Ruskie slipy na wsiegda

Kiedy Ojciec był mały, usłyszał dowcip, który już wtedy był stary: że ruskie slipy są niepraktyczne, bo cisną pod pachami i przecierają się na kolanach.

Dzisiaj Rodzice zdecydowali, że wobec ochłodzenia na dworze, najwyższy czas zrobić z Juniorem przegląd odzieży zimowej. Po przymierzaniu rajtuzów i spodni, przyszła pora na wielki (otrzymany w prezencie, więc wcześniej nie testowany) kombinezon na całe ciało. Junior od początku był wobec niego nastawiony nieprzyjaźnie, więc już po chwili Ojciec usłyszał, że kombinezon ciśnie Juniora na biodrze. Kombinezon przebijał więc ruskie slipki, bo cisnął zanim został włożony na nogi…

A po założeniu okazał się w sam raz, nawet z rezerwą na całę zimę.

Rewia traktorów

W sobotnie popołudnie spacerujemy sobie bocznymi ścieżkami. Niby październik, a na polach praca wre, traktory huczą. Jedne przewracają lub zbijają w bele siano, inne uprawiają orkę, jeszcze inne kopią kartofle. Junior obserwuje je wszystkie bacznie, po czym komentuje:

– O, a ten traktor to kabriolet..

Istotnie, jeden był bez kabiny. Rodzice natychmiast zaczęli w duchu rozważać, który byłby sedan, a który limuzyna.

Dwieście myszy

Junior obudził się dziś rano i radośnie opowiedział, że przyśniły mu się myszy. Dokładnie 220 myszy, policzone (jestem w stanie uwierzyć że liczył, skoro był w stanie liczyć 350 schodów na stacji metra). Od rana się nimi zajmuje, szykuje im domek, karmi mleczkiem i pilnuje.

Na wypadek gdyby ktoś chciał zadać niepominięte pytanie, o to gdzie się zmieszczą dwie setki myszy, uprzejmie wyjaśniam, że to są malutkie myszy. Wielkości włoska z szczoteczki do zębów. 

Kocham dziecięcą wyobraźnię.

Pierwszy dzień

Dzisiaj Junior miał swój pierwszy dzień w przedszkolu (w zerówce właściwie). Poszło mu nadspodziewanie dobrze (noc poprzedzającą przespał nawet gorzej niż Rodzice), na nikogo się tam nie obraził, nic nie zmalował, nie kwękał i nie płakał (wszystkiego Rodzice się na wszelki wypadek spodziewali). A nawet udało mu się błysnąć oryginalnością, kiedy w ramach zabawy „kto powie słowo na literę..”, przy „e” wypalił bez namysłu:
– Eiffelka!

Siedzi mu w pamięci, zresztą zabrał ze sobą pluszową. 

Z życia ssaków

Popołudniową porą w ogródku.

Junior:
– Chciałbym się przytulić do nosorożca..
Matka (wzdychając niewerbalnie):
– Chyba nikt nie chciałby się przytulić do nosorożca..
Ojciec:
– Nosorożyca…

Nie mam pojęcia o jakiego nosorożca chodziło. 

Pierwsza mucha

Junior wrzeszczy do Ojca bardzo zadowolonym tonem:
– Ojciec, ubiłem muchę!

Nowość to o tyle, że do tej pory wrzeszczał raczej coś w stylu „proszę ubić muchę”, więc ta pewnie była jego pierwsza. Nie wiem, czy z takiej okazji się świętuje, w każdym razie pominęliśmy.

Z wyjątkiem oczywiście Żółwia, który muchę zjadł z apetytem.

Idziemy na wschód, tam musi być jakiś Kraków

Zbieramy się na popołudniowy spacer. Junior dał się nieco Rodzicom we znaki, więc dociekliwe pytanie „a co będziemy robić” Ojciec kwituje krótkim „niespodzianka”. Junior się jednak łatwo nie poddaje:
– A pojedziemy na północ, południe, zachód czy wschód?
Ojciec analizuje w myślach mapę i odpowiada:
– Na wschód.
– O, to pewnie do Krakowa?

 Cóż, wybieraliśmy się tylko na jeżyny.  Z dala od Małopolski.

Pasztet bezmięsny

Junior od samego poranka baardzo solidnie wkurzył Rodziców (shit happens) i skończyło się to dlań rozmaitymi nieprzyjemnościami, w tym w szczególności przygotowaniem na śniadanie takich kanapek, jakie lubi, tylko takich, za jakimi znacznie mniej przepada.* Kiedy potem siedział zły nad talerzem, w pewnej chwili Rodzice usłyszeli:

– A to nie jest serek ogórkowy, tylko pasztet ogórkowy. Bez mięsa..

I tylko teraz Ojciec nie wie, czy uśmiechać na myśl o kreatywności, czy jednak niepokoić się tym, że tworzy sobie własną rzeczywistość, zamiast polubić się z tą istniejącą.

*reklamacji nie uwzględnia się

Nurkujące spodnie

Zapewne każdy Rodzic przeżył lub przeżyje podobny moment – kiedy dziecię zamiast robić to co właśnie powinno, stoi z ewidentnie głupią miną. Dziś rano Ojciec tak widzi Juniora, który właśnie ma się ubierać do wyjścia – i nim zdąży uzyskać konkretną odpowiedź na odruchowe pytanie „co się stało?”, widzi, że spodnie, które Junior właśnie miał wkładać na szanowne cztery litery, zaczynają nasiąkać w żółwim akwarium.

Wyjaśnienie było proste: Junior polubił ostatnio podrzucanie z głupia frant rozmaitych przedmiotów, a że doświadczenie i zdolność kontroli toru lotu ma jeszcze niewielkie, to.. cóż, na przykład spodnie mogą doznać fantazji w locie i zboczyć, gdzie je nogawki poniosą. W przyszłości czeka go pewnie (i Rodziców pewnie też) jeszcze niejedno takie zdarzenie, że piłka czy inny przedmiot dziecięcego użytku obierze zupełnie nieplanowną trajektorię, i oby bez szkód się obywało.

Tego rodzaju zdarzenie wydaje się zupełnie nieśmieszne, kiedy ma miejsce na 10 minut przed porą wyjścia z domu, później jednak zaczyna nabierać komizmu. Cóż, angielski humor:) Swoją drogą, była to subtelna zapowiedź ze strony Wszechświata, że dzień będzie stał pod znakiem kontaktu odzieży z wodą.

Meteorolki

Junior w ramach którejś wycieczki zoczył na mieście ulicę Meteorologów. Ponieważ stara się zapamiętać wszystko, w tym nazwy ulic, postanowił przyswoić sobie i tę nazwę. Szło ciężko sylabizowanie, oj ciężko, tak że w pewnej chwili prościej było dojść do prawidłowej wymowy przez wyjaśnienie, że to jest najpierw pan meteorolog, potem panowie meteorologowie,* aż wreszcie ulica Meteorologów. Taki sposób tłumaczenia doprowadził jednak oczywiście do pytania:

– A jak są panowie meteorologowie, to jak są panie?

Ojciec uciekł od szczegółowego wyjaśnienia mając w pamięci własne pomysły na napisanie notki o trudnościach z tworzeniem formy żeńskiej rozmaitych rzeczowników,* więc Junior rozwiązał sytuację we własnym zakresie, z właściwą sobie dziecięcą pomysłowością:

– To są panie meteorolki!

Ciekawe co na to biolki i socjolki:)

*bo czas nie był szczególnie sprzyjający na opowieści o zawiłościach gramatycznych