pojawi się wielu chętnych, żeby krasnoludom pomóc (w zagospodarowaniu Ereboru, w poradzeniu sobie z jego skarbami lub w przeniesieniu się na tamten świat). Skończy się to wielką awanturą z udziałem zorganizowanych grup, przestępczych lub nie, w ilości pięciu lub jak tam kto liczy, spodziewajcie się efektownych ujęć. Kilku ulubionych bohaterów polegnie lub nie. W międzyczasie czeka nas jeszcze zadyma polegająca na wypędzeniu Czarnoksiężnika z Dol Guldur i uwolnieniu Gandalfa, spodziewajcie się paru efektownych ujęć…

A potem Bilbo leniwie wróci do domu, spodziewajcie się paru pięknych ujęć, z oddechem ulgi powitamy znów sielskie widoczki Shire (przyznam, że widok Rivendell jest dla mnie niezmiennie największym rozczarowaniem). Do tej pory możemy być już bowiem mocno znużeni batalistyką, nawet jeśli elfy i krasnoludy zrobią wszystko żeby dodać bijatyce komizmu. Tego się właśnie obawiam: przesytu bitwy.

Za tydzień pewnie powiem, czy moje obawy były słuszne.

Sklep internetowy, żadne dziwo

Czwartek pod wieczór. Robię zamówienie w sklepie internetowym. Wybieram jedną pozycję, drugą, decyduję się na szybkiego kuriera. Zatwierdzam, płacę szybkim przelewem (zwykle do 10 minut).

Piątek. Uświadamiam sobie, że nie mam skrzynce mailowej żadnego potwierdzenia dokonania transakcji. Sprawdzam stan konta, transakcja jest opłacona. Sprawdzam konto w sklepie, zamówienie znikło z koszyka – nie widzę go jednak w żadnej historii (z drugiej strony kupowałem w tym sklepie pierwszy raz i nie wiem czy jakakolwiek historia istnieje). Wieczorem wysyłam maila z prośbą o informację czy zamówienie dotarło.

Sobota. Zero reakcji. Uświadamiam sobie, że sklep pracuje od poniedziałku do piątku od 9 do 17. Spokój.

Poniedziałek. Koło południa dzwonię do sklepu. Pan strasznie się dziwi i mówi że mojego zamówienia nie ma w systemie. Mojego maila z piątku z zaskoczeniem znajduje jednak w skrzynce mailowej. Prosi o wysłanie potwierdzenia przelewu (co zaraz czynię), ale nie obiecuje że zaraz sprawdzi, bo dane o wpływach pieniędzy ma tylko dział księgowy. 

Wtorek. Po piętnastej dzwonię do sklepu. Pan nie pamięta rozmowy ze mną (choć podpisał się na mailu do mnie) i twierdzi że w mailu ode mnie nie było potwierdzenia przelewu. Przesyłam ponownie tego samego maila (forwarduję) i tym razem załącznik już jest. Pan obiecuje że zaraz prześle do działu księgowego informację i że ręcznie uruchomią zamówienie. Proszę o przesłanie linka do listu przewozowego, żeby móc śledzić przesyłkę.

Środa. Linka nie dostałem. Popołudniu dzwonię i się dowiaduję (chyba od innego pana), że mają awarię przez większość dnia i nic nie wysyłali.

Czwartek. Dzwonię gdzieś koło czternastej. Odbiera zupełnie inny pan, szybciutko znajduje moje zamówienie (w mailu pewnie). Informuje mnie, że jednej pozycji nie mają na stanie, ale drugą wyślą jeszcze dziś, Obiecuje linka do listu przewozowego.

Piątek. Linka do listu przewozowego nie dostałem, ale za to kurier przywiózł zamówienie. To znaczy tę część, która była na stanie. Postanawiam na razie zostawić w spokoju brakującą pozycję na co najmniej po Świętach…

Powiecie: początkującym się różne rzeczy zdarzają. To był sklep firmowy National Geographic…

Z życzeniami jeszcze chyba poczekam (a w każdym razie ograniczę się do „spokojnych zakupów”).

Przemoc symboliczna w sklepie

Wyskoczyłem z pracy do sklepu po trzecie śniadanie (mogłem wziąć coś bliższego obiadowi, ale nie było czynnego kebaba, a nie chciało mi się zastanawiać jakie jeszcze mogę mieć alternatywy). Wszedłem do samoobsługowego spożywczaka, wybrałem to i owo, a żeby było zdrowo (patriotycznie i co tam jeszcze), postanowiłem wziąć jabłko (przy tych cenach musi być strasznie niska sprzedaż bananów, w inne zimy relacja cen bywała inna).

Przejrzałem skrzynkę, wybrałem jabłko. Udałem się do kasy, chwilę postałem w kolejce, wyłożyłem zakupy na taśmę. Pani kasjerka skasowała jeden, drugi, trzeci artykuł. Wzięła do ręki jabłko, żeby je położyć na wadze (to jeden z tych sklepów, gdzie nie waży się na stoisku, tylko w kasie). Obróciła je i wykrzyknęła: „O, ale pan sobie brzydkie jabłko wybrał!” I w try miga poderwała się z krzesełka i poszła na dział warzywny, wróciła po pół minucie z innym jabłkiem, nawet nie wiem co zrobiła z tamtym. 

A przecież.. wybrałem sobie tamto jabłko świadomie, bardziej mi odmianą pasowało, zbrązowiałe nadgniecenie w niczym mi nie przeszkadzało. Nie zareagowałem, uległem przemocy symbolicznej.

Jabłko było znośne. 

Z okazji…

Admini Bloksa mieli poczucie humoru (lub lekką desperację), bo blog sportowy znalazł się wśród polecanych na głównej stronie Bloksa. A skoro takie wyróżnienie miało miejsce, to nie dość, że można się pochwalić, to można też przypomnieć nowe notki napisane w ciągu ostatnich prawie trzech miesięcy.

Pisałem w tym okresie najczęściej (jeśli to dobre słowo) o futbolu:
MIL,
Wątpliwość,
Złote Kule

ale nie tylko:
Niby do plebiscytu daleko,
Filip.

 

Czy "Obce ciało" jest filmem feministycznym?

Wszedł na ekrany nowy film polski znanego i cenionego reżysera Zanussiego. Wrzawa wokół niego (filmu) spora, nieszczególnie pozytywna, streszczać nie będę. Reżyser przewrotnie twierdzi, że filmem swoim obnaża praktyki złego feminizmu i że z tym złym feminizmem próbuje walczyć. Przewrotnie, bo stworzył dzieło, które wydaje się być głęboko feministyczne w swej istocie (ale może to dobry feminizm?). 

O czymże jest ten film, zatytułowany Obce ciało? Otóż bohaterką jego jest młoda kobieta, która postanawia – mimo posiadania kandydata na przyszłego męża – wstąpić do zakonu. Żadna to w gruncie rzeczy nowość, w Po tamtej stronie chmur Irene Jacob również wstępuje do zakonu – przy czym odmiennie niż Agata Buzek (która posługuje się liścikiem) informuje o tym zainteresowanego Vincenta Pereza u drzwi swego mieszkania, po długiej wędrówce po schodach, kończąc tym temat (i film). U Zanussiego absztyfikant postanawia jednak zmienić wolę kobiety, chcąc zdobyć inny niż zimny prysznic sposób na rozładowanie własnych napięć seksualnych, i w tym celu ściga ją, utrzymując się z pracy w korporacji. A w korporacji natrafia na kobiety, które pokazują mu na czym polega wymuszanie na innych swojej woli. Może sobie Riccardo Leonelli nie chcieć uprawiać z nimi seksu – żadna to nowość, wszak Kim Rossi Stuart już pokazał w Po tamtej stronie chmur, że nawet będąc nagim na prześcieradle, można się powstrzymać od seksu z Ines Sastre – ale to, że one chcą uprawiać seks z nim (normalna rzecz, w końcu John Malkovich w Po tamtej stronie chmur kochał się z napotkaną w Portofino Sophie Marceau, morderczynią swojego ojca) to dokładnie takie samo wymuszenie, jak próba wymuszenia swoją obecnością małżeństwa (i seksu małżeńskiego, bo tylko taki absztyfikant chce uprawiać) kosztem decyzji kobiety.

Istnieje w Internecie tzw. prawo nagłówków Betteridge’a, zgodnie z którym jeżeli tytuł (nagłówek) kończy się pytajnikiem, to odpowiedź na tytułowe pytanie jest przecząca. Nie odpowiem na pytanie, czy Obce ciało jest filmem feministycznym, gdyż go nie widziałem (bazuję na streszczeniach i recenzjach). Ale za to widziałem Po tamtej stronie chmur, co i reżyserowi Zanussiemu polecam.

(150)

Filip

Po tak radosnych dla nas mistrzostwach wielokrotnie podkreślano jego rolę – formalnie tylko asystenta, lecz w istocie głównego fachowca schowanego w cieniu frontmana, prawie jak Loew przy Klinsmannie. I kto wie, być może bez jego pomocy Antiga nie zapanowałby nad trudnymi momentami, w końcu jest trenerskim żółtodziobem.

A Filip niewielu rzeczy mógł Stefanowi zazdrościć, także jako zawodnik. Medale mistrzostw Europy zgarniali obaj, Filip nie miał wprawdzie medalu mistrzostw świata (choć poprowadził doń Stefana), ale za to przed własną publicznością zdobył tytuł MVP (tak jak Wlazły). Jako trener prowadził drużynę Francji do wielu znakomitych wyników, pięć lat temu to my stanęliśmy mu na drodze do upragnionego pierwszego miejsca. 

Myślę sobie po cichu, że to dobrze, że w decydującym momencie mieliśmy go na swojej ławce. Być może gdyby został jeszcze z reprezentacją Francji, to Francuzi nie przegraliby w półfinale pięciosetowego meczu z Brazylią, być może Polska by do półfinału w ogóle nie trafiła. Być może w Spodku na cześć zwycięzców zabrzmiałaby Marsylianka…

Kto wie. W każdym razie: merci, Philippe Blain. 

Złote Kule

Właśnie przeczytałem o propozycji, żeby w dorocznym plebiscycie FIFA na piłkarza roku przyznać nie jedną, lecz dwie Złote Piłki. Laurent Blanc uzasadnia to tym, że nie sposób wybrać pomiędzy Leo Messim a Cristiano Ronaldo, a obaj są właściwie z innej planety czy coś.

W zasadzie to genialny pomysł. Zamiast się ścigać bez sensu, niech obaj mają gwarantowane Golden Ballz, skoro i tak im się należą. Po co się przejmować faktem, że ten czy ów podczas najważniejszej imprezy roku snuł się bezproduktywnie po boisku.

Wtedy można z czystym sumieniem wrócić do przyznawania Ballon d’Or zawodnikowi, który był rzeczywiście najlepszym piłkarzem danego sezonu, mierząc rzeczywistymi osiągnięciami i wkładem w sukcesy (a nie tylko gole strzelane słabeuszom lub karne na 4:1). Takiemu jak Manuel Neuer, Arjen Robben czy Angel di Maria (ten ostatni, jak wiadomo, jest kandydaturą nie dla ortodoksów). 

Poranna kopi luwak

Od rozpoczęcia śniadania Junior przygląda się jak zauroczony nowym podkładkom pod talerze, które Święty Mikołaj zostawił na stole (Junior – Star Wars Angry Birds, reszta ze zdjęciem fantazyjnie rozsypanych z worka ziaren kawy). Po jakiejś chwili pyta upewniająco, czy takie ziarna kawy to są później mielone. 

Matka udziela odpowiedzi poszerzonej, opisując cały proces przygotowywania kawy, po czym dodaje jeszcze anegdotę o tym jak to odkryto kawę – że afrykański pasterz był głodny i zmęczony, więc zerwał sobie kilka nieznanych mu owoców…

Ojciec w milczeniu przeżuwa kanapkę, dochodząc do wniosku, że nie zna anegdoty o tym jak odkryto kopi luwak, a nawet gdyby znał to jednak powstrzymałby się od opowiedzenia jej przy śniadaniu.

WIDMO powraca

Zasłony spadły, plotki się potwierdziły (niektóre). Dziś podano pierwsze oficjalne informacje o najnowszej części przygód Bonda. Część obsady kontynuowana ze Skyfallu, część oczywiście pojawi się jednorazowo. W tym…

Wielkie oczekiwania budzi w obsadzie Christoph Waltz, gwiazda tej wielkości nie powinna zagrać mniej istotnej roli. Logicznym byłoby, aby zagrał Złego, a może nawet… Złego Złych? Bo już sam tytuł wielce znamienny: SPECTRE, czyli po naszemu: stara poczciwa organizacja WIDMO. I nasilają się plotki że Waltz miałby zagrać samego Ernsta Stavro Blofelda, ach. 

Jak będzie – zobaczymy za mniej niż rok. Dziś w ramach przedstawiania obsady dorzucam zdjęcie kobiecego duetu, też niezmiernie obiecującego. Nie wiadomo wprawdzie, kto ma zagrać jaką rolę, ale nie spodziewam się, aby Lea Seydoux i Monica Bellucci miały przebić dotychczasowe liderki rankingu.

Monica Bellucci Lea Seydoux SPECTRE 2007