Współczesny instynkt samozachowawczy

Jechałem dziś samochodem. Wyjechałem na główną drogę, ruszyłem z kopyta (choć nieprzesadnie, bo upał panował sakramencki, a nie spieszyło mi się). W pewnej chwili zauważyłem, że tuż przed maską ląduje mi na asfalcie ptaszek (wróbelkopodobny jakiś), pomiędzy kołami, więc wiedziałem, że go nie potrącę tak ot, sekundę później zerknąłem w lusterko wsteczne i z ulgą zauważyłem, że odfruwa z asfaltu. 

I tak sobie za kierownicą popadłem w namysł. Ptak pozostał cały i zdrów, bo pod samochodem przejeżdżającym nad nim z prędkością 50 km/h wykazał się instynktem samozachowawczym i nie poderwał się do lotu. W przyrodzie nie występuje żadne naturalne zjawisko, które porusza się nad ziemią z taką prędkością, zostawiając raptem kilkanaście centymetrów przestrzeni. Czy to oznacza, że ptaki uczą się szybko, jak się dostosować do współczesnej rzeczywistości, czy po prostu ten jeden miał przebłysk? Patrząc na dziesiątki trucheł leżących na lub przy drogach – tych wszystkich jeży, kotów, zajęcy, jak i większych zwierząt – człowiek chciałby, żeby te zwierzęta nauczyły się oceny prędkości tych metalowych bestii kierowanych przez ludzi, i wiedziały, kiedy się wycofać i zaczekać z przedostaniem się przez drogę (w przypadku jeży trudno, wiem, w sumie jak się to zwinie w kulkę, a nie próbuje przedreptać, to łatwiej to chyba ominąć).

Ale chyba bardziej prawdopodobne, że to kwestia indywidualna, podobnie jak w tych przypadkach.

Odlot reklamowy

W debacie „czy książki czytać w wersji papierowej, czy na czytniku” zasadniczo jestem po stronie wersji papierowej (i nie jest to notka o tym dlaczego, po prostu przyjmijmy że tak jest), ale uczciwie przyznaję, że są sytuacje, w których czytnik (dowolna wersja) sprawdza się znakomicie. Przede wszystkim oczywiście w podróży, kiedy waga i objętość tomów papierowych robi swoje, a zwłaszcza w tych coraz bardziej rozpowszechnionych podróżach, kiedy te parametry nabierają szczególnego znaczenia – podróżach lotniczych (te limity wagi zmuszające do precyzyjnego nią zarządzania, to układanie rzeczy w torbach tak aby torby z jednej strony dopięły się, a z drugiej zmieściły w limitach wymiarów).

Spojrzałem tyle co w świeże maile. W jednym z nich pewne wydawnictwo motoryzacyjne nakłaniało mnie do zaprenumerowania pisma (e-pisma nawet, mówiąc ściślej), kusząc korzystną ceną, interaktywnymi bajerami i dostępem do swoich archiwów. Koronnym argumentem było „nie musisz się przejmować limitem wagi i zabrać ze sobą 90 lat naszego pisma”.

Tak, właśnie. Kto z Was wpadłby na pomysł, żeby jadąc na urlop zabrać ze sobą roczniki ulubionego tygodnika czy miesięcznika za 90 lat wstecz?

Łaska kibica na darmowym koniu jeździ

Tydzień temu – w początkach Euro – pisałem o finansowych rozterkach kibica pragnącego oglądać Euro 2016. Płacenie 75 zł uznałem za nieopłacalne, choć i tak miałem – jako klient Cyfrowego Polsatu – zniżkę, klienci innych platform musieli dać stówę. Przypuszczam, że podobnie uznało wielu kibiców, także tych pozbawionych choćby szczątkowej (w tej fazie) oferty Polsat Sport.

Kiedy pisałem poprzednią notkę, nie wiedziałem jeszcze, że dzięki dekoderowi tegoż Polsatu będę mógł te same mecze oglądać na kanałach niemieckiej telewizji publicznej (co po części wykorzystuję). Od kilku dni platformy zablokowały jednak dostęp do tych kanałów, czy też precyzyjniej: usunęły je z listy udostępnianych. Fala oburzenia przypominała tsunami, co sprytniejsi szybko jednak znaleźli obejście i oglądają dalej, na tych samych dekoderach (w tym, nie ukrywam, ja); inni wylewają pomyje (zwłaszcza na Polsat), grożą procesami i zapowiadają zrywanie umów, wzdychając do „cywilizowanych krajów”.

W ostatnich latach podobną retorykę można było napotkać wśród fanów F1, kiedy na tydzień przed sezonem nie było wiadomo czy ktokolwiek będzie transmitował wyścigi. Zastanawiam się, ilu kibiców jest w stanie dostrzec związek pomiędzy umiarkowaną chęcią stacji telewizyjnych do płacenia milionów (euro) za prawa do transmisji a umiarkowaną chęcią kibiców do płacenia za możliwość oglądania tychże transmitowanych wydarzeń. Że nie wspomnę o płaceniu abonamentu…

Cena futbolu

Rozpoczęło się piłkarskie Euro, teoretycznie święto dla fana. Teoretycznie fan powinien starać się wchłonąć ile wlezie i zrobić wszystko, żeby mogło wleźć jak najwięcej. 

Oczywiście, mało kto może sobie pojechać do Francji (nie wspominając, że tam też nie byłby w stanie przeskakiwać ze stadionu na stadion), chłonąć można dzięki dobrodziejstwu telewizji. W tym roku mistrzostwa Europy to aż 51 spotkań, ale tylko 24 z nich można obejrzeć w telewizji otwartej, na pozostałe 27 trzeba wykupić pakiet specjalny za 75 czy 80 złotych. Wychodzi niespełna trzy złote za mecz. Dużo? Nieszczególnie.

Pojawia się jednak pytanie: czy warto. Patrzę w specjalną rozpiskę znalezioną w gazecie i wychodzi mi, że pakiet obejmuje tak naprawdę trzy mecze 1/8 finału i 24 fazy grupowej, których wartość jest w istocie porównywalna z meczami eliminacyjnymi, hitów się wśród nich zbyt wielu nie uświadczy. 

80 złotych za 40 godzin oglądania piłki. Jeśli nie zapłacę, będę miał 40 godzin na inne zajęcia.

Dzień wolności podatkowej

Kwiecień to tradycyjnie miesiąc, w którym myśli się o rozliczeniu podatkowym za ubiegły rok (wiem, można wcześniej, zwłaszcza się jak ma podatek do zwrotu). Symbolicznie dniem wolności podatkowej jest więc ten dzień, w którym się podpisze zeznanie, spojrzy na podsumowanie i w zależności od okoliczności uśmiechnie na myśl o zwrocie (czasem fajnie dofinansowuje wakacje) lub ze skrzywioną miną wyśle przelew, a zeznanie złoży (klikając, drepcząc na pocztę lub do okienka w urzędzie skarbowym, jak kto lubi).

Ponieważ ostatnie detale w zeznaniu dopieszczałem do ostatniej chwili, z nadejściem Weekendu Majowego miałem pod ręką pozbierane wszystkie informacje. Zastanowiłem się, wykonałem jeszcze parę operacji w arkuszu kalkulacyjnym i wyszło mi, że od każdej zarobionej przeze mnie stuzłotówki* oddałem na rzecz dobra wspólnego 34 złote i 78 groszy (PIT, NFZ, ZUS, VAT). Zastanowiłem się raz jeszcze i przeliczyłem to na dni – wyszło mi, że do 7 maja 2015 roku pracowałem „na cudze”, a od 8 maja „na swoje”.

Każdy może sobie to w łatwy sposób policzyć – wystarczy policzyć łączny przychód, zsumować wszystkie zapłacone „podatki”, podzielić odpowiednio, pomnożyć efekt przez 365 i sięgnąć po kalendarz.  Będziecie wtedy mieć porównanie do „oficjalnej” wersji, która jest liczona o bardziej abstrakcyjne wskaźniki – w zeszłym roku wyszło na 11 czerwca. 

Liczcie sobie, jak chcecie, a ja się tymczasem będę dalej zastanawiał, co zrobiłem z tymi 65,22% zarobionych pieniędzy, które zostały dla mnie…

*od złotówki 34,78 gr

Worek na trzech

Już wkrótce dwa lata, jak obligatoryjnie sortujemy śmieci (ja dość dobrowolnie sortuję już ponad pięć lat). Już się chyba wszyscy w miarę przyzwyczaili, zarówno sortujący, jak i odbierający, już chyba wiadomo co i gdzie działa źle, już chyba to i owo udało się poprawić (ja w każdym razie jakoś szczególnie nie narzekam).

Pamiętam, że w początkowym okresie dość mocno narzekałem na ilość wydawanych worków, specjalnie jeździłem do Punktów Obsługi Klienta Śmieciowego (nie, to nie jest oficjalna nazwa) i brałem dodatkowe worki. Furgonetka, która zabierała sortowane odpady, zostawiała bowiem zwykle dokładnie tyle worków, ile odbierała, zarówno ilościowo, jak i jakościowo, więc jeśli jakiś worek zapełnił się zbyt szybko… to trzeba było sobie radzić (stąd swego czasu mój lament nad ukradzionymi śmieciami). Przy tej okazji przeanalizowałem sobie lokalną uchwałę rady miasta o zasadach odbioru odpadów sortowanych – i dowiedziałem się, że ilość worków przydzielanych na gospodarstwo domowe zależy od liczby domowników, przy czym takie domostwo jak moje, z trzema osobami na pokładzie, może liczyć po jednym worku na każdą frakcję na raz. Co rodziło istotny problem, gdyż jeden worek na plastiki zapełniamy w dwa tygodnie, a na papier – w góra trzy (a gazet już niewiele kupujemy); taka u nas intensywność sortowania i struktura odpadów, bo szklanych i metalowych u nas jak na lekarstwo, nawet i worek na kwartał by chyba wystarczył – a sąsiedzi pełne wory takich wystawiają. Wiem, to pewnie po to, żeby zniechęcić różnych cwaniaków do przywożenia do domu śmieci „z firmy”…

Na szczęście problem udało się w ramach poprawiania systemu o tyle rozwiązać, że odpady sortowane zaczęli u nas odbierać zamiast raz na miesiąc, to raz na dwa tygodnie (tak, pewnie mogliby obniżyć opłatę…), i było to przed Dobrą Zmianą.

Kufelki i wiaderka

Kiedyś, dawno temu, prawie w odległej galaktyce, na nowej miejscówce (gdzie prawie wszystko dla młodziaka zza Żelaznej Kurtyny wydawało się fajne i egzotyczne), znalazłem w szafce kuchennej kufelki, z grubego szkła. Używam zdrobnienia, bo ich pojemność wynosiła góra ćwierć litra (0,2-0,25, mniemam), o tyle mi to nie przeszkadzało, że i tak w owym czasie (z wielu powodów) nie używałem ich do piwa. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że te zacne kufelki były w istocie starymi opakowaniami po jakimś miodzie czy marmoladzie, po opróżnieniu i starannym wyczyszczeniu nie pozostał żaden ślad ich pierwotnego przeznaczenia.

Później znacznie mocniej zetknąłem z takim recyklingiem praktycznych opakowań. Wspominam na przykład takie serki topione sprzedawane w wysokich szklankach, które wszyscy kupowali dla szklanek (nawet jeden facet oferował że odda te serki za darmo, byle mu szklanki zwrócić, ale jakoś nie było chętnych na ten kierunek, a przynajmniej ja nie słyszałem); w niskich (typu literatki bardziej niż long drinki) też były, nawet chyba lepsze w smaku, ale też szybciej wyszły. Szklaneczki „jak do whisky” po nutelli to pewnie każdy ma dziś w domu. Plastikowe pudełka po tłuszczach (i nie tylko) są świetne (po domyciu) do czasowego przechowywania różnych rzeczy jadalnych, także w zamrożeniu. 

Tak mi się jakoś na rozmyślania zebrało, kiedy dziś domywałem pracowicie plastikowe wiaderko po produktach rybnych, i przez mózg przemknęła myśl „czy takie wiaderko nie przydałoby mi się do czegoś?” Ale druga myśl odpowiedziała „daj spokój, już masz takich kilka z różnymi różnościami, zaraz nie będzie ich gdzie stawiać (i opróżniasz zwykle jedno takie na tydzień)”. Poza tym po rybach to trzeba bardzo solidnie domywać, nawet jeśli to nie śledź. 

Te kufelki, mówiąc szczerze, przyjechały przez pół świata i są w użytku do dziś. 

O tym jak przez brak zaufania do technologii zmarnowałem kartkę papieru

Wybierałem się do kina. Jako że seans wypadał późną nocą, a nie wiedziałem jaka jest dostępność biletów, zachowałem się jak człowiek XXI-wieczny, wszedłem na stronę kina, przeklikałem całą procedurę zakupu biletu, łącznie z płatnością kartą kredytową (wiedzieliście, swoją drogą, że niektóre kina pobierają 1 zł tytułem „kosztu dostawy biletów”?). Dostałem maila z potwierdzeniem…

I tu oczywiście pojawia się kwestia, że mail z potwierdzeniem to jeszcze nie bilet. Oczywiście, mogłem przyjąć, że stanę do kasy i podam tylko numerek zamówienia, ale przecież nie po to kupuję przez internet (i płacę złotówkę za koszt dostarczenia maila), żeby stać w kolejce do kasy. Mogłem też – teoretycznie – wprowadzić sobie na smartfona fotokod biletu (QR, jak sądzę), ale tak się składa, że w zasadzie smartfona nie używam (to znaczy używam takiego, który ma większość funkcjonalności smartfona, ale bez wielkiego ekranu po którym się maże paluchem, tylko z normalną oldskulową klawiaturą komórki). Mogłem też zapisać w telefonie przesłanego mi PDFa z QR (czytnik PDF w telefonie mam), ale obawiałem się, czy na ekraniku dwuipółcalowym zostanie on właściwie odczytany. Zamyśliłem się…

Wyciągnąłem phablet, którego używam jako tablecik. Przerzuciłem nań PDFa po Bluetoothu, upewniłem się, że otwiera prawidłowo („zawsze sprawdzaj”). Po czym włączyłem drukarkę i wydrukowałem bilet, tak na wszelki wypadek (po części dlatego, że nie miałem zaufania, czy w jakiś sposób nie będą weryfikować biletu po numerze telefonu, z którym phablet nie ma nic wspólnego).

W kinie pokazałem PDFa z phableta i wszedłem. Kartka złożona w czworo czekała w kieszeni i tam pozostała. A dzięki phabletowi czas przed seansem – aż do rozpoczęcia filmu – spędziłem na czytaniu, gdyż czytanie współczesnej polskiej prozy jest jednakowoż lepsze niż oglądanie trailerów współczesnych polskich komedii.

W 2016, moi drodzy, bądźcie eko i nie marnujcie papieru. I ogólnie niech się Wam darzy!

Himalaje serowe

Poranek. Otwieram lodówkę zastanawiając się, co tu wziąć do śniadania. Przeglądam pojemnik z nabiałem po wczorajszych większych zakupach. Spostrzegam walcowatą porcję sera, wyjmuję, przyglądam się. Uśmiecham się.

Na folii etykieta, na etykiecie fantazyjny napis: „ZAKOPIAŃSKIE SPECJAŁY”. Pod spodem napis „Rolada ustrzycka„. Rozumiem, że z perspektywy Mazowsza wszystkie góry wyglądają tak samo, choć nie mogę się oprzeć myśli, że w Wysokiem Mazowieckiem to poczuli się jak prawie górale, czytaj fachowcy.

Nie powiem wam, czy rzeczony ser jest dobry, gdyż wystarczy już tego lokowania produktu (komu się będzie chciało guglać, bez trudu znajdzie producenta i produkt). Ważne, że wywołał uśmiech o poranku i to wystarczy.

Ukręcić lody z wody

Wieczorna chwila odpoczynku, leniwie przeglądam co tam fejs przyniósł. Rzuca mi się w oczy link sponsorowany o tradycyjnie szokującym tytule, tym razem „FIRMA ZBANKRUTOWAŁA BO FISKUS UZNAŁ ŻE LODY TO NAPÓJ!” Oczywiście popadam w namysł, bo pierwsze prawo mediów mówi, że ważne żeby było chwytliwie, a drugie – że związek tekstu z rzeczywistością nie jest niezbędny. Dochodzę do wniosku, że trzeba to rozkminić, klikam, czytam notkę niewychodzącą w istocie poza komunikat reportera sądowego PAP (chyba). Postanawiam przeprowadzić Próbę Gugla. 

Trach, wyskakuje mi od razu parę linków, w tym strona rzeczonej firmy. Clou sprawy polegało na tym, że na lody prawo przewiduje obniżoną stawkę VAT, natomiast na napoje bezalkoholowe – normalną (wysoką). Ha ha ha, śmieją się wszyscy, jak to nie można odróżnić napoju od loda, włoskiego lub gałkowanego, prawda? Spoglądamy na stronę producenta – produkuje on lizaki lodowe, które kontrahentom dostarcza w formie… płynnej (Lody wodne GUT-MIX  przechowywać można w stanie płynnym, przez co nie wymagają specjalistycznych warunków przechowywania i transportu.Zamrażamy je przed spożyciem)?, czyli – można by rzecz – jakby nieszczególnie przypominającej lody. Śmieją się państwo nadal? 

Nie twierdzę, oczywiście, że urząd skarbowy miał rację, zwłaszcza że sąd administracyjny przyznał rację firmie. Zwróciła jednak moją uwagę kategoryczność twierdzenia że firma nie wytrzymała i upadła – jakkolwiek jej strona wydaje się być w jak najlepszym stanie (jeśli kiedykolwiek była we wzorowym), a w jej rogu widać datę 2015. Cóż, przed mediami dobrze jest źle się prezentować, kiedy pretenduje się do bycia ofiarą.

Morał z tej historyjki jest taki, że nie należy ślepo wierzyć w to co się przeczyta w internecie, a także w to co się przeczyta w gazecie lub usłyszy w radio czy telewizji