Świat się kończy 2

Koreańczycy skaczą wyżej niż Grecy. Grecy zaczynają od elementarnych błędów w obronie (to smutne, bo w ataku nie mają czego szukać, skoro z pola karnego przeciwników wolą uciec do połowy boiska, niż spróbować choćby zablokowanego strzału). Anglicy strzelają gola po latynoamerykańskiej akcji (są jednak plusy internacjonalizacji angielskiej ligi). Meksyk próbuje strzelić gola głównie wrzutkami w pole karne (chociaż kiedy autorem wrzutek jest Cuahtemoc Blanco, to patrzy sie jak urzeczony). Gwiazdy argentyńskiego ataku nie potrafą sobie poradzić z bramkarzem z ligi izraelskiej (Milito stanowczo za późno wprowadzony na boisko, albicelestes skończą marnie z pomysłami swojego siwobrodego selekcjonera). To migawki z pierwszych pięciu meczów Mundialu.

Ale też pierwsze koty za płoty.

Ulewa w Montrealu

Deszcz potrafi w niesamowity sposób wpłynąć na przebieg wyścigu Formuły1 – czasem wypaczyć, czasem go przerwać, często dać szansę na niesamowite sekwencje wyprzedzań, a nawet zadecydować o tytule mistrza świata (patrz triumf Hamiltona AD 2008, po wielkim zamieszaniu z oponami deszczowymi). W tym sezonie powoduje zwykle dużo ciekawsze wyścigi, niz przy dobrej, słonecnej pogodzie. Smutne jednak, kiedy wpływa też na stan umysłu jeszcze przed wyścigiem.

Przed jutrzejszym wyścigiem na Gilles Villeneuve, wszyscy podejrzliwie patrzą w niebo, a korespondent GW pisze nawet o „dużym prawdopodobieństwie ulewy”. Cóż, ja patrzę na zaoceaniczne internetowe serwisy pogodowe, i dość zgodnie piszą one, że jest dosć duże prawdopodobieństwo, że kiedyś w ciągu tej niedzieli jakiś lekki opad z nieba spadnie. Ale raczej rankiem i wieczorem, a nie w środku dnia – w porze wyścigu. To już na lekką histerię zakrawa.

Finał kwalifikacji fantastyczny – Hamilton po wykręceniu czasu na miarę PP dostaje komunikat od zespołu „masz za mało paliwa, żeby dojechać do boksów, zatrzymaj się na torze”. Widok bolidu F1 sunącego (siłą bezwładności) po torze z kierowcą siedzącym na zewnątrz: bezcenne.

Najlepszy produkt Polskiej Myśli Szkoleniowej

Po meczu z Hiszpanią, obserwuję kwaśne miny i duże słowa o tym, jak polska reprezentacja zagrała. Wszyscy strugają ekspertów, bo boli rozmiar porażki. Pewnie, 0:6 nic miłego (liczyłem na 0:3), ale czy tak naprawdę od pewnego momentu boli bardziej? Czy byłoby wiele lepiej, gdybyśmy przegrali 1:6 jak Węgry z Holandią, 0:5 jak Kanada z Argentyną, 1:5 jak Tanzania z Brazylią? Jak dla mnie nie. W tym meczu byliśmy skazani na pożarcie. Przekonanie, że jesteśmy zbyt dobrzy na takie porażki, to najlepsze, co się udało smutnym panom spod znaku „mamy świetnych piłkarzy, świetnych trenerów..” To my, kibice, jesteśmy najlepszym produktem Polskiej Myśli Szkoleniowej.

Nie lubię to

Niedawno planowałem napisać o tym, że nabieram coraz głębszej awersji do Facebooka – po tym, jak z każdej strony zacząłem dostawać oferty, żeby komuś dołączyć do znajomych, tylko dlatego, że akurat mój e-mail znalazł się w skrzynce pocztowej i Facebook automatycznie zaliczał mnie do potencjalnych znajomych (sam zakładając konto, kategorycznie zablokowałem wszelkie tego rodzaju akcje pomocy dla nowo przybyłych, zachowując maksimum kontroli nad swoją prywatnością). Te zaproszenia dawały zresztą prześmieszne rezultaty, bo konto na Fejsie (używane równie rzadko, jak konto na NK) mam powieszone na jednym e-mailu, a zaproszenia przyszły też na dwa inne, z propozycją, abym koniecznie utworzył pod nie dodatkowe profile (potem mógłbym sam sobie zostać znajomym). Notka ostatecznie nie powstała, bo większość moich uczuć wyraził Polarny, i straciłem motywację. Kiedy jednak zobaczyłem w poczcie zaproszenie od znajomego do dołączenia do stworzonej na najbliższe miesiące grupy politycznej (po wyborach samorządowych zemrze), zobaczyłem te wszystkie komunikaty, co kto lubi, a po zajrzeniu na Bloksa zobaczyłem jeszcze u kogoś pod notką nowinkę w postaci przycisku „Lubię to” – to już nie było innej możliwości: musiało paść pytanie „a dlaczego na Facebooku nie ma przycisku Nie lubię to?”

Wszystkim myślącym podobnie dedykuję w tym miejscu jako państwowy nasz hymn.

Temu, kto rozpozna cytat (inspirację) dla słów pod linkiem w poprzednim zdaniu, gotów jestem kliknąć pod czymś „Lubię to”.

Król bez królowej

Na tegorocznym Roland Garros faworyci dostali solidnie w skórę od zawodników ścisłego zaplecza. W gronie ośmiorga półfinalistów singlowych znalazło się zaledwie dwoje rozstawionych w pierwszych czwórkach, w kobiecym finale nie było ani jednej z tego grona (aczkolwiek z drugiej strony, w gronie szesnaściorga ćwierćfinalistów była raptem jedna nierozstawiona zawodniczka, zresztą źle przez nas wspominana Jarosława Szwedowa). Statystyka byłaby jeszcze bardziej efektowna, gdyby nie jeden tenisista, który akurat na paryskie korty sprężył się potężnie, żeby odzyskać utracony prymat: rozstawiony z dwójką Rafael Nadal wygrał tegoroczny French Open bez straty seta.

Aufsz!

Na Dzień Dziecka Junior dostał między innymi między innymi futbolówkę (rozmiar 5) oraz bramkę z siatką (nie do końca kompatybilną z rozmiarem futbolówki). Zrobiła się pogoda, więc te gadżety zostały dołączone do listy zabaw, no i spodobało się:) Wczoraj Junior dobrą chwilę spędził w ogródku na wkopywaniu piłki do bramki (i nieważne z jakiej odległości i w jakim stylu). Nawet przypadkowo ubrany był w barwy reprezentacyjne (zupełnie przypadkowo, bo biel koszulki była zmącona wieloma kolorowymi autobusikami, ale w sumie po granatowych wstawkach na strojach kadry to już nic nie zdziwi).

junior piłkę kopie

Niemal przy każdym kopnięciu, zwłaszcza mocniejszym, Junior radośnie wołał „Aufsz!”. Rodziców mocno zaintrygowało to słowo, niezrozumiałe ani co do sensu, ani co do pochodzenia, ale rozpytanie nie przyniosło wiarygodnego wyjaśnienia. No bo przecież nie uznamy za takie wersji, że „aufsz” oznacza po niemiecku piłkę..

A Mundialu Junior raczej nie będzie oglądał. Nudziłby się.

Wymiana jak w NBA?

Po zakończonym sezonie ligowo-pucharowym, nasilają się spekulacje o możliwych transferach. Podobno Fernando Torres miałby przejść z Liverpoolu do Barcelony, ta jednak musiałaby się najpierw pozbyć Zlatana. Szweda chętnie podobno przygarnęłaby Chelsea, która być może rozstanie się z Drogbą, jeżeli Mourinho przeforsuje jego transfer do Realu. No i zostaje tylko pytanie – kogo Real mógłby i chciałby oddać do Liverpoolu, żeby kółeczko się zamknęło? Przy czym The Reds właśnie rozstali się z Benitezem, i na razie nie wiadomo, kto teraz będzie decydował o transferach i kogo będzie w nich poszukiwał, zwłaszcza że Hicks i Gillett najchętniej wzięliby żywą gotówkę w dużej ilości. Się dzieje, a na koniec wyjdzie i tak zupełnie inaczej:)

Niemiecki Dan Brown

Trafił mi niedawno w ręce  produkt przemysłu wydawniczego, anonsowany na okładce tytułowym sformułowaniem. Przeczytałem. Istotnie, zaczyna się od Wielkiej Zagadki zawalania się gotyckich katedr na początku XV wieku. Potem jest piękna kobieta i seks, tajemniczy dokument mogący wstrząsnąć ówczesnym światem (czytaj papiestwem), knowania niegodnych księży oraz tajna organizacja gotowa na wszystko, by tajemniczy dokument zdobyć i wykorzystać, a wszystko to na 500 stronach (ech, te biedne lasy..). Czyli prawie jak u Dana Browna (za sprawą reklamy „prawie jak” nie muszę już nadużywać parafrazy genialnego bonmotu Andrzeja Poniedzielskiego). Miłośników prawdziwego Dana Browna lojalnie uprzedzam, że rozdziały dużo dłuższe, a tempo znacznie mniej zawrotne, intryga też taka sobie, a o cudeńkach technicznych można zapomnieć.

Tajemniczy dokument (z jakiegoś powodu zatytułowany „zapomnianym pergaminem”), to samobójczy list jakiegoś zakonnika z klasztoru na Monte Cassino, którego w zamierzchłych wiekach zmuszono do napisania Fałszywki Średniowiecza, czyli donacji Konstantyna, dającej papieżowi władzę i zwłaszcza bogactwo. I ten właśnie dokument skłonił mnie do napisania tej notki – nie żebym uważał temat za szczególnie sensacyjny czy pasjonujący. Po prostu parę miesięcy wcześniej czytałem podobną książkę, równie grubą i równie sensacyjną (acz lepiej napisaną, i ze strawniejszą główną bohaterką), której osią intrygi było fałszowanie Donacji Konstantyna gdzieś w Niemczech. Mogliby twórcy uzgodnić stanowiska:)

Aha: 500 stron zasadniczo nie wyjaśniło, dlaczego właściwie katedry się zawalały, a przynajmniej dlaczego wszyscy myśleli, że zawalają się same.

Jak za dawnych lat, czyli Lakers vs Celtics

W finale NBA w tym roku nie zobaczymy Marcina Gortata (narodowy szloch), za to będzie powtórka sprzed dwóch lat. I ze złotych lat 80-tych, kiedy emocje rozpalała walka Boston Celtics pod wodzą Larry’ego Birda z Los Angeles Lakers z Magicem Johnsonem i resztą specjalistów od showtime (rywalizację tych drużyn w latach 60-tych pamiętają już tylko nieliczni, ja to znam tylko z.. opowiadań powiedzmy).

Na własne oczy, choćby i na ekranie TV, też tej rywalizacji nie oglądaliśmy. Ale za to parę lat później mieliśmy swobodny dostęp do fantastycznej (jak na swoje czasy, a jeśli idzie o grywalność, to i dzisiaj, jeśli komputer wytrzyma taki archaiczny software) gry „Lakers vs Celtics”. Zabawy składem, indywidualne zagrania (Isiah Thomas zawsze pod koszem robił arcyelegancki rzut o tablicę), widoczny efekt utraty sił w miarę upływu czasu.. Mnie zawsze bawiło wystawianie drużyny skompletowanej wg klucza rasowego – o ile pamiętam, to m.in. w Celtics i Suns dawało się wystawić białą piątkę, i nawet jakoś grającą. A to wszystko w okrutnie pikselowej grafice z lat 80-tych, zresztą zobaczcie sami.

Nie wiem, kto wygra tegoroczny finał, i właściwie to nawet mnie to nie rusza. Ale zawsze mogę spróbować zagrać, może Win98 uciągnie. Gierka mieści się na jednej dyskietce (dla młodziaków: na jednej dyskietce, nie na jednym pendrajwie).

Geografia połączeń internetowych

Już parę razy zdarzyło mi się przyznać, że zaglądam do statystyk sprawdzając, skąd mnie nawiedzają czytelnicy bloga. Dzisiaj przekonałem się arcydobitnie, jak bardzo mylące mogą to być dane. Zajrzałem bowiem o poranku na pewien blog, gdzie gospodarz umieścił okienko rejestrujące na bieżąco, kto i skąd przybywa (Live Traffic Feed). Spojrzałem kątem oka na to okienko, i pomyślałem sobie, że strasznie powoli się aktualizuje, bo jeszcze mnie w nim nie widać. Kiedy jednak nie chciało się nadal zaktualizować, przyjrzałem się jeszcze raz. Link widoczny w okienku niedwuznacznie wskazywał, że zostałem odnotowany jako gość z Poznań, Wielkopolskie. Cóż, połączyłem się z Internetem via operator komórkowy, i widocznie serwer tegoż akurat tam gdzieś tam ma bramkę, o kilkaset kilometrów ode mnie (kiedy się łączę z domu stacjonarnie, zwykle jestem rejestrowany jako Tychy). Poznań zresztą pozdrawiam:)