Kilka szybkich myśli o alimentach w kontekście pana Kijowskiego

Na początek żeby nie było wątpliwości: 1) na utrzymanie własnych dzieci należy płacić, 2) nie zamierzam wygłaszać żadnych sądów ogólnych czy to o zobowiązanych, czy to o uprawnionych, czy to o otoczkach spraw alimentacyjnych – gdyż każda sprawa jest indywidualna, a generalizacja to zło.

Jest sobie pan Kijowski, znany z działalności publicznej w ostatnim miesiącu. Kiedyś spłodził z byłą już żoną trójkę dzieci (później dodał jeszcze jedno z inną matką), dwoje z nich jest już pełnoletnie (acz chyba nauki pobierające), trzecie prawie. Kiedyś pan Kijowski zarabiał dobrze i 12 lat temu sąd nakazał mu płacić 3 tys. zł alimentów miesięcznie (po 1 tys. na dziecko, jak rozumiem). Później – kiedy najpierw stracił pracę, a później zarabiał już nie tak dobrze – obniżono mu te alimenty do kwoty 2,1 tys. zł  (700 zł na dziecko), co i tak stanowiło piekielnie dużo w porównaniu do tego co zarabiał (jeśli nie więcej niż pobory „na rękę”, to więcej niż 60% tych poborów, które zgodnie z prawem może zabrać komornik). Biorąc pod uwagę, że rocznie ma obowiązek płacić 25 tys. zł, niewątpliwie zadłużenie mogło się nagromadzić (zwłaszcza że z posiadanych środków finansuje także komornika, ze 2 tys. zł rocznie, a może i więcej).

Tak sobie pomyślałem: gdyby pan Kijowski nie rozstał się z matką trójki swoich dzieci, to miałby do dyspozycji mniej więcej te same pieniądze (najpierw duże, potem żadne, potem takie sobie – fakt, komornik by nie zarabiał). Potrzeby dzieci (pana Kijowskiego zresztą też) nie uległyby od tego zmianie, ergo: relacja potrzeb do dostępnych środków nie uległaby zmianie. Czym się różni sytuacja dzieci pana Kijowskiego kiedy mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do bieżących potrzeb, od sytuacji dzieci pana Kijowskiego kiedy nie mieszka z nimi ale zarabia mało w porównaniu do zasadzonych alimentów na pokrycie bieżących potrzeb (oprócz tego że stają się dziećmi alimenciarza)?

Nad tym jak wyglądają relacje pana Kijowskiego ze swoimi dziećmi, zupełnie nie zamierzam się rozwodzić.

PS Już po opublikowaniu przyszła mi do głowy myśl dodatkowa. Pan Kijowski przez co najmniej 5 lat płacił lub miał płacić po 3 tys. miesięcznie, czyli 36 tys. rocznie, a przez jakieś 7 lat po 2,1 tys. miesięcznie czyli w zaokrągleniu 25 tys. rocznie. Daje to co najmniej 355 tys. do zapłaty, z czego zostało mu podobno jakieś 83 tys. – prawie jedna czwarta. To tak a propos rzucania liczbami.

Histeria centralistyczna i brak zdrowego rozsądku

Serial o Trybunale Konstytucyjny jest na swój sposób emocjonujący, aczkolwiek trudno mu przypisać jakość, niestety – niestety, gdyż mówimy o procesie legislacyjnym dotyczącym funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji państwa. 

W obecnie procedowanym projekcie wrzucono – wśród wielu innych zmian, które mogą mieć podteksty, acz nie muszą – zmianę polegającą na uchyleniu przepisu wskazującego Warszawę jako miejscowość, w której znajduje się siedziba Trybunału. W uzasadnieniu miga nawet sensowna (i zaskakująca jak na partię rządzącą) myśl, że rozproszenie niektórych instytucji państwowych po kraju miałoby pozytywny skutek w postaci równomiernego rozwoju (aczkolwiek zawstydzające są w tym kontekście sugestie, że dzięki temu uzyska się obniżenie kosztów funkcjonowania Trybunału), zwłaszcza że w państwach sąsiednich takie podejście jest praktykowane: w Niemczech Verfassungsgericht ma siedzibę w Karlsruhe, w Czechach tamtejszy Trybunał – w Brnie, na Słowacji – w Koszycach… Co do zasady więc pretensje, że przeniesienie siedziby Trybunału poza stolicę to jego degradacja, są przejawem histerycznego wręcz centralizmu.

Partia rządząca nie byłaby jednak sobą, gdyby nie – excuse le mot – spieprzyła. W dzisiejszej dyskusji pojawiają się hasła, że Trybunał zostanie przeniesiony do „pięknego miasta na ścianie wschodniej”, padły między innymi takie nazwy jak Przemyśl, Suwałki czy Ełk. Nie, absolutnie nie mam nic przeciwko ścianie wschodniej, ani tym nieco mniejszym (lub mocno mniejszym) miastom, ale w tym podejściu kompletnie umyka, że Trybunał jest po coś i dla kogoś – a w szczególności dla obywateli. Warszawa ma tę względnie pozytywną cechę, że krajowa infrastruktura transportowa jest poniekąd nakierowana na możliwość względnie łatwego do niej dotarcia ze wszystkich stron kraju, podobne zalety można przypisać też takim ośrodkom położonym w centralnej części kraju, jak choćby Łódź, Skierniewice, czy nie bez powodu noszący swoją nazwę Piotrków Trybunalski (fakt, w dyskusji pojawił się też Radom). Sympatyczne miasta na odległych rubieżach północno-wschodnich czy południowo-wschodnich będą natomiast udręką dla stron z przeciwnego końca Polski, jak choćby Zielona Góra czy Koszalin (fakt, że ukończone niedawno czy wkrótce autostrady na linii wschód-zachód ułatwiają nieco dojazd, nie zmienia zasady). 

I tu pojawia się jeszcze jeden aspekt praktyczny. Sędziowie Trybunału również rekrutują się z całej Polski. Aktualna ustawa poniekąd nakazuje (poprzez odesłanie do ustawy o Sądzie Najwyższym), aby sędzia Trybunału zamieszkiwał w Warszawie, a jeśli ma inne stałe miejsce zamieszkania – przysługuje mu prawo bezpłatnego (czyli na koszt Trybunału) zamieszkiwania w Warszawie oraz zwrot kosztów dojazdu i dodatek za rozłąkę. Zgadnijcie… tak, dobrze się domyślacie: autorzy nowelizacji kompletnie o tym zapomnieli, czyli sędziowie nadal mają obowiązek zamieszkiwać w Warszawie, zapewne na rozprawy do Suwałk czy Przemyśla również mają dojeżdżać (ciekawe czy przysługuje im zwrot kosztów). 

Sędziom Trybunału życzymy zdrowia

Zawirowanie wokół Trybunału Konstytucyjnego trudno przeoczyć, kto może ten komentuje, kto może ten dyskutuje, kto może ten o zdanie pyta. Mimo wszystko jakoś staram się wytrzymywać i nie ulewać zbytnio emocji (słowo harcerza że nie oglądałem ani debat, ani głosowań, ani zaprzysiężenia,* ani nawet dzisiejszej rozprawy), bo wcale mi od takiego ulania nie lepiej. Trybunał Konstytucyjny jak się będzie miał obronić to się obroni, a jak nie, to i tak niech nas ręka boska broni.

Po dzisiejszym orzeczeniu zastanowiło mnie natychmiast, jaki właściwie jest personalnie skład Trybunału? Pominę teraz dywagacje, czy następców profesora Cieślaka i profesor Liszcz (wiem, formalnie nie ma tytułu i co mi pan zrobi) już wybrano, lecz ich wybór stracił moc, czy ich wybrano i jest w mocy – bo to nie na ten temat notka. Kiedy przeglądałem nazwiska, jakoś tak zacząłem się przyglądać kadencjom poszczególnych sędziów. Są one co do zasady dziewięcioletnie. Oznacza to, że trwają:
– sędziego Mirosława Granata – do 27.04.2016
– sędziego Andrzeja Rzeplińskiego – do 19.12.2016
– sędziego Stanisława Biernata – do 26.06.2017
– sędzi Sławomiry Wronkowskiej-Jaśkiewicz – do 06.06.2019
– sędziego Stanisława Rymara – do 03.12.2019 
– sędziego Piotra Tulei – do 03.12.2019
– sędziego Marka Zubika – do 03.12.2019
– sędzi Małgorzaty Pyziak-Szafnickiej – do 05.01.2020
– sędziego Andrzeja Wróbla – do 29.05.2020
– sędziego Leona Kieresa – do 23.07.2021.

Oczywiście kadencje sędziów powołanych w ostatnim czasie trwać będą do końcówki roku 2024, dokładne daty – pozostawmy w lekkim przemilczeniu. Terminy te wskazują, że jeśli kadencja parlamentu potrwa tyle, ile powinna zgodnie z konstytucją, to parlament ten wybierze sukcesywnie jeszcze czterech kolejnych sędziów (nie licząc tych dwóch, których wedle najprawdopodobniej – to wciąż nie na ten temat notka – musi wybrać jeszcze teraz), wyrok Trybunału jest od razu ostrzeżeniem przed próbami powoływania trzech następnych w miejsce tych, których kadencja upłynie na samym początku kadencji kolejnego sejmu. Pozostali będą więc pełnić swą służbę, chyba że im zdrowie nie pozwoli. 

*żarcik taki; orędzia też nie obejrzę, a co
 

Klauzula sumienia znów rozpala

Piszę „znów”, bo takich sytuacji, w których stawała się tematem gorących dyskusji, było już kilka (sam byłem zaskoczony w ilu notkach mniej lub bardziej poważnie pojawiał się temat sumienia). Dziś asumpt do gorzenia dał wyrok Trybunału Konstytucyjnego, rozpatrującego skargę na przepisy o lekarskiej klauzuli sumienia. Trybunał dopatrzył się tu i ówdzie niekonstytucyjności, po czym…

Przyznam szczerze, byłem od razu ciekaw co dokładnie – i z jakiego powodu – uznano za niekonstytucyjne (bo przepis można pod różnym kątem obwąchiwać konstytucyjnie, ale Trybunał bada tylko to, o co go wyraźnie zapytano, nie wychodząc ponad pytanie choćby nawet był święcie przekonany, że można uznać niekonstytucyjność z innych powodów niż we wniosku wskazano). Doczekałem się w końcu tej chwili, kiedy wyrok umieszczono na stronie Trybunału (a nie tylko był znany z relacji „Rzeczypospolitej”), prześledziłem szybko, pokiwałem głową że w gruncie rzeczy dość zrozumiały. Zerknąłem wtedy na portal i we mnie samym troszkę się zagotowało, gdyż bez względu na wektor, nie lubię publicznego wyrażania nieprawdy. A na portalu już z nagłówka waliło fałszem, potwierdzonym w tekście. Anonimowy autor (w oparciu o depeszę PAP, być może to tam fałsz został zapoczątkowany) wyrażał bowiem myśl, jakoby Trybunał zniósł wszelkie ograniczenia lekarskiej klauzuli sumienia, pozwalającej na odmowę dokonania zabiegu (w praktyce: aborcji) w pewnych warunkach („zawsze może skorzystać z klauzuli sumienia„).

Na czymże ten fałsz polega? Otóż będący przedmiotem skargi art. 39 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty pozwala lekarzowi na odmowę dokonania zabiegu (w języku ustawy: wykonania świadczenia zdrowotnego) jeśli byłoby to niezgodne z jego sumieniem – jednak z obowiązkiem respektowania art. 30 tejże ustawy, zgodnie z którym lekarz ma obowiązek wykonania zabiegu, jeżeli jego opóźnienie powodowałoby niebezpieczeństwo utraty życia, niebezpieczeństwo ciężkiego naruszenia ciała, niebezpieczeństwo ciężkiego rozstroju zdrowia, oraz jeśli zachodzą inne „przypadki nie cierpiące zwłoki”. Przedmiotem skargi w odniesieniu do tego przepisu były wyłącznie „przypadki nie cierpiące zwłoki” (z konstrukcji przepisu wynika, że są to sytuacje w których nie zachodzi niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia) i wyraźnie do tego tylko fragmentu odwołuje się wyrok Trybunału (który uznał, że wolność sumienia jest na tyle ważna, że jej ograniczanie ustawą musi być na tyle dobrze opisane, żeby była możliwa ocena jakie dobra byłyby chronione wskutek takiego ograniczenia i czy jest to uzasadnione). W pozostałych przypadkach ograniczenia klauzuli pozostają zatem nietknięte. O tym jak wyglądają komentarze do tego wyroku to aż pisać hadko…

Dla porządku dodam jeszcze że Trybunał uznał też za niedopuszczalne nakładanie na medyka korzystającego z klauzuli sumienia obowiązku wskazania takiego medyka, który się na klauzulę nie powoła – stwierdzając, że to nie jest właściwy sposób gwarantowania praw pacjenta (zapewne obowiązki w tym zakresie powinien posiadać szpital/przychodnia, zwłaszcza jeśli ma kontrakt na takie zabiegi, względnie NFZ). W pozostałym zakresie ustawowe rygory związane z klauzulą uznał za prawidłowe. 

Trochę się boję tego, jakie komentarze zobaczę jutro. 

PS To nie jest tekst o klauzuli jako takiej. 

PS 2 Lead umieszczony na stronie głównej portalu („Dlaczego dziennikarze robią sensację w sprawie lekarskiej klauzuli sumienia”) jest wyłącznie autorstwa portalu. Jestem pod wrażeniem jego głębokiej autoironii :)))

Śmieci w depozycie – podejście praktyczne

Leniwa letnia niedziela. Już po powrocie ze spaceru przez dzikie ostępy nad kanałem, teraz relaks przy szklanym naczyniu z ciemną zawartością. Przychodzi mi do głowy, że warto by napisać o czymś lekkim a od dawna przemykającym…

O depozytach sądowych i ich zabawnych z pozoru przedmiotach pisałem już kilkakrotnie, ostatnią notkę w tej kwestii zakończyłem uwagą, że zawsze dojdziemy do punktu, w którym w depozycie znajdą się rzeczy od początku stanowiące śmieci. Takie jest życie, nic się nie da poradzić na to, że w toku postępowania dowodem będą:

wezwanie do odbioru depozytu śmieci sąd

albo:

wezwanie od odbioru depozyt śmieci sąd

(zdjęcia… zwielokrotnione z profilu Sędzia płakał jak oddalał)

I tu refleksja: w świetle obowiązujących przepisów, śmieci (odpady) stanowią własność gminy. Skoro tak, to przecież wystarczyłoby wezwać gminę, żeby przysłała kogoś z workami na śmieci, sortowane i zwykłe. Co najwyżej mógłby się pojawić spór, do której gminy te odpady właściwie należą…

Kilka propozycji podatkowych dla Razem

Idą wybory, te w sumie najważniejsze, bo od nich zależy kto będzie sprawował realną władzę i ustanawiał prawo. Kampania wyborcza jeszcze przed nami, ale już trwa festiwal propozycji na skuszenie wyborców świńskim jelitem wypchanym mięsem mechanicznie oddzielonym, w tym z etykietką „podatki”, dziś trochę mną zatrzęsło kiedy przeczytałem o pomysłach „bez podatku poniżej trzydziestki” czy „obniżmy podatki tym którzy nie będą kantować pracowników”, szczegóły w rządowych materiałach, postanowiłem więc pozbierać trochę pomysłów które plączą mi się po głowie. 

Moja niechęć do głosowania na Partię Obecnierządzącą jest znana i absolutnie nie maleje, wszystkich powodów nie będę tu wymieniał. Ich rywale znani z ław sejmowych nie są lepsi, mam oczywiście swoje awaryjne mniejsze zło, ale też w ostatnich latach moje jak zawsze niezależne poglądy zradykalizowały się nieco (zachowując umiar i tradycyjną dozę konserwatyzmu). Dlatego też z dużym zainteresowaniem i sympatią obserwuję inicjatywę znaną jako Partia Razem, oczywiście nie w każdej sprawie jestem z nimi zgodny, ale jeżeli chodzi o ogólne kierunki polityki podatkowej – jak najbardziej. 

Cóż więc można byłoby zrobić? Pomysły jakie mi chodzą po głowie to:
– wprowadzenie sankcji dla nieuczciwych pracodawców, tj. tych którzy udają że zawierają z pracownikami umowy inne niż umowy o pracę, polegające na pozbawieniu ich prawa do zaliczenia do kosztów uzyskania przychodu wynagrodzeń wypłaconych osobom, z którymi należało zgodnie z art. 22 kodeksu pracy zawrzeć umowy o pracę; nie wyłącza to oczywiście wszystkich pozostałych obowiązków względem tych pracowników (to sprawa inspekcji pracy i sądów pracy), ale tego rodzaju bodziec podatkowy zmniejsza atrakcyjność sięgania po śmieciówki;
– wprowadzenie zakazu zaliczania do kosztów uzyskania przychodu świadczeń dla zarządów (i rad nadzorczych, bo czemu nie), zarówno wynagrodzeń (choć tu dopuszczam wyjątki na zasadzie o której będzie w następnym punkcie), jak i wszelkich innych świadczeń – samochodów, telefonów, sprzętu, przelotów, hoteli, reprezentacji… Jak spółka chce dowartościowywać swoich prezesów, to proszę bardzo, ale bez udziału podatników, niech akcjonariusze płaczą;
–  wprowadzenie motywacji do spłaszczania wynagrodzeń poprzez ograniczenie górnej kwoty wynagrodzenia, jaką można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu – np. jako ośmiokrotność najniższego wynagrodzenia wypłacanego w firmie,
– wprowadzenie ograniczenia zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków związanych z korzystaniem z samochodów – tu jednak wciąż się zastanawiam jak to mądrze ująć, żeby się nie okazało, że nie będzie można uznać za koszt wydatków na dowiezienie materiałów na plac budowy własną ciężarówką; kierunek nakreślony w tej nowelizacji uważam jednak niezmiennie za właściwy,
– koniecznie wprowadzenie sumowania wszystkich dochodów do opodatkowania – oczywiście problemem może być sytuacja w której ktoś akurat duże pieniądze zgarnie ze sprzedaży majątku, ale temu można częściowo zapobiegać przez wprowadzenie rachunków podatkowych, na których zostałyby zdeponowane takie znaczące wpływy, i do opodatkowania w danym roku przyjmowano by tylko kwoty faktycznie z takich rachunków wypłacane (podobne rozwiązania stosuje się w Stanach przy wygranych w totka, a przynajmniej w niektórych stanach)
– na zakończenie drobiazg z nieco innej beczki – utrzymywanie odliczenia na cele kultu religijnego wydaje mi się zbędne, nawet jeżeli ostatnio sam na nim skorzystałem, nie wiem tylko jak to wygląda w przypadku mniej licznych wyznań, ale wydaje mi się, że w statystykach Ministerstwa Finansów nie widziałem zbyt dużych kwot odliczanych z tego tytułu.  

Skupiłem się na podatku dochodowym, bo VAT jest przede wszystkim przedmiotem regulacji unijnych. Dorzucę jeszcze własną kontrę do rządowego pomysłu zwalniania z podatku wszystkich nasto- i dwudziestopluslatków – zamiast zwalniać im wszystkie dochody jak leci, wprowadziłbym zwrot podatku od wynagrodzenia z umowy o pracę za pierwsze dwa lata zatrudnienia (z limitem kwotowym, żeby nie zachęcać milionerów do prania dochodu przez bliższych i dalszych krewnych). 

To teraz zostało tylko wygrać wybory…

Komu zaszkodzi publikacja Stonogi

Mało mnie obchodzi kto tak naprawdę – z kilkunastu możliwych osób – przekazał Stonodze, przez chińskie serwery albo i nie, zdjęcia akt sprawy podsłuchowej. Mało mnie obchodzi także co dokładnie w tych aktach jest i kto złożył lub złoży dymisję w związku z ich ujawnieniem, ani jaki to będzie miało wpływ na najbliższe i następne wybory. Mało mnie wreszcie obchodzi ile Stonoga za swój numer dostanie i kto go finansuje.

Jak mantrę powtarza się slogan o „kompromitacji prokuratury”. Wiadomo jednak z pewnością w okolicach 99%, że zdjęcia zostały wykonane przez osobę spoza prokuratury, która miała ustawowe prawo dostępu do akt (najprawdopodobniej z grona pełnomocników jednego z oskarżonych – to zatem osobny kryminał). Z chwilą, kiedy osoba ta legalnie wyszła z prokuratury z legalnie zrobionymi zdjęciami, prokuratura utraciła jakąkolwiek faktyczną możliwość kontrolowania dalszego losu tych zdjęć – a mimo to oskarża się ją o to, że nie zrobiła niemożliwego. Prokuratorzy zapewne zapamiętają tę nauczkę i wyciągną jeden tylko możliwy wniosek: nie będą więcej pozwalać na samodzielne robienie zdjęć. Zainteresowani będą otrzymywać kopie zrobione w prokuraturze, zapewne odpowiednio numerowane, być może i w inny sposób oznakowane, aby była możliwość identyfikacji kopii.

Oskarżeni i pokrzywdzeni na pewno będą rozgoryczeni nie mogąc szybko otrzymać zawnioskowanych kopii (a sami ich już nie zrobią). Ale ci, którzy grali Stonogą, mają ich najzupełniej gdzieś.

Zmiana konstytucji

Dziś ściągawka.

Procedura zmiany konstytucji jest uregulowana w art. 235 konstytucji. Zgodnie z tym artykułem, do wniesienia projektu zmiany konstytucji uprawnione są trzy podmioty*:
1/ prezydent,
2/ senat
3/ grupa 1/5 posłów.
Nie ma możliwości wniesienia projektu konstytucji w formie projektu obywatelskiego czy wyniku zwykłego referendum (które, tak na marginesie,  zarządza sejm – albo prezydent za zgodą senatu).

Po złożeniu przez podmiot uprawniony projektu ustawy o zmianie konstytucji, podlega on w sejmie procedurze ustawodawczej. Pierwsze czytanie takiego projektu ustawy odbywa się nie wcześniej niż po 30 dniach od jego wpływu (w niektórych przypadkach nawet po 60 dniach, ale nie dotyczy to procedur wyborczych). W procesie legislacyjnym sejm może wprowadzać poprawki do projektu (zarówno techniczne jak i merytoryczne), a więc przedstawić go do uchwalenia w zmienionym kształcie (kto nie wierzy, niech porówna sobie pierwotny projekt „leśnej” zmiany konstytucji z ostatecznie głosowanym). Do uchwalenia ustawy o zmianie o konstytucji niezbędna jest większość 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. 

Ewentualnie uchwalony przez sejm projekt zmiany przedstawia się senatowi, który musi go uchwalić w tym samym brzmieniu w ciągu 60 dni (inaczej zmiana upada).

W niektórych przypadkach (ale nie obejmuje to procedur wyborczych) możliwe jest także złożenie przez podmiot uprawniony do wniesienia projektu zmiany konstytucji wniosku o przeprowadzenie referendum zatwierdzającego. Wniosek taki składa się w terminie 45 dni od uchwalenia zmiany konstytucji przez senat, referendum powinno się odbyć w terminie 60 dni od złożenia wniosku. Zmiana nie dochodzi do skutku, jeśli nie uzyska większości w referendum. 

Przyjętą zmianę konstytucji prezydent podpisuje w ciągu 21 dni i kieruje do ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Jak widać, prezydent ma w sumie niewielki wpływ na to czy i jaka zmiana konstytucji zostanie uchwalona. 

*określenie „podmiot” mi się nie podoba, ale nawet konstytucja tak to określa

Człowiek człowiekowi podatnikiem

No więc dziś jest Ten Dzień: ostatni dzień składania zeznań podatkowych za rok 2014 (jak ktoś zapomniał, to jeszcze ma kilka godzin żeby wysłać poleconym, oczywiście jeśli ma w zasięgu całodobową pocztę), o szesnastej na poczcie się nie kłębiło zbytnio. Przy tej okazji w człowieku budzi się ukryta bestia, którą Steinbeck nazwał homo podatnicus – każdy się zastanawia co i jak można odliczyć od podatku (a przynajmniej dochodu), jak ktoś chce czegoś bardziej na czasie to niech sobie przypomni scenę jak Leo Getz przeglądał zeznanie podatkowe Rogera Murtaugha (wiem, to nie ta scena, ale nie chce mi się szukać właściwego filmiku). 

Nie inaczej było i ze mną. Przejrzałem wstępnie wypełnionego PIT-a… stwierdziłem, że nie przysługuje mi już ulga na internet (bo półtora roku temu nie chciało mi się załatwiać w firmie dostarczającej internet przepisania umowy na żonę). Zadzwoniłem do zaprzyjaźnionej księgowej, żeby się upewnić, że niewykorzystanej części składki zdrowotnej nie da się wliczyć w koszty ani odliczyć od dochodu. Szkolić nikogo nie szkoliłem… wiodłem tak smętnie wzrokiem po rubrykach, gdy nagle nastąpiło eureka (no, może eureczka).

W ustawie (i w zeznaniu) jest możliwość odliczenia – w określonych granicach – darowizn na cele kultu religijnego (de facto na działalność parafii, diecezji czy klasztoru). Jedynym w zasadzie warunkiem jest, żeby darowiznę przekazać za pośrednictwem rachunku bankowego (stąd odpada możliwość odliczenia kwot dawanych na tacę). Kto normalny wysyła księdzu pieniądze przelewem, powiecie? Otóż… wysyłam, bo nie chce mi się chodzić do bankomatu (którego nie mam w dzielnicy), szukać czystej koperty i wrzucać na tacę koperty z pieniędzmi (swoją drogą zastanawia mnie nieraz, co się potem robi z tymi opróżnionymi kopertami) – a przez cały zeszły rok proboszcz motywował parafian do ofiar kopertowych na spłatę generalnego remontu dachu (stary zaczynał przeciekać, a nowy ma podobno 30-letnią gwarancję). Przejrzałem szybko zeszłoroczne wyciągi, odłożyłem na bok te na konto parafii, podliczyłem, wpisałem te kilkaset złotych w odpowiednią rubrykę. Z poczuciem ulgi zapisałem zeznanie jako ostateczne.

A teraz weekend.

Jeszcze o zarodku, choć raczej o prawach matki

Być może ktoś się będzie zżymał, że o Sprawach Poważnych piszę bez należnej sieriozności, ale tak lepiej dla higieny psychicznej. W każdym razie pisałem niedawno, w zeszłym tygodniu, parę dość swobodnych uwag o statusie prawnym zarodka powstałego w wyniku zabiegu in vitro. Nie planowałem tego rozwijać dalej, ale traf chciał – w tym tygodniu przeglądając (w zupełnie innym celu) orzecznictwo natrafiłem na jeden wyrok, którego po prostu nie mogłem nie przytoczyć.

Otóż… była sobie pewna pani, która chciała zajść w ciążę przy pomocy in vitro. Pewnego dnia, w Dzień Kobiet zresztą, wzięła zwolnienie lekarskie i udała się do kliniki, w której pobrano komórki jajowe i dokonano ich połączenia z plemnikami. Implantacji zarodków dokonano pięć dni później. Traf chciał, że pomiędzy jednym a drugim momentem pani dostała zwolnienie z pracy. Natychmiast odwołała się więc do sądu, twierdząc, że zwolnienie jej z pracy było nielegalne, gdyż jest w ciąży. Rozpoczęła się batalia prawna – w pierwszej instancji pani wygrała, w drugiej przegrała, sąd trzeciej instancji skierował zapytanie do Europejskiego Trybunału Sprawiediwości – z prośbą o wykładnię, jak unijna dyrektywa chroniąca kobiety w ciąży (zgodnie z którą zwolnienie z pracy kobiety w ciąży winno być zakazane prawem krajowym, żadna to zresztą nowość) powinna być rozumiana w zakresie pojęcia „kobieta w ciąży” w przypadku zapłodnienia in vitro.

Jak Państwo obstawiają? Każdy może mieć własne zdanie, Trybunał ostatecznie postanowił, że – w rozumieniu tej dyrektywy – kobieta jest w ciąży od momentu implantacji, a nie zapłodnienia komórek jajowych (odmienne stanowisko zajmował w sprawie – formalnie niezainteresowany – rząd grecki), także z uwagi na fakt, że w myśl ustawodawstwa austriackiego implantację można było odłożyć na czas do 10 lat. Spory wpływ mogła mieć opinia rzecznika generalnego, którą czytałem jak urzeczony, zaczął bowiem „ab ovo” od Pliniusza i Balzaka, a później zaznaczył, że w sprawie nie chodzi o to czy zygota stała się już nasciturusem (czyli o prawa zarodka) tylko o to, czy mamy do czynienia z ciążą. Gdyby ktoś chciał samodzielnie się zapoznać – wyrok z 26 lutego 2008 roku, C-506/06, pozwolę sobie nie po nazwiskach.