Pytania

Po wieczornej tragedii w Nicei mnożą się w kółko.

Czy to zamach islamistów? (brak jakichkolwiek śladów lub powiązań)
Czy to robota cyklistów? (sprawca miał rower)
Skąd sprawca wziął granaty znalezione w ciężarówce? (sprzeczne dane o tym czy były, czy były atrapami)
Skąd sprawca wziął broń maszynową znalezioną w ciężarówce? (też sprzeczne dane)
Skąd w ogóle sprawca miał dostęp do broni, skoro pół roku temu zatrzymano go za incydent z bronią, a we Francji nie jest łatwo dostać pozwolenie na broń?
Czy sprawca oszalał z nienawiści do byłej żony? (lub przyszłej byłej, informacje o rozwodzie są sprzeczne, czy był w toku, czy już sfinalizowany)
Czy nie strach jechać do Francji? (bardziej niż do Dusseldorfu liniami Germanwings czy na Nowy Rok do Kamienia Pomorskiego)

Nie wszystkie pytania są poważne, ale po mózgu kręci się wszystko. Zdrowy mózg przynajmniej eliminuje ewidentne przejawy głupoty, zwłaszcza spowodowane uprzedzeniami i fałszywymi założeniami. Czasem trzeba z mózgu wyrzucić, żeby nie oszaleć.

Maki

W ostatnich czasach łatwo je u nas spotkać. Rosną całymi stadami wzdłuż świeżo pobudowanych autostrad i innych podobnych inwestycji, jak również w miejscach po przy zwykłych przydomowych wykopkach. Nawet kiedyś miałem o tym napisać po prostu. 

W Kalifornii (może w całej Ameryce, nie wiem) rosną w kolorze złotym, pamiętam jak z dużym niedowierzaniem przyjmowałem przekłady Steinbecka. U nas to wszak kanoniczna czerwień spod Monte Cassino, dla Brytyjczyków – czerwień pamiątki I wojny, dla nich bardziej traumatycznej niż drugiej.

Kilka dni temu Brytyjczycy pochylali głowy w zadumie nad stuleciem rozpoczęcia Bitwy nad Sommą. W Dzień Pierwszy brytyjskie straty wyniosły ponad 57 tysięcy żołnierzy, w tym ponad 19 tysięcy poległych (dla porównania: podczas D-Day brytyjskie straty to około 3 tysięcy żołnierzy). Jeden z blogerów napisał, że maki rosną tylko we wzruszonej ziemi, dlatego właśnie tyle ich rosło tego lata we Francji (i dlatego rosną wokół budów).

Policja broni, Policja radzi, Policja nigdy cię nie zdradzi

Smutna historia z wczoraj, przez smutną matkę spisana (pisownia oryginalna, wulgaryzmy w ramach cytatów z funkcjonariuszy).

Serdecznie dziękuję policjantowi o numerze służbowym: 96 58 30 i Polskiej Policji za skuteczne zniwelowanie 20 lat mojej pracy wychowawczej.

Wracającego znad Wisły 20-latka policja zaprosiła do radiowozu za znaczek Razem na plecaku.

ZA ZNACZEK NA PLECAKU.

Tam, w zaciszu, bez świadków, policjant-kozak mówił, że nie lubi lewackich kurew i pedałów. Zapytał, czy młody lubi w dupę i czy bzyka się z pedałem Zandbergiem.
Zapytał, czy jest komunistą czy tylko lewacką spierdoliną.

Pierwszy błąd — delikwent założył, że nie zrobił nic złego i może nie mieć dowodu.
Drugi błąd, że potem jednak ten dowód znalazł.

Panowie policjanci mu do wyboru mandat albo Kolska.

Błąd trzeci — młody mandat przyjął, chociaż pałowania i paralizatorów w ofercie nie było, ale może był to pakiet specjalny.
Błąd czwarty — uwierzył w to, co mówił policjant, że mandat 200 zł i podpisał nie sprawdzając kwoty.

W efekcie dostał mandat za 600 zł za „wprowadzenie funkcjonariusza w błąd i używanie słów uznanych za obraźliwe”.
Jeśli nie dopisali znieważenia funkcjonariusza na służbie, do znaczy, że musiał mówić „do kroćset”, „olaboga” i „sacrebleu”.
Panów było czterech, gówniarz sam, świadków nie ma.

Przepraszam synu, że Cię dwadzieścia lat okłamywałam, że obywatel, nawet lekko nietrzeźwy, nie musi obawiać się policji.
Że policja tak naprawdę jest po Twojej stronie. Przepraszam, że nauczyłam Cię, że żeby cię ukarać, musisz być winny i że mandaty dostaje się sprawiedliwie. Niestety również nauczyłam Cię, że się je płaci i teraz muszę Ci pożyczyć 600 zł, które ze swoich studenckich dochodów będziesz mi spłacał trzy miesiące.

Panie Mariuszu, Marianie lub Marcinie, numer służbowy 96 58 30, już wiemy, że wróciły czasy, w których noszenie nieprawomyślnych znaczków jest niebezpieczne, że przed policją znowu należy uciekać.
Wychowałam się w latach ’80, wiedzę jak omijać milicję wyssałam z mlekiem matki. Może pan być pewien, że ją przekażę synowi, żebyście z niego nie zrobili Grzegorza Przemyka Dobrej Zmiany.
A Panu i kolegom serdecznie dziękuję za rozwianie naszych złudzeń. 

Postscriptum: tekst został umieszczony na Facebooku i tam szeroko był rozpowszechniany. Po czasie mierzonym w godzinach został przez służby Facebooka skasowany, gdyż „nie spełniał Standardów społeczności Facebooka”, tych samych, które w przypadku hate speech okazują się być naruszane dopiero w następstwie odwołania.

Please share.

Orlando i inne

Cztery lata temu w Aurora w Colorado strzelano do ludzi oglądających film w kinie.
Cztery lata temu w szkole Sandy Hook w Connecticut strzelano do dzieci w szkole.
W lipcu udaremniono próbę ataku na pasażerów pociągu z Amsterdamu do Paryża.
W listopadzie w Paryżu strzelano na ulicach do ludzi siedzących w restauracjach i kawiarniach.
W listopadzie w hali Bataclan strzelano do ludzi, którzy przyszli na koncert.
W listopadzie na St.Denis próbowano ataku na kibiców zgromadzonych na meczu.
W grudniu w San Bernardino w Kalifornii strzelano do urzędników.
W kwietniu w Brukseli wysadzono w powietrze metro i korzystających z niego ludzi.
W niedzielę w Orlando na Florydzie strzelano do ludzi bawiących się w klubie (w którym sprawca wielokrotnie bywał).

Co łączy te wszystkie zdarzenia? Są ohydnymi zbrodniami (popełnionymi na dodatek na Bogu ducha winnych ludziach). Dlaczego więc w tym ostatnim przypadku mówi się o szczególnej homofobiczności mordu, pomimo iż sprawca nie zdradził się w żaden sposób z takim motywem?

Ofiary w Orlando były Amerykanami (chyba że trafił się i ktoś inny, nie sprawdzałem listy). Były ludźmi jak my wszyscy. Współczucie należy się im i ich bliskim dlatego, że są ofiarami, a nie ze względu na swoją orientację seksualną.

PS Jeżeli ktokolwiek próbuje odnaleźć w tym wpisie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla zbrodniarza lub podstawę dla homofobii, biję w mordę bez pardonu.

Kobiety na banknoty, czyli problem

Wiadomością jest, czy może było od wczoraj (nie licząc tego, że w lokalnym bagnie politycznym, że ktoś umarł, że jakaś katastrofa i w ogóle), że Amerykanie wyrzucą z jednego ze swoich banknotów (z dwudziestaka zdaje się) osadzonego tam prezydenta, który z dzisiejszej perspektywy niczym pozytywnym się nie wyróżnił. Zastąpi go wizerunek wybranej w głosowaniu kobiety, spośród kilkunastu kandydatek ostatecznie padło na XIX-wieczną działaczkę abolicjonistyczną Harriet Tubman, proszę nie szukać na polskiej Wikipedii dopóki nie rozbudują wpisu. 

Gdzieś przy okazji na fejsie mignęło mi westchnienie „czemu u nas tak nie ma” (spośród wielu standardowych rodzajów polskich banknotów, jakie przez dekady przewinęły się mi przez ręce, jedynie Skłodowska reprezentowała płeć niemęską), i jeśli mnie percepcja nie zwiodła, z sugestią że przecież mogłyby być różne wersje tego samego banknotu. I jakoś tak mnie wtedy natchnęło, że przecież to byłoby prostsze niźli się wydaje. 

Bo proszę popatrzeć (w wyobraźni, ewentualnie banknotów szukać we własnych portfelach): mamy na ten przykład dychę z Mieszkiem. Każde dziecko – zwłaszcza tego roku – kojarzy nierozerwalnie Mieszka z Dobrawą, więc jak znalazł. Ze stówy dzielnie patrzy na nas Jagiełło, co za problem zastąpić go jego pierwszą żoną Jadwigą (UJot na rewersie podziękuje wtedy za darmową reklamę). Na dwusetce mamy Zygmunta Starego, to aż się prosi o królową Bonę (na rewersie wtedy włoszczyzna). Są podobno plany banknotu pięćsetzłotowego z Sobieskim, to od razu zrobić też wersję z Marysieńką (nic sobie proszę nie wyobrażać, na rewersie będą Listy, może bez znaku Poczty Polskiej).

Śmichy chichami, ale problem zostaje otwarty: co z dwudziestką i pięćdziesiątką? Żony Chrobrego się jakoś szczególnie nie zapisały w pamięci, a wzięta w.. jasyr księżniczka ruska Predysława, cóż, powiedzmy że mogłaby urażać różne uczucia braci z Kijowa. Ale to wszystko blednie przy Kazimierzu Wielkim i jego ekscesach, poczynając od węgierskiej dwórki Klary Zach, przez cztery żony (w warunkach bigamii czy nawet trigamii), aż po legendarną Żydówkę Esterkę. A przecież jak już robić, to od początku do końca.

To kogo byście proponowali na zmianę z Bolkiem i Kazikiem?

Po co jest Twitter

Mówiąc szczerze: nie wiem. Tak samo jak kiedyś nie wiedziałem, po co właściwie jest Nasza Klasa i Facebook (Nasza Klasa istnieje dla mnie tylko jako zjawisko historyczne, zaglądam z raz do roku, fejs to dość stały towarzysz), tak jak nie wiem po co właściwie jest Instagram i Snapchat (to znaczy wiem z grubsza, ale strasznie mi to zwisa). Był nawet czas kiedy się zarzekałem, że to nie dla mnie – bo i prawdę mówiąc, ekspresja w formie 140-znakowego komunikatu nie wydaje mi się atrakcyjna. 

Dziś wieczorem czytałem jednak jakiś artykuł, w którym rozważano wizje, że Twitter staje się czy stanie się bardzo praktycznym i rozpowszechnionym medium. Skoro przetrwał tyle lat i się rozwija… (jej, fejs mi niedawno podpowiadał że ja tam jakieś pięć czy sześć lat) …to może i faktycznie nie padnie. Błysnęła myśl: a może się i do czegoś przyda (ma swoich zwolenników). No i tak od myśli, do myśli, poniekąd z myślą, by zaklepać sobie swój ulubiony login… zarejestrowałem się.

No i nie udało się (login był zajęty). Cóż, pierwsze koty za płoty, na szczęście udało się skołować jakiś taki względnie podobny. Chwilowo nie mam pomysłu co dalej z nim robić – poza szybkim wyszperaniem paru adresów do obserwowania – ale w końcu na fejsie też zaczynałem od rzucenia w przestrzeń uwag, że to głupia idea i w ogóle. Pewnie się jakoś rozwinie (zwłaszcza że będzie działać wyłącznie pod nickiem, zero interakcji z fejsem – gdzie jestem wyłącznie pod nazwiskiem i do nicka się konsekwentnie nie przyznaję, kto wie, ten wie). Gdyby ktoś był ciekaw, to @BartoszczePL zaprasza, ale tak mocno niezobowiązująco, bo wciąż nie wie na co (info o notkach mogę wrzucać, o). 

Jak ktoś wie po co, może napisać.

Internetowa Targowica

Jak wiadomo, staram się (zwłaszcza tu) unikać polityki, bo zbytnio mi działa na nerwy. Dziś zrobię mały wyjątek nie dlatego, że stało się coś szczególnego na scenie politycznej, choć tam się oczywiście zaczęło. Palnął więc jeden kościelny hierarcha któregoś tam sortu, że „pojawiła się w Polsce nowa Targowica”. Głupota tej wypowiedzi sama w sobie nie zasługiwałaby moim zdaniem na uwagę, ale pojawiły się na nią odpowiedzi, próbujące wyliczać hierarchom kościelnym udział w Targowicy, i tu załamałem ręce…

Widziałem ze dwie wersje takiej odpowiedzi. Jedną nieco krótszą, pod szyldem „targowiczanie którzy obalili konstytucję 3 maja”, drugą ciut bardziej rozbudowaną, opowiadającą o „przystępowaniu na wyścigi”(przy czym lista nazwisk z wersji pierwszej w pełni się mieści i w drugiej). Zadałem sobie pytanie, kto i na jakiej podstawie wysilił się na takie wersje? Odpowiedź znalazłem szybko na Wikipedii pod hasłem „konfederacja targowicka„, gdzie pojawia się zdanie:

Gorącymi zwolennikami konfederacji byli: prymas Michał Jerzy Poniatowski, biskup chełmski Wojciech Skarszewski, biskup żmudzki Jan Stefan Giedroyć, biskup poznański Antoni Onufry Okęcki, biskup łucki Adam Naruszewicz i biskup wileński Ignacy Jakub Massalski.

I tak, dokładnie jest to lista nazwisk z pierwszej wersji. Niestety, z daleka widać, że autor mema nie popisał się nawet zrozumieniem czytanego tekstu, gdyż pochodzi on z fragmentu traktującego o połączeniu konfederacji targowickiej (koronnej) z równoległą konfederacją Wielkiego Księstwa Litewskiego (ach, te niuanse ustrojowe I Rzplitej…) w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, co miało miejsce we wrześniu 1792 roku. Na długo po tym, jak 24 lipca 1792 roku „dla ojczyzny ratowania” do konfederacji targowickiej przystąpił król (a wojna z Rosją została zakończona). 

Uważny czytelnik zresztą natychmiast powinien podnieść brwi na widok nazwiska Adama Naruszewicza, znanego reprezentanta Oświecenia polskiego, zwolennika Konstytucji 3 Maja. Gdyby zaś ruszyć palcem i kliknąć w biogramy poszczególnych zdrajców, to jasno widać, że obok kreatur takich jak Kossakowski czy Massalski (słusznie powieszonych w czasach kościuszkowskich) umieszczono bezsensownie (wręcz obraźliwie) także prymasa Michała Poniatowskiego (królewskiego brata), zwolennika Konstytucji, który – tak jak Naruszewicz – akces do Targowicy zgłosił dopiero razem z królem, uznając to za konieczne dla próby obrony już nie niepodległości, ale integralności państwa. 

Można byłoby jeszcze luźno przypomnieć, że w I Rzeczypospolitej biskupi rekrutowali się głównie z prowadzącej własną rodzinną politykę magnaterii, oraz że z urzędu zasiadali w Senacie, i o tyle zwykłymi politykami byli, ale najważniejsze, żeby odwołując się do historii, wiedzieć o niej coś więcej, niż przeczytano na fajnym obrazku. Nie ma bowiem nic gorszego nad szerzenie nieprawdy pod hasłem szerzenia prawdy.

Białe jajka wychodzą bardziej kolorowo

Jakoś tak się nie pisało, choć były momenty weny i chęci (rozmijały się jednak).

Coroczne farbowanie jaj w tym roku miało nabrać szczególnie kolorowego wymiaru, gdyż specjalnie wystaraliśmy się i nabyliśmy (Bohuna przy tym siekąc) jajka o białych skorupkach, gdyż niektóre farby słabo wychodzą na jajkach barwy nijakiej. Zgodnie z przewidywaniami, zieleń czy błękit wyszły intensywnie, żółte jajko też żółtym było, a nie żółtawym (acz ornament z numerka trzymał się na nim mocno). Poczułem się natomiast zaskoczony, bo niektóre wyszły jednak dość nieszczególnie, koloru jagodowego nawet nie próbowałem powtarzać – a już szczytem zdziwienia były dość blade barwy jaj gotowanych w cebuli (a może to była prawdziwa barwa cebuli?)

Przy okazji barwienia odnotowałem zaskoczenie innego rodzaju – miałem farbki przeznaczone na rynek polski, czeski i słowacki. Na polskiej instrukcji obsługi twardo zaznaczono wymóg rozpuszczania barwnika we wrzątku. Sąsiedzi z południa mogli sobie natomiast pofolgować i rozpuszczać wedle swojego uznania w wodzie zimnej lub gorącej (studena nebo horka). Może to nasz jakiś przesąd narodowy z tą gorącą wodą?

W każdym razie świętujcie spokojnie, na zewnątrz też kolorowo (choć to jeszcze nie wiosna do końca).

Raz, gdy chciałem być szlachetny…

Zostałem uprzejmie poproszony, by zagłosować w jakimś konkursie projektów obywatelskich, sąsiedzkich czy jakoś tak. Prośba była uprzejma, złożona przez osobę budzącą zaufanie, na dodatek towarzyszyła jej zachęta „przez Facebooka to dziecinnie proste”…

Krótka chwila namysłu, decyzja: a co mi szkodzi, jak ładnie proszą (sam może kiedyś poproszę). Klikam w podanego linka, przenosi mnie na stronę konkursu. Gdzieś z boku jest okienko logowania, rejestrować się nie będę (jestem zarejestrowany w zbyt wielu miejscach i szczerze mówiąc zaczyna mnie odrzucać, jeśli mam się gdzieś rejestrować dodatkowo, nawet jeśli nic mnie to nie kosztuje, a korzyść z tego bym mógł mieć), obok faktycznie jest przycisk „zaloguj się przez FB”. Klikam, podejrzliwie oglądam okienko aplikacji, ale nie chce ona zbyt wiele ode mnie i nie deklaruje jakichś nachalnych praktyk, akceptuję i jestem zalogowany. Pora byłaby zagłosować, gdzie jest jakaś formatka głosowania…

I tu robi się problem. Po zalogowaniu się pojawia się bowiem strona zatytułowana „zaakceptuj warunki”, na której są dwa okienka. Jedno to deklaracja, że wyrażam organizatorowi konkursu zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w związku z korzystaniem z serwisu, udziałem w konkursach i wydaniem nagród. Drugie to deklaracja, że wyrażam organizatorowi zgodę na przesyłanie informacji handlowych drogą elektroniczną. Ponieważ nie widzę związku takiej zgody z udziałem w konkursie, postanawiam wyrazić zgodę na pierwsze, ale nie na drugie. I co? I okazuje się, że dopóki nie wyrażę zgody i na jedno i na drugie, to dalej nie pójdę… I tak, nawet jest zaraz zastrzeżenie że w każdej chwili mogę zaprzestania przetwarzania moich danych – ale to oznacza, że muszę dodatkowo zrobić coś, czego mi się zwyczajnie nie chce. 

Przykro mi, ale nie zagłosowałem. Niech się organizator ***** i już, nic na mnie w taki sposób nie wymusi.

Dissowanie Orłosia, czyli o kim jest Spotlight

Furorę robią ostatnio żarty z redaktora Macieja Orłosia, który informując w Teleekspresie o przyznaniu Oscarów określił zwycięski film jako film o „aferze pedofilskiej w Bostonie” (tak czytałem, bo nie oglądam). Aż się roi od innych lakonicznych opisów typu „Obcy – film o negatywnych skutkach zapłodnienia in vitro”. Gdyby ktoś nie czuł powodu żartów, chodzi o brak nawiązania w tym opisie do Kościoła katolickiego – afera dotyczyła wszak księży (zaczynając od bostońskich), ich występków i tuszowania tych występków przez lokalny episkopat.

A o czym jest film? Jestem w o tyle może niezręcznej sytuacji, że go nie widziałem (wiem, kiedyś pisałem o filmie i bez tego, ale tu poważnie), tylko czytałem to, co napisali o nim inni. Odnotowałem między innymi tekst (chyba WO zresztą) skupiający się na tym, jak doniosłe znaczenie dla demokracji mają zespoły dziennikarzy śledczych (bez których nie byłoby odkrycia afery, filmu i Oscara, choć na to ostatnie mieli najmniejszy wpływ). Sięgnąłem więc do źródeł niezależnych. W serwisie IMDB piszą tak:
The true story of how the Boston Globe uncovered the massive scandal of child molestation and cover-up within the local Catholic Archdiocese, shaking the entire Catholic Church to its core
Wikipedia w wersji angielskiej podaje tak:
The film follows The Boston Globe’s „Spotlight” team, the oldest continuously operating newspaper investigative journalist unit in the United States,[6] and its investigation into cases of widespread and systemic child sex abuse in the Boston area by numerous Roman Catholic priests
natomiast w niemieckiej tak
Der Film basiert auf wahren Ereignissen und handelt von einem Team von Journalisten der Tageszeitung The Boston Globe, das den sexuellen Missbrauch in der römisch-katholischen Kirche in Boston aufdeckt 
Mamy więc trzy elementy definiujące: (1) zespół dziennikarski z Bostonu odkrywa i rozpracowuje (2) aferę z molestowaniem dzieci w Bostonie i okolicy (szeroko rozumianej) (3) przez księży katolickich, których czyny były tuszowane przez przełożonych.

Więc o kim jest ten film: o śledczych, o ofiarach czy o sprawcach? Czy to zależy od tego, o kim chcielibyśmy, żeby był?

Redaktor Orłoś przyznał się, że filmu nie widział tak samo jak ja.