Szybki test w sprawie uchodźców

Dziś czytam w gazecie, że szefowie niektórych włoskich regionów protestują przeciwko umieszczaniu u nich nowych uchodźców wyłowionych z Morza Śródziemnego. 

Wcześniej mieliśmy awanturę o to, czy każde państwo unijne powinno mieć obowiązek przyjęcia określonej kwoty uchodźców.

Więc proste pytanie testowe – czy wolisz:
1/ przyjąć uchodźców, żeby zamieszkali w Twoim mieście / regionie / kraju 
2/ zapłacić dodatkowo, żeby ci uchodźcy zamieszkali w innym mieście / regionie / kraju
3/ [tu mogłaby być opcja: zapłacić dodatkowo, żeby ci uchodźcy nie wyjeżdżali ze swojego kraju i mogli żyć jak ludzie w swoim, ale w przypadku choćby Syryjczyków taka opcja jest iluzoryczna]

W opcjach 2 i 3 podkreślam słowo „dodatkowo„. I nie pytam skąd ci uchodźcy.

O równości oprawy

Właściwie to zastanawiałem się już nad tym od dość dawna, tylko zawsze brakowało punktów zaczepienia żeby to jakoś razem poskładać. Mamy na zawodach sportowych rozmaite ceremonie związane z nagrodami, i często organizatorzy starają się je uatrakcyjnić, powiedzmy, wizualnie. Czasem oznacza to np. przebieranie osób donoszących medale/kwiaty/co tam jeszcze się wręcza w barwne stroje ludowe. W kolarstwie, zwłaszcza w wyścigach wieloetapowych, tradycją stało się, że nagradzanemu na koniec etapu towarzyszą dwie dziewoje w odpowiedniego koloru koszulkach (muszą się nieraz szybko przebierać). I tu właśnie pojawia się drobna wątpliwość (jak ktoś chce, to może powiedzieć problem, nie chcę determinować rangi zjawiska).

Otóż nie sposób zaprzeczyć, że takie damskie towarzystwo jest zwykle niezaprzeczalnie atrakcyjne dla panów. Coraz większą rolę w sporcie odgrywają wszak także i panie – zarówno jako uczestnicy, jak też jako widzowie. I zgadnijcie, jak wygląda ceremonia na mecie etapu kolarskiego wyścigu pań? Towarzystwo oczywiście jest: takie samo jak w przypadku wyścigu panów. Niedawno rzuciło mi się w oczy zdjęcie z relacji z wyścigu kolarskiego w Ameryce (już pomijam, że zdjęcie z podium było tylko w zajawce, a w samej relacji już zamieszczone nie zostało) – w środku zwyciężczyni etapu Mara Abbott:

Mara Abbott Tour de Gila 2015 ceremony

Pojawia się pytanie: problem w dostępności przystojnych modeli, w oczekiwaniach sportowców czy w mentalności organizatorów (i kibiców)? Ostatnio gromy tych ostatnich ściągnęli na siebie organizatorzy wyścigu Formuły 1 o Grand Prix Monaco – w porozumieniu ze sponsorem (na jego żądanie?) tradycyjne hostessy towarzyszące ustawionym na prostej startowej samochodom zostały zastąpione przez modeli. W tym siedlisku bogactwa, blichtru, szpanu i pięknych kobiet do towarzystwa (a może właśnie dlatego?).

Grand Prix Monaco 2015 grid boys 1

Monaco Grand Prix 2015 grid boys

Właściwie to chyba panie powinny się wypowiadać, czy chciałyby takiej oprawy (i te uczestniczące, i te oglądające). Ja nie mam nic przeciwko:)

Zagubione brody

Zwróciłem na nie uwagę w zasadzie gdy tylko usiadłem w ławce; byłem pewien że nigdy ich dotąd na swoim rewirze nie widziałem. Zadbane, wręcz wymuskane, lecz jakże różne. Jedna ruda, bujna jak u Wikinga lecz wymodelowana jak w 3D, uzupełniona fryzurką „maszynką na krótko”, z wyraźnie zarysowaną platformą na górze. Druga czarna, znacznie krótsza acz powierzchniowo rozległa, także węższa, lecz uprawiana nie tylko na skraju skroni; grube czarne oprawki wyraźnie odcinały ją od wyglansowanej glacy. 

Ich posiadacze, wbici w szykowne garniturki, sprawiali wrażenie straszliwie zagubionych: zerkali wokół naśladując zachowania, by nie popaść w zbytni nietakt. Jeśli ktoś chciałby namalować obraz „Hipsterzy na wycieczce w kościele”, miałby modeli jak znalazł, najwyraźniej trafili tam wyłącznie do towarzystwa swoich partnerek w ramach uczczenia urodzin Teściowej (może in spe). Rżałem w duchu jak jeden wyciągał się straszliwie w kierunku kościelnego z tacą, który uprzejmie go zignorował, ponieważ za pół minuty miał podejść do tej ławki z drugiej strony.

A swoją drogą można się zagubić słuchając, że w porządku procesji mężczyźni mają iść między krzyżem a sztandarami, a reszta za księdzem. W każdym razie wychodziłem wraz z resztą.

Nie krępuj się, Dżesiko

Opowiem Wam bajkę… a może nie tyle bajkę opowiem, co piosenkę puszczę… a może jedno i drugie. 

Więc jest sobie taka pioseneczka, która idealnie się nadaje na piosenkę do filmu Disneya. Słodka, melodyjna, ciepłym głosem przez Madonnę (!) śpiewana, aż się szuka wzrokiem księżniczek, Truskawkowego Ciastka i Teletubisiów (ach, to nie ta bajka). Do tego jest absolutnie bajkowy teledysk, i tak przez dwie i pół minuty. 

I tu następuje zmiana. Najpierw – ani na moment nie wytracając dotychczasowego ciepła – pojawia się hiszpańska gitara, raźno podaje rytm. Wchodzą dęciaki, a później mimo że wydaje się podobnie jak na początku, to jednak wszystko razem brzęczy w tyle głowy, przenosząc w inny, roztańczony wymiar bajkowości, w którym pomieszczą się i dzieci, i dorośli.

Po polsku imię Jessica nie ma dobrego odpowiednika, choć niektórych rodzicieli to nie zraża. Dziś jednak Dzień Dziecka, więc wszystkim Dżesikom mówię: nie martw się, Dear Jessie.

Dlaczego nie zapiszę się do partii

W zasadzie mógłbym to skwitować, że cierpię na niechęć do organizacji. Przynależność do wszystkich organizacji, do jakich byłem zapisany w życiu, była zwykle wynikiem decyzji kogoś innego (PTTK), korzyści płynących z członkostwa (PTSM) lub prawną koniecznością (korporacja zawodowa). Jedynym wyjątkiem była nieformalna organizacja mająca na celu zwiększanie szczęśliwości swoich członków, statutowo nieposiadająca władz (uważni czytelnicy wiedzą lub się domyślą). 

Poza tym… jestem przywiązany do swoich własnych poglądów na wszystko i zapewne nie czułbym się najlepiej w organizacji, która programowo głosi poglądy, pod którymi nie mógłbym się podpisać. Oczywiście, życie (a zwłaszcza polityka), to sztuka kompromisu, niezależni pozostają zawsze niezależni, ale po co mam zapisywać się do organizacji, żeby tworzyć w niej potem skrajną frakcję? Bądźmy poważni, lepiej sobie darować, czym innym jest członkostwo, a czym innym poparcie czy sympatyzowanie. 

Oczywiście, można uczestniczyć w polityce jako bezpartyjny, oraz nie uczestniczyć intensywnie jako partyjny, ale mimo wszystko każdy zakłada, że polityka jakoś wpłynie na jego życie własne, zawodowe lub osobiste – a na to też, mówiąc szczerze nie mam ochoty. Co prawda od dawna twierdzę, że gdyby ktoś starannie przenicował to co przez tych ładnych parę lat nawypisywałem na blogasku (zwłaszcza gdyby połączył to z tym co pod nickiem piszę w innych miejscach), to zrobiłby o mnie takie dossier, że i ABW takiego nie ma (choć w sumie skąd ja wiem co o mnie mają…) – ale mimo to staram się nie przyznawać publicznie do swojej faktycznej tożsamości (nawet jeśli liczba osób, które ją znają, jest spora, nie zastanawiam się nad tym). Człowiek działający publicznie musi się liczyć z tym, że ktoś zacznie mu grzebać w prywatności – i ta myśl mi się nie podoba. 

A sam udział we władzy… to niefajna pokusa. A ja nie chcę być kuszony. Ot, wolę sobie na wsi spokojnej, wsi wesołej, reperować swój prymus. 

Selfie

Napisałem wczoraj rano skoro świt (bo i tak byłem na nogach) notkę – taką trochę na odreagowanie atmosfery (po)wyborczej, spod dużego palca (to ta poprzednia). Po jakimś czasie zupełnie z głupia frant zerknąłem sobie do statystyk blogowych i aż zamrugałem widząc kilkadziesiąt wejść z głównej strony portalu (nie Bloxa, tylko gazeta.pl). Nasuwało się tylko jedno racjonalne wytłumaczenie – wszedłem szybko na główną stronę portalu i faktycznie, w sekcji „Forum i Blox” wesoły administrator portalu zalinkował tę notkę, dodając do niej zdjęcie prezydenta-elekta* i przeznaczone dla najwyraźniej wstrząśniętych użytkowników słowo „Spokojnie!”. 

Aż walnąłem sobie selfie klawiszem Prt Sc:

selfie blogaska na jedynce portalu

To znaczy nie tylko sobie, co Zapiskom. Za brzydkiego (scusi) pana po lewej nie odpowiadam.

*recyklując stary dowcip – nie powinno się mówić prezydent-elekt, tylko prezydent-praw, skoro drugi człon to skrót zawodu

Te wybory nic nie zmieniają

Już wieczorne przecieki w stylu „budyń droższy niż bigos” zapowiadały, że lokator pałacu prezydenckiego jednak się zmieni. Rano, jak widzę, zapowiedzi potwierdziły się, nastroje wokół wahają się od minorowych do katastrofalnych (zwolennicy nouvelle* regime najwyraźniej jeszcze śpią). A przecież wystarczy odrobina namysłu, żeby stwierdzić, że sam prezydent w naszym ustroju może niewiele, tu mianuje, tam wniesie projekt. W zasadzie jedynym istotnym uprawnieniem (nie licząc niuansów) jest możliwość odmowy podpisania jakiejś ustawy (note to self: czy prezydent może odmówić podpisania ustawy realizującej ważne referendum?), powszechnie znana jako prawo weta.

Cóż więc oznacza nowy stan? Po objęciu urzędu (jeszcze za chwilę) nowy prezydent będzie mógł wetować, także to co uda się jeszcze uchwalić w bieżącym parlamencie. Rozsądnie można oczekiwać, że zawetuje te projekty, które mu są ideologicznie wrogie (konwencja antyprzemocowa już na szczęście podpisana), prace nad in vitro można śmiało zawiesić (bo jest masa innej roboty). Bardzo mnie będzie ciekawiło teraz podejście przedstawicieli różnych opcji, którzy uznali że lepsza zmiana „na gorsze” (z punktu widzenia możliwości realizacji ich oczekiwań), niż kontynuacja, jeżeli kiedyś zmieni się „na lepsze”, to być może inni uśmiechną się im w oczy i zacytują ich „to może zaczekać” (chciałem nawet napisać notkę pod tytułem „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”, ale… już taką mam).

Dla porządku wyjaśniam, że moja aktywność o tej porze nie jest wynikiem pakowania się na emigrację. Po prostu Junior wyjeżdża na wycieczkę.

Tajemnica ślimaka

Tydzień temu pisałem, że po skoszeniu trawnika zdziwiłem się wielce widząc na kosiarce ślimaka

Wczoraj znów poszedłem kosić, bo to trawa wiosną rośnie jak szalona, a poza tym pierwsze wiosenne koszenie wykonuje się dość wysoko ustawionym ostrzem, więc i tak była pora skrócić bardziej. Przesuwałem się to tu, to tam, przyszła pora na skoszenie pod takim rozłożystym krzakiem. Wjechałem kosiarką głęboko pod gałęzie, wtedy zobaczyłem.

Na jednej z gałęzi siedział sobie skulony w swej muszli ślimak. Trzymał się dość mocno przylepiony, ale pewnie gdybym go potrącił albo mocno potrząsnął gałęzią, to spadałby na ziemię (czy co byłoby pod nim) jak dojrzała śliwka. Albo jak spadochroniarz przed otwarciem spadochronu.

Luźne uwagi o uniwersytetach zaangażowanych lub mniej

Być może zupełnie nie zauważyliście fermentu jaki jest na Uniwersytecie Warszawskim. Sam dostrzegałem ledwie w przelocie, że coś się dzieje, bez orientacji co, kto, jak i dlaczego. Dziś przy sobocie przy porannej kawie znów mi temat wskoczył przed oczy i postanowiłem się zagłębić przynajmniej na tyle żeby zrozumieć. 

I przyznam, po godzinie lektury nadal trochę nie rozumiem. To znaczy nie rozumiem wzajemnej argumentacji stron, bo to, że Uniwersytet postanowił wprowadzić, pardon: przeforsować nowy regulamin studiów, bardziej sprzyjający uczelni (administracji uczelnianej?) niż studentom, jak najbardziej mogło się stać przyczyną protestu, zarówno od strony merytorycznej (bo pogarsza pozycję studentów) jak i formalnej (bo proces wprowadzania tego regulaminu wygląda dziwnie). Ale nadal nie bardzo rozumiem, dlaczego dla uniwersytetu ta zmiana (polegająca w istocie na zalegalizowaniu opłat za obronę pracy magisterskiej po terminie) jest istotna. Widzę to w dwóch aspektach: być może (od czasu mojego rozstania z uniwersytetem upłynęło sporo wody w Wiśle i jej dopływach) takie opóźnienie stanowi jakieś nieuzasadnione obciążenie administracyjne dla uczelni lub przekłada się na niezbyt korzystne dla uczelni uprawnienia dla studentów (w tle przewija się pojęcie „wieczny student”). Drugi aspekt to kondycja finansowa uczelni – w kółko słyszy się o niedofinansowaniu nauki, kiepskich płacach, umowach śmieciowych, braku sprzętu, literatury i co tam jeszcze, więc opłaty od „spóźnialskich” zapewne mogą wesprzeć utrzymanie nauczania tych pozostałych (pcha mi się tu zapamiętany z Jasienicy cytat z „Kultury wieków średnich” Jana Ptaśnika: „Nawet w tym samym domu na piętrze były sale szkolne, a na dole mieszkania nierządnic. Na górnym piętrze mistrzowie nauczali, a na dole nierządnice uprawiały swój brzydki proceder„)

No, ale względy organizacyjno-finansowe uniwersytetu to jedno. Przejdźmy teraz na drugą stronę barykady, gdzie moje zmieszanie jest większe. Być może proces przechodzenia studiów jest teraz trudniejszy i bardziej wymagający niż kiedyś, nie wiem (choć to co słyszę od niektórych wykładowców uniwersyteckich na temat poziomu studentów, skłania do myśli, że nie tyle program jest trudniejszy, ile selekcja słabsza), ale kiedy pisałem własną pracę magisterską, to wypracowaniu jej koncepcji służył czwarty rok studiów, a na piątym roku w zasadzie sukcesywnie pracowaliśmy nad kolejnymi jej fragmentami. Wśród potencjalnych uzasadnień spóźnienia przedstawia się konieczność dodatkowych badań czy rozwiązania problemów niezbędnych do rzetelnego napisania pracy, kłopot z godzeniem pisania pracy dyplomowej z pracą zarobkową – oraz że wprowadzanie sztywnych terminów kłóci się z ideą uniwersytetu jako miejsca swobodnej dyskusji, fermentu i uprawiania nauki. Problem w tym, że te uzasadnienia są wzajemnie sprzeczne i są w dużej mierze kwestią własnych priorytetów; kto chciał dyskutować przez okres studiów, miał na to kilka lat, kto chce (musi) zarabiać – ten powinien rozumieć znaczenie pieniądza, kto chce rzetelnie napisać pracę… może to specyfika niektórych kierunków, że nie da się pewnych rzeczy zrobić szybciej z przyczyn obiektywnych, mam prawo tego nie czuć z przyczyn już podanych (oraz z uwagi na fakt, że w moim przypadku przygotowanie pracy ograniczało się do wizyt w bibliotece). 

Doczytałem, że chodzi zasadniczo o tych, którzy nie złożą pracy do 30 września roku, w którym ukończyli program studiów. O ile pamiętam, swojej pracy broniłem 5 czerwca. Dlatego mimo wszystko nie rozumiem, ale też swoją uczelnię pamiętam jako raczej liberalną niż neoliberalną.

Przegląd wiosenny

Tak się nam wiosna rozwija w najlepsze, że pora na wiosenne porządki. I tak jak sobie tu listek czy kwiatek wyrośnie (lub pyłek chyba też…), tak i notki sobie z cicha pęk rosną na blogu sportowym, a wcale człowiek nie ma wrażenia jakby się w nie angażował. 

W każdym razie w miesiącach, które można z lepszym lub gorszym skutkiem zaliczać do wiosennych, pisałem sobie o skokach:
Żal mi Olka Zniszczoła,
Płacz nad zwycięstwem
oraz o piłce nożnej
Powtórki
Robert Lewandowski nie jest geniuszem
Dziewczynki ze starszej klasy
i o.. piłce.
Brązowy piłkarz