Trzynastka

Przed rozpoczynającym się sezonem Formuły 1 zaklinałem, aby zmiany w regulaminie technicznym spowodowały większe spłaszczenie stawki, a w szczególności żeby liczba kierowców stających na podium w poszczególnych wyścigach była wyższa niż „słabe siedem„. O tym, że moje zaklęcia szybko zaczęły się spełniać, już pisałem, ale że tak się rozwinie sytuacja.. mimo wszystko trudno było wierzyć.

Dzisiaj, po piętnastu wyścigach sezonu (i jeszcze z pięcioma oczekującymi), na podium stanęło w sumie trzynastu zawodników. Co ważniejsze, aż dziewięciu zrobiło to więcej niż raz (co świadczy o nieprzypadkowości tych wyników), a z pozostałych czterech, co najmniej dwóch solidnie zapracowało na te sukcesy, zajmując najpierw wysokie miejsce w kwalifikacjach, a potem ego miejsca co najmniej dzielnie broniąc (Maldonado i dziś Kobayashi). Felipe Massa dzisiaj o odrobinie szczęścia na pewno może mówić – dzięki zamieszaniu w pierwszym zakręcie przeskoczył o sześć miejsc, ale znaleźć się w takiej sytuacji też trzeba umieć, a potem nikt mu nie podarował ani centymetra. Jedynie właściwie Michael Schumacher w Walencji wskoczył na podium dość szczęśliwie, dzięki odpadnięciu czterech rywali jadących przed nim (i mądrej decyzji o zmianie strategii w końcowej fazie wyścigu), na mecie był autentycznie zaskoczony, że zaszedł tak wysoko. 

Powiedzmy też od razu, że tych trzynastu szczęśliwców zajmuje pozycje w pierwszej piętnastce klasyfikacji generalnej (bo nie tylko same podia się liczą). Uzupełnia tę grupę duet Sahara Force India, z którego każdy jeden raz o podium się prawie otarł, dojeżdżając na czwartym miejscu (dodajmy, że Massę można uznać za mniej przypadkowego, bo jednak dwukrotnie też już czwarte miejsca zajmował, natomiast Schumacher poza tym jednym podium nie podskoczył wyżej szóstego miejsca, za to ma rekordową liczbę wyścigów nieukończonych). I może na szczycie tabeli robi się dość przejrzyście (choć historia uczy, że decydujące szarże mogą mieć miejsce w ostatnich wyścigach), to niżej walka trwa o każde miejsce, choć za to dodatkowych nagród nie ma, nawet w postaci sławy mołojeckiej.

581

Tyle właśnie dni minęło od tragicznego wypadku Roberta Kubicy na krętych drogach Ligurii, kiedy to po z pozoru niegroźnym, rutynowym wręcz podskoku, jego Skoda wbiła się w źle umocowaną barierę ochronną podczas rajdu Ronde di Andora. Dziś, po ponad 21 miesiącach wypełnionych operacjami i ciężką rehabilitacją (wciąż niezakończoną), ponownie pomknął krętymi włoskimi drogami (dla odmiany w Piemoncie) za kierownicą Subaru Impreza WRC. To, że nie dał szans innym kierowcom startującym w Ronde Gomitolo di Lana, nie ma większego znaczenia, to było trochę jakby Marcin Gortat po kontuzji przyszedł na powiatowy turniej streetballa (ciekawostka: w tłumaczeniu ten rajd to.. Rajd Włóczki); ważne, że jechał, nie oszczędzał się, poprawiał czasy. Lepszym wyznacznikiem aktualnego poziomu rehabilitacji będzie kolejny rajd, w silniejszym gronie, w jakim ma wystąpić za tydzień, ale samo to, co już osiągnął wsiadając do rajdowego samochodu, stanowi wyczyn dający przykład i motywację dla wszystkich kontuzjowanych i – co tu dużo ukrywać – niepełnosprawnych (aż chce się zapytać, na ile przypadkowa jest koincydencja tego powrotu z zakończeniem Igrzysk Paraolimpijskich), co zauważyła też ciężko doświadczona ostatnio Maja Włoszczowska. 

Nikt oczywiście – włącznie z samym Kubicą – nie wie, jak dalej będzie przebiegać jego sportowa kariera, czy i kiedy będzie możliwy powrót na tory Formuły 1 (z rozmaitych niepotwierdzonych wiadomości wnioskować można, że do tego może być jeszcze daleka droga, ze względu na znaczące różnice w prowadzeniu samochodu rajdowego, a jednomiejscowej wyścigówki), niewykluczone są dalsze zabiegi operacyjne, dziś jeździł z nieodłącznym opatrunkiem na prawym przedramieniu. Wola jest i niewątpliwie jej nie zabraknie, miejsce też się pewnie by znalazło, rozstrzygnie biologia. Czy będzie to początek przyszłego sezonu (hurraoptymizm), czy przyszłoroczne GP Włoch (tak, dziś też było, bardzo przyjemne), czy może za dwa lata, możemy tylko czekać, im spokojniej, tym lepiej.. dla nas.

A skoro już o lokalnych rajdach mowa, to właśnie się dziś dowiedziałem, że w tej materii u nas drgnęło. Odwiedziłem trasę 1. Rajdu Katowickiego, a konkretnie odcinek specjalny rozgrywany na ulicach Katowic, poszukując dokładnych informacji znalazłem cały cykl takich lokalnych rajdów w okolicy, zwykle o krótkim stażu. Na razie zgłoszeń kilkakrotnie mniej niż na Ronde Gomitolo di Lana, kibiców też póki co nieprzesadnie wielu, ale każdy odcinek specjalny jest przejeżdżany trzykrotnie, więc może na późniejsze przejazdy przyszło więcej ludzi. Może któregoś dnia i na taki mały rajdzik wpadnie całkiem duży kierowca.

Amber Gold na wyścigach

Wczorajszy wyścig F1 o Grand Prix Belgii na legendarnym torze Spa-Francorchamps zaczął się jak u Hitchcocka od trzęsienia ziemi: dynamiczny manewr Romaina Grosjeana w Lotusie zakończył się zetknięciem opon z McLarenem Lewisa Hamiltona, utratą kontroli przez tego ostatniego i karambolem, po którym czterech czołowych zawodników zakończyło jazdę. Szczególne wrażenie robił widok bolidu przelatującego – najzupełniej dosłownie – w odległości pół metra od fotela i głowy lidera cyklu Fernando Alonso (w ósmej sekundzie tego filmu, jeżeli zniknie z YouTube to trudno, może znajdę inny).

Nikomu na szczęście nic się nie stało (wbrew pozorom Formuła1 w ostatnich latach jest dość bezpiecznym sportem), ale widok był na tyle wstrząsający, że winnego postanowiono przykładnie ukarać i uznany za sprawcę Grosjean został zawieszony na jeden wyścig (dla uzmysłowienia surowości kary powiem, że nie wymierzono takiej od 1994 roku). W uzasadnieniu jej wymiaru podano, że kierowca dopuścił się wyjątkowo poważnego naruszenia przepisów (nieoficjalnie zaś wszyscy zgodnie stwierdzają, że „zasłużył sobie” wcześniejszymi incydentami).

Czytam to uzasadnienie, przypominam sobie rozmaite wypadki i potrafię sobie przypomnieć niejeden taki incydent, w który kierowca wykazał się dużo większą lekkomyślnością, nieostrożnością czy brawurą, jak i taki, w którym ręce składały się jak do modlitwy „oby nikomu tylko nic się nie stało”. I mam nieodparte wrażenie, że jak w przypadku afery Amber Gold (nie w jej głównym nurcie, lecz we wszystkich odpryskach, typu dlaczego sędzia orzekł karę w zawieszeniu lub pozwolił na wyjście na przepustkę), mamy do czynienia z żądaniem ukarania za to, że ktoś nie był prorokiem i nie przewidział tych następstw swojego działania, których przewidzieć się zwyczajnie nie dało. 

Zakręt Armstronga

Na torach wyścigowych, zwłaszcza tych z tradycją, zakrętom nadaje się nazwy. Fanom F1 nie trzeba tłumaczyć, co to Rascasse, Eau Rouge czy Parabolica, wystarczy jedno słowo i każdy od razu wie o co chodzi. Czasem nazwy pochodzą – niestety – po prostu od jakiegoś sponsora, czasem od nazw lokalnych, niejeden nosi nazwisko jakiegoś wybitnego kierowcy, jak Variante Ascari czy „eska Senny”; w niektórych przypadkach jednakowoż wystarczy sam numer, jak w przypadku tureckiego Zakrętu 8. 

Na blogu znanego dziennikarza wyścigowego Jamesa Allena pod notką o nowo budowanym torze wyścigowym w Austin w Teksasie (w listopadzie ma tam zawitać Formuła 1, a dziś budowlańcy zasuwają w pocie czoła), ktoś zasugerował, że fajnie byłoby i tam ponazywać zakręty. Ktoś inny od razu zaproponował nazwę „zakręt Armstronga”. 

Ciekawe, ilu czytających tę propozycję pomyślało zgodnie z jej autorem o astronaucie Neilu Armstrongu, ilu o jakże kontrowersyjnym dziś kolarzu Lance Armstrongu (tam od razu ktoś tak pomyślał), a jeszcze ilu o jakimś innym Armstrongu, na przykład o tym. Wybitnego kierowcy o tym nazwisku w każdym razie nie kojarzę.

W poszukiwaniu toru (5)

Odcinek czwarty

Wszystko się kiedyś kończy. Kiedy trasa toru odskakuje od portu, to już za chwilę mamy pomnik Fangio i zakręt Noghes. Te donice się przed wyścigiem zdejmuje, jak sądzę.

Monaco Noghes Turn zakręt

A potem już tylko prosta startowa i da capo al fine. To znaczy kierowcy, na co dzień to chyba jedynie rowerzysta mógłby ćwiczyć 70 okrążeń.

Monaco Boulevard Albert prosta startowa

Oczywiście, kierowcy po przejechaniu linii mety muszą jeszcze dojechać do alei serwisowej.

Monaco pitlane aleja serwisowa

W sumie aleja serwisowa poza czasem wyścigowym, była całkiem przyjemnym miejscem do spacerowania:-)

Monaco pitlane aleja serwisowa

Akurat składali jakieś karuzele i inne atrakcje dla dzieci.

Do początku

W poszukiwaniu toru (4)

Odcinek trzeci

W tunelu pierwszym zaskoczeniem jest, że można sobie wzdłuż niego przejść, że nie jest przeznaczony wyłącznie dla samochodów. Drugim zaskoczeniem jest, kiedy po drugiej stronie tunelu widzę bramę, prowadzącą do jakiegoś warsztatu – tego akurat się nie spodziewałem znaleźć. Niestety, wszystkie obrazy z wnętrza tunelu będę przywoływał tylko z pamięci, szkoda że Państwo tego nie widzą.

Monaco tunnel exit wyjście z tunelu

Po opuszczeniu tunelu w odróżnieniu od kierowców nie musimy szczególnie przyzwyczajać wzroku, ale czujemy się niepewnie – bo nie widać szykany. Nie byle jakiej, bo Nouvelle Chicane, trudno przegapić, ale droga jednak prosto jak strzelił. Idziemy, rozglądamy się, rozumiemy. Droga biegnie prosto, ale z boku wielkie donice z kwiatami ograniczają możliwość wjazdu do portu, wystarczy sobie wyobrazić, że ich nie ma – i oto jest miejsce na szykanę, przy czym bariery są konieczne, żeby nie wpaść do wody (podczas wyścigu oczywiście). Idziemy więc teraz wzdłuż nabrzeża Quai des Etats-Unis, patrząc na zaparkowane jachty, i myśląc, że w tym momencie idziemy dokładnie torem w kierunku Tabac.

Monaco port

Przy Tabac niestety musieliśmy zejść z toru, ale nie dlatego, że nas wyrzucili, można było iść dalej torem wzdłuż nabrzeża. Żałuję, że nie podszedłem do basenu za zakrętem Chiron, i nie wiem na jakich warunkach można w nim zażyć kąpieli (to i tak byłaby wiedza dla zasady).

Monaco Louis Chiron Turn Zakręt Basen Pool

Do oglądania wyścigu basen raczej by się nie nadawał, chyba żeby zająć miejsce na szczyci zjeżdżalni, ale kto wytrzyma tyle czasu na zjeżdżalni?

Monaco port Basen Pool Turn Zakręt

A port sobie biegnie dalej w kierunku Rascasse.

Monaco F1 Track tor Port Piscine

Część piąta

W poszukiwaniu toru (3)

Odcinek drugi

W tej części jest zawsze powoli i leniwie. Od Mirabeau rozpoczyna się najwolniejszy odcinek w całej Formule 1. Jest faktem, że trzeba się poruszać powoli, kiedy trzeba zwracać uwagę na zaparkowane wzdłuż ulicy motocykle.

Monaco F1 track tor Mirabeau turn zakręt

Aż w końcu miejsce niepowtarzalne – nawrót Fairmont przed Grand Hotelem. Jak widać wszyscy mają tu dość czasu i miejsca.

Monaco Fairmont Grand Hotel hairpin turn zakręt

Po nawrocie teoretycznie wszyscy się zaczynają rozpędzać. Chociaż szału nie ma, to przynajmniej drogi nie sposób pomylić.

Monaco F1 Mirabeau Bas turn zakręt

Zaraz za Mirabeau Bas, będzie zakręt Portier prowadzący do tunelu. I tu jak się ktoś pośpieszy, to może się zdziwić, że pojechał niezupełnie tam, gdzie zamierzał.

Monaco track tor F1 Portier turn zakręt

Jakbyście mieli problem w tym miejscu, to pamiętajcie – nie pierwsza w prawo, tylko ta następna na rondku, za znakami na Port.

Część czwarta

W poszukiwaniu toru (2)

Odcinek pierwszy

Do góry można się było rozpędzać, potem jednak przed Massenet trzeba zwolnić. To właściwie zrozumiałe, robi się ciasno. No i trzeba rozważyć, czy nie wpaść na chwilę do sklepu.

monaco track tor f1 massenet turn zakręt

Massenet się ciągnie i ciągnie, dobrze jednak że nie jedziemy niczym bo można oglądać widoki, aż w końcu trzeba zwolnić, bo docieramy w okolice kasyna. A tam tłok, od ludzi i od samochodów, jedne do kasyna, drugie do hotelu po drugiej stronie ulicy.

Monaco track f1 tor Casino turn zakręt

I to samochodów nie byle jakich. Rodzina szejka z Dubaju bez wyjątku używała ferrari stojących jedno koło drugiego. Stojące nie opodal nich audi A6 na rumuńskich numerach wyglądało jakby należało do opiekunki do dziecka. Pora jednak ruszać dalej, na szczęście droga idzie teraz w dół kierunku Mirabeau.

Monaco turn zakręt casino place du casino

I to solidnie w dół.

Część trzecia

W poszukiwaniu toru (1)

Wychodzimy z dworca i rozglądamy się. Kierunek może być tylko jeden: w dół, tam musi być morze, gdzie morze tam port, gdzie port, tam.. Idziemy, dochodzimy do bulwaru, przeciskamy się przez pas parkingowy wchodząc na przejście dla pieszych, zmuszamy samochody do zatrzymania się, szybko uciekamy z buspasa. Rozglądamy się – drzewa wyglądają jakby znajomo.. Idziemy kawałek wzdłuż bulwaru, i wreszcie Ją widzimy, oto jest:

monaco boulevard albert chequered flag prosta startowa

Skoro mamy już prostą startową, to dalsza droga jest oczywista: do pierwszego zakrętu. Niestety, nie da się go pokonać na skróty – albo przejściem podziemnym, albo serią przejść przez boczne uliczki. Kiedy w końcu jesteśmy na zewnętrznej, zaczynamy się cieszyć, że nie musieliśmy go przejeżdżać, bo łatwo się w nim zgubić. I w ogóle wygląda nie tak. Na szczęście jego patronka Święta Dewota spogląda z boku i ogólnie czuwa.

monaco ste sainte devote turn zakręt

Teraz zaczynamy żałować, że nie mamy do dyspozycji żadnych koni mechanicznych. Od Sainte Devote droga biegnie w górę, i to solidniej niż to się wydaje w telewizji. Beau Rivage majaczy gdzieś w górze..

monaco avenue ostende beau rivage tor track

Dobrze, że po drugiej stronie ulicy szeroki chodnik, z coraz lepszym z każdą chwilą widokiem na port, jachty i całą resztę z tunelem włącznie.

monaco avenue ostende beau rivage tor track

Dobrze, że przed Zakrętem 3 zrobi się bardziej płasko. Ale to następnym razem.

Część druga

Hail to Maestro

Kiedy Ayrton Senna przychodził na świat, Mistrz zakończył już karierę wyścigową; kiedy Senna w tragicznych okolicznościach ten świat opuszczał, Mistrz odpoczywał na emeryturze i wykłócał się z władzami o przedłużenie mu prawa jazdy pomimo ukończenia 80 roku życia, wyzywając urzędników na wyścig. Ma na świecie podobno sześć pomników w miejscach szczególnych dla wyścigów, w tym na pewno jeden tuż obok toru, na którym odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w karierze – przez zakrętem Anthony Noghes, koło wjazdu do alei serwisowej. Przypuszczam – bo pewności w tej chwili nie mam – że każdy wyścig wciąż podgląda zza bandy (bo widok z niebiosów jednak nie jest najlepszy). 

Juan Manuel Fangio Monaco memorial pomnik Monako

Mniej szczęścia ma inny bohater, zwycięzca pierwszego Grand Prix Monaco. Jego Bugatti przed każdym wyścigiem jest usuwane, stoi bowiem na środku pierwszego zakrętu, nie dałoby rady ścigać się koło niego bez ryzyka zniszczeń. 

Grover-Williams memorial Monaco Ste Devote pomnik Monako

Dziś akurat mieliśmy GP Niemiec, a nie GP Monako, więc może jeszcze wypadałoby dodać, że Juan Manuel Fangio GP Niemiec wygrywał trzykrotnie; William Grover-Williams nie wygrał ani razu, nawet nie wiem czy kiedykolwiek w nim wystartował (w edycjach międzywojennych), na pewno z Niemcami ma skojarzenie znacznie bardziej przykre (zginął w Sachsenhausen).