Lista letnia wspomnieniami podszyta

Idę na łatwiznę, prawda? Nie chciało mi się wrzucać porannych kawałków dość często, żeby notowanie miesięczne jakoś wyglądało, to zbieram w dwa, a teraz nawet w trzy miesiące (i wygląda jakby było Dużo). Zastosuję się jednak do Bablowskiego „gra mało, ale za to gra smacznie” i zaraz wyrzuty sumienia jak ręką odjął.

A letnia muzyka… Chwaliłem się już że byłem na Woodstocku? (#wężykiem). Właściwie to gdybym mógł, to od drugiego tygodnia sierpnia tylko bym w kółko puszczał to co tam słyszałem (z tych co mi się podobały). Ale że monokultura nie jest zdrowa (a kawior jedzony chochlą to po prostu rybie jaja), to ciut więcej różnorodności się pojawi.

Jethro Tull – We Used To Know
Clutch – Electric Worry
Beth Hart – Tell Her You Belong To Me
Bułat Okudżawa – Paka Ziemla jeścio wiertitsia
The Clash – London’s Burning
Meredith Brooks – Bitch
The Cyrkle – Kites
Ensiferum – Iron
John Lennon – Whatever Gets You Through The Night
R.E.M. – The Outsiders
Nina Persson – Charlie

Wojciech Młynarski – Diatryba
Wojciech Młynarski – Przetrwamy
Kult – Hej Czy Nie Wiecie
Jacek Kaczmarski – Powrót sentymentalnej panny S
Pointer Sisters – I’m so excited
Duane Allman & Aretha Franklin – The Weight
Manu Chao – Me Gustas Tu

The Qemists – Run You
Dub Inc – koncert na Woodstock
Dub Inc – Revolution
Lady Pank – Pokręciło mi się w głowie
Guru feat. MC Solaar – Le Bien, Le Mal
Franz Ferdinand – Take Me Out
Queen – Killer Queen
Manfred Mann – Doo Wah Diddy
Klaus Mitffoch – O głowie
Junkie XL, Elvis Presley – A Little Less Conversation
Ska Cubano – Babalu 

Oczywiście, gdybym miał puścić teraz co mi Najbardziej W Duszy Gra, to odpaliłbym The Qemists, ale ten Run You tyle co było prezentowane. Puszczę więc jedyny kawałek, którego tytułu obecnie nie znam, bo pojawił się w cyklu porannikowym jako po prostu Woodstockowe wspomnienie, wyszperane naprędce. Z drugiej strony nieważne do końca jak to się oficjalnie nazywa, po prostu pobujajcie się z Dub Inc i poczujcie tę atmosferę.

(al)chemicy z Woodstocku

Chwaliłem się już w zeszłym miesiącu, że byłem na Woodstocku, ale wtedy ograniczyłem się do najbardziej ogólnych obserwacji. Już sam fakt, że byłem, można uznać za pewne zaskoczenie, wyjaśnię od razu, że to wynik pewnego niecnego spisku. Spiskowcy nie tyle postawili mnie prze faktem dokonanym, ile zadali mi pytanie znienacka, na tydzień przed – a ja nie myślałem zbyt długo, tylko sprawdziłem jak mi kalendarz wygląda, no i kilka dni później…

Nie wnikając we wszystkie szczegóły logistyki, dotarliśmy na Przystanek jakoś po czternastej w sobotę. Ponieważ nie byłem inicjatorem, zdawałem się w całości na spiskowców – a ci mieli pewne plany, czego posłuchać. Ruszyliśmy więc przez leśne dróżki kostrzyńskiego Woodstocku, by na piętnastą dostać się pod Dużą Scenę, gdzie miał wystąpić Nocny Kochanek. Ze sceny łomotało, tłum radośnie śpiewał, wokalista ma duże możliwości głosowe – ale teksty w polskim metalu nie przekonują mnie zupełnie, więc tylko lekko poskakane towarzysko było. Później, niestety, ruszyliśmy na ogólne zwiedzanie i zakupy, rychło utkwiliśmy w kolejce do Siemasklepu (jak po dobra rzadkie za komuny, doświadczenie się przydało), i tam stojąc słyszeliśmy na szczęście, jak Dużą Scenę przejęli we władanie Dub Inc. O jak ładnie nóżka chodziła w tej kolejce… gdybym wiedział, to może olałbym Nocną Zmianę Miłości i odstał zawczasu, a potem reggae’owo bujał się w tłumie… Ale co się stało, to się nie odstanie. Po dokonaniu wielkiego obchodu (który i tak obejmował najwyżej połowę wszystkiego), powróciliśmy jeszcze na sesję wieczorną. Na 22-gą zaplanowany był koncert Nothing But Thieves. Mam wrażenie, że albo nie byli w formie, albo zwyczajnie nie pasowali do tego miejsca, może po prostu odczuwali skutki podróży – dotarli bez swoich instrumentów (pozdrawiamy linie lotnicze czy kto tam był odpowiedzialny), występowali ze sprzętem pożyczonym im przez inne zespoły. Jak dla mnie brakowało w tym kopa, jakiejś spójności, aczkolwiek interesująco patrzyło się na małolaty (nie wiem czy gimnazjalne, licealne czy studenckie) wyśpiewujące kolejne kawałki, dla nich ewidentnie było to spotkanie z Idolem. My natomiast zmyliśmy się przed końcem z powodu lekkiego zmęczenia, gdyż…

Ta nazwa nic zupełnie nam nie mówiła (a mnie na pewno). Przebywaliśmy sobie w sąsiedztwie sceny, dopijając piwo (w bezpośrednie sąsiedztwo wstęp z alkoholem był zakazany, pozdrowienia dla Pokojowego Patrolu), kiedy po kolejnej zmianie na Dużej Scenie zaczęli się produkować The Qemists (nawet nie wiedziałem jak się to pisze). Łomotało zacnie, piliśmy szybciej (zresztą się ściemniało), weszliśmy w tłum, zbliżyliśmy się do sceny. Oni się rozkręcali, my się rozkręcaliśmy, skakaliśmy, pod koniec to już był cudowny trans, przy którym zupełnie nie czuliśmy zmęczenia. Trzyma mnie do dziś.

Więc dla wszystkich Woodstockowiczów i tych, którzy nie byli – The Qemists, Run You, tu w wersji teledyskowej, kto ciekaw jak wyglądało na żywo, niech sprawdza na Kręcioła TV.

Blog Day – reaktywacja

Jak zapewne nie pamiętacie (albo może pamiętacie), w zeszłym roku demonstracyjnie Blog Day zignorowałem, ponieważ nie miałem nic nowego do zaproponowania. W tym roku mogłem zignorować niedemonstracyjnie, tylko z tradycyjnej sklerozy, ale skoro w czwartej kwarcie dnia natrafiłem na podpowiedź, że Blog Day nastąpił, to nawet można coś na temat skrobnąć. Zwłaszcza że…

W zaprzeszłym roku nic mi się nie zapamiętało. W przeszłym roku odwiedzałem zaś parę blogów interesujących, niektóre poznałem tyle co, inne się przypomniały – i na tyle uznałem je za ciekawe, że sobie na karteluszku (ehehe, w zabłąkanym na pulpicie pliku txt) zanotowałem żeby je ewentualnie polecić. A skoro już mamy ten dzień, więc dzielę się z Państwem od serca, nie obiecując że się spodoba z jakiegokolwiek powodu:
1. Galopujący Major 
2. Krzysztof Leski
3. Aadaś
4. Kataryna
5. i tradycyjnie cała zawartość blogrolla

W bieżącym roku przezornie nie obiecuję, że coś znajdę. Wiecie, jak jest.

O fobiach i ich wpływie na rzeczywistość

Ludzie boją się rekinów. Od ataków tych bestii umiera na całym świecie średnio 5 osób rocznie
Ludzie nie boją się krów. Te sympatyczne zwierzęta w samej Wielkiej Brytanii zabijały ostatnio średnio 3 osoby rocznie

Ludzie boją się latać, bo katastrofy lotnicze są straszliwe (nawet jeśli nie są skutkiem zamachu). W zeszłym roku w katastrofach lotniczych na całym świecie zginęło 325 osób, w najgorszym roku 1972 zginęło ich 2373.
Ludzie nie boją się jeździć samochodami. Na polskich drogach w wypadkach samochodowych w zeszłym roku zginęły 2993 osoby.

Ludzie boją się islamskich zamachów. W ciągu ostatnich 38 lat zginęło w nich około 20 tysięcy osób (średnio ponad 550 rocznie). Głównie muzułmanów.
Powinienem dla równowagi wpisać dowolną inną statystykę, choćby statystykę morderstw w Polsce (502 w 2016 roku), ale z poprzednich przykładów wynika, że fakty przegrywają z emocjami.

Wpis jest zainspirowany fragmentem rozważań Galopującego Majora.

La Laa Land

Ciepły (prawie gorący) letni dzień. Szwendamy się leniwie uliczkami małego miasteczka wśród pól i obserwujemy rzeczywistość jednakowoż odmienną od naszej (no, chyba żeby nie). Pośrodku miasteczka, przy ryneczku, stoi sobie ratusz. Widać go z pewnej odległości, wyniosły góruje nad otoczeniem niskopiennym niczym Kongresówka. Na dachu widać te urocze, rzadko spotykane zdobienia, które tak bardzo podobały mi się w Budapeszcie (nie napisałem o tym? trudno). A kiedy patrzymy na ryneczek pod ratuszem, to nie dość, że prawie cały zajęty pod parking:

Laa an der Thaye rathaus ratusz Austria

to zaraz obok z boku tegoż ratusza jest – powiedzmy – kącik sanitarny, obejmujący nie tylko zwykłego toi-toia, ale i barakowóz jak od Drzymały wypożyczony, zaadaptowany przez lokalną OSP na posiadający część zarówno męską jak i damską.

laa an der thaye wc wagen rynek

Dla większego urozmaicenia po tej bocznej stronie dorzucono część zieloną (acz niepozbawioną parkingu) i stację ładowania wszystkiego (choć raczej mniejszego niż większego) prądem elektrycznym pochodzącym ze źródeł odnawialnych, a konkretnie z baterii słonecznych umieszczonych na dachu wiaty. Gdzieś tam był też sklep typu 1001 drobiazgów (zamknięty z powodu urlopu), na którego wystawie wypatrzyłem tę oto fascynującą, przydatną rzecz:

laa an der thaye stojak na butelkę

Cóż to za piękny przedmiot, Trurlem pachnący? Nie wiem jak Wam, ale na moje niefachowe oko to stojak na butelkę wina. Klassisch! A z innej strony ryneczku (z przyległościami) było miejskie muzeum. Zerknąłem na jego tablicę ogłoszeń – promowała ekspozycję „OGÓRKI I WIĘCEJ”.

Laa an der Thaye Muzeum Museum Austria

Ale w gruncie rzeczy czego się spodziewać po miasteczku, które ma w nazwie „nad rzeką”, a rzeka znajduje się kilka kilometrów dalej, w sąsiedniej wsi i sąsiednim państwie (ech, ta pokręcona historia Europy Środkowej). 

Laa an der Thaye (nad Dyją) pozdrawia serdecznie. 

Słownik pojęć na przykładzie prania

Dzisiejszy wpis jest zupełnie nieplanowany i niespodziewany, ponieważ jest w całości ściągnięty z Twittera – ktoś się podzielił o poranku, a ja się tylko zachwyciłem, przetłumaczyłem i dokonałem wyboru. Można się zgadzać albo nie.

KAPITALIZM
Twoja mama pierze twoje ubrania. Płacisz jej dolara. Narzeka. Wzywasz policję i i oskarżasz ją o bunt.

KOMUNIZM
Twoja mama pierze. Ty pierzesz. Co noc salutujecie portretowi zmarłego ojca.

SOCJALIZM
Twoja mama pierze. Ty gotujesz. Wszyscy są teoretycznie zadowoleni.

FASZYZM
Twoja mama pierze bojąc się o życie

NAZIZM 
Twoja mama pierze. Ty gazujesz pralnię.

FEUDALIZM
Twoja mama pierze i płaci ci podatek.

LIBERALIZM
Twoja mama pierze, a ty patrzysz i czujesz się źle. Mówisz, że coś trzeba z tym zrobić. Coś zostanie lub nie zostanie zrobione.

LIBERTARIANIZM
Twoja mama pierze. Ty wierzysz, że wyprałeś.

RELIGIA
Twoja mama pierze. Ty dziękujesz bogu.

ATEIZM
Twoja mama pierze. Ty w filmiku na YouTube żądasz zweryfikowanych naukowych dowodów, że wyprała.

MIZOGINIA
Nienawidzisz mamy niezależnie od tego, czy wyprała, czy nie.

PATRIARCHAT
Twoja mama nie istnieje. Pranie zrobiło się w magiczny sposób.

FEMINIZM
Twoja mama nalega, żebyś dorósł i sam zaczął prać swoje rzeczy.

BIAŁY FEMINIZM
Twoja mama zatrudniła do prania niebiałą kobietę

ANTYFEMINIZM
Mama cię zostawiła. Po roku piszesz „wredna zdzira” na stercie brudnych ciuchów.

RASIZM
Twoja mama pierze i obwinia czarnych.

NEOKAPITALIZM
Twoja mama pierze. Płacisz jej dolara. Nakłaniasz ją, żeby wyprała rzeczy twoich kolegów. Kolega płaci ci 50 dolarów.

SEKSIZM
Oczywiście, że mama pierze, pfff.

AMERYKANIZM
Twoja mama pierze. To jest w Konstytucji, KONIEC DYSKUSJI

To nie jest wcale nowe, ale kogo to obchodzi, skoro trafiłem dzisiaj. Oryginał (czyli wszystkie definicje w oryginalnych wersjach, w komplecie i z twórczością fanowską) jest tutaj.

A teraz do pracy, bo poniedziałek.

Hollywood na Morawach

Spacerowałem sobie spokojnie ulicami centrum Brna, chłonąc nieznany mi dotąd urok tego miasta. Upał nie wpływał pozytywnie na zmysły, na dodatek tu i tam trzeba było zachować sporą czujność, by omijać tramwaje (deptak deptakiem, ale tramwaj ma swoje większe prawa, choćby z racji gabarytów), które czasem zgrzypiały, a czasem mniej. I kiedy tak dzieliłem uwagę między przyglądanie się zacnym kamienicom (Praga i Budapeszt nie mają po co zadzierać nosów) a wyglądanie zagrożeń na szynach, usłyszałem na swój sposób znajome dźwięki.

Pisałem już kiedyś, że jednym z małych powodów założenia tego bloga było notowanie muzycznych odkryć i obsesji. Kiedy Blox udostępnił tagi, szybko pojawił się „przyczepiło się niech leci„, zbierający wszystkie małe fascynacje, czasem trzymające dzień lub dwa, a czasem powracające latami, niezależnie od ich wartości muzycznej („good or wrong, my ass”). Ta piosenka czepia się mnie od dawna, za każdym razem kiedy znienacka wyskoczy (nie mam jej nigdzie zapisanej podręcznie), choć to chyba taki one-shot zespołu, który poza tym z niczym mi się nie kojarzy.

Brneński grajek uliczny nie miał wielkiego talentu wokalnego ani gitarowego, zachowywał jednak minimum klimatu. Nawet przez moment zastanawiałem się czy nie rzucić mu paru koron (niczym Taco Hemingway w metrze) za sam dobór repertuaru i stworzenie odrobiny Hollywood na wzgórzach morawskiej stolicy. I pomyśleć że Sunrise Avenue jest kapelą fińską. 

Aha, gramy: Hollywood Hills

Woodstock

Ludzie.
Młodsi i starsi.
Wysocy i całkiem mali.
Ładniejsi i brzydsi, kształtni i nieforemni.
Ubrani zwyczajnie lub w wyrafinowanych strojach.
Mający na włosach wianki, farby, wstążki lub wymyślne nakrycia.

Wszystkich łączyło jedno: muzyka (i dobra zabawa), niezależnie czy skakali pod sceną, stali bardziej w oddali czy siedzieli pod namiotami (o miłości i przyjaźni się nie wypowiadam, zwłaszcza pod namiotami).

A brud i śmieci? Fakt, deptanie po pustych puszkach było przeżyciem swoistym… Niemniej można było ich nie zauważać, tak jak się nie zauważa reklam internetowych (przy pewnej dozie wyćwiczenia), oraz oczywiście nie śmieciło się samemu.

Siema, Juras! Nie obiecuję, że przyjadę znowu.

Różnica między krokietem Morawieckiego a uszkami Errani

Nie lubię sytuacji typu qui pro quo („to nie tak jak myślisz, kochanie”). Nie lubię, bo każdy sobie pomyśli, że wie lepiej, a czasem rzeczywistość bywa taka, że nie sposób w nią uwierzyć, że pisarze uznaliby ją za nazbyt wydumaną.

Hitem tygodnia (a przynajmniej początku) w internecie (a przynajmniej w części sportowej) był news o karze za doping dla tenisistki Sary Errani. Hitem nie z powodu ukarania, ile z powodu przyjętej linii obrony, według której zakazany środek trafił do jej organizmu z przypadkowo zażytego lekarstwa matki. Natychmiast postawiono to na równi z tłumaczeniami o zażyciu dopingu przez seks, o zjedzeniu zainfekowanej cielęciny czy steku, bądź z niesławnym barszczykiem z krokietem hokeisty Morawieckiego na igrzyskach w Calgary. Tymczasem nikt – mam wrażenie – nie zagłębił się w szczegóły sprawy…

Fakty przedstawiały się następująco: Errani będąc kontuzjowaną, pojechała się leczyć do domu rodziców (od których wyprowadziła się 18 lat wcześniej). Któregoś dnia kontroler podczas lotnej kontroli w domu pobrał od niej próbkę moczu, której badanie wykazało obecność niedozwolonego środka – letrozolu; środek ten może służyć do blokowania rozkładu naturalnego testosteronu wytwarzanego w organizmie, jak również służy do walki z rakiem, w szczególności z pewnymi typami raka piersi. Matka Errani od 12 lat walczy z rakiem i przyjmuje regularnie tabletki z letrozolem; tabletki trzyma na blacie w kuchni, żeby nie zapomnieć ich zażyć, i – jak twierdziła – zdarza się jej, że jej z opakowania wyleci więcej niż jedna i poleci gdzie nie trzeba. Dzień lub dwa przed kontrolą robiła dla rodziny rosół z tortellini (włoski odpowiednik uszek)…

Brzmi śmiesznie? Poniekąd, a jednak życiowo. W procesie przed Trybunałem, udowadniano między innymi, że tabletki zażywane przez Errani-seniorkę mogą się rozpuścić w jedzeniu bez wpływu na smak, i to nie tylko w rosole, ale nawet w mięsnym farszu do uszek, w temperaturze pokojowej. Zbadano też włosy matki i córki – u pierwszej były wyraźne ślady leku (od długotrwałego używania), u drugiej nie. W efekcie Trybunał orzekł, że wprawdzie uznaje za prawdopodobne przedstawione wytłumaczenie, w jaki sposób niedozwolona substancja znalazła się w organizmie zawodniczki – niemniej uznaje ją za winną, ponieważ miała obowiązek zadbać o to, żeby nic niepożądanego nie zażyć, i nie zwróciła uwagi na leki matki znajdujące się w kuchni, w miejscu w którym mogło dojść do skażenia nimi jedzenia. Jednocześnie Trybunał uznał, że stopień zawinienia jest na tyle niewielki, że wystarczające będzie zawieszenie Errani na dwa miesiące (licząc od daty orzeczenia) i skasowanie jej wyników za okres od badania, w którym wykryto letrozol, do następnego badania, w którym żadnych niedozwolonych substancji nie wykryto (podobnie jak nie wykryto ich w parudziesięciu wcześniejszych badaniach przeprowadzonych u Errani w ciągu wcześniejszych lat). 

Wypadałoby może jeszcze słówko do tytułu. Otóż wydaje się niezmiernie mało prawdopodobne, żeby tłumaczenie „ktoś mi podsunął krokieta z testosteronem” mogło się obronić w podobnej analizie – bo kto miałby to zrobić i dlaczego (jak również nie ma żadnej wersji tłumaczącej, że ten testosteron mógłby się racjonalnie znaleźć w krokiecie Morawieckiego przypadkiem). Nie rozstrzygając niczego, dodajmy jeszcze że problemy z poziomem testosteronu miewali też koledzy z drużyny, a sam Morawiecki po odbyciu zawieszenia wpadł ponownie na testosteronie i został dożywotnio zdyskwalifikowany. Errani zaś zapewne będzie mocno uważać na to co jej matka gotuje.

Czy z Mieszkanie+ będą eksmitować na zbity pysk?

Pośród wielu spraw rozpalających opinię publiczną, ta przewija się nieco bokiem, piszą o niej tylko od czasu do czasu, za to w czarnych barwach. Razem z różnymi innymi ustawami przeszła bowiem przez taśmę legislacyjną (nietknięta chyba) ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości, wprowadzająca podstawę funkcjonowania tzw. programu Mieszkanie Plus. Towarzyszy jej odium ustawy pozbawiającej lokatorów ochrony, głównie pod wpływem zacnego lewicowego lidera Adriana Zandberga… 

Przyjrzyjmy się chwilę tej ustawie. Jest niezaprzeczalnym faktem, że formalnie wprowadza ona do terminologii prawnej pojęcie „najmu instytucjonalnego” (poprzez dodanie rozdziału 2b w ustawie o ochronie praw lokatorów…), oraz że do umowy najmu instytucjonalnego dołącza się akt notarialny zawierający oświadczenie o poddaniu się egzekucji, na podstawie którego właściciel mieszkania może przeprowadzić egzekucję „bez wyroku”, a jedynie po uzyskaniu sądowej klauzuli wykonalności w ramach sformalizowanej procedury, bez prawa najemcy do lokalu socjalnego czy nawet tymczasowego. Co jednak umyka krytykom nowej ustawy, to fakt, że właściwie… nic ona nie zmienia. „Najem instytucjonalny” jest bowiem pojęciem wydzielonym z istniejącego od lat w ustawie pojęcia „najmu okazjonalnego” (rozdział 2a ustawy o ochronie..), którego zakres przy tej okazji ograniczono do wynajmowania mieszkań przez osoby prywatne, natomiast „najem instytucjonalny” będzie obejmował wynajmowanie „profesjonalne” (w ramach działalności gospodarczej). Gdyby ktoś wątpił, to w ramach najmu okazjonalnego najemca składał (i nadal będzie składać) notarialne oświadczenie o poddaniu się egzekucji (art. 19a ust.2 pkt 1), nie przysługuje mu prawo do lokalu socjalnego (art. 19e w związku z art. 14) ani do pomieszczenia tymczasowego (art. 25d pkt 2)…

Czy zatem strachy są bezzasadne? Przesadzone na pewno, pytanie brzmi: na ile można mieć zaufanie, że przyszła praktyka nie pójdzie w kierunku tych strachów. Zacznijmy jednak od ogólnego stwierdzenia, że ideą programu Mieszkanie+ jest w gruncie rzeczy budowa na gruntach udostępnionych przez państwo mieszkań, które będą następnie wynajmowane i najchętniej sprzedawane lokatorom (ustawa wyróżnia „najem z opcją [zakupu]” i „najem bez opcji [zakupu]}, przy czym nabór najemców będzie dokonywany zgodnie z ustawowymi kryteriami pierwszeństwa. Budową i wynajmem zajmą się podmioty, które kupią grunty z publicznego zasobu… I tu pojawia się kluczowe dla całej zabawy pytanie: jaki to będzie najem?

Widzę tu trzy możliwości:
1. będzie to zupełnie osobna kategoria najmu, niezależna od „najmu instytucjonalnego”
2. będzie to najem instytucjonalny z bardzo szczególnymi zasadami
3. będzie to najem instytucjonalny, z częściowo szczególną regulacją.

Kluczowym punktem do oceny będzie zawarty w ustawie o KZN, w rozdziale siódmym „Najem i czynsz najmu” przepis art.84, według którego „w sprawach nieuregulowanych do najmu [z opcją i bez] stosuje się przepisy rozdziału 2b ustawy o ochronie…”, czyli tego o najmie instytucjonalnym. Jak zinterpretują to prawnicy i sądy? Nie podejmuję się przewidywać. Wskażę jedynie, że ustawa o KZN przewiduje przez długi okres bardzo ograniczone możliwości wypowiedzenia najmu, a tryb zawarcia umowy najmu w mojej ocenie raczej wyklucza możliwość żądania notarialnego oświadczenia najemcy; najemca składając wniosek o zawarcie umowy składa bowiem oświadczenie, że na pewno będzie go stać na płacenie czynszu, i moim zdaniem w takiej sytuacji nie można już w zakresie wymaganych przy zawarciu dokumentów mówić o „sprawach nieuregulowanych” i w tym zakresie odsyłać do najmu instytucjonalnego.

Powiedzmy też sobie otwarcie: upłynie sporo czasu zanim powstaną pierwsze mieszkania podlegające przepisom ustawy o KZN, spokojnie można teraz ustawę poprawić i doprecyzować czy mamy do czynienia z najmem instytucjonalnym, czy nie (bądź wyraźnie wyłączyć najgroźniejsze przepisy). Jeszcze lepiej byłoby położyć nacisk na budowę mieszkań do zasobów komunalnych – ale to już polityka, a nie prawo.