Nieco dziwna ochrona wizerunku

Nowy Rok zaczął się wiadomością, że w pewnym mieście na Dolnym Śląsku zaginęła nastolatka, która noc całą dobrze się bawiła, a rano znikła spod samego domu. Rozpoczęła się akcja poszukiwawcza, portale prześcigały się w informacjach o zaginionej, a całość była udekorowana prześlicznym – przyznajmy to bez udawanej powściągliwości – zdjęciem. 

Dwa dni później już mieliśmy informację, że nastolatka w nieco tajemniczych okolicznościach została odnaleziona cała i właściwie zdrowa (choć przyczyny jej nieobecności są na razie znacznie bardziej zagadkowe niż było jej miejsce pobytu przez ten dzień czy dwa). „Macierzysty” portal z tej okazji postanowił… ocenzurować zdjęcie towarzyszące tekstowi, zamazując twarz pikselami.

zaginiona dziewczyna ocenzurowana

Było to, przyznam, zaskakujące, i jedynym sensownym wytłumaczeniem jakie mi na razie przyszło do głowy, jest ochrona wizerunku zainteresowanej (być może na prośbę rodziny). Zostało to jednak przeprowadzone znakomicie niekonsekwentnie, ponieważ jednocześnie pod tym samym tekstem znajduje się zdjęcie plakatu rozwieszonego podczas poszukiwań, na którym zamazane zdjęcie widnieje w pełnej krasie (choć mniejsze i czarno-białe).
plakat o zaginionej

Przez jakiś czas ponadto można było łatwo znaleźć  tekst o zaginięciu, gdzie to samo zdjęcie figurowało bez cienia ingerencji (teraz mi się nie udaje, przypadek?), i w dalszym ciągu można znaleźć na portalu materiał wideo, dla którego to zdjęcie jest tłem przez ponad dwie minuty… No i nie wspomnę, że oczywiście na wielu innych stronach, zarówno w poważnym Polskim Radio, jak i w brukowatym Superekspresie, to zdjęcie występuje w obfitości. 

Samo zdjęcie mam zapisane na dysku, ale nie wrzucę, bo a nuż komuś sprawia przykrość (a poza tym… czyż wypada starszemu panu wrzucać zdjęcia obcych siedemnastolatek?)

Wezwanie pachnące morszczukiem

Dziś pierwszy dzień rewolucji. Rewolucji w doręczaniu korespondencji sądowej, wyjaśnijmy od razu. Przez dziesięciolecia korespondencję sądową doręczała wyłącznie poczta, to znaczy: Poczta Polska, ale w ogłoszonym w ubiegłym roku przetargu kryteria (ustalone ostatecznie orzeczeniami Krajowej Izby Odwoławczej) pozwalały na wzięcie udziału także innym podmiotom. No i stało się – Poczta Polska przetarg przegrała, przesyłki doręczać będzie Polska Grupa Pocztowa.

Oczywiście od samego początku najbardziej intrygującą kwestią było, jak sobie nowy operator poradzi nie tyle z masowością korespondencji, ile z problemem nieobecności adresata. Teoretycznie wymogi przetargowe przewidywały posiadanie w każdej gminie odpowiedniej placówki, w której można pozostawić korespondencję do odbioru, w praktyce nie określały jaki ma być związek operatora z placówką (ani jakie są wymagane godziny otwarcia dla ludności, z drugiej strony tradycyjne „poczty” też nie są otwarte non stop ani nawet przez 8 godzin dziennie). W ostatnich dniach już pojawiły się informacje o podpisaniu przez PGP umowy z RUCH-em i – zaraz potem – żarty typu „co pan mi z tym awizem, tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!”.

Zerknąłem dziś z ciekawości na stronę PGP, żeby się zorientować skąd w razie potrzeby będę musiał odbierać przesyłki. Wstukałem do ichniejszej wyszukiwarki „Agencje i punkty awizacyjne” kod pocztowy biura. Wyświetliło mi cały szereg punktów (bo to dla sporego kawałka miejscowości jeden kod jest). Jeden z nich nosi nazwę: SKLEP RYBNY.

Ale przynajmniej jest jakikolwiek, nie dla każdego adresu można to obecnie ustalić. Zaczynam się bać, dobrze że pierwsze listy sądy będą wysyłać za pośrednictwem nowego operatora dopiero dziś.

Ciemnogród!!!

Sezon ogórkowy w pełni… Na głównej stronie „macierzystego” portalu wielki nagłówek prowadził dziś do interwencyjnego tekstu o tym, jak to pewna pani rozwiodłszy się z małżonkiem, zaciążyła ze swoim bieżącym partnerem, i teraz jest wielce zdziwiona, kiedy się okazało, że prawnym ojcem dzieciątka jest były już małżonek. Dzieciątko urodziło się bowiem przed upływem trzystu dni od rozwodu, a że ignorantia iuris… i „po co się generalnie żenić, skoro papierek nam niepotrzebny”, to zadziałał prawny automatyzm przepisu art. 62 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. 

O samej racji tego przepisu rozpisywać się akurat nie zamierzam, zainteresowani mogą poczytać podręcznik Winiarza albo (dla bardziej zaawansowanych) jakowyś komentarz do kodeksu. Głęboko poruszył mnie natomiast ton komentarzy, wśród których dominowały poglądy o głębokim wstecznictwie tego przepisu „w dobie przeszczepów twarzy i badań DNA”, o „polskim zacofaniu”, o beznadziejności tego kraju, o ciemnogrodzie i dziczy (pozwolą państwo, że nie będę linkował, kto czytał ten widział, kto ciekaw wygugla). Oczywiście wypowiedzi te były oparte na klasycznym (czasem się mówi „typowo polskim”, ale to chyba jednak nadużycie) przeświadczeniu, że własna ocena jest wystarczająca do uznania się za fachowca. Nikomu wszak nie przeszkadzało, że podobne zasady istnieją choćby w prawie francuskim czy włoskim (w paru innych krajach podobna zasada ograniczona jest do śmierci męża, ale w istocie swojej taka sama), nie przeszkadzało, bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli.

Niewiele wcześniej zaś podobna „dyskusja” toczyła się pod tekstem dotyczącym ks. Lemańskiego – z tym, że nie pod relacją z plebanii, tylko pod fachowymi (w założeniu) analizami prasowymi, czy odwołanie się przez ks. Lemańskiego od usunięcia go z funkcji proboszcza powoduje zawieszenie wykonania dekretu biskupiego, czy nie. Nikt w zasadzie nie przejmował się zupełnie zawiłościami kodeksu prawa kanonicznego (moim zdaniem ks. Lemański na pewno powoływał się na niewłaściwy przepis, ale mniejsza z tym), komentatorom wystarczyło przekonanie, że mają rację co do zasady, więc i w szczegółach zapewne też. Chciałbym im życzyć, by we własnych sprawach zdawali się jednak czasem na chłodny ogląd szczegółów, bo często naprawić szkód się potem już nie da. 

Podobno dla młodszych pokoleń Internet to „ich kraj”. Straszny to ciemnogród, ten Internet.

O pracy niedzielnej

O planowanym zakazie handlu w niedzielę w ostatnich dniach powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia, mądrego i głupiego, więc nie będę zaśmiecał Internetu swoimi własnymi rozważaniami na temat tego, czy taki zakaz jest słuszny, celowy i uzasadniony (zwłaszcza że nie do końca mam zdanie na ten temat, ale to zostawmy). 

W tej notce pominę więc prawie zupełnie opowieści o kasjerkach chcących do domu i zafrasowanych pracodawcach zmuszonych ze smutkiem wypowiadać im umowy. Bardziej mnie interesuje rzucona gdzieś motywacja* autorów ustawy (przynajmniej niektórych), że zakaz handlu wprowadzają w imię narodowych interesów gospodarczych, uosobionych w drobnych sklepikarzach. Problem w tym, że zasadniczo takiej ustawy za bardzo nie da się napisać…

Oczywiście, może nie doceniam talenty ustawodawcze posłów, ale przypuszczam, że koncept wzorowany będzie na przepisach zakazujących „pracy marketów”  w święta. Zacznijmy od tego, że tamta regulacja ani na jotę nie odwołuje się do działania dużych sklepów, tylko do możliwości wykonywania w nich pracy. Myśl – chytra w zamierzeniu może – jest przy tym taka, że właścielowi drobnego sklepiku nikt nie zabroni otworzyć i pracować w święto, komuś o większej wyobraźni przyjdzie rzecz jasna do głowy, że oczywiście (w placówkach średniej raczej wielkości) można zlecić wykonywanie czynności osobom na umowach cywilnoprawnych („śmieciówkach”), choć pewnie skonstruowanie umowy, która wytrzymałaby próbę ustalenia, że nie jest to zakamuflowany stosunek pracy, byłoby niełatwe. Podpowiem jednak od razu, że bardziej zdesperowany właściciel marketu znalazłby i inne zupełnie legalne rozwiązanie pozwalające na prowadzenie sprzedaży w niedzielę. Kodeks pracy przewiduje bowiem możliwość pracy w takim systemie, że pracownik pracuje wyłącznie „świątek, piątek i niedzielę” (jeszcze w soboty), a wtedy może spędzać w pracy nawet 12 godzin dziennie. Wystarczy więc się odpowiednio dogadać, i mimo wszelkich szumnych deklaracji, centrum handlowe będzie mogło w najlepsze działać w niedziele (i święta), dziś zapewne dla jednego dnia w miesiącu nikomu nie opłaca się kombinować. 

Pozostawię już na uboczu pytanie, dlaczego akurat handel zostanie uznany za bardziej dotkliwą formę pracy niż praca w gastronomii, usługach dla ludności czy wypoczynku (że ograniczę się do tego, co spotykamy w centrach handlowych), poprzestanę na stwierdzeniu, że nadal bardzo nie lubię przepisów, które starają się zakazywać czegoś selektywnie i nie wprost, bo zakazanie tego wprost okazałoby się niezgodne z normami prawnymi wyższego rzędu. 

Osobiście staram się zwyczajnie w niedzielę nie robić zakupów, chyba że jakaś nagła konieczność.

*wszystkich tych, którzy doszukują się w tej sprawie motywacji prokościelnych, uprzejmie proszę, żeby swoje przemyślenia opublikowali gdzie indziej

Jakże groźne będzie wprowadzenie konwencji o przemocy domowej

Właściwie to strasznie już stary temat, ale tak to czasem bywa, że człowiek ma o czymś napisać, ale odkłada to na chwilę, żeby się lepiej przygotować… a potem temat leży i leży… czasem się zupełnie przeterminuje, a czasem się nadaje, żeby go odświeżyć. 

Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej została podpisana przez Polskę kilka miesięcy temu, na razie nie została ratyfikowana (aczkolwiek ostatnia nowelizacja kodeksu postępowania karnego w pewnym zakresie już ją wdraża, do tego akurat ani podpisanie, ani ratyfikacja potrzebne nie są. Musiałem dobrą chwilę poszukać, czy dobrze pamiętam, jakie były zastrzeżenia względem tej konwencji, formułowane przez byłego już ministra filozofii, okazało się że pamiętałem nie najgorzej – dotyczyły głównie zmiany stereotypów dotyczących roli kobiet i mężczyzn.

W związku z czym mała zagadka – czym różnią się dwa poniższe teksty:
1/ „Państwa Strony podejmą wszelkie stosowne kroki w celu zmiany społecznych i kulturowych wzorców zachowania mężczyzn i kobiet w celu osiągnięcia likwidacji przesądów i zwyczajów lub innych praktyk, opierających się na przekonaniu o niższości lub wyższości jednej z płci albo na stereotypach roli mężczyzny i kobiety
2/ „[Państwa] Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.”

W jednym mamy promowanie zmiany wzorców społecznych, w drugim aktywne działanie w celu ich zmiany. Skąd pochodzą? Tekst oznaczony jako 2/ to tenże właśnie niepokojący konserwatystów art. 12 ust. 1 konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet…, który miał przynieść katastrofalne skutki rodzinom (pojmowanym tradycyjnie), jako niezgodny z polskim prawem. Tekst oznaczony jako 1/ to artykuł 5 pkt a/ konwencji ONZ w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet, która od trzydziestu lat stanowi część polskiego prawa, jako ratyfikowana umowa międzynarodowa (Dziennik Ustaw z 2 kwietnia 1982 roku). 

Nie zamierzam tu zajmować się analizą całej konwencji, jednej czy drugiej. Ograniczam się wyłącznie do pokazania, jak bardzo niekompetentne były niektóre zapewnienia i przewidywania płynące z ust zatroskanego ministra. Jak widać, są na świecie rzeczy o których się nie śniło filozofom.

O identyfikacji dłużnika, cz. 2

Temat być może będzie później też kontynuowany, bo jest złożony, a poprzednia notka na pewno go nie wyczerpała (i dzisiejsza też tego nie zrobi).

Słynna emerytka z Sochaczewa – jak wiadomo – odzyskała swoje 28 tysięcy złotych (zdaje się aktualnie pokryła je w geście dobrej woli Krajowa Rada Komornicza, ale mniejsza o to). Trochę jej pomógł w organizowaniu protestów sąsiad prowadzący firmę, niejaki Pietrzak Mikołaj, przyzwoity człowiek. Jakiś czas potem przyszedł do niej i zapytał, czy ona nie pomogłaby jemu, bo czeka na spływ pieniędzy z dużego kontraktu, a jako porządny przedsiębiorca nie chciałby zalegać ludziom z płatnościami. Emerytka zgodziła się, i pożyczyła mu 20 tysięcy, sąsiad przyniósł odpowiednią umowę.. a tydzień później jakiś pijany w niego wjechał samochodem.

Kiedy emerytka odżałowała chłopa, uświadomiła sobie nagle, że skoro sąsiad przeniósł się na lepszy świat, to pożyczki jej nie odda (a jego firma zamknęła podwoje i sama się dalej nie prowadziła). Sąsiad mieszkał sam, na pogrzebie pojawiła się jakaś rodzina, w tym była żona sąsiada z synem. Emerytka poczytała, pomyślała i zaczęła działać – skoro zmarły miał majątek, to prawo przewiduje, że tenże majątek ktoś musi odziedziczyć, a wraz z nim i obowiązek zwrotu pożyczki. Dzielna wierzycielka – nie wiedząc gdzie rodzina zmarłego mieszka – napisała więc do Ministerstwa o udzielenie jej informacji z bazy PESEL, i po paru miesiącach otrzymała informację, że pan Jan Pietrzak jako spadkobierca Pietrzaka Mikołaja, mieszka sobie w mieście X przy ulicy Y.

Mógłbym ciągnąć tę anegdotę dalej, doprowadzając ją do zajęcia rachunku Pietrzaka Jana, ale przejdę do jej puenty. Otóż na wysłane do Pietrzaka Jana pismo z prośbą o spłatę pożyczki, tenże odpisał w tonie dość zdziwionym, że nie bardzo rozumie, o co naszej bohaterce chodzi. Okazało się bowiem, że była żona sąsiada, Zofia Pietrzak, miała syna Jana – ale ze swoim pierwszym mężem Krzysztofem Pietrzakiem (zmarłym wiele lat wcześniej), niespokrewnionym z Mikołajem. I choć Pietrzak Mikołaj się Janem przez wiele lat opiekował jak ojciec, to formalnie nigdy go nie adoptował, więc Jan do spadku po ojczymie nie aspirował (i za długi ojczyma nie odpowiadał). I pomyśleć, co by było, gdyby to wyszło dopiero w egzekucji…

W tej anegdocie zmyślone są nazwiska i źródło długu (w tym oczywiście udział emerytki z Sochaczewa). Prawdziwa jest historia z poszukiwaniem spadkobierców dłużnika, ministerialną pomyłką i listem „syna” o przypadkowo zbieżnym nazwisku. Jak widać, mimo dołożenia dużej staranności, pomyłki są możliwe bez własnej winy.

Identyfikacja człowieka, zwłaszcza dłużnika

„John Hendrickson z Kalifornii miał sporo kłopotów z udowodnieniem miejscowej policji, że nie jest poszukiwanym przez władze defraudantem, noszącym również nazwisko John Hendrickson. Poza identycznością nazwisk obaj Hendricksonowie mieli żony Virginie, synów Jacków oraz córki o podwójnych imionach Mary Carol.”*

Powyższą informację przytaczam oczywiście w związku z rozpętaną w mediach (przynajmniej niektórych, bo nie wszystkie śledzę, natomiast widzę zaangażowanie pewnej pani redaktor) mającą oznaki histerii akcją, dotyczącą pani emerytki z Sochaczewa. Gdyby ktoś zupełnym przypadkiem nie wiedział o co chodzi (choć mnie się tej sprawy zdaje równie wiele, co mamymadzi, majtek Dody i podobnych), to komornik prowadzący egzekucję otrzymał od wierzyciela wskazanie, że dłużnikiem jest pani XY, zamieszkała przy Y, o numerze PESEL ABC.., i skierował wobec tej pani egzekucję, ściągając jej z konta prawie 30 tysięcy złotych. Po fakcie się okazało, że pani XY nie jest tą samą panią XY, która była winna pieniądze, ale cóż – nie zareagowała na czas, komornik zgodnie z procedurą po kilku dniach przesłał pieniądze wierzycielowi, a ten (będąc właściwie bankrutem) radośnie spłacił nimi swoje długi w ZUS (więc i nie miał z czego oddać). Oczywiście stada internetowych fachowców od wszystkiego odsądzają komornika od czci i wiary (czy jest podstawa do uznania, że komornik popełnił jakiekolwiek uchybienie, to trzeba by przeanalizować szczegółowo akta), a przy okazji wyrażają niezachwiane przekonanie, że polskie prawo jest beznadziejne, skoro taka sytuacja jest możliwa, i jakże to możliwe, żeby w wyroku nie był wskazany PESEL.

Kodeks postępowania cywilnego lada moment będzie mieć pół wieku, jego kluczowe przepisy dotyczące identyfikacji nie uległy zmianie (tyle że kilka lat temu usunięto wymóg podawania zawodu stron, którego i tak od dawna nikt nie przestrzegał), liczba ludności wzrosła o jedną czwartą, więc eksplozją demograficzną trudności z identyfikacją tłumaczyć się nie da – a mimo to jakoś bez Peselu pokolenia dawały radę. Owszem, może wzrosła liczba spraw sądowych (co statystyczne zwiększa możliwość pomyłki, wszak errare humanum est), ale co do zasady problemem nie jest prawo. Kodeks zawiera bowiem mało znany przepis art. 825 pkt 3, zgodnie z którym komornik umorzy egzekucję na wniosek osoby zainteresowanej, jeżeli egzekucja została skierowana przeciwko osobie, która według klauzuli wykonalności nie jest dłużnikiem (i sprzeciwiła się prowadzeniu egzekucji). Na podstawie tego przepisu każdy, kto stanie w sytuacji pani z Sochaczewa, dowiedziawszy się o wszczęciu przeciw niemu egzekucji (choć nie jego wyrok dotyczy), powinien więc niezwłocznie złożyć sprzeciw wobec prowadzenia egzekucji i wniosek o jej umorzenie. Oczywiście, zawsze może się pojawić problem, czy zdąży – ale prawo nie jest w stanie uregulować wszystkich możliwych sytuacji, jakie się mogą zdarzyć. Dodajmy, że w niektórych państwach uznawanych powszechnie za cywilizowane w orzeczeniach nie podaje się żadnego odpowiednika Peselu, bo taki tam zwyczajnie nie istnieje.

Cóż, znowu czwarta władza postanowiła się uznać za najważniejszą.

*Marian Kozłowski, „Lamus ciekawostek”, Warszawa 1976

Porządkowanie ksiąg wieczystych

Chyba każdy, kto miał szerszy kontakt z księgami wieczystymi, natrafił kiedyś na księgę z bogatą przeszłością. W sumie nie trzeba wiele, żeby się zabagniło, wystarczy parę.. pokoleń nie zwracających uwagi na problemy dziedziczenia i obrotu, do tego dokładają się efekty dość radosnej działalności władz peerelowskich w zakresie nieruchomości. 

A wieczystość księgi polega nie tylko na tym, że co raz wpisane, to będzie w niej widoczne po wieczne czasy (dla niezorientowanych – także to, co się z niej wykreśla, jest cały czas widoczne), ale także na tym, że w celu zachowania bezpieczeństwa obrotu prawnego, wysokie są rygory żeby coś z księgi wykreślić (trzeba co do zasady zgody wszystkich uprawnionych osób, i to z podpisem poświadczonym przez notariusza). Jednocześnie w przypadku każdego „dzielenia” księgi – jeżeli tylko dzielący nie zadbał o załatwienie wszelkich zgód jak wyżej – wszystkie prawa wpisane w dotychczasowej księdze, są przepisywane kropka w kropkę do ksiąg nowo utworzonych. 

Jaki jest tego efekt? Ano taki, że otwieramy księgę, zaczynamy ją czytać i dochodzimy do niepokojącego (dla zainteresowanego) wniosku, że roi się ona od przeróżnych obciążeń. Problem jednak w tym, że nikt nie ma (nieraz) pojęcia, co dane obciążenie może faktycznie oznaczać. Jeżeli więc czytamy, że przez nieruchomość przysługuje prawo drogi zgodnie z umową taką a taką (sama umowa nie jest dostępna przy lekturze księgi, dopiero trzeba dotrzeć do tzw. akt księgi, czyli teczki z wszystkimi dokumentami, które składano w celu dokonywania wpisów) – to może to oznaczać, że tak naprawdę rzeczona droga biegła o pięć kilometrów dalej w miejscu, gdzie dwie nieruchomości się niegdyś stykały, a w wyniku rozmaitych podziałów prawo drogi jest wpisane w kilkudziesięciu księgach jednocześnie, z których co najwyżej kilka ma styczność z ową drogą (ba, samo ustalenie, jakie księgi wieczyste powstały z tej wymienionej we wpisie, to zadanie nieraz na miarę Heraklesa). Jeżeli w księdze wieczystej widzimy wpis o postępowaniu w sprawie wywłaszczenia części działki sprzed półwiecza – najwyraźniej nikomu nie chciało się poinformować ksiąg wieczystych, że wywłaszczenie zostało dokonane i zakończone. Jeżeli w księdze widzimy zapis prawa dożywocia czy służebności mieszkania sprzed 80 lat – zapewne nikt nie kłopotał się powiadomieniem ksiąg wieczystych o śmierci osoby będącej „ciężarem”. Jeżeli spostrzegamy hipotekę, która po przeliczeniu (niektórzy pamiętają dwie denominacje złotówki, ja osobiście tylko jedną) wynosi groszy szesnaście – ani chybi wiatry historii zwiały gdzieś uprawnionego wierzyciela, a dłużnik nawet nie wie komu ma obecnie oddawać (nie każdy wie o procedurze złożenia do depozytu, nie każdy ma siłę i ochotę się z tym bawić, nie mówiąc już o pokrywaniu, choćby i niewielkich, kosztów tego postępowania). Moim ulubionym od niedawna przykładem (a zaznaczam, że wszystkie powyższe to z życia wzięte) jest „służebność opisana bliżej w umowie sądowej z dnia 13/3 1894r.” – ta data to nie pomyłka, proszę Państwa.  Proszę obecnie odnaleźć wszystkich aktualnych właścicieli (a stopień nieuregulowania spraw spadkowych przez wiele pokoleń jest zatrważający). 

Dlatego też kołacze mi po głowie pomysł, który chciałbym sprzedać jakiemuś inteligentnemu posłowi (znacie?) – inicjatywa ustawodawcza zmierzająca do uporządkowania tej sytuacji. W najogólniejszym zarysie polegałoby to na tym, że istniejące wpisy w księgach wieczystych (ograniczam się do tych w działach III i IV, czyli obciążeń) wpisane przed jakąś graniczną datą (bo ja wiem – 50 lat wstecz, powiedzmy), podlegałyby wykreśleniu na wniosek aktualnego właściciela, jeżeli w ciągu powiedzmy dwóch lat od uchwalenia ustawy zainteresowani uprawnieni nie zgłoszą się potwierdzając, że tak, to ich prawo wciąż jest aktualne. W szczegółach na razie się nie staram tego opracowywać, bo po co pisać do szuflady – najpierw muszę znaleźć tego, kto by to przynajmniej wniósł, czy to jeszcze w ogóle miałoby szansę w tej kadencji…

Rolnik daje kredyty

Z racji obowiązków zawodowych dość często stykam się ze specyfikacjami istotnych warunków zamówienia (SIWZ) na usługę udzielenia kredytu (w nomenklaturze ustawy Prawo zamówień publicznych jest to usługa, bo nie jest to ani dostawa, ani robota budowlana, zresztą w klasyfikacji statystycznej udzielanie kredytów to usługa pośrednictwa finansowego). Specyfikacje te są dość mocno sztampowe, w końcu ich treść co do zasady jest wyznaczona przepisem ustawy, ale zawsze budzą we mnie uśmiech. 

Udzielanie kredytów jest w polskim prawie czynnością zastrzeżoną dla banków (formalnie dopuszczalne jest udzielanie ich przez SKOK-i, ale wyłącznie dla swoich członków), a te mogą działać wyłącznie w określonych formach: jako banki państwowe, jako banki spółdzielcze (odmiana spółdzielni) lub jako spółki akcyjne. W specyfikacjach zaś zawsze znajduję wymóg, aby oferent przedstawił „aktualne zaświadczenie z właściwego oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych lub Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego potwierdzające, że Wykonawca nie zalega z opłacaniem składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne)”. KRUS jest przeznaczony dla rolników, bank jako taki rolniczej działalności prowadzić nie może.

Oczywiście, nie winię tu autorów specyfikacji, po prostu wpisują wymogi w dokładnie takim brzmieniu, jak ustawa przewiduje, tak samo jak dla przypadku budowy biurowca, dostawy mleka lub zamiatania chodnika. Po prostu to zestawienie, że ktoś parający się rolnictwem miałby udzielać kredytów, budzi moją wesołość (co nie oznacza, że niejednokrotnie takiego rolnika nie byłoby stać na skredytowanie gminy).

(50)

Amber Gold, postrach prezesów i dziennikarzy

Przeczytałem właśnie tekst o tym, jak to na Pomorzu strach blady padł na prezesów spółek, z powodu akcji kierowania do prokuratury zawiadomień o niezłożeniu w sądzie rejestrowym sprawozdań finansowych za lata ubiegłe, co – jak wiadomo – jest jednym z cięższych zarzutów wytoczonych w aferze Amber Gold, a przynajmniej pod adresem prokuratorów. Czytam i głowa mi aż ciąży od poziomu niekompetencji. 

Już najmniej się można czepiać, że niby wszystkim grozi odpowiedzialność karna z art. 77 ustawy o rachunkowości, czyli (w tym przypadku) za niesporządzenie sprawozdania finansowego. Mimo wszystko idę o zakład, że w spółkach posiadających osobowość prawną, prowadzących pełną księgowość, ludzie odpowiedzialni za księgi zwyczajnie wiedzą, że raz do roku trzeba takie sprawozdanie finansowe sporządzić. Owszem, być może leży gdzieś w szufladzie prezesa, nawet może i podpisane (brak podpisów to często spotykane uchybienie, aczkolwiek odpowiedzialności karnej już raczej nie rodzi, litera ustawy tak wskazuje), pewnie się nie wysłało albo żal było akurat wydać 280 zł na opłatę od złożenia tego sprawozdania. Jeżeli do sądu nie dotarło, to istotnie jest powód, żeby kogoś tam pogonić, ale tak naprawdę dopiero dochodzenie wykaże, czy faktycznie to sprawozdanie nie zostało sporządzone. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że popełniono tylko mniej ważące przestępstwo z art. 79 pkt 4 ustawy o rachunkowości (kto nie składa sprawozdania finansowego… we właściwym sądzie rejestrowym… podlega karze grzywny lub ograniczenia wolności), przy czym kto raz złoży, choćby z rocznym opóźnieniem, przestępcą być przestaje. 

Znacznie bardziej przeraziła mnie mrożąca krew w żyłach opowieść, jak to skazanie za takie przestępstwo może wykluczyć z biznesu (czytaj: z zasiadania w zarządzie). Widzę w tym echo wielkiego pytania, dlaczego Marcin P. mógł zasiadać w zarządzie swoich spółek, skoro „popełnił przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu”? Więc tu należy czarno na białym wyjaśnić, że po pierwsze, przestępstwa z ustawy o rachunkowości nie są przestępstwami przeciwko obrotowi gospodarczemu – te nie są wprost zdefiniowane (w sensie zwrotu „za przestępstwa przeciwko obrotowi uznaje się…”) oprócz tego, że rozdział XXXVI kodeksu karnego (artykuły 296-309) taki właśnie nosi tytuł. Po drugie i ważniejsze nawet, przepis określający zakaz zasiadania w zarządach spółek nie odwołuje się do tego pojęcia w sposób ogólnym tylko precyzyjnie wymienia przestępstwa, który taki skutek za sobą pociągają w razie skazania; jest tam wymieniony rozdział XXXVI kodeksu karnego (i szereg innych) ale przepisy ustawy o rachunkowości – już nie. Już prędzej karierę utrudniłoby pełnienie funkcji w spółce ubiegającej się o jakiekolwiek zamówienie publiczne (zgodnie z art. 24 ustawy prawo zamówień publicznych skazanie za wiele przestępstw, w tym tych przeciwko obrotowi gospodarczemu, uniemożliwia spółce zarządzanej przez taką osobę udział w przetargach), ale znów przestępstwa przewidziane w ustawie o rachunkowości się tam nie pojawiają.

Owszem, bycie skazanym za cokolwiek miłe nie jest, ale bardziej to strachy na lachy. Dziennikarze powinni jednak konsultować swoje teksty – jeśli sami nie próbują zgłębiać prawa – z prawnikami redakcyjnymi, a nie z przygodnie napotkanymi politykami, choćby i pretendującymi do miana prawników. A prokuratorzy.. cóż, będą mieli furę dodatkowej roboty, która zapewne nawet nie poprawi im statystyk, a za to utrudni terminowe załatwianie normalnych spraw, w tym tych przeciwko parabankom…