Ach, to był szał. Po raz pierwszy przyniosłem jak zwykle od Markera, który polecał bardzo, opisując z grubsza. Zainstalowałem, odpaliłem, skrzywiłem się nad jakąś domorosłą przeróbką tekstów do intro, zacząłem grać. Kiedy skumałem o co chodzi, było po mnie.
Sid Meier’s Civilization. Dziś z rozrzewnieniem patrzę na tę pikselową, symboliczną grafikę AD 1991, bo i nie o efekty graficzne chodziło. W Jedynce na pewno udało mi się dojść do końca, wysłać statek kosmiczny na Alfa Centauri, i zdominować świat. Pamiętam, że dla czystej przyjemności robiłem spolszczenie, wymyślając polskie nazwy dla budynków i jednostek – i jak w partyzancki sposób wprowadzałem je do gry; informatycy zapewne będą się w tym miejscu po trzykroć żegnać i spluwać przez lewe ramię – edytowałem plik .exe przy użyciu podglądu DOS-owego, jak plik tekstowy, wyszukując w nim oryginalnych nazw angielskich i zamieniając je na polskie (dlatego duże znaczenie miało wymyślenie nazwy o takiej samej ilości znaków). Działało, choć z czasem zaczęło wariować (i stworzyło mi na dysku rekurencyjną kopię całego dysku).
A potem przyszła Dwójka. Spolszczona, rewolucyjna graficznie w porównaniu, z dużo większą liczbą wszystkiego: ludów, jednostek, budynków, odkryć… Do dziś pamiętam jaką świetną zabawą było desantowanie spadochroniarzy. W odróżnieniu od Jedynki nie kojarzę jednak, żebym dotarł aż do końca, bo ugrzązłem gdzieś w nowożytnych wojnach pancernych (oraz, mam wrażenie, w codziennym życiu), jakiś czas zmarnowałem też w edytorze na próbie opracowania mapy na bazie terytorium Polski. Przyjemność związana z zakładaniem i rozwijaniem miast oraz ich otoczenia była zawsze przednia…
Później kiedyś pojawiła się Trójka, dla odmiany znów tylko w wersji oryginalnej. Przyniosła wiele rewolucyjnych konceptów. Spróbowałem na chwilę, odłożyłem. Wróciłem po wielu latach, ale nigdy nie miałem dość cierpliwości, żeby dojść do końca, bo zawsze kończyły się możliwości spokojnego rozwoju – zawsze ktoś mi się pchał z łapami, pięściami i bronią. Ja zaś preferowałem „mieszczańską” wersję zabawy, z tworzeniem potęgi gospodarczej i terytorialnej, nie zaś militarnej. Wszystkie działania były podporządkowane tej strategii, cokolwiek budowałem, to po to, by się rozwijać. Produkcja, edukacja, kultura – to były priorytety, przy każdym wynalazku i każdym cudzie starannie analizowałem, co z niego będę miał dla rozwoju i zarządzania.
Czwórki nawet nie widziałem, podobnie jak wielu dodatków i rozszerzeń. Podobnie wydawało się z Piątką… aż któregoś dnia dowiedziałem się że będzie Szóstka. Zacząłem zgłębiać historię poszczególnych wersji, nawet przyglądałem się temu jak Szóstka wygląda, zobaczyłem cenę… pomyślałem, że o nie, po co tyle kasy wydawać, i jeszcze ten głupi Steam. A potem któregoś dnia chodziłem zeźlony po markecie i za parędziesiąt zet Piątka sama wskoczyła do koszyka. I tak zacząłem się bawić…
Wśród wielu nowości w Piątce są niezależne państwa-miasta, jest aspekt religijny oraz możliwość gry Kazimierzem Wielkim. Kiedy doszedłem do etapu, kiedy mój Kazimierz mógł założyć religię, katolicyzm był już zajęty przez Celtów (co ja poradzę, Hiszpanie musieli wziąć buddyzm) i musiałem wybierać w tym co zostało. Rozważyłem głęboko dostępne możliwości pod względem historycznym i wybrałem. Religia się ładnie rozwinęła i teraz sam nie wiem co mnie bardziej bawi:
a/ Warszawa jako święte miasto judaizmu
b/ Watykan nawrócony na judaizm
c/ Jerozolima prosząca o przysłanie judaistycznych misjonarzy?
W Szóstkę pewnie prędko nie zagram. Przynajmniej sądząc po tym jak chodzi Piątka – dopóki nie wymienię komputera.