Siedmiu wspaniałych

Jak ten czas leci… Od pechowego Ronde di Andora właśnie minął rok, właśnie rozpoczęły się przedsezonowe testy , a tu jeszcze żadnej refleksji podsumowującej sezon 2011. Inna sprawa, że Sutil troszeczkę mi pomysł na to podsumowanie zepsuł, no to ma za karę i w tym sezonie sobie w ogóle nie pojeździ (stop: nigdy nie mów nigdy).

Nudny był ten miniony sezon pod różnymi względami, jedni wytkną brak Idola, drudzy sarkają na dominację jednego zawodnika. Jak dla mnie, brakowało takiego urozmaicenia w postaci awaryjności samochodów – do mety dojeżdżały wręcz koncertowo, w jednym z wyścigów w komplecie, nie chce mi się liczyć średniego wskaźnika awarii (ktoś to gdzieś pewnie policzył, a ja cierpię na zimowy zanik chęci do wielu rzeczy). I mimo że na torze dzięki oponom i DRS-om toczyły się boje o wszystkie możliwe miejsca, odnotowywaliśmy niestety nudną przewidywalność na czołowych miejscach. Rozegrano w sumie 19 wyścigów, co dawało 57 miejsc na podium. I te miejsca przypadły raptem..

Tak, właśnie: siedmiu kierowcom. Wielki Hegemon nie stanął na podium raptem w 2 wyścigach (uroczy defekt opony w Emiratach i bolesne potknięcie na domowych śmieciach), więc zostawił 40 miejsc. 38 z tych miejsc padło łupem kwartetu bijącego się o miejsce drugie i trzecie. A siódemkę, ku ogólnemu zdziwieniu uzupełnili na samym początku sezonu mało wyróżniający się kierowcy Lotus Renault, zawstydzając kierowców Mercedesa i drugiego kierowcę Ferrari. I jak niewiele brakowało, aby mimo późniejszej ogólnej kaszany technicznej (i przedwczesnego rozstania z serią przez Brodatego Nibelunga), punkty zdobyte za te podia wystarczyły im obu do utrzymania się w czołowej dziesiątce kierowców sezonu (zły Sutil, no nie?).

W tym sezonie podobno mniej ma zależeć od bolidów, już nie budowanych według wypieszczonych koncepcji dyfuzorów i wydechów. Może więc liczba stających na podium się zwiększy – w tak ulubionym przez nas sezonie 2008, było ich dwukrotnie więcej (nawet jeśli ta druga połowa była mocno przypadkowa). Choć ważniejsze jest w sumie, żeby walka o tytuły była emocjonująca do samego końca, jak.. w kolejnych zaprzeszłych sezonach.

PS. Skojarzeń z westernem jakoś nie udało mi się znaleźć, ale mi nie żal. Tytuł wystarczy.

Źle życzę Sutilowi

To nie jest tak, że go nie lubię. To nie jest tak, że nie podoba mi się jego styl jazdy. Nie mam pretensji o jakieś awantury w nocnych klubach, nie przeszkadza mi, że jest Niemcem – po prostu jutro mu życzę źle. 

I nawet to nie są życzenia wielkiego złego, po prostu niech nie zajmie punktowanego miejsca (czyli niech spadnie w wyścigu o trzy pozycje) – poza honorem, i tak już nic nie straci. 

Nie jest jedynym, któremu dzisiaj źle życzę (też to takie tylko malutkie zła, zełka właściwie, laleczek voodoo nie szykowałem). Chciałbym, żeby w klasyfikacjach tegorocznego sezonu nie zaszły już zasadnicze zmiany – bo może mi to popsuć pomysł na nową notkę:-)

Pod wieczór wszystko będzie jasne.

Powrót Roberta Kubicy

Blogosfera (wróć, wszystkie rodzaje miejsc do dyskusji w Internecie) niemal gotuje się od plotek i spekulacji na temat Roberta Kubicy, jego stanu zdrowia i terminu powrotu na tory. Rozrzut opinii jest szeroki, od „wystartuje w GP Brazylii” (choć już raczej nikt w to nie wierzy, to był termin rzucony przez Daniele Morellego w czerwcu, wspominany już raczej tylko półżartem), aż po „zakończy karierę” (podobno miała tak napisać jedna z hiszpańskich gazet, która też pewnie o tym się z zaciekawieniem dowiedziała). Śledzę to wszystko dość uważnie, w snucie niektórych teorii spiskowych aktywnie nawet uczestniczę🙂 i z natłoku informacji postanowiłem to i owo posegregować.

Z konkretnych informacji, wiemy że:
1/ według Igora Rossello, lekarza, który operował Kubicę (ze szczególnym uwzględnieniem ręki), jest dobrze (informacja z końcówki października – Kubica rusza wszystkimi palcami, potrafi chwytać nimi przedmioty, a nawet podobno jeździł samochodem; jego zdaniem Kubica wie, że będzie mógł wrócić do ścigania, i usilnie nad tym pracuje (przede wszystkim nad odbudową siły),
2/ według Riccardo Ceccarellego, osobistego lekarza Kubicy, Polak miałby wsiąść do bolidu „między październikiem a styczniem” (wypowiedź z września), lecz potrzebuje kilku miesięcy na powrót do formy (wypowiedź z października),
3/ według Daniele Morellego.. nie ma obecnie nic do powiedzenia ponad to, co powiedział Rosello; obóz Kubicy stosuje bowiem embargo informacyjne, dolewając pośledniej oliwy do płonących głów fanów, a sam Morelli dwukrotnie odwołał w ostatnich tygodniach umówione wywiady z dziennikarzem Trójki,
4/ według Lotus Renault, to Kubica jest w stanie takim, w jakim jest, a oni nie mają pojęcia, jaki to stan, bo nie widzieli żadnego raportu medycznego ani Kubicy w akcji (początek listopada), czyli sami są potencjalnie ofiarą embargo.

Z plotek (czyli informacji krążących nieoficjalnie, z niezweryfikowanych oficjalnie źródeł), mam pewne zaufanie do informacji, że Kubica odbył dyskretnie testy w Niemczech na symulatorze Toyoty; nie jest tylko jasne, czy o tych testach zespół LRGP nie wiedział, czy się nie przyznaje, że jego kierowca ćwiczył na symulatorze konkurencji. I w tym punkcie dochodzimy do sedna – w świecie F1 jest jak w świecie wywiadu (lub wielkiego biznesu po prostu): żadna informacja nie musi być tym, czym się wydaje, może być blefem wymierzonym w konkurencję (niekoniecznie wiadomo w kogo) lub zawierać tyle prawdziwej informacji, ile miało się w niej zmieścić (w pozostałym zakresie nie będąc nieprawdziwą z racji nieprecyzyjności lub ucieczki od tematu).

Bawiąc się w odczytywanie z tych fusów, powiem od razu, że do większości rewelacji podchodzę ze sceptycyzmem. Nie umiem jednak oprzeć się myśli, że nie ma powodu nie wierzyć doktorowi Rossello, jako osobiście niezainteresowanemu całą tą grą, jaka odbywa się za uchylaną nam momentami zasłoną. Nie wyciągam z niej jednak żadnych wniosków idących dalej niż „jest dobrze”, ponieważ nie powiedział on w żadnym momencie, kiedy Kubica będzie w stanie wrócić na tor – a niewątpliwie konieczne będzie odbudowanie w każdym fragmencie ciała niezbędnej do wytrzymania dwóch godzin na torze końskiej siły.  

A tytuł, cóż – na pewno ściągnie czytelników:) choćby po to, żeby lektura przynajmniej na niektórych zadziałała jak jakaś aspiryna czy przynajmniej kompres.

Okamgnienia w tumanach kurzu

Na nowym torze wszyscy są w jakiś sposób bardziej równi, bo muszą się go od początku uczyć. Na indyjskim torze wyniki kwalifikacji z pozoru przewidywalne i z tyłu i z przodu i pomiędzy, ale momentami na samej górze i w środku pola było niesamowicie ciasno. Na tyle, że o wejściu do Q3 zadecydowała jedna tysięczna sekundy, o którą się Pietrow nie pospieszył, uzyskując taki sam czas jak Algersuari.

India F1 Buddh Circuit grass painting 2011

Równość była i w błędach. Mistrzowie i maruderzy solidarnie zaliczali pobocza, zwłaszcza w zdradliwych zakrętach, zamieniając świeżo pomalowaną trawę z powrotem w wyschnięte, sypiące pyłem klepisko. W jednym miejscu na tyle mocno, że wydarli dziurę, w której Massa zostawił koło na zakończenie kwalifikacji, jak na wiejskiej drodze po sezonie zimowym.

Massa losing wheel GP India 2011 qualification

No chyba że w powstaniu tej dziury uczestniczył najbardziej nieoczekiwany dotąd bohater weekendu – w końcu mógł biedny futrzak na tym zakręcie nasikać. 

F1 GP India dog Indie pies 2011

A gdyby Vettela nie było

Tegoroczny sezon F1 zdaje się nudny, bo zdominowany przez jednego aktora. Doprawdy, tylko fantaści są w stanie rozważać, czy Jenson Button ma jeszcze szanse przegonienia aktualnego lidera – potrzebuje do tego ni mniej, nie więcej, tylko kompletu zwycięstw w ostatnich pięciu wyścigach i najlepiej do tego kontuzji Vettela, żeby przez przypadek nie zdobył ani punktu. Nieco tyko mniej pewny jest tytuł zespołowy dla RedBulla, bo żeby nawiązać jakąkolwiek walkę, to McLaren musiałby trzykrotnie ich ograć dubletem do zera, żeby w pozostałych dwóch wyścigach była jakaś szansa na rywalizację (Ferrari nie ma szans nawet teoretycznych). 

Dominacja Vettela przesłania nam zarazem sytuację za jego plecami, która jest równie ciekawa, jak walka o tytuł w ostatnich kilku sezonach. Oto bowiem między drugim a czwartym miejscem są ledwie trzy punkty różnicy, a piąty Hamilton, seryjnie gubiący ostatnio punkty, traci ich do drugiego miejsca raptem 17, czyli mniej niż za jedno drugie miejsce. I stąd tytułowe pytanie: a gdyby Vettela nie było, to jak bardzo fascynująca byłaby walka o tytuł? Wiedziony odruchem nawet chciałem zacząć przeliczać wyniki, żeby Vettela z list usunąć, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że to bez sensu: trzeba się sporo narobić, a jednocześnie zmieniając zawodnikom pozycje i odpowiednio przeliczając liczbę uzyskanych punktów, a doświadczenie uczy, że sposób przeliczania miejsc na punkty nie jest najważniejszy. Poza tym gdyby nawet wygumować Vettela niczym nieprawomyślnych komunistów ze zdjęć partyjnych w Sojuzie, to jednak przecież nachodzi człowieka myśl, że Red Bull jednoosobowo by nie jeździł, i gdyby tam do drugiego fotela wcisnąć choćby Ricciardo, to też kto wie jak by się sprawował (czy bardziej jako Badoer zastępujący Massę, czy jak Vettel zastępujący Kubicę). 

Gratulując więc obrony tytułu miestrzowskiego, będę spoglądał na tor tak jakby Vettela na nim nie było. A w ogóle to przecież o jazdę chodzi, nie o to kto wygra, przynajmniej w tym sezonie. 

Na okrągło

Michael Schumacher miał w Spa świętować swoją okrągłą, dwudziestą rocznicę debiutu (może po to w sumie wrócił na tor? pamiętam go swoją drogą z debiutu, jak poszalał w kwalifikacjach, a wyścig zakończył gdzieś na starcie, złośliwi mówili później, że spalił sprzęgło). Założył jubileuszowy złoty kask, wyjechał na kółko instalacyjne w Q1 i zakończył je kółkiem na poboczu. Powiedział później, że nawet z jego doświadczeniem w Spa trudno się jeździ na trzech kołach – jego prawe tylne koło postanowiło się pokręcić w inną stronę, niż reszta bolidu. 

Schumacher at Spa 2011 on three wheels
(zdjęcie za oficjalną witryną F1)

Po prostu nie mogłem się oprzeć, żeby nie dołączyć tego zdjęcia do galerii innych trójkołowców w F1

A Siedmiokrotny Mistrz Świata i tak ma szczęście – pomimo nieuzyskania żadnego czasu w kwalifikacjach (a w konsekwencji czasu mieszczącego się w przedziale 107% czasu zwycięzcy Q1), i tak pojedzie w wyścigu z ostatniego pola. Wciąż ma szanse na jakieś okrągłe miejsce.

Najdłuższy wyścig, czyli z Montrealu migawki

Ten sezon jest już na swój sposób szczególny: przez tyle lat oglądania F1, z większą lub mniejszą intensywnością, nie zarejestrowałem w pamięci zbyt wielu czerwonych flag, a już zwłaszcza takich, po których wyścig zostałby dokończony. Ten z ostatniej niedzieli trwał od startu do mety ponad cztery godziny. I po tych czterech godzinach, decydowały ułamki sekund: o ułamek sekundy za późny skręt Vettela, o ułamek sekundy za daleko linia mety dla Kobayashiego.

Zapamiętamy ten wyścig w dużej mierze z powodu psikusów pogodowych, wysiłków służb technicznych i nieustannego spoglądania w niebo oraz na monitory z prognozami meteo. Znamy to świetnie, aczkolwiek z zupełnie innej dyscypliny – odruchowo szukaliśmy wzrokiem Waltera Hofera. Także mając w pamięci, że tak przerywane konkursy skoków, rzadko kiedy bywały doprowadzane do końca w pełnym wymiarze. 

Ileż to razy powtarzaliśmy, że Formuła 1 to w sporcie najściślejsza techniczna awangarda. W konfrontacji jednak z tak prehistorycznym zjawiskiem, jak solidna lejba, rozmaite wyrafinowane urządzenia techniczne dawały sobie radę o tyle, o ile. Na koniec największą skutecznością wykazywały się poczciwe szczotki i łopaty, którymi spychano i wychlapywano wodę na trawniki. 

A w przerwie – kiedy już wyczerpywały się możliwości pokazywania stewardów, oficjeli i moknących kierowców – widzieliśmy też galerię celebrytów. Ja to jednak nie na czasie jestem, bo nawet jeśli wiem (za sprawą korzystania z portali głównie) kim jest panna Rihanna, to jednak ani jej nie rozpoznam, ani tym bardziej nie jestem w stanie stwierdzić, że zmieniła ostatnio fryzurę czy nawet kolor włosów. Cóż, zdecydowanie szybciej rozpoznałem George’a Lucasa:) jednak sądzę, że nawet gdyby poprosili go o pomoc w walce z warunkami, to i przy wsparciu całego LucasArts by nic nie wskórał. W końcy Mocy wystarczyło mu tylko na pierwszą serię, kiedy to modele statków kosmicznych kleił naprędce z pudełek po zapałkach, a później tylko zlecał zabawę programistom.

Żyrafy wchodzą do szafy

Jednym z istotnych czynników na wojnie jest posiadanie informacji oraz zdolność ich przekazywania, czyli komunikacja. Ci, którzy informacje mają, są do przodu, ci, którzy ich nie mają lub mają je błędne, najczęściej na tym cierpią (pisał o tym nawet Wieszcz w Epopei Narodowej).

Formuła 1, jak każda rywalizacja, może być z racji swojego skomplikowania porównywana do wojny, a na pewno informacja i komunikacja odgrywa w niej istotną rolę. Tradycyjną formą komunikacji pomiedzy kierowcą, a jego zespołem, była tablica pokazywana kierowcy na prostej startowej, zawierająca informacje siłą rzeczy podstawowe (przy prędkości 200+ km/h nie ma czasu na przyglądanie się skomplikowanym komunikatom). Bardziej nowoczesną formą jest oczywiście radio, które jednak potrafi być nawet dzisiaj urządzeniem zawodnym, na co gorzko się wczoraj żalił Nico Rosberg.(jakże żałuję, że nie potrafię znaleźć w sieci zdjęcia z pokazywanej Rosbergowi tablicy „Nico no radio?”). Kierowca wie bowiem tyle, ile widzi i czuje auto, wskaźniki ma ograniczone do minimum; zespół zaś ma komplet danych z telemetrii (i nie tylko), ale też może je przekazać jedynie tymi ogólnie dozwolonymi kanałami.

Żeby upewnić się, że zespoły przekazują kierowcom tylko to, co im wolno, obowiązuje zasada, że wszystkie połączenia między kierowcami a zespołami muszą być słyszalne dla wszystkich (w trakcie wyścigu raz za razem słuchamy dzięki temu, co sobie nawzajem opowiadają). A skoro wszyscy słuchają, to wszyscy (zwłaszcza ci tuż za lub tuż sprzed) dowiedzą się czegoś istotnego – kiedy więc jakaś istotna informacja jest przekazywana w jednym zespole, drugi natychmiast ją analizuje i podaje swojemu kierowcy. Rozkwita więc sztuka białego wywiadu („Sebastian has no KERS, so push now”), na co oczywistą odpowiedzią staje się szyfrowanie i dezinformacja („musimy przejechać jeszcze wiele okrążeń”, po czym prawie natychmiastowy zjazd do boksów). Cudowne przykłady przekazywania informacji sobie tylko zrozumiałych dawał McLaren  – najpierw pojawiła się zadziwiająca informacja o safety carze (którego na torze w tym sezonie ani widu ani słychu), a później podczas pięknej pogoni Hamiltona za Vettelem magiczne „use blue button” i „push yellow button”. I tylko się można pocieszać, że niektórzy te manewry z szyfrowaniem ważą sobie lekce, co pozwala sobie wyobrazić przykładowy dialog:

– Fernando, zees ees Nighthawk calleeng!
– OK, I’ll keep pushing! 

I want to ride my F1 bicycle

W wywiadach i tekstach przed-wyścigowych niejeden raz przewijał się wątek objeżdżania toru przez kierowców na rowerze, ale jakoś nie rzuciło mi się wtedy w oczy żadne odpowiednie zdjęcie. A teraz – proszę:

trulli malaysia f1 bicycle

Bicycle Races Are Coming Your Way
So Forget All Your Duties Oh Yeah!

Ci, którzy uznają, że wyścig bolidem w Malezji będzie za ciężki nawet w nowych strojach:
f1 renault malaysia dress
a poczują się bez szans w rywalizacji z zawodowcami rowerowymi, zawsze mogą pójść jeszcze dalej w postawie proekologicznej, zwłaszcza że wtedy można lepiej podziwiać widoki:

rosberg malaysia practice running

Niedobry czas dla wyścigu

Czas w Formule 1 jest wszystkim. Czas spędzony na projektowaniu i testowaniu przekłada się potem na czasy okrążeń. Czasy okrążeń decydują o miejscu na starcie albo i o udziale w wyścigu w ogóle, jak się boleśnie przekonało HRT (swoją drogą, przez całe dwa dni w Australii udało im się zrobić raptem parę mierzonych okrążeń w kwalifikacjach – naprawdę znowu nie byli w stanie zdążyć z poskładaniem bolidu? to po co było jechać na te Antypody…).

Czas ma znaczenie także i z innych względów – różnice czasu decydują o tym, o której wyścig będzie rozgrywany, w południe czy później, tak aby wyścig był oglądalny w strefach czasowych generujących największą widownię. W poprzednich latach zawodnicy nieraz na to narzekali, w tym roku jeszcze nie słyszałem.

Tym niemniej to prawie skandal, że termin tego konkretnego wyścigu na drugim końcu świata przypada na dzień, kiedy zmienia się czas na letni. Gdyby nie to, człowiek mógłby o godzinę dłużej pospać.

PS. To, że być może są niedobre czasy dla wyścigów, to temat na ewentualną inną notkę (bez obietnic).