Pan kierowca był chory..

..i nie, nie będziemy analizować szczegółów schorzenia, jakie dotknęło Timo Glocka. Dość powiedzieć, że nie wziął udziału wczoraj w kwalifikacjach i na tyle nie wydobrzał, że dziś odradzono mu występ w wyścigu. 

Sytuacja ta nasunęła mi pytanie: czy można go zastąpić? Samochód wszak stoi gotowy, inaczej niż w tych przypadkach, kiedy niedyspozycja kierowcy jest wynikiem wypadku (patrz: Perez w Monaco w ubiegłym roku). Odpowiedź, jak zwykle, leży w przepisach. Regulamin sportowy zawiera cały artykuł (19) zatytułowany „Zmiana kierowcy”. Zasadą jest, że skład kierowców na wszystkie sesje zgłasza się do godziny 16.00 w dniu poprzedzającym pierwsze sesje treningowe, i od tego momentu wszystkie zmiany wymagają zgody sędziów. Zmiany są dopuszczalne do rozpoczęcia sesji kwalifikacyjnej. Jedyne zdanie, jakie dawałoby furtkę, brzmi więc: „Dodatkowe zmiany spowodowane siłą wyższą będą rozpatrywane odrębnie”. 

Zastanówmy się: czy choroba może być poczytana za siłę wyższą? No dlaczego nie. Czy zatem mógłby zespół Marussia liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku o zmianę kierowcy? Jedynym zastępcą dla Timo Glocka mogłaby być Maria de Villotta, która na pewno rozpaliłaby serca lokalnych kibiców, ale tegorocznym bolidem nie przejechała nawet jednego okrążenia (nie powiem metra, bo może gdzieś w garażu..) Biorąc pod uwagę, że w tym sezonie obowiązuje wymóg uzyskania w kwalifikacjach 107% czasu zwycięzcy pierwszej części, do którego sympatyczna Hiszpanka zapewne nawet by się nie zbliżyła, nie spodziewam się, żeby sędziowie pozwolili jej na występ, bo – mówiąc szczerze – będąc znacząco wolniejszą od reszty, mogłaby jako ruchoma przeszkoda wręcz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa na torze. Nie spodziewam się, żeby zespół w ogóle to rozważał, raczej liczył na to, że Glock wydobrzeje na tyle, żeby jednak wystartować (jego wyniki w tym sezonie pozwalały na zakładanie, że zostanie przez sędziów dopuszczony pomimo opuszczenia kwalifikacji, oczywiście z ostatniego miejsca). 

Glocka nie ma, pozostałych 23 się ściga. Całkiem zdrowo.

Trochę stare samochody

Obecnie w Formule 1 jest tak, że każdy zespół sam sobie buduje swoje bolidy, jak tylko potrafi najlepiej, bo innej opcji nie ma. Stary poczciwy Bernie Ecclestone stwierdził zaś właśnie, że całkiem mu się podoba pomysł, aby ci mniejsi, z niewielkimi (relatywnie) budżetami, mieli łatwiej przez to, że zamiast wydawać masę pieniędzy z kiepskim skutkiem na wyważanie otwartych drzwi, kupili od bogatszych zespołów bolidy wyprodukowane przez tamtych. Oczywiście, żeby nie wyszło z tego założenie przez bogatych stada swoich filii, nie będą to bolidy najnowsze, ale co najmniej o rok starsze (pewnie trzeba będzie jakoś pomyśleć nad tym, jak dostosować stary bolid do nowych przepisów, ale zapewne jakoś władze poradzą). Niewątpliwie takim starszym bolidem trudno będzie nawiązać wyrównaną walkę z nowymi produkcjami, ale po prawdzie – najsłabsze zespoły i tak jeżdżą w innej lidze (za to może pojawiłyby się jeszcze dodatkowe zespoły i kierowcy).

I tak mi jakoś przyszedł do głowy pomysł, mnie samego nęcący – aby takimi ciut starszymi bolidami sprawdzić, ile daje maszyna, a ile człowiek. Wymagałoby to wzięcia bolidu z samego topu i kierowcy z samego topu, oraz bolidu ze spodu i kierowcy o nie najwyższych notowaniach; tak brzydko po nazwiskach lecąc, jakby wziąć Vettela i RB6 przeciwko Karthikeyanowi i F110. Taki zestaw najpierw wykonałby przejazdy (powiedzmy 5 okrążeń) w konfiguracji klasycznej, jako punkt odniesienia, a potem nastąpiłaby zmiana w bolidach. Czas Vettela w powolnym HRT (które dublował w wyścigu kilkakrotnie) pokazałby, ile z tak niedopracowanej konstrukcji można jeszcze wycisnąć, czas Karthikeyana w mistrzowskim redbullu byłby sugestią, ile w takiej maszynie można stracić (wiem, że może bardziej dobitne byłoby porównanie na bolidach ubiegłorocznych, ale z prowadzeniem RB7 nawet Mark Webber nie radził sobie tak dobrze, jak należałoby się spodziewać, z powodu pewnych specyficznych cech tego bolidu). 

Oczywiście takie zawody byłyby możliwe pod warunkiem, że gdzieś znalazłby się stary model HRT:-)

Zwierzęta na torze

Od opisywania życia zwierząt zasadniczo są inne blogi (jeden na blogrollu, ma gryzoniazwirza w linku), ale dziś będzie tak ciutek szczególnie (i krótko, bo zaraz…)

W zeszłym roku w Indiach na torze pojawił się pies. Wcześniej też może jakieś były, ale nie chce mi się grzebać w pamięci, wszystkie wyścigi takie do siebie podobne. 

Dziś na treningu w Montrealu, na torze mieliśmy całe zoo. Najpierw radośnie szwendał się lis, później zaś widzieliśmy wiewiórkę, która chciała się chyba przyjrzeć wyścigom z bliska. Komentatorzy zaklinali jeszcze wizytę świstaka (bo na wyspie, na której znajduje się tor, mieszkają pono całe kolonie tych zwierząt, pracowicie wyłapywane i wysyłane na czas wyścigów na spokojny, cichy i może romantyczny weekend), świszcza właściwie, ale te miały więcej rozumu.

Jak w napisach końcowych: żadne zwierzę nie ucierpiało podczas tego treningu. To cenne, bo w tym roku jedno zwierzę postanowiło przefrunąć tuż przed kaskiem kierowcy. Lepiej nie pytajcie, jak potem wyglądało. Kierowca wyglądał dobrze, jak już wytarł kask.

A teraz zmieniam dyscyplinę, scusi.

Pedro żegna kuzyna

Blog Majka Winiarza jest interesujący: dla poszukiwaczy szalonej rozrywki i dla socjologów badających tworzenie się sekt. Poświęciłem mu wcześniej trochę czasu, znajomy poświęcił go nawet ciut więcej, wieść gminna niesie, że jego autor to zwykły gimnazjalista – w każdym razie nie jest to ktoś, komu warto poświęcać wiele czasu (Mikołaj Sokół nazwał go wprost mitomanem). 

Zaglądam tam okazjonalnie zobaczyć, na co stać ślepo oddanych fanów wiadomości „z prawie pierwszej ręki” (czasami aż żal mi ich żarliwości). Teorie, jakie potrafią wymyślić (i uwierzyć) przekraczają możliwości racjonalnego rozumu, i aż prowokują do zmierzenia się z nimi, jeśli nie w formie dyskusji na argumenty (co mogłoby być utrudnione, bo gospodarz zatwierdza wszystkie komentarze i nieraz zdarzyło mu się nie przepuszczać moich), to w formie prowokacji co najmniej. Pomysł, że Ferrari zatrudniło byłego już kierowcę F1 Mikę Salo tylko po to, żeby Robert Kubica mógł potajemnie prowadzić testy w bolidzie udając, że uczestniczy w nich Mika Salo.. no cóż, w języku stewardów wyścigowych nosi to nazwę „self explanatory”. 

Podjąłem beznadziejną próbę wymyślenia czegoś przynajmniej równie sensacyjnego, a zarazem mogącego pretendować do wiarygodności. Stworzyłem postać młodego chłopaka używającego imienia Pedro (tak, miałem opracowaną dlań legendę rodzinną), pół-Hiszpana, którego kuzyn pracował jako budowlaniec w Hiszpanii. Tegoż kuzyna zatrudniłem przejściowo w tworzonej właśnie w Madrycie bazie zespołu Hispania Racing Team, i cóż – zacząłem zamieszczać na blogu Winiarza informacje, że tenże kuzyn ni mniej, nie więcej, tylko widział tam w bazie Roberta Kubicę na gościnnej wizycie u Toniego Cuquerelli, któy właśnie objął tam funkcję dyrektora technicznego. Wizyta była najpierw jedna, potem po jakimś czasie druga, i trzecia..

Starałem się jak mogłem zachować wiarygodność poprzez nienachalność i pewną prostotę umysłową mojego Pedro. Z czasem niektórzy mu chyba uwierzyli. Ale cóż, ja się trochę znudziłem, a poza tym popełniłem – można powiedzieć – błąd Agathy Christie, ograniczając żywot swojego „źródła” do czasu zakończenia prac budowlanych, a baza HRT jest właściwie gotowa. Dlatego Pedro zakończył swoją karierę dostarczyciela zaskakujących wiadomości – bo w końcu nie ma szans z ludźmi dopatrujących się (w komentarzach) w czerni tła zakamuflowanych flag mających być podprogowym sygnałem terminu powrotu Kubicy na tor..

Żegnaj, kuzynie z Madrytu. Jeśli ktoś wierzy w Twoje opowieści o wizytach Kubicy w HRT, to jego problem.

Twój Pedro.

Więcej

Cztery wyścigi. Czterech zwycięzców. Czterech kolejnych liderów mistrzostw świata. Ośmiu kierowców na podium. A wyprzedzań… nie zliczę, także w ścisłej czołówce, w walce o podium.

Więcej, more, moar. A tu aż trzy tygodnie trzeba czekać.

Jak wygrać wyścig Formuły 1

Wyścig Formuły 1 można wygrać na wiele sposobów:
– dzięki prowadzeniu od startu do mety, korzystając z wolnego toru i czystego powietrza przed sobą (ewentualnie oddając przejściowo prowadzenie na czas po zmianie opon, choć i to niekoniecznie),
– dzięki uważnej jeździe tuż za liderem, i ogranie go przez korzystniejsze dobranie momentu zjazdu na zmianę opon (kiedyś i na tankowanie), wykorzystując przewagę szybkości lub lepszy moment wyjazdu,
– dzięki spokojnej jeździe i odpadaniu zawodników jadących z przodu (teraz zdarza się coraz rzadziej, ale jeżeli do mety dojeżdża 3 kierowców, a 7 zostaje w sumie sklasyfikowanych, jak w Monaco 1996..),
– dzięki innemu nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności, takiemu jak safety car wypuszczony w momencie pozwalającym na objęcie prowadzenia i dowiezienia go do mety (jak prawie się udało Nelsinho Piquetowi na Hockenheimie w 2008 roku),
– dzięki wyprzedzeniu rywali w bezpośredniej walce na torze.

Nie wiem które zwycięstwa najlepiej smakują kierowcom, kibicom najbardziej smakują te ostatnie. Wczorajsze zwycięstwo Nico Rosberga należało bez wątpienia do pierwszej kategorii i było znacznie mniej efektowne, niż ta walka, która toczyła się za jego plecami o miejsce drugie, trzecie i dalsze – ale niezaprzeczalnie było zwycięstwem, które w statystykach będzie zawsze wyżej, niż najpiękniejsza porażka (nawet jeżeli w pamięci kibiców lepiej zapisze się ta porażka). Nie ma bowiem powodu, aby nie cenić uczciwie odniesionego sukcesu, nawet jeśli wydawałby się osiągnięty w sposób nijaki. Kiedy Robert Kubica odnosił swoje jedyne zwycięstwo, było ono kombinacją kilku wariantów – po szczęśliwym wyeliminowaniu się przez głównych rywali, wyprzedził partnera z zespołu i pędząc do przodu, uzyskał dość przewagi, żeby po zjeździe na do boksu wyjechać jeszcze przed nim; a przecież i on, i my, pękaliśmy ze szczęścia po tym zwycięstwie.

Rekordy Nico

Liczbą dnia w ustach Andrzeja Borowczyka było po dzisiejszych kwalifikacjach w Szanghaju: 111. To numer wyścigu, w którym Nico Rosberg zdobył swoje pierwsze pole position. A ponieważ Nico bywa często i złośliwie porównywany do Nicka Heidfelda, jako do kierowcy specjalizującego się w dojeżdżaniu do mety i zdobywaniu punktów, lecz bez zwycięstwa, przyjrzałem się bliżej statystykom. 

Heidfeld brał udział w 185 weekendach wyścigowych, w tym w 183 wyścigach. Gdyby teraz wygrał (przy założeniu, że ktoś wpuściłby go do bolidu z szansami na zwycięstwo), ustanowiłby rekord wszech czasów w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem”, obecnie należący do Marka Webbera (pierwsze zwycięstwo w 131 wyścigu). Wbrew odruchowemu skojarzeniu, nie prowadzi jednak w kategorii „największa liczba wyścigów bez zwycięstwa”, gdyż ta należy do Andrei de Cesarisa z aż 208 wyścigami w 214 weekendów. Musiałby się więc Rosberg długo „starać”, żeby pobić którykolwiek z powyższych rekordów. Gdyby natomiast udało mu się (w co raczej powątpiewam) z tego pierwszego miejsca jutro wygrać, to w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem” znalazłby się na piątym miejscu, ex aequo z Giancarlo Fisichellą.

Sprawdziłem też, czy to 111 faktycznie jest rekordowe – i wbrew pozorom nie jest. Palmę pierwszeństwa dzierży również Mark Webber, który na swoje pierwsze pole position czekał również do 131 wyścigu. „Lepsi” od Rosberga byli też Jarno Trulli i Thierry Boutsen (odpowiednio wyścigi nr 119 i 115, jeśli dobrze policzyłem). Heidfeldowi zaś udało się swoje pierwsze PP zdobyć „już” w 91 starcie. Przy okazji dodam jeszcze, że jak sięgniemy do czasów, kiedy liczba wyścigów w sezonie była mniejsza, a trudność zakwalifikowania się większa, Denny Hulme czekał na swoje pierwsze PP aż do dziewiątego sezonu startów (w sumie miał tych startów w karierze 112), a Rosberg „tylko” do siódmego. 

Na razie więc Nico na listach rekordów cieszy się przede wszystkim z pierwszego miejsca w kategorii „najmłodszy zawodnik, który uzyskał najszybsze okrążenie w wyścigu” (ba, i to w debiucie!), bo z rekordu „liczby punktów bez zwycięstwa” raczej dumny nie jest. Do rekordu Heidfelda w kategorii „liczba miejsc na podium bez zwycięstwa” na razie też mu daleko (5 do 13, i chyba nie chce go pobijać, jak zrobił to w poprzednio wymienionej kategorii). Cóż, nawet nie udało mu się zostać pierwszym synem zdobywcy pole position, który zdobył pole position – po ten tytuł dawno już sięgnął Damon Hill (zgarniając też od razu laur dla pierwszego mistrza świata będącego synem mistrza świata). 

PS Jeżeli wyścig wygra partner Nico z zespołu i towarzysz na pierwszej linii, to wskoczy na szóste miejsce w kategorii „najstarszy zwycięzca wyścigu”. Gdyby był wygrał kwalifikacje, byłby czwarty „oldest polesitter”. Jakiż ciekawy ten sezon:-)

PS 2 Liczbą dnia jest oczywiście 0,505 – czyli przewaga, jaką Rosberg uzyskał nad Hamiltonem w Q3. Aż niewiarygodna, w ogóle ten zwycięski czas był niesamowity, aż nie można się było opędzić od myśli, że Rosberg gdzieś pojechał na skróty – ale to oczywiście tylko perfekcyjne okrążenie było.

Czerwony sen w Malezji

Dla Ferrari ten wyścig był jak sen. W kwalifikacjach byli wolniejsi o sekundę od czołowej ósemki, nie mieli żadnych szczególnych oczekiwań. Po zakończeniu wyścigu cieszyli się zarówno z nieoczekiwanego (wcześniej) zwycięstwa, jak i z objęcia, choćby na parę tygodni, fotela lidera przez Fernando Alonso. W Malezji trwa zapewne czerwone święto na padoku. 

Zupełnie inny sen śnili dzisiaj w HRT. Na co dzień czerwona latarnia, w trakcie wyścigu zaciskali kciuki, zęby i co tylko jeszcze, żeby trwał wspaniały sen spod znaku czerwonej flagi wywieszonej na dziewiątym okrążeniu. Narain Karthikeyan – dzięki założeniu na starcie deszczowych opon – znajdował się bowiem na dziesiątym miejscu, co w razie definitywnego zakończenia wyścigu w tym momencie dałoby zespołowi historyczny pierwszy punkt. Nawet jeśli byłoby to tylko pół punktu. (Dla Hindusa nie byłby to pierwszy punkt w karierze w F1, zajął już raz czwarte miejsce, ale w dziwnym USGP’2005, kiedy wystartowało jedynie sześciu kierowców i wszyscy mieli pewne punkty). Niestety, pogoda przerwała ich sen, czerwona flaga znikła, a Jenson Button zniszczył Karthikeyanowi wyścig (nawet jeśli jego szanse sprowadzały się do utrzymania się przed Marussią czy nawet może Caterhamem).

Jak we śnie jechał też Sergio Perez. Startował dziewiąty, po restarcie i zmianach opon znalazł się na drugiej pozycji, utrzymując bezpieczny dystans od Hamiltona. Kiedy tor zaczął przesychać, zaczął się szybko zbliżać do czerwonego bolidu Fernando Alonso, dwukrotnie siedział mu na ogonie na prostej startowej. I wtedy usłyszał w słuchawkach informację od zespołu, że ich druga pozycja w zupełności satysfakcjonuje, po czym minutę później zrobił na zakręcie wyjazd na pobocze, stracił kilka sekund i już się do lidera nie zbliżył. Można się zastanawiać, czy zespół chciał młodemu zawodnikowi przypomnieć, że Ferrari dostarcza im silników i ogólnie szerokiego wsparcia (za co zespół rewanżuje się jak tylko może w różnych sytuacjach, aż bywa nazywany Ferrari bis), czy też może o plotkach, w myśl których Perez ma być następcą czy wręcz zastępcą Felipe Massy w czerwonym bolidzie – czy też może nie chciał ryzykować niepotrzebnego zdarzenia w walce, gdy drugie miejsce byłoby dla zespołu najwyższym w historii jego samodzielnych startów (wtedy byłoby to też pierwsze podium od ponad ośmiu lat), a drugim najlepszym jeśli uwzględniać okres BMW-Sauber (nie muszę dodawać kto wygrał dla Saubera jedyny wyścig..); poza tym 18 pewnych punktów to wróbel w garści, a szansa na 25 punktów to dzięcioł na dachu (jak pokazał dopiero co Pastor Maldonado, też ścigając Alonso). Do prawdy nikt nigdy nie dojdzie, a przynajmniej mało kto w nią uwierzy, jak w przypadku gwizdka Ovrebo czy zamachu na Kennedy’ego. 

Czerwony sen także w Mercedesie, choć tam to koszmar – stali się czerwoną latarnią wśród zespołów walczących o cokolwiek; po dzisiejszym GP wyprzedzają wyłącznie outsiderów, mając na koncie jeden (cyframi: 1) punkt, i to wyłącznie dzięki defektowi Maldonado. 

Następny wyścig w czerwonych Chinach. 

Samotna wenezuelska flaga

Kiedy przed rozpoczęciem inauguracyjnego wyścigu sezonu realizator pokazywał szeroką panoramę Melbourne, toru i jego otoczenia, moją uwagę zwróciła pośród widowni pojedyncza, wielka flaga Wenezueli. Najwyraźniej nawet w Australii znalazła się grupka przedstawicieli tego kraju, która postanowiła kibicować swojemu jedynakowi w F1. 

Formuła 1 to zjawisko co do zasady internacjonalistyczne, z wyścigami rozrzuconymi po wszystkich prawie kontynentach (Afryka też bywała, nawet jeśli nie dziś), z fanami we wszystkich strefach czasowych i z kierowcami również ze wszystkich stron. W stawce przeważają wprawdzie Brytyjczycy i Niemcy, tradycyjnie wielu było Włochów czy Francuzów (nawet jeśli w tym czy innym sezonie więcej lub mniej), tradycyjnie nie brakuje Brazylijczyków czy Finów (ci ostatni to właściwie mały fenomen w sportach motorowych), zwykle się jacyś Japończycy zaplączą. Okazjonalnie pojawiają się i przedstawiciele innych nacji, poczynając od naszego rodzimego rodzynka chwilowo na L4, zastępującej go w roli ambasadora Europy Wschodniej Rakiety z Wyborga, dzielnych (bardziej niż utalentowanych) chłopców z Indii czy młodziaków z Meksyku albo Wenezueli właśnie (and many, many more).

Dziś widzowie stojący pod barwną flagą Wenezueli miele wiele powodów do emocji (napisałbym do radości, ale..). Ich bohater startował z dobrej ósmej pozycji, na starcie przeskoczył o dwie, po dwóch okrążeniach wśliznął się na piątą, demolując zarazem Romainowi Grosjean zawieszenie przy udanym wyprzedzaniu. Później zaliczył też wizytę na żwirku, gonił jak szalony, żeby nadrobić straty, dzięki safety carowi (i dobrego restartowi) jechał na szóstym miejscu tuż za rurą wydechową Fernando Alonso, ambitnie próbując przeskoczyć o jeszcze jedno miejsce. Na ostatnim okrążeniu zawadził jednak kołami o trawę, zaliczył piruet zakończony ciężkim uderzeniem w bandę (safety car nie zdążył po prostu wyjechać, na wcześniejszych okrążeniach zostałby jak nic wypuszczony) i spowodował zamieszanie na torze, przez które jeszcze zdążyło się potasować na punktowanych miejscach. Zasługiwał tego dnia na nagrodę, ale będzie nią tylko miejsce w pamięci widzów, życzliwe lub nie.

Pseudo-zdjęcie Roberta Kubicy, czyli bloger Mike i jego prawda inaczej

Jest sobie taki blog, prowadzony przez człowieka kreującego się na Wielkiego Fana Roberta Kubicy (pozostawmy na uboczu jego wiarygodność w przedstawianiu własnej osoby, wiele wątpliwości na ten temat się pojawiało, w sumie nieistotne w tej chwili). Opublikował dziś notkę zatytułowaną „Czy Robert Kubica ponownie testuje na Mugello?„, opartą w całości o fotografię otrzymaną od anonimowego Włocha, mieszkającego ponoć w sąsiedztwie toru – mającą rzekomo przedstawiać Polaka na prywatnych testach bolidu z roku 2010.

rzekomy Robert Kubica w Mugello

Lepiej zorientowani internauci bez trudu ustalili, że oczywiście jest to bolid z roku 2010, ale w ramach zupełnie innych testów – odbywanych w listopadzie 2010 roku pierwszych przejazdach na oponach Pirelli, na torze w Abu Dhabi. Udało się nawet szybko odnaleźć to samo zdjęcie:

Abu Dhabi tests 2010

I teraz co najbardziej interesujące: bloger Mike konsekwentnie odrzuca wszelkie komentarze, które wyjaśniają, co naprawdę przedstawia zdjęcie (łącznie z właściwym linkiem), a jednocześnie prosi o poważne wpisy i informacje…

Nie wiem, co stoi za zachowaniem blogera Mike: strach przed utratą reputacji, ślepa wiara granicząca z sekciarstwem, zobowiązania wobec sponsorów? W każdym razie, na podawaniu prawdziwych informacji zależy mu najmniej, przynajmniej dopóki za prawdziwe uznajemy zgodne z obiektywnym stanem rzeczy, a nie jedynie z własną wizją.