Sąd drogi czy tani?

Założyć teczkę dla pozwu, przeanalizować go. Wydać i wysłać nakaz zapłaty do obu stron. 
Włożyć do akt sprzeciw, przeanalizować go, przesłać odpis do powoda. Wyznaczyć termin rozprawy.
Poświęcić godzinę na rozprawę.
Przeczytać pismo które wpłynęło po rozprawie i odpowiedź na nie.
Poświęcić godzinę na kolejną rozprawę.
Poświęcić kwadrans na ogłoszenie wyroku na odrębnym terminie.
Napisać uzasadnienie wyroku, wysłać je do stron.
Wezwać do opłacenia apelacji.
Przeczytać wniosek o zwolnienie od kosztów, wydać postanowienie odmawiające i doręczyć je stronie.
Przesłać zażalenie do innego sądu.
Rozpoznać zażalenie, doręczyć postanowienie i odesłać akta.
Wydać postanowienie o odrzuceniu apelacji.

Jeżeli czegoś nie pominąłem, to teraz można byłoby przystąpić do liczenia ile Skarb Państwa wydał na prowadzenie takiej sprawy – na opłaty pocztowe, materiały biurowe oraz pracę sędziego i sekretariatu. W sprawie, którą mam przed sobą na biurku, w zamian za te czynności Skarb Państwa pobrał kwotę 84.597 złotych. 

Oczywiście byłbym hipokrytą gdybym twierdził że Skarb Państwa zawsze robi równie dobre „interesy”, równie często (lub częściej) tyle samo lub więcej czynności wykonuje się za jedyne 30 zł. Po prostu czasem się robi więcej za mniej, a czasem mniej za więcej, i dotyczy to zarówno sądu, jak i pełnomocników. 

Ustawowa lichwa, czyli odsetkowy galimatias

Się narobiło. W tym tygodniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP, w tym stopę kredytu lombardowego – co spowodowało między innymi obniżenie przewidzianej w kodeksie maksymalnej stopy odsetek jakie mogą wynikać z czynności prawnej (powyżej teoretycznie zaczyna się lichwa). Od czwartku stopa ta wynosi 12% rocznie (art. 359 par. 2[1] k.c.). 

No i powstał galimatias, ponieważ inny przepis tego samego artykułu (paragraf 2) stanowi zarazem, iż jeśli wysokość odsetek nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe. Te zaś zgodnie z paragrafem 3 są ustalane w drodze rozporządzenia Rady Ministrów. Aktualne odpowiednie rozporządzenie obowiązuje od sześciu lat i przewiduje prawo wierzyciela do żądania odsetek w wysokości 13%. W momencie jego uchwalania odsetki maksymalne wynosiły 31% rocznie… 

Powstaje pytanie, którą stopę stosować? Pojawiają się różne koncepcje – że odsetki maksymalne dotyczyć powinny tylko tych sytuacji, gdy strony umowy ustalają między sobą wysokość odsetek (zarówno za korzystanie z pieniędzy, jak i za opóźnienie), jako że „opóźnienie nie jest czynnością prawną”; że nie ma wyraźnego zakazu aby odsetki ustawowe były wyższe niż maksymalne; że odsetki ustawowe dotyczą też zobowiązań nie wynikających z czynności prawnych i w tym zakresie oczywiście pozostają w mocy, natomiast w zakresie czynności prawnych należy stosować ustawowe.. Być może któregoś dnia będzie to rozstrzygane przez sądy – teoretycznie to tylko jeden procent, ale przy milionie złotych zrobi to dużą różnicę. Na pewno zaś rząd powinien przy najbliższej możliwej okazji zmienić rozporządzenie (tradycyjnie zwykle po prostu wydawał nowe), aż się prosi ze wsteczną mocą obowiązującą (ale tu mogliby zaprotestować ci, którzy otrzymaliby te wyższe odsetki i wsteczna moc zapewne zostałaby uznana za niekonstytucyjną).

Przy okazji warto wspomnieć o jeszcze jednej powszechnie stosowanej stopie odsetek – od zaległości podatkowych. Tutaj akurat konfliktów nie ma, gdyż konstrukcja tej stopy też jest oparta na stopie kredytu lombardowego (więc spadła). Dysonans pojawiłby się w przypadku gdyby stopa kredytu lombardowego spadła jeszcze bardziej (poniżej 2% rocznie) – stopa odsetek od zaległości podatkowych to dwukrotność stopy lombardowej plus dwa punkty, obecnie 2×3+2=8% rocznie, i zgodnie z ustawą jest to najniższy dozwolony pułap. 

Swoją drogą, właściwie fascynujące jest, jak wysokość zobowiązań między obywatelami jest determinowana aktami rangi podustawowej, nawet jeśli wydawanymi przez organy konstytucyjne.

Kanikuła sądowa

Lato. Ostatni dzień przed wyjazdem na urlop, gorączkowe przeglądanie co jeszcze zostało do zrobienia. Aż tu nagle wpada do skrzynki pocztowej mail z prawniczej listy dyskusyjnej ze starym orzeczeniem Sądu Najwyższego z roku pańskiego 1968. Odruch ciekawości – zawodowej i ludzkiej – nakazuje się zapoznać.

A tam – abstrahując od adekwatności orzeczenia, trafności rozważań etc – język, sposób formułowania myśli, za jakim czasem dziś się tęskni.

Nie byłoby więc logiczne zakładać, że zdrowy na ciele i umyśle kierowca, całkowicie trzeźwy, godzi się na popełnienie samobójstwa przez zaśnięcie za kierownicą prowadzonego przez siebie samochodu

Rzecz dzieje się na szerokiej drodze i w „biały dzień”. Każdy kierowca jadący w danym kierunku po tej drodze omija stojący na skraju drogi samochód. Aż tu nagle wpada na ten samochód ciężki wojskowy samochód ciężarowy „Tatra-138” ze śpiącym za kierownicą kierowcą oskarżonym Andrzejem Bronisławem G. 

Brak przeszkód do pokonywania, utrzymywanie na przestrzeni długich kilometrów tego samego kierunku jazdy i tej samej szybkości, połączone z monotonnym odgłosem pracy silnika oraz z usypiającym działaniem spalin i ciepłem panującym wewnątrz kabiny kierowcy, powoduje senność nawet u najbardziej wypoczętego, trzeźwego i w pełni zdrowego kierowcy. Niekiedy nawet przyczynia się do tego zbyt suty posiłek albo chociażby oddawanie się – przy samotnych podróżach – różnego rodzaju usypiającym rozmyślaniom.

/postanowienie Sądu Najwyższego – Izba Wojskowa z dnia 7 listopada 1968 roku/

A przynajmniej ja się z takimi nie stykam.

Śmieci w depozycie

Wśród kolegów prawników furorę robiły niedawno na Facebooku zdjęcia ogłoszeń wywieszanych w sądzie o niepodjętych depozytach – pod hasłem „jak można marnować czas sędziego na to, by zajmował się takimi sprawami, jak dwa grosze, albo majtki”. Tak się składa, że kwestie te już tu na blogu przewijały, zarówno jeśli chodzi o drobne kwoty zapomniane przez świat, jak i śmieszne z pozoru rzeczy trzymane od niepamiętnych czasów w sądowych magazynach.

Tyle co byłem w jednym sądzie i – jak to często bywa – miałem chwilę oczekiwania. Zabijając czas przeglądałem tablice ogłoszeń, akurat była taka z depozytami. Wydział był cywilny, nie karny, więc nie było akurat dowodów rzeczowych, ale różnorodność była niezła – oczywiście różne hipoteki od trzech groszy do kilku tysięcy, wynagrodzenie za drogę konieczną i inne należności, w kwotach rozrzuconych podobnie jak hipoteki, nazwiska prowokowały do dopisania niejednej ciekawej historii. Jedno ogłoszenie było jednak zaskakujące.

Przedmiotem ogłoszenia wzywającego do podjęcia z depozytu była „jednostka centralna systemu komputerowego składającego się obudowy i podzespołów”. Została złożona do depozytu na wniosek człowieka, który przegrał – na pewno w drugiej instancji – sprawę o zwrot tej jednostki. Najwyraźniej wygrywający sprawę miał jakiś problem z odbiorem swojego komputera, skoro po roku od wyroku zostało wydane postanowienie o zezwoleniu na złożeniu go do depozytu przez przegranego. I w depozycie tym leży od lat… dziesięciu. Nietrudno sobie wyobrazić ile dziś jest wart komputer sprzed co najmniej dwunastu lat (śmiało doliczam, bo skoro w 2002 roku był wyrok apelacyjny, a spór musiał zdążyć w ogóle powstać…).

Nie do końca podzielam oburzenie związane z procedurą likwidacji depozytów, wymagającą opisania przedmiotu i trzyletniego czasu oczekiwania (praktycy pewnie powiedzą, czy po te depozyty zgłasza się więcej niż jeden procent uprawnionych) – w drugą stronę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie historię „wyrzuconych przez sąd na śmietnik cennych rzeczy i pamiątek”. Celem procedury jest ochrona praw obywateli, zwłaszcza ich prawa własności, zanim należące do nich rzeczy przejdą na własność Skarbu Państwa (jako pożyteczne lub jako odpady – w powyższym przypadku pewnie całkiem atrakcyjny elektrośmieć). Oczywiście, zawsze dojdziemy do punktu zakrawającego na absurd, kiedy to przedmiotem depozytu będą rzeczy stanowiące śmieci od pierwszego momentu – na to po prostu chyba nie ma rady.

Biedny niezapomniany Gonzalez

Wiadomością tygodnia był wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Google przeciwko Gonzalez (w skrócie), uznający Google za administratora danych osobowych wyszukiwanych w Internecie (i udostępnianych w wynikach wyszukiwania) w rozumieniu dyrektywy unijnej i – co jest dość logicznym następstwem – dopuszczający prawo poszczególnych jednostek do żądania usunięcia ich danych z wyników wyszukiwania (dla ciekawych tu jest w całości). W mediach przedstawiono to jako „Trybunał dał prawo do bycia zapomnianym” – o prawie do zapomnienia wciąż zamierzam napisać (ale że chcę się do tego przyzwoicie przygotować, to zaczeka to na moment, kiedy będę mieć wystarczająco dużo czasu i zapału), więc tylko nieco refleksji precyzujących.

Otóż… zapomnienie w tym przypadku jest daleko idącym słowem, sam fakt uznania operatora wyszukiwarki za administratora danych aktywuje potencjalny obowiązek każdego administratora usunięcia przetwarzanych danych. W szczegółach sprawa robi się mocno skomplikowana. Zacząć można od prostej uwagi, że nawet jeżeli wystąpimy do konkretnego operatora, aby usunął dane dotyczące konkretnej osoby, a ten się zgodzi, to nie działa to względem żadnego innego operatora (w końcu jak nasze dane znalazły się w bazie firm X i Y, to musimy osobno żądać ich usunięcia przez każdą z firm z osobna); i nawet jeżeli dziś „mówimy wyszukiwarka, myślimy Google”, to w przyszłości wcale tak być nie musi. Trudniej się robi kiedy się zastanowimy dlaczego Trybunał uznał Google za administratora – otóż w stosownym punkcie orzeczenia pojawiają się następujące czynności opisujące działalność wyszukiwarki: zlokalizowanie informacji, jej automatyczne zindeksowanie, czasowe przechowanie i udostępnianie w sposób uporządkowany. Natychmiast nasuwa się pytanie, co będzie jeżeli ten model ulegnie zmianie, w szczególności wskutek zaprzestania indeksowania konkretnego nazwiska (i przechowywania o nim danych na serwerach Google) – wyszukanie tych samych danych będzie znacznie trudniejsze (być może w sposób de facto uniemożliwiający ich odnalezienie), ale czy ich ponowne wyszukiwanie będzie ich przetwarzaniem, zwłaszcza jeżeli legalnie egzystują w Internecie (sprawę przeciwko redakcji, która na swojej stronie zamieściła informacje sprawiające panu Gonzalezowi przykrość, pan Gonzalez akurat przegrał), względnie czy będzie objęte dotychczasowym żądaniem usunięcia (wyrok zdaje się sugerować, że tak, ale póki nie ma konkretnej sprawy…)? 

Osobną kwestią (w sprawie Gonzaleza akurat rozstrzygniętą) jest, że sam fakt żądania usunięcia nie musi być wystarczający, każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie – o tyle też to prawo do „bycia zapomnianym” wydaje się iluzoryczne (i przesadne są napotkane już przeze mnie komentarze, że oto np. przestępca będzie mógł się „ukryć” w wynikach i bezkarnie planować nowe przestępstwa, przed którymi zwykli ludzie nie będą ostrzeżeni). 

Skończę myślą, która mnie w kontekście tego orzeczenia bawi. Otóż senor Gonzalez wszczął całą sprawę, ponieważ czuł się dyskomfortowo, że w wynikach wyszukiwania dotyczących jego nazwiska pojawiało się ogłoszenie sprzed wielu lat o licytacji należącego do niego nieruchomości na poczet jego długów publicznoprawnych. Samo ogłoszenie być może zniknie z wyników wyszukiwania Google, ale jednocześnie zostało unieśmiertelnione (i pan Gonzalez również), gdyż będzie wzmiankowane w każdym zbiorze orzeczeń ETS (w tym internetowej bazie orzeczeń) oraz we wszystkich tekstach prasowych traktujących o tym orzeczeniu. Ciekawe, czy Google będzie mogło wyszukując po nazwisku pana Gonzaleza podawać linki do tego orzeczenia?

Ustawa Shylocka

W ostatnich tygodniach dość sporo można było przeczytać czy usłyszeć o groźnych nowych przepisach dotyczących podatku VAT od samochodów osobowych – w największym skrócie, że kto zdecyduje się odliczyć podatek VAT od samochodu kupionego „na firmę”, temu grożą straszliwe sankcje (liczone w miliony) jeśli takim samochodem choćby raz pojedzie w sprawach niesłużbowych. Ma to oczywiście na celu utrudnienie ulubionego sportu nie tylko narodowego, jakim jest – powiedzmy – optymalizacja podatkowa, przez organa podatkowe oczywiście nielubiana, i też (jakby nie patrzeć) szkodliwa z punktu widzenia interesu publicznego (bo jednostka zarabia kosztem innych), a zarazem wrażliwa z punktu widzenia reguł unijnych, zgodnie z którymi VAT powinien być odliczalny co do zasady.

Jako że czas był najwyższy, by się z nowymi przepisami starannie zapoznać, sięgnąłem po tekst ustawy. Spokojnie przyjąłem szczegółowe wymagania związane z prowadzeniem specjalnych ewidencji dotyczących korzystania z samochodów… Spokojnie, gdyż nowe zasady łączą kij i marchewkę: grożą utratą prawa do odliczenia (ze wszelkimi tego skutkami wstecz), jeżeli właściciel samochodu postanowi odliczyć VAT w 100% – i są wręcz korzystniejsze niż dotąd, jeśli zdecyduje się na odliczanie jedynie połowy (korzystniejsze, bo pozwalają na odliczanie części VAT od paliwa, przypuszczam, że może to zrekompensować utratę połowy VAT od pozostałych wydatków), zachowując w ten sposób zasadę odliczania VAT.

Po przeczytaniu tego wszystkiego prawie poszedłem do półki z książkami. Prawie, bo niekoniecznie chciało mi się przepisywać z wydania papierowego, skoro w internecie znajdę wersję elektroniczną. Chwilę poszukałem i znalazłem w przekładzie Józefa Paszkowskiego:

Gotuj się zatem rżnąć mięso: nie przelej
Krwi ani kropli; pomnij też nie wyrżnąć
Ani mniej, ani więcej niż funt spełna;
Bo gdybyś wyrżnął mniej lub więcej trochę,
Niż funt okrągły, gdyby niedowyżka
Albo przewyżka miała, ściśle biorąc,
Być o dwudziestą część skrupułu lżejsza.
Lub cięższą; gdyby się różniły szale
Chociażby tylko o szerokość włosa:
Umrzesz, i mienie twe pójdzie w sekwester. 
/Kupiec wenecki, akt IV scena 1/

Shylock mógł rżnąć ciało Antonia zamiast przyjąć pieniądze. Firma może odliczyć cały VAT zamiast połowę. Ale czy warto?

Dopadł mnie inPost (schowany za szyldem Polska Grupa Pocztowa)

Saga o nowym doręczycielu korespondencji sądowej, nazywanym drwiąco Nowym Lepszym Operatorem, będzie trwała jeszcze długo, być może skróci ją przyspieszone rozwiązanie umowy, a być może nie. Emocje, jakie budzi, są zrozumiałe, choć często niewłaściwie kierowane, a nieraz nawet sprawiają wrażenie konstruowanych na siłę (tu powinien być link do jeszcze jednej notki, ale się nie napisała jeszcze). 

Sam do tej pory w zasadzie nie narzekałem na Nowego Lepszego, bo korespondencja jakoś tam docierała, nawet jeżeli było to o godzinie 19.30 (w centrum miasta). Ostatnio zdarzyło się jednak, że (pod innym adresem) w skrzynce wylądowało awizo. Awizo mnie, nie powiem, zdziwiło, i nie chodziło o to, że przesyłka była do odbioru w sklepie Maxx (skojarzenia do wyboru, do koloru). Na awizie było bowiem wskazane nazwisko i imiona dwóch osób (bez nawiązania do nazwy firmy), adresu (adresata) nie było, ale co do awizo zostawiono pod właściwym adresem. Adnotacja „sąd” nie pozwalała na dywagacje co do osoby nadawcy, ale zupełnie nie przychodziło mi do głowy w jakiej to sprawie i jaki sąd mógłby chcieć adresować na takie dwie konkretne osoby. 

Udałem się więc do sklepu Maxx (który okazał się być prozaicznym salonikiem prasowym). Pani wzięła awizo, popsioczyła na charakter pisma doręczyciela (obiegowa nazwa: inpostonosz lub inpostylion), popsioczyła bardziej dosadnie na brak adresu na awizie… Po czym psioczyć zacząłem ja. Zagadka dwóch imion została rozwiązana w sposób równie zaskakujący co prozaiczny: inpostonosz, żeby się nie przepracowywać, zostawił jedno awizo dla dwóch różnych przesyłek, kierowanych do dwóch różnych osób (w zupełnie różnych sprawach). Jako że nie miałem upoważnienia na taką okazję, drugiej przesyłki oczywiście nie odebrałem (bo spodziewałem się tylko jednej adresowanej przynajmniej częściowo do mnie). Nie ma jednak żadnego sensownego wyjaśnienia, dlaczego przesyłka adresowana do mnie, nadana 16 stycznia, została doręczona (znaczy, awizowana) dopiero 26 lutego – zwłaszcza że zawierała zawiadomienie o terminie rozprawy wyznaczonej na dzień 21 lutego… (na szczęście wiedziałem o niej niezależnie, na szczęście dla sądu, bo gdyby mnie tam nie było, to z powodu braku zwrotki musiałby rozprawę odroczyć i odesłać do domu świadków).

To są takie uchybienia średniego kalibru. Nowy Lepszy podpadł jednak w zeszłym tygodniu zdecydowanie bardziej, kiedy w biurze staraliśmy się ustalić, co się dzieje w jednej sprawie, i ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że wysłano do nas opinię biegłego, której sobie nie odebraliśmy. Pogłębione śledztwo wykazało, że rzekomo opinia była u nas awizowana i nie została podjęta. Pech Nowego Lepszego polega na tym, że nie otrzymaliśmy odeń żadnego awiza z wymaganych przepisami, ani pierwszego, ani drugiego… Sąd oczywiście został powiadomiony, Nowemu Lepszemu jeszcze dobierzemy się do.. do czegoś (bo nie wiemy, ile przesyłek nam w taki sposób „awizowali”). Wyjątkowo bezczelnie w tym kontekście brzmią zapewnienia, że Nowy Lepszy kładzie nacisk na „rzetelnie wykonaną pracę” oraz że odchodzi od „podejścia zostawiania awiza kiedy adresat jest na miejscu”; istotnie, niezostawianie awiza w połączeniu z niedoręczeniem przesyłki i sporządzeniem adnotacji o awizowaniu to jakaś nowa jakość, na pewno nie wyższa.

Na zakończenie słowo komentarza do tytułu. Otóż formalnie oczywiście Nowym Lepszym jest PGP, ale głównym podwykonawcą (żeby nie rzec: głównym wykonawcą) jest inPost, który zaskarżając specyfikację przetargową otworzył możliwość startu w przetargu jakiejkolwiek konkurencji dla Poczty Polskiej (głupota autorów przetargu to temat na zupełnie osobny wpis). Kiedy jednak przyszło do złożenia oferty, „wypuścił” PGP (samemu chowając się za ich plecami jako podwykonawca) – po to, żeby przy ewentualnej porażce nie zepsuć sobie reputacji (to mu akurat średnio wychodzi) oraz „kartoteki”, czyli żeby w ewentualnym następnym przetargu publicznym (niekoniecznie na korespondencję sądową, może być dowolna urzędowa czy nawet firmowa, jeśli firma jest zobowiązana do stosowania ustawy o zamówieniach publicznych) móc śmiało (i bezczelnie) powiedzieć, że nie zawalił żadnej umowy dotyczącej zamówienia publicznej (co wyklucza z przetargów na parę lat). Bo jak co, to formalnie zawali PGP…

Poczta i koza

Ilekroć czytam (a w ostatnich tygodniach jest o tym sporo) o problemach związanych z nowym operatorem pocztowym zajmującym się doręczaniem korespondencji dla sądów i prokuratur, to przychodzi mi do głowy stary poczciwy szmonces, w którym pewien udręczony Icek przychodzi do rabbiego i mówi „Rebe, ja już tak nie mogę, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, i teściowa, co robić?” Rabin mu w odpowiedzi kazał kupić kozę. Po jakimś czasie Icek przychodzi znów do rabbiego i jeszcze bardziej udręczony mówi „Rebe, ja już nie wytrzymam, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, teściowa i jeszcze ta śmierdząca koza, co robić??” Rabin kazał mu wtedy sprzedać kozę. Po jakimś czasie przychodzi znów Icek do rabbiego i mówi „Rebe, sprzedałem tę kozę, jaki ja jestem szczęśliwy!!”

Do niedawna Poczta Polska robiła za dyżurnego chłopca do bicia – a to że droga, a to że powolna, a to że nienowoczesna, a to że przesyłki gubi, a to że listonoszom nie chce się przesyłek pod drzwi nosić i od razu awiza zostawiają, a to że nie sprawdzają prawidłowości i aktualności adresów (moja ulubiona sytuacja to ta, kiedy listonosz „awizował” przesyłkę w całkowicie wyburzonym budynku, nikogo chyba nie dziwi, że adresat nie odebrał tak awizowanej przesyłki, która została odesłana do sądu jako „niepodjęta w terminie”). Odkąd mamy jednak – od Nowego Roku – nowego operatora, natychmiast stał się on obiektem nowych sensacji. Wielu bulwersuje już sam fakt, że oto poczta nie jest pocztą (choć po dziś dzień jej placówki są zwane urzędami pocztowymi), innych bawi (lub oburza)… nietypowość placówek, w których niejeden raz przyjdzie odbierać pocztę. Mnie bawią wynurzenia kolegów po fachu, że oto muszą stać w długich kolejkach np. w biurach podróży, które znajdują się przy ulicach naszpikowanych kancelariami, albo pań mecenas w garsonkach i na obcasach, które z obrzydzeniem poszukują punktu odbioru gdzieś w magazynach. Mniej zabawne jest oczywiście, kiedy punktów odbioru długo szuka się we wskazanej lokalizacji (nie zawsze znajdując), kiedy są one umiejscowione dużo dalej niż by mogły i powinny (wbrew wymogom specyfikacji przetargowej nie w każdej gminie znajduje się punkt odbioru), kiedy listonosz puka o dziwnych porach (odnotowałem już 19.30, w biurze) kiedy korespondencja zamiast codziennie jest odbierana i doręczana raz-dwa razy na tydzień – jeden z adwokatów mało się nie załamał, kiedy zamiast około dziesięciu przesyłek dziennie jak zwykle, dostał po dwóch tygodniach suszy jednorazowo ich 125 (słownie sto dwadzieścia pięć), co oznaczało niesamowitą kumulację terminów do załatwienia…

Nowy operator zapewne z czasem się wyrobi (każde wielkie wdrożenie przechodzi okres wieku niemowlęcego, ostatnim przykładem był w USA portal ubezpieczenia medycznego), chyba że do tej pory zostanie karnie wyrzucony za niewywiązywanie się z umowy. Nieraz się zastanawiam patrząc na to wszystko, czy ta przegrana w przetargu nie była majstersztykiem marketingowym Poczty Polskiej – ośmieszyć konkurenta i poprawić swój wizerunek, podrzucając nam kozę? Może nie, ale już tęsknimy za chwilą, w której kozy się pozbędziemy.

Gdybym był Trynkiewiczem…

…to po wyjściu na wolność podjechałbym do salonu z samochodami luksusowymi, grożąc nożem zmusił personel do wydania mi samochodu, może być z jakąś blondynką jako kierowcą – a potem pojechałbym (zostałbym zawieziony) do Gesslera na długi i wystawny obiad (za który, oczywiście, zapłaciłby Gessler).

Rozbój przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, plus ewentualne pozbawienie wolności – wystarczy na długi wyrok (choć nie w warunkach recydywy). Sam obiad u Gesslera chyba byłby wykroczeniem, poza tym fakt, że to u Gesslera, byłby okolicznością co najmniej łagodzącą (orżnąć złodzieja). I nikt przy tym de facto by nie ucierpiał (no, ktoś musiałby zapłacić za paliwo do jaguara, porsche czy co najmniej bmw).

Oczywiście, nie jestem Trynkiewiczem, a on nie myśli tak jak ja. Ale jeśli miałby nie wytrzymać presji jakiej zostanie poddany na wolności, to lepiej żeby wrócił do więzienia w taki sposób, niż krzywdząc kogoś naprawdę.

Może to nie temat do luźnego pisania, ale prawdę mówiąc, już wczoraj (w niedzielę) miałem dość tematu, a dzisiejsze (poniedziałkowe) newsy w zasadzie dotarły do granic mojej wytrzymałości. 

 

O (nie)meldowaniu Ukrainki

Życie prawnika umilane jest czasem przez intrygujące sprawy, intrygujące nietypowością sytuacji, do której próbuje się zastosować przepisy prawa co do zasady przewidziane na zupełnie inne okazji (ach, doprawdy, czemuż to nie u nas toczyła się sprawa o uznanie za wypadek przy pracy sytuacji, w której na pewną pracownicę w podróży służbowej spadła z sufitu lampa, kiedy ta w pokoju motelowym… oddawała się miłości ze swoim przyjacielem – sąd australijski ostatecznie uznał, że nie było to związane z pracą i odszkodowanie się nie należy). Niemniej i u nas znajdujemy różne kwiatki, które od niedawna stara się zbierać i propagować na Facebooku fanpage Orzeczenia Sądu Najwyższego, o których nie miałeś pojęcia

Ostatnio przypomniał stare, lecz niezmiennie urzekające orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z początków jego działalności, dokładnie z 20 lipca 1981 roku:

Żona, której mąż utrzymuje stosunki intymne z pomocą domową zameldowaną i zatrudnioną u osoby trzeciej, nie jest legitymowana do wniesienia skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego na decyzje w sprawie ustalenia charakteru pobytu pomocy domowej u osoby trzeciej, ze względu na brak po jej stronie interesu prawnego lub obowiązku, które stanowiłyby legitymację materialnoprawną będącą podstawą legitymacji procesowej w świetle art. 28 Kpa.  

Zasadniczo jednak do napisania tej notki skłonił mnie zamieszczony na rzeczonym fanpage’u pod tym orzeczeniem komentarz pewnego młodego człowieka (studenta prawa o ile się nie mylę), który stwierdził, że zapewne będąca cichą bohaterką orzeczenia pomoc domowa była Ukrainką, i zupełnie nie rozumiał, jakie znaczenie ma czas wydania orzeczenia. Skłonił mnie do nieuchronnych myśli o przemijaniu – my (autor i jego pokolenie, bo nie same Zapiski) pamiętamy, jak wyglądały realia roku 1980, kiedy to obowiązek meldunkowy był rygorystycznie egzekwowany, a jego niedopełnienie groziło grzywną. W tamtym czasie Ukrainki nie przyjeżdżały pokątnie sprzątać po domach i być bohaterkami żartów Figurskiego, ponieważ wydostanie się przez nie ze Związku Radzieckiego graniczyło z cudem, a o nielegalnym uciekaniu przez granicę, żeby popracować w sąsiednim kraju demokracji ludowej, nikt nawet nie myślał, bo mogło się to skończyć bardzo niemile (obozem dla uciekającego, i zapewne też jakimś wyrokiem dla zatrudniającego, w tamtych czasach prawa nie praktykowałem, więc z pamięci nie powiem, a sprawdzać mi się nie chce). Bieżące pokolenie nie ma już o tym pojęcia, następnemu tym bardziej nie przyjdzie to do głowy…